O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

piątek, 2 grudnia 2016

Katarina Bivald "Księgarnia spełnionych marzeń"

Nic tak łagodząco działa na duszę w mroczne, jesienne, wietrzne dni jak dobra powieść obyczajowa o przyjaźni i książkach. Taka książka powinna się zawsze znajdować w podręcznej apteczce, obok soku malinowego, ciepłego koca i aspiryny. Na szczęście dla mnie, w szale zakupów przez ostatnie lata udało mi się zapełnić i tą lukę. Księgarnia spełnionych marzeń Katariny Bivald została wepchnięta bezpardonowo w tylny rząd, do kąta, skąd wygrzebałam ją akurat by zakopać się pod kocem, gdy za oknem pizgało złem.

To jedna z tych dosyć przewidywalnych książek, gdzie mało co może nas zaskoczyć, w sumie niewiele się dzieje, i które tak łagodząco działają, zwłaszcza przy natłoku myśli i zdarzeń. Dwudziestoośmioletnia Sara niedawno straciła pracę w księgarni, toteż nic specjalnie nie trzyma jej w rodzinnym Haninge, Szwecja. Korzysta zatem z zaproszenia sześćdziesięcioletniej Amy, korespondencyjnej przyjaciółki, i przybywa do niewielkiego miasteczka Broken Wheel, USA. Na miejscu czeka ją spore zaskoczenie, ale i wiele ciepła i dobroci, do których lgnie jak ćma do światła. Niespodziewanie okazuje się, że zapuszczona dziura na końcu świata może okazać się czyimś miejscem na Ziemi, chociaż nawet miejscowym jest trudno w to uwierzyć.

Przyjaźń dwóch bohaterek spisana została w formie listów, które Amy wysłała Sarze. Listy te początkowo kręcą się wokół książek, wkrótce jednak zaczynają zdradzać coraz więcej o Broken Wheel i jego mieszkańcach. Żałowałam jedynie, że listy przestały w pewnym momencie dotyczyć książek, co było uroczym dodatkiem do głównej opowieści, jednak na szczęście autorka zaczęła umieszczać odnośniki do znanych i mniej znanych tytułów w innych miejscach powieści, zatem w trakcie lektury coraz to natykałam się na cytaty lub wspomnienia o książkowych bohaterach, i nie raz zaglądałam w Google, by znaleźć pierwowzór.

To ten typ książki, w której prawie nic się nie dzieje, którą czyta się dla samej atmosfery i bohaterów, dla delikatnej zmiany w każdym z nich, wywołanej pojawieniem się Sary w miasteczku. Sama Sara była wprawdzie odrobinę bezbarwna, za to galeria postaci drugoplanowych w zupełności mi to wynagradzała. Zatem jeśli lubicie takie właśnie lekkie, trochę senne ale bardzo optymistyczne książki, szczerze polecam Wam Księgarnię spełnionych marzeń – odrobinę Szwecji w Iowa!

Moja ocena: 4,5/6

Katarina Bivald Księgarnia spełnionych marzeń
Tłum. Ewa Chmielewska-Tomczak
Wyd. Amber

Warszawa 2014

czwartek, 24 listopada 2016

"Czerwony rynek" Scott Carney

Za każdym razem kiedy wydaje mi się, że jako tako zdaję sobie sprawę z obecności wszelakiego zła na naszym globie, trafia mi do rąk kolejny reportaż obnażający inny jeszcze rozdział z historii wyzysku jednych przez drugich. Nie inaczej było, gdy z biblioteki pożyczyłam Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci. O handlu żywym towarem i nieetycznych zachowania przy okazji przeszczepów różnych organów wiedziałam już wcześniej. Nie wiedziałam jednak, że istnieje aż tyle odmian tego biznesu, i że jest o kolejny przykład wykorzystywania bidy w krajach Trzeciego Świata.

Scott Carney zainteresował się tematem traktowania ciała zmarłego jako towaru, gdy w trakcie jego pracy w Indiach zmarła jedna z jego studentek, a jemu przypadł w udziale smutny obowiązek zajęcia się wszystkim związanym z jej śmiercią. Po kolei autor przeprowadził dziennikarskie śledztwa, w wyniku których odkrywa przed nami szereg dziedzin biznesowych, o których istnieniu nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć: handel organami, kośćmi zmarłych, komórkami jajowymi. Nielegalnych więzieniach, w których przetrzymuje się porwanych, którym pobiera się krew, lub ciężarne kobiety, które mają donosić cudze ciąże. Wreszcie o zasadach panujących w świecie ludzkich królików doświadczalnych, i historii transplantologii w kontekście prawnym.

Przeraża ilość odmian przedsiębiorczości skupionej wokół ciała ludzkiego. Nie ma właściwie elementu naszej ziemskiej powłoki, którego nie dałoby się spieniężyć: włosy, krew, narządy, kości, oczy, skóra, odporność… Carney pozostawia czytelnika z ważnymi pytaniami, między innymi o to, który system pobierania narządów i tkanek jest w rzeczywistości bardziej humanitarny i mniej podatny na przestępcze działanie: bezpłatny czy płatny? Opowiada o biedzie, która zmusza ludzi w krajach Trzeciego Świata do sprzedaży wszystkiego, bez czego da się żyć, ale też o zachłannym świecie zachodnim, który to wszystko zagarnia, chociaż zarzuty pod adresem tego ostatniego odnoszą się bardziej, moim zdaniem, do Amerykanów niż do reszty Zachodu. Zwyczajnie, ich system finansowania procedur medycznych przez prywatne firmy ubezpieczeniowe, które poszukują oszczędności, wydaje się w dużym stopniu odpowiedzialny za szereg kryminogennych zachowań np. w Indiach. Bo bez popytu nie byłoby podaży.

Jest to trudna, porażająca i miejscami makabryczna książka, jednak bardzo ważna. Po przeczytaniu jej bowiem nie możemy już powiedzieć „Nie wiedzieliśmy”. I to jest właśnie powód, dla którego ludzie powinni czytać takie reportaże.

Moja ocena: 4,5/6

Scott Carney Czerwony rynek
Tłum. Janusz Ochab
Wyd. Czarne

Wołowiec 2014

czwartek, 17 listopada 2016

Jennifer Worth "Zawołajcie położną"

W zeszłym tygodniu postanowiłam zrobić sobie małą przerwę od czytania własnych półek i po raz pierwszy od dawna skorzystałam z półek w mojej osiedlowej bibliotece. Na nich to właśnie wyhaczyłam swego czasu często i gęsto opisywaną w książkowej blogosferze książkę Zawołajcie położną, o której słyszałam wiele, wiele dobrego. I nie byłam rozczarowana.

Jennifer Worth opowiada o przypadkach, z jakimi stykały się położne pracujące niedługo po zakończeniu II wojny światowej w slumsach Londynu, ale przede wszystkim o życiu, jakie się tam wiodło, i problemach, z jakimi borykali się ich mieszkańcy. Wydaje mi się, iż często popadamy w pułapkę myślenia o krajach zachodnich jako o tych, które z wojny wyszły niemalże bez szwanku a życie w nich było od razu miodem i mlekiem płynące, skupiając się na niedoli tych, którzy pozostali za żelazną kurtyną. Worth opowiada historie ludzi, którzy w trakcie wojny potracili rodziny, zdrowie i dach nad głową, zaś życie w dokach opisuje jako trudne, ubogie chyłkiem uprawiane w cieniu wspomnień sprzed kilku lat.

Poza realistycznym opisem społeczeństwa, z którym pracowała, autorka wykazała się niezwykłym talentem do opowieści. Chociaż wiele historii, które znalazły swoje miejsce na kartach tej książki, było przepełnionych smutkiem i beznadzieją, brudem i chorobą, to jednak nawet takie czytało się z zapartym tchem, zupełnie jakby autorka po prostu usiadła obok i snuła te opowieści „na żywo”. Nie bez wpływu pozostaje też sposób, w jaki skonstruowana została ta książka – historie smutne przeplatane są z radosnymi, a beznadziei i żalu jest tu mniej więcej tyle, ile wzruszeń i dobrego humoru. Z jednej strony mamy opisy przerażających, urągających ludzkiej godności warunków życia, z drugiej dziewięćdziesięcioletnią zakonnicę ustawiającą do pionu przemądrzałego studenta.

Poleciałabym Zawołajcie położną” wszystkim, jednak po pierwsze – mam wrażenie, że wszyscy już ją przeczytali, a po drugie – dałam ją mojej mamie i dla niej jednak ta książka była zbyt naturalistyczna i nie była w stanie jej skończyć. Jeżeli jednak jeszcze jakimś cudem nie sięgnęliście po tą książkę i nie jesteście bardzo wrażliwi na brud i cierpienie opisane w książkach, to serdecznie zachęcam do lektury!

Moja ocena: 6/6

Jennifer Worth  Zawołajcie położną
Tłum. Marta Kisiel-Małecka
Wyd. Literackie

Kraków 2014

poniedziałek, 7 listopada 2016

Podsumowanie - październik

Dawno nie robiłam miesięcznego podsumowania tego, co udało mi się przeczytać. A że jest co podsumowywać i nie wszystkie pozycje doczekały się własnych postów, to dziś zapraszam na przegląd czytelniczy października.



W ubiegłym miesiącu przeczytałam 10 książek z czego aż 7 zalegało na moich półkach co najmniej od roku (a przeważnie o wiele, wiele dłużej). Po pobieżnym podliczeniu składały się one na mocno ponad 3000 stron. Dwie powieści zostały napisane przez polskich autorów, reszta przez zagranicznych, nadreprezentowana przez Wielką Brytanię i okolice (aż 6 pozycji). Jakościowo było bardzo dobrze, trafił się wprawdzie jeden koszmarek i jedno „niech będzie, ale raczej na nie”, za to pozostałe 8 pozycji uzyskało u mnie wysokie notowania.

A konkretnie przeczytałam:
1.       Sędzia – Mariusz Zielke – nabytek z zeszłorocznych Targów Książki w Krakowie, thriller prawniczy będący, jak się okazało, 3 tomem cyklu o dziennikarzu Jakubie Zimnym. Wciągająca lektura, idealna dla wielbicieli teorii spiskowych. Bo chociaż intryga uknuta przez autora sprawia wrażenie możliwej do przeprowadzenia w prawdziwym życiu, to jednak chwilami spiskowa teoria dziejów bierze górę nad realizmem. Moja ocena: 4,5/6
2.       Intryga małżeńska – Jeffrey Eugenides – jedna z perełek, która zalegała na regale od tak dawna, że już nie pamiętam, kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach została zakupiona. Piękna i bogata opowieść o młodości, odnajdywaniu siebie na przekór wszystkim, przyjaźni i miłości, ale również o literaturze, filozofii i psychologii. Eugenides umieścił tu szczegółowy, łapiący za serce i otwierający oczy opis choroby afektywnej dwubiegunowej, który powinien być obowiązkową lekturą dla wszystkich tych, którzy twierdzą, że ludzie chorzy na depresję powinni „po prostu wziąć się w garść”. Moja ocena: 5/6
3.       Potem – Rosamund Lupton – kolejna zapomniana perełka, wygrzebana z regału przy okazji wielkiej akcji czytania zaległości. Wciągający thriller, o którym możecie przeczytać tutaj. Moja ocena: 4/6 
4.       Piramida – Henning Mankell – pragnęłam powrotu do znajomego bohatera i znajomego stylu. Ta mini-powieść (długie opowiadanie?) opowiada o śledztwie tuż przed pierwszym tomem serii o komisarzu Wallanderze. Przy okazji okazało się, że mam jeszcze dwa nieprzeczytane tomy z tego cyklu, zatem będzie co czytać przy kolejnym czytelniczym niechciejstwie. Moja ocena: 4/6
5.       Wspomnienia Sherlocka Holmesa – Arthur Conan Doyle – to był ostatni tom przygód detektywa wszechczasów, jaki miałam nieprzeczytany, dlatego długo się ociągałam z lekturą. Teraz tylko pozostaje czekać na czwarty sezon serialu BBC Sherlock.
6.       To musi być miłość – Sharon Owens – o tym koszmarku literackim pisałam tutaj.
7.       Harry Potter i Kamień Filozoficzny – J. K. Rowling, Jim Kay – ta pozycja doczeka się niedługo osobnego posta, tutaj tylko powtórzę, co inni już mówili – ponowne czytanie Pottera z tymi klimatycznymi ilustracjami to naprawdę niezwykle przeżycie! Moja ocena: 6/6
8.       Siła niższa – Marta Kisiel – po 6 latach mamy go – drugi tom Dożywocia. O moich wrażeniach z lektury można poczytać tutaj. Moja ocena: 6/6
9.       Świat według Bertiego – Alexander McCall Smith – jak widać, w październiku chętnie powracałam na stare literackie śmieci, czyli do znajomych bohaterów. 4 tom cyklu 44 Scotland Street nie zawiódł mnie w żadnym zakresie. Wszystkie znajome postaci były tak samo urocze i zabawne, jak w poprzednich (z wyjątkiem Bruce’a), Domenica wciąż ma ciekawe antropologiczne uwagi do codzienności, Duża Lou wciąż szuka miłości, a mały Bertie wciąż ma 6 lat i uciążliwą matkę. Moja ocena: 5/6
10.   Harry Potter i przeklęte dziecko – J. K. Rowling , John Tiffany, Jack Thorne – tutaj również w najbliższym czasie popełnię posta, niestety nie będzie on tak pozytywny w treści jak ten o ilustrowanym Harrym Potterze. Moja ocena: 3/6


sobota, 5 listopada 2016

Raport z pewnego czytania

Dawno, dawno temu opublikowałam post pt. „197 książek”. Był to post o 197 nieprzeczytanych książkach, które zalegają na moich półkach. To było chyba w 2015 roku, od tego czasu lista zdążyła spuchnąć do 230 pozycji i wciąż rośnie, aczkolwiek coraz wolniej. To była długa i ciekawa podróż, co więcej, nie jestem nawet w jej połowie, ale już mogę Wam co nieco o niej opowiedzieć. Zatem, zapraszam do czytania kilku subiektywnych uwag z postępów z prac.

1.       Zrobienie listy było kamieniem milowym całego procesu. Tak, po jej sporządzeniu dalej kupowałam książki, tak, po jej sporządzeniu przez kilka miesięcy wciąż nie czytałam swoich starych książek, ale sam fakt istnienia listy poniósł za sobą długofalowe skutki. Przede wszystkim, dowiedziałam się, ile tego tak naprawdę jest. Więcej, niż przypuszczałam. Po drugie, mogłam od tego momentu monitorować, co się w temacie dzieje. A wierzcie mi, uzyskanie kontroli nad elementem swojego życia, nad którym się wcześniej nie miało żadnej kontroli, daje niesamowitego kopa do działania.
2.       Na moich półkach znajdują się niesamowite opowieści. Historie, o których nawet nie wiem, że tam są, bo zapomniałam już, kiedy i po co je kupiłam. Nie wiem, o czym są. Jedynie ich okładki przelatywały mi przed oczyma przy okazji sprzątania czy przeprowadzki. Każde takie odkrycie jest porównywalne do wykopania skarbu w ogródku. Po co przynosić nowe pozycje z bibliotek, księgarni, od znajomych, kiedy takie klejnoty jak Intryga małżeńska Jeffrey’a Eugenidesa albo Heban Ryszarda Kapuścińskiego czekają tylko, by je ktoś otworzył?
3.       Nie ma nic złego w kupowaniu książek. Złe jest to, że kupujesz pozycję, o której nic właściwie nie wiesz, której nie chce od razu przeczytać,  tylko dlatego, że jest na promocji i jakiś bloger o niej mówił. Albo kojarzysz okładkę. Albo system rekomendujący Ci ją pokazuje. Nie mówię, że jest to łatwe – zajęła mi ponad rok by dojść do momentu, w którym jestem teraz – kupuję to, co chcę przeczytać teraz. Czytam. Odkładam na półkę. Żadnych zaległości. Poza tymi 180, które mi jeszcze zostały…
4.       Wyznaczanie celu. Dawno temu wypisałam sobie listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią, a na niej znalazło się głębokie pragnienie, by kiedyś wejść do księgarni i kupić książkę, wiedząc, że w domu mam wszystko przeczytane. To musi być obłędne uczucie, które obecnie jest bardzo oddalone w czasie, ale liczę, że kiedyś mi się uda. To jest mój cel, przeczytać te wszystkie zaległe książki, żeby móc kiedyś doświadczyć tego przeżycia.
5.       Nie wszystkie książki ze mną zostaną. Chociaż w inne sfery życia powoli wtłaczam założenia minimalizmu, w kwestii moich książek minimalizm pozostaje poza marginesem. Lubię moje książki, co więcej, lubię dawać im kolejne życia i pożyczać na prawo i lewo. Właściwie nie ma już książek, którym nigdy nie pożyczam, niektóre tylko zarezerwowane są dla bliższych znajomych. Policzyłam kiedyś, że na raz z mojej biblioteczki korzystało około 40 osób. Dlatego nie żałuję, że mam tyle pozycji, nie zamierzam okrawać mojej kolekcji zbyt drastycznie i na pewno z czasem znów będę ją rozbudowywać. Ale niektóre książki odejdą w świat. Nie ma sensu trzymać czegoś, czemu dałam ocenę 1/6, na pewno nie pożyczę tego nikomu, kogo znam, ale może gdzieś znajdzie się ktoś, kto oceni daną pozycję bardziej pozytywnie?

Też czytacie swoje półki? Jak Wam to idzie? Dodajcie pod spodem swoje uwagi na temat czytania zaległych pozycji!

środa, 2 listopada 2016

"To musi być miłość" Sharon Owens

Nikt nie lubi, kiedy jeden z naszych ulubionych autorów rozczarowuje. A nawet jeśli nie ulubionych, to takich, co do których miało się zaufanie, że dostanie się konkretny typ powieści konkretnej jakości. Wiadomo, nie każdemu się wszystko musi podobać itd. ale to co miałam okazję przeżyć przy okazji lektury To musi być miłość to był prawdziwy horror. Nie mówię o gatunku.

Przeczytałam do tej pory trzy książki Sharon Owens, irlandzkiej pisarki obyczajówek – dwie bardzo mi się podbały, Tawerna przy Klonowej oraz Herbaciarnia pod Morwami. Trzeci nie była zachwycająca, ale poprawna. Natomiast to, o czym dziś piszę, to koszmarek najgorszego sortu. Naprawdę. Drukarka płakała jak to wypluwała. Nastawiałam się na powieść obyczajową z wątkiem romantycznym. No jest: Sarah (Sara? Redaktor nie mógł się chyba zdecydować) za kilka dni wychodzi za mąż, za bogatego właściciela ziemskiego. W oczekiwaniu na swój bajkowy, zimowy ślub przez przypadek dowiaduje się, iż jej narzeczony wciąż kocha swoją zmarła przed laty żonę. Zatem zostawia cały śmietnik do uprzątnięcia swojej przyjaciółce, a sama ucieka ze szkockiego dworu prosto do uroczej, irlandzkiej chatki, gdzie postanawia zastanowić się nad swoim życiem i jakoś je uporządkować. Aha, przed ślubem rzuciła pracę, a mieszkała w wypasionym apartamencie swojego narzeczonego, zatem teraz nie ma pracy, nie ma domu i wydaje całe oszczędności na wynajęcia chatki na irlandzkim wybrzeżu. Ma sens, co nie?

Na miejscu oczywiście od razu pierwszego dnia skrada serce miejscowego mechanika, oraz znajduje trzy przyjaciółki, które po kilku chwilach znajomości opowiadają jej o wszystkich swoich sekretach i przyjmują do swojego klubu książki. Gdyby to było tyle, i tak byłoby dużo i głupie, ale w tym momencie autorka postanawia, że zrobi „literacki” odpowiednik strogonowa – wrzuca wszystko i miesza. Jest zatem nieszczęśliwa miłość, bezpłodność, ucieczka przed przeszłością, ślub, zbrodnia, heroina, Nowy Jork, fikuśne przebieranki, tajemnica sprzed lat, lawendowy dom, bankructwo, oszustwo, zdrada i wszelkiej maści inne dramaty. A to wszystko napisane prymitywnym językiem dwunastolatki tworzącej wypracowanie domowe (tu się zastanawiam nad rolą tłumacza, bo jednak ta pisarka tak nie pisze…) Wymieszane jest to wszystko tak, że od połowy czytałam tą książkę już tylko dla masochistycznej przyjemności, porównywalnej z usilnym trącaniem językiem bolącego zęba.

W charakterze zgniłej wisienki na tym torcie ze śledzia dodać można, że książka była wydaja niechlujnie, pełno w niej literówek, nie mówiąc już o drobnych błędach fabularnych i pomylonym tytule w blurbie na tylnej okładce. Nie sposób nie pomyśleć, iż jest to książka, której nikt nie wydał. Ta książka się przytrafiła. Drukowali masę innych rzeczy i gdzieś zaplątało się i to. Fabuła, jakby autorka miała bliski termin w kontrakcie i musiała COŚ napisać, żeby nie płacić kary. Tłumaczenie toporne. Praca redaktora niewidoczna na tle licznych pomyłek i pomyłeczek. I na koniec na tylnej okładce entuzjastyczna recenzja… innej książki tej autorki.

Nie wiem, czy będę miała odwagę cywilną, by jeszcze kiedyś przeczytać cokolwiek autorstwa Sharon Owens.
Moja ocena: 1,5/6 (to pół za to, że jednak doczytałam do końca, jedynki są zarezerwowane zwykle na tych niedoczytanych)

Sharon Owens To musi być miłość
Tłum. Alina Siewior-Kuś
Wyd. Książnica
Katowice 2009


poniedziałek, 31 października 2016

ANIELSKI KONKURS - WYNIKI!!!!!!!!!!!!!!!

Prosta recepta na to, by sobie życie utrudnić – zorganizuj konkurs i poproś uczestników, żeby napisali coś od siebie, a Ty wybierzesz jedną najlepszą wypowiedź.
Będzie łatwo, mówili. Będzie fajnie, mówili.

KAŻDY Anioł Stróż które mi opisaliście (i każdy opis sensie technicznym) był wspaniały, i każdy zasługuje na pierwszą nagrodę. Ale niestety na stanie jest tylko jeden egzemplarz do wygrania, toteż po intensywnym procesie myślowym wybrałam tą jedną osobą wraz z jej Aniołem, do której powędruje „Siła niższa”. A jest nią:


Katarzyna Dela


Twój rudowłosy Anioł i jego nietypowe podejście do Twojego bezpieczeństwa, jak również niezwykle poetycki język pozostawiły mnie pod wielkim wrażeniem. Mam nadzieję, że powieść Ci się spodoba J

Pozostałym bardzo, bardzo dziękuję za udział w konkursie. Każde z Was przyłożyło się do odpowiedzi, przekraczając 1000-krotnie moje najśmielsze oczekiwania. I chociaż nie mogłam nagrodzić większej liczby osób, cieszę się, że chociaż każde z Was zostanie ze swoim Aniołem Stróżem.

A gdyby ktoś się zastanawiał, to mój Anioł Stróż, pomijając fakt, że jest dumny i blady, często musi wyglądać właśnie tak: