O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

niedziela, 15 stycznia 2017

Paula Daly "Mój największy błąd"


Szukając czegoś lekkiego i wciągającego, nęcona pozytywnymi recenzjami wokół zabrałam się za lekturę thrillera Pauli Daly Mój największy błąd. Czytałam ją w formie ebooka, na moim telefonie, w trakcie dojazdów do pracy i ewentualnie w innych sytuacjach z cyklu „długo, nudno i nie mam innej książki pod ręką”. I chyba tylko dlatego przeczytałam ją do końca.

Zarys fabuły wydaje się ciekawy – Roz jest (niemalże) samotną matką, utrzymującą się z pracy fizjoterapeutki w sieciówce, usiłującą jakoś utrzymać się na powierzchni gdy zewsząd pukają wierzyciele. Na byłego nie można liczyć, bowiem mentalnie nie ukończył gimnazjum, a prywatny biznes jaki zapoczątkowała kilka lat wcześniej, pociągnął ją jedynie głębiej w spiralę długów, zabierając ze sobą niektórych członków rodziny. Przyciśnięta do muru informacją o zaplanowanej eksmisji, Roz w końcu godzi się na pewną propozycję, która składa jej poznany niedawno żonaty mężczyzna. Za sumę, która pomoże jej stanąć na nogi, bohaterka ma spędzić noc ze swoim „zleceniodawcą”. I jak to w thrillerach bywa, sytuacja z dziwnej zrobi się straszna.

Nie jest to nic szalenie oryginalnego, i też nie tego się spodziewałam. Styl, jakim autorka włada, też co do zasady nie był zły, jeśli pominąć liczne powtórki jeszcze liczniejszych niepowodzeń  Roz i rozwlekłe opisy zabiegów fizjoterapeutycznych. Co więc poszło nie tak? Ogólnie rzecz ujmując – wszystko inne.

Przede wszystkim Roz jest przeraźliwie głupia i nieogarnięta, do poziomu, w którym zastanawiałam się, jak tej kobiecie jeszcze nie odebrano dziecka i pozwolono pracować z pacjentami za zamkniętymi drzwiami. Kobieta ma ponad trzydziestkę, a podejmuje decyzje jakby miała ich piętnaście, na zasadzie „wpakuję się w kłopoty, aby tylko siostra się nie dowiedziała”. Całe życie pod postacią małych sznureczków wypada jej z rąk, a ona zamiast usiłować je łapać, stoi bezradnie i czeka na księcia na białym koniu, który jej powie, co ma robić, bo sama bidulka nie wie. Ale co najgorsze, daje się wszystkim rozstawiać po kątach. Siostra każe jej przyjść na brunch. Roz jojcy, ale idzie. Sąsiadka nie przyjmuje do wiadomości, że Roz nie chce iść na przyjęcie. Roz idzie. Obca baba chce ja umówić ze swoim bratem – Roz idzie na randkę. Szef ją szantażuje – zamiast próbować się z tego wyplątać, od razu godzi się na wszystko i jeszcze bardziej komplikuje sobie życie. Serio?

Główna bohaterka tak mnie irytowała, że przykryła fakt iż powieść jest przewidywalna do bólu. W thrillerze powinien być jakiś suspens? No chyba nie w tym, tutaj zachowania głównego „złego” zwracają na siebie uwagę już na początku, toteż rozwój wypadków nie zaskakuje, co gorsza, rozwiązanie tego całego misz-maszu jest mdłe i jakieś takie… niedokończone?

Nie polecam tej powieści. Jeśli masz do wyboru czytać w toalecie „Mój największy błąd” albo skład chemii gospodarczej, do wybór jest tylko pomiędzy WC kaczką a odświeżaczem powietrza.

Moja ocena: 2/6 (bo jednak cudem skończyłam to czytać)


Paula Daly Mój największy bład
Wyd. Prószyński i S-ka

Watszawa 2016

wtorek, 3 stycznia 2017

Arne Dahl "Ciuciubabka"


Ulubieni bohaterzy są jak starzy, sprawdzeni przyjaciele – po latach nie wiesz już, czy się z nimi przyjaźnisz, bo są tacy wspaniali, czy po prostu dlatego, że zajmują ważne miejsce w Twoim sercu. Dlatego tak trudno jest napisać obiektywną opinię Twojego bliskiego, i tak trudno jest pisać o bohaterach, których znasz od lat, których przygody śledziło się z tomu na tom, niezależnie od tego, jak bardzo nieprawdopodobne by one były.

Członków Drużyny A poznałam na pierwszym roku studiów, w 2008 roku, jakby nie patrzeć – 9 lat temu. Zwykle co roku pojawiały się kolejne tomy, czasem obrodziło dwoma na raz. Niektórzy zmieniali miejsce pracy, przychodzili inni, ich losy plątały się, schodzili na złą drogę, wracali na dobrą. Ale przede wszystkim wkładali umysł i serce w każdą kolejną kryminalną zagadkę. Zagadki te z kolei stawały się coraz bardziej skomplikowane i międzynarodowe. Potem Drużyna A się rozpadła, ale w jej miejsce pojawiła się super tajna jednostka operacyjna Europolu – Opcop, w skład której weszli niektórzy starzy znajomi.

Jak w każdej poprzedniej książce, tak i tutaj Arne Dahl skupił się na jednym z problemów społecznych nękających Europę – zanieczyszczenie środowiska poprzez emisję spalin samochodowych. Pewne zdarzenie na niemieckiej autostradzie daje początek bezprecedensowemu projektowi unijnemu, są jednak pewne siły, które za wszelką cenę starają się nie dopuścić do jego realizacji. Jednocześnie kontynent zalewa świetnie zorganizowana grupa przestępcza, której pracownikami i jednocześnie niewolnikami są żebracy. Jak to często bywa, interesy okazują się zbieżne, a połączone siły mafijne mogą zwalczyć jedynie świetnie wyszkoleni i wyposażeni międzynarodowi policjanci. Gliniarze nowej generacji.

Dahl nie oszczędza czytelnika. Jego specyficzny styl, błyskotliwe dialogi, nietuzinkowe postaci łączą się w wyrafinowaną całość z wielowątkową fabułą, nieprzewidywalną i często niesamowitą. A jednocześnie jest to wszystko takie prawdziwe, to jest ten świat zza okna. Teraz dodatkowo autor postanowił zakończyć trzeci tom Opcopu w sposób, który pozostawił mnie z rozdziawioną buzią (dosłownie!) i absolutną koniecznością zakupu czwartej, ostatniej części cyklu, już w styczniu. Pomimo postanowień o niekupowaniu.

Chociaż zawiera wiele klasycznych elementów, nie jest to po prostu kolejny szwedzki kryminał. To książka, którą sama bym napisała, gdyby Dahl nie zrobił tego wcześniej, i lepiej. Na takie książki czekam z wytęsknieniem.

Moja ocena: 6/6

Arne Dahl Ciuciubabka
Tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2016

sobota, 31 grudnia 2016

Najlepsze książki 2016 roku

To był dziwny rok. Dużo się działo, wiele dobrego, wiele niedobrego, wiele takiego, które w sumie trudno zaszufladkować jako pozytywne lub negatywne. Dużo w tym roku czytałam, ale bardzo niewiele pisałam, nie wiem w sumie, z czego to wynikło. Nie mogę powiedzieć, że nie miałam czasu, bo były chwile w 2016 roku, gdy miałam go aż nadto. Pisać było o czym. Tylko jakby wena odpłynęła na calusieńki rok. Nie żeby dawniej była to jakaś super-wena, ale coś tak się zwykle kołatało. W tym roku zaś często zasiadałam z dłońmi nad klawiaturą jak domorosły wirtuoz, po czym nie byłam w stanie sklecić kilku sensownych zdań. Coś jak niechcica czytelnicza, tylko tym razem ucierpiało pisanie.

Co dziwne, trudno mi też było wybrać aż 10 najlepszych książek przeczytanych w 2016 roku. Nie zrozumcie mnie źle, czytałam sporo dobrych książek, tylko kilka ewidentnych gniotów (ósmy Potter, grrr), ale po wielu miesiącach okazuje się, że na widok wielu tych tytułów nie mam jakieś silniejszej reakcji emocjonalnej. Wybrałam te, które tą reakcję powodowały, a jeśli lista ta wyda się komuś mało ambitna, no cóż, bywa. Ja w każdym bądź razie z ręką na sercu mogę polecić każda z niżej wymienionych pozycji.

No to zaczynamy (kolejność mniej więcej przypadkowa):
1.       Motyl – Lisa Genova – wiele z tegorocznych najlepszych to książki, które długi czas przeleżały u mnie na półce. I tak właśnie było z Motylem, która to powieść okazała się przepiękną, smutną, mądrą i wzruszającą opowieścią o utracie ważnej funkcji w naszym życiu – pamięci. I jedynym dobrodziejstwem, dla chorej czy dla rodziny, była możliwość przygotowania się na najgorsze najlepiej jak się da.
2.       Światło, którego nie widać – Anthony Doerr – miałam nadzieję, że ta pozycja pojawi się na naszym rynku szybko i tak też się stało. Zwyciężczyni nagrody Pulitzera, obłędnie bogata i emocjonująca opowieść o II wojnie światowej widzianej młodymi oczyma. Zwykle niechętnie sięgam po tego typu literaturę, obrzydła mi w szkole, jednak tym razem zarówno perspektywa młodziutkiego, ubogiego Niemca i nastoletniej niewidomej Francuzki, jak i poetycki język tej powieści, i totalny brak edukacyjnego smrodku sprawił, że była to chyba najlepsza książka, jaką przeczytałam w 2016 roku.
3.       Żniwa zła – Robert Galbraith – trzeci tom przygód prywatnego detektywa Cormorana Strike’a. Z każdym kolejnym dowiadujemy się więcej o bohaterach, ale też z każdym kolejnym intryga jest coraz bardziej skomplikowana i nieprzewidywalna. A sposób, w jaki ta powieść się skończyła, to podstawa do nadania tej książce tytułu „Cliffhanger roku”.
4.       Posłaniec – Marcus Zusak – znów książka, która trochę poleżała na półce. Przyznam, że nie czytałam wiele książek australijskich autorów, i chociażby dlatego chciałam wreszcie sięgnąć po tą pozycję. Kolejnym plusem był jedne z moich ulubionych motywów, wokół którego kręci się fabuła. Tytułowy posłaniec dostaje tajemnicze wiadomości, które odpowiednio zinterpretowane mogą zmienić czyjeś życie. Na lepsze lub na gorsze. Tak pozytywnej ksiązki nie czytałam już dawno.
5.       Heban – Ryszard Kapuściński – tak, ta tez przeleżała długie lata – dla wtajemniczonych, kupiłam ją na Targach Książki w Krakowie, kiedy jeszcze odbywały się w starej lokalizacji. Książki Kapuścińskiego zawsze robią na mnie wrażenie, ale bogactwo zawarte w Hebanie po raz pierwszy obudziło we mnie prawdziwe zainteresowanie Afryką. I jednocześnie zapełniła dojmującą lukę w mojej edukacji o tymże kontynencie.
6.       Testament Nobla – Liza Marklund – też kupiona na Targach w starej lokalizacji. Mam wrażenie, że wbrew moich doświadczeniom z seriami i cyklami, każdy kolejny tom o Annce Benzgton jest lepszy od poprzedniego. Ewidentnie nie tylko ja tak myślę, bowiem właśnie ten tom dorobił się ekranizacji kilka lat temu. Kulisy przyznawania Nagrody Nobla walczą tu o uwagę z prywatnymi i zawodowymi problemami bohaterki. I kolejne zakończenie, które wbiło mnie w fotel.
7.       Siła niższa – Marta Kisiel – długo czekaliśmy na kolejnego Kiśla, długo, a jeszcze dłużej na kolejne Licho. I doczekaliśmy się, i powiem szczerze, że chociaż Dożywocie jest obłędne, to Siła niższa podobała mi się jeszcze bardziej. Rzadko miewać całą kartkę w Notecie zapisaną cytatami, rzadko w o ogóle spisuje cytaty. Tu spisałam, i do teraz jak je czytam to się śmieję, i uczę się ich sekretnie na pamięć by zabłysnąć w towarzystwie.
8.       Zawołajcie Położną – Jennifer Worth – poczekałam mocną chwilę, jak ucichły zachwyty nad tą książką (i aż pojawiła się w mojej bibliotece) po czym zachwyciłam się nią razem z całą resztą blogosfery. Prawdziwa, czasem wręcz naturalistyczna, a jednocześnie napisana z humorem i polotem opowieść o pracy położnej w ubogich dzielnicach Londynu/
9.       Polska odwraca oczy – Justyna Kopińska – dawno temu myślałam, że tylko reportaże o wojnie gdzieś daleko są w stanie mnie przerazić. Od kilku lat młode pokolenie polskich autorów skrupulatnie przekonuje mnie, że najbardziej przerażające są opowieści z naszego rodzimego podwórka. Które dzieją się teraz.
10.   Ciuciubabka – Arne Dahl – 2016 rok obdarował mnie dwoma nowymi powieściami mojego ulubionego autora, jednak to ta ostatnia (i jednocześnie ostatnia przeczytana w tym roku książka) zrobiła na mnie największe wrażenie. I jednocześnie kazała się zastanowić, jak w ciągu kilku lat ewoluowały książki o tych bohaterach, ale i sama Europa – od niskobużdzetowej jednostki szwedzkiej policji do drogiej i nowoczesnej multinarodowej grupy operacyjnej.
Zwykle tego nie robię, ale w tym roku chciałabym wybrać z powyższej dziesiątki tę jedną, jedyną Książkę 2016 roku, i jest nią Światło, którego nie widać Anthony’ego Doerr’a. Za to, że z książki, której zwykle nie chciałabym nawet czytać, uczynił najpiękniejsze literackie zdarzenie roku.



Mam całą listę postanowień noworocznych, i o niektórych z nich chciałabym napisać coś więcej. Zostawię to na później, dziś tylko powiem, że w 2017 roku życzę sobie pisać więcej. Tyle, ile pisałam dawniej, albo i więcej. Nie jest to jakiś przymus, tylko prawdziwa chęć z głębi duszy.


A w tym ostatnim poście tego roku życzę Wam wszystkim spełnienia marzeń w 2017 roku i inspiracji do wymyślania kolejnych, tak by każdy rok Waszego życia był kolejną Wielką Przygodą. Nie tylko literacką.

niedziela, 11 grudnia 2016

Mini-recenzje, czyli podsumowanie listopada

Tak się złożyło, że październik i listopad obfitowały w sporo wolnego czasu na czytanie. Obecnie będzie o niego trochę trudniej, ale dzięki temu może bardziej go docenię? Mimo, iż grudzień już w pełni, postanowiłam zrobić jednak spóźnione podsumowanie czytelnicze ubiegłego miesiąca, bowiem nie zdążę napisać pełnych recenzji tych książek, nim zapomnę o czym były, a jednak niektóre z nich zasługują na kilka słów.

Oto, co przeczytałam w listopadzie:

1.       Sztuka uprawiania róż z kolcami – Margaret Dilloway – wygrana dawno, dawno temu w blogerskim konkursie, zalegała od tamtych czasów na półce. Okazała się być ciepłą, słodko-gorzką obyczajówką o nauczycielce biologii, która zmaga się z niewydolnością nerek, a całą swoją energię przelewa w hodowane przez siebie róże. Nie jest to może Pulitzer, ale jednak mądra książka o tym, że ludzie są różni. Tak jak róże. Moja ocena: 4/6
2.       Dziewczyna z aniołem – Agnieszka Krawczyk – kolejna zalegająca na półkach od dawna pozycja, wreszcie coś o Krakowie. Spodziewałam się kryminału retro, tymczasem autorka chwilami poszła w coś, co określiłabym „Kodem Leonarda da Vinci” po krakowsku. Jednak spięła te wszystkie wątki w trzymającą się kupy całość, a opisy Krakowa roku 1959, znanych kątków w starszej odsłonie, zrobiły na mnie niemałe wrażenie. Moja ocena: 4/6
3.       Czerwony rynek– Scott Carney – udało mi się wypożyczyć ja z biblioteki, więc mogłam ze spokojem wyrzucić ją ze schowka w jednaj z internetowych księgarni. Co nie znaczy, że nie warto tej pozycji kupić. Warto, jest to chyba jeden z lepszych reportaży, które zdarzyło mi się przeczytać w ostatnich latach. Książka Carney’a zostawiła mnie z bardzo niewygodną wiedzą, którą jednak każdy powinien posiadać. Pełna recenzja dostępna tutaj. Moja ocena: 4,5/6
4.       Zawołajcie położną – Jennifer Worth – kolejna biblioteczna pozycja, swego czasu szeroko opisywana na blogach. Co mi nie przeszkodziło dopisać kolejną recenzje, którą możecie znaleźć tutaj. Moja ocena: 6/6
5.       Do wszystkich chłopców których kiedyś kochałam – Jenny Han – ta pozycja również leżała na półce, ale nie tak długo jak dwie pierwsze z tej listy. Kupiona pod wpływem amerykańskiego YouTube książkowego, osobiście nie zrobiła na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. Niektóre młodzieżówki wykraczają daleko poza ramy swego gatunku, ta do nich nie należy. Ot, rozważania o posiadaniu chłopaka i pozycji w szkole. Nieźle napisane, ale jednak płytkie. Moja ocena: 3,5/6
6.       Pochłaniacz – Katarzyna Bonda – po licznych ochach i achach sięgnęłam i ja po tzw. „królową kryminału”. Hhhhm, no tak. Niekoniecznie jestem fanką ponad 600-stronicowych kryminałów, w których wątków pobocznych jest więcej, niż samej fabuły. Nazwijcie mnie głupią, ale nie zrozumiałam o co w końcu w tej książce chodziło. Autorka tak często stosuje zabieg zwrotu akcji, że pogubiłam się gdzieś po 300 stronach i już nie odnalazłam. Trochę to przypominało piruet na lodzie – trzy, cztery robią wrażenie, w okolicach piętnastego zaczynasz dyskretnie spoglądać na zegarek. Moja ocena: 3,5/6
7.       Harry Potter i Komnata Tajemnic – J. K. Rowling, Jim Kay – tego nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Jedna z bardzo niewielu nowych książek, jakie ostatnio do mnie przybywają, ta zmaterializowała się pod postacią prezentu urodzinowego. Rowling jak zwykle świetna, ilustracje jak zwykle piękne i idealnie uzupełniające fabułę (nie żeby fabuła tego potrzebowała). Moja ocena: 6/6
8.       Lapidarium V – Ryszard Kapuściński – niesamowite, że te teksty powstały około 15 lat temu. Chwilami komentarze Kapuścińskiego tak wpisywały się w dzisiejsze problemy kraju i świata, jakby autor ożył, obejrzał „Fakty” w TVN i nie mógł się powstrzymać od zrobienia notatek. Moja ocena: 5/6
9.       Polska odwraca oczy – Justyna Kopińska – listopad był ewidentnie miesiącem dobrych reportaży, a ten jest jednym z nich. Autorka opisuje znane z mediów sprawy, które z powodu złe woli lub wadliwych przepisów nie zostały w sposób odpowiedni załatwione, i niekiedy ciągną się do dziś. Tyle zła w jednej małej książce. Emocje, jakie towarzyszyły mi podczas lektury, porównać mogę do tych, które odczuwałam czytając Jutro przypłynie królowa Wasielewskiego. Moja ocena: 5/6


piątek, 2 grudnia 2016

Katarina Bivald "Księgarnia spełnionych marzeń"

Nic tak łagodząco działa na duszę w mroczne, jesienne, wietrzne dni jak dobra powieść obyczajowa o przyjaźni i książkach. Taka książka powinna się zawsze znajdować w podręcznej apteczce, obok soku malinowego, ciepłego koca i aspiryny. Na szczęście dla mnie, w szale zakupów przez ostatnie lata udało mi się zapełnić i tą lukę. Księgarnia spełnionych marzeń Katariny Bivald została wepchnięta bezpardonowo w tylny rząd, do kąta, skąd wygrzebałam ją akurat by zakopać się pod kocem, gdy za oknem pizgało złem.

To jedna z tych dosyć przewidywalnych książek, gdzie mało co może nas zaskoczyć, w sumie niewiele się dzieje, i które tak łagodząco działają, zwłaszcza przy natłoku myśli i zdarzeń. Dwudziestoośmioletnia Sara niedawno straciła pracę w księgarni, toteż nic specjalnie nie trzyma jej w rodzinnym Haninge, Szwecja. Korzysta zatem z zaproszenia sześćdziesięcioletniej Amy, korespondencyjnej przyjaciółki, i przybywa do niewielkiego miasteczka Broken Wheel, USA. Na miejscu czeka ją spore zaskoczenie, ale i wiele ciepła i dobroci, do których lgnie jak ćma do światła. Niespodziewanie okazuje się, że zapuszczona dziura na końcu świata może okazać się czyimś miejscem na Ziemi, chociaż nawet miejscowym jest trudno w to uwierzyć.

Przyjaźń dwóch bohaterek spisana została w formie listów, które Amy wysłała Sarze. Listy te początkowo kręcą się wokół książek, wkrótce jednak zaczynają zdradzać coraz więcej o Broken Wheel i jego mieszkańcach. Żałowałam jedynie, że listy przestały w pewnym momencie dotyczyć książek, co było uroczym dodatkiem do głównej opowieści, jednak na szczęście autorka zaczęła umieszczać odnośniki do znanych i mniej znanych tytułów w innych miejscach powieści, zatem w trakcie lektury coraz to natykałam się na cytaty lub wspomnienia o książkowych bohaterach, i nie raz zaglądałam w Google, by znaleźć pierwowzór.

To ten typ książki, w której prawie nic się nie dzieje, którą czyta się dla samej atmosfery i bohaterów, dla delikatnej zmiany w każdym z nich, wywołanej pojawieniem się Sary w miasteczku. Sama Sara była wprawdzie odrobinę bezbarwna, za to galeria postaci drugoplanowych w zupełności mi to wynagradzała. Zatem jeśli lubicie takie właśnie lekkie, trochę senne ale bardzo optymistyczne książki, szczerze polecam Wam Księgarnię spełnionych marzeń – odrobinę Szwecji w Iowa!

Moja ocena: 4,5/6

Katarina Bivald Księgarnia spełnionych marzeń
Tłum. Ewa Chmielewska-Tomczak
Wyd. Amber

Warszawa 2014

czwartek, 24 listopada 2016

"Czerwony rynek" Scott Carney

Za każdym razem kiedy wydaje mi się, że jako tako zdaję sobie sprawę z obecności wszelakiego zła na naszym globie, trafia mi do rąk kolejny reportaż obnażający inny jeszcze rozdział z historii wyzysku jednych przez drugich. Nie inaczej było, gdy z biblioteki pożyczyłam Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci. O handlu żywym towarem i nieetycznych zachowania przy okazji przeszczepów różnych organów wiedziałam już wcześniej. Nie wiedziałam jednak, że istnieje aż tyle odmian tego biznesu, i że jest o kolejny przykład wykorzystywania bidy w krajach Trzeciego Świata.

Scott Carney zainteresował się tematem traktowania ciała zmarłego jako towaru, gdy w trakcie jego pracy w Indiach zmarła jedna z jego studentek, a jemu przypadł w udziale smutny obowiązek zajęcia się wszystkim związanym z jej śmiercią. Po kolei autor przeprowadził dziennikarskie śledztwa, w wyniku których odkrywa przed nami szereg dziedzin biznesowych, o których istnieniu nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć: handel organami, kośćmi zmarłych, komórkami jajowymi. Nielegalnych więzieniach, w których przetrzymuje się porwanych, którym pobiera się krew, lub ciężarne kobiety, które mają donosić cudze ciąże. Wreszcie o zasadach panujących w świecie ludzkich królików doświadczalnych, i historii transplantologii w kontekście prawnym.

Przeraża ilość odmian przedsiębiorczości skupionej wokół ciała ludzkiego. Nie ma właściwie elementu naszej ziemskiej powłoki, którego nie dałoby się spieniężyć: włosy, krew, narządy, kości, oczy, skóra, odporność… Carney pozostawia czytelnika z ważnymi pytaniami, między innymi o to, który system pobierania narządów i tkanek jest w rzeczywistości bardziej humanitarny i mniej podatny na przestępcze działanie: bezpłatny czy płatny? Opowiada o biedzie, która zmusza ludzi w krajach Trzeciego Świata do sprzedaży wszystkiego, bez czego da się żyć, ale też o zachłannym świecie zachodnim, który to wszystko zagarnia, chociaż zarzuty pod adresem tego ostatniego odnoszą się bardziej, moim zdaniem, do Amerykanów niż do reszty Zachodu. Zwyczajnie, ich system finansowania procedur medycznych przez prywatne firmy ubezpieczeniowe, które poszukują oszczędności, wydaje się w dużym stopniu odpowiedzialny za szereg kryminogennych zachowań np. w Indiach. Bo bez popytu nie byłoby podaży.

Jest to trudna, porażająca i miejscami makabryczna książka, jednak bardzo ważna. Po przeczytaniu jej bowiem nie możemy już powiedzieć „Nie wiedzieliśmy”. I to jest właśnie powód, dla którego ludzie powinni czytać takie reportaże.

Moja ocena: 4,5/6

Scott Carney Czerwony rynek
Tłum. Janusz Ochab
Wyd. Czarne

Wołowiec 2014

czwartek, 17 listopada 2016

Jennifer Worth "Zawołajcie położną"

W zeszłym tygodniu postanowiłam zrobić sobie małą przerwę od czytania własnych półek i po raz pierwszy od dawna skorzystałam z półek w mojej osiedlowej bibliotece. Na nich to właśnie wyhaczyłam swego czasu często i gęsto opisywaną w książkowej blogosferze książkę Zawołajcie położną, o której słyszałam wiele, wiele dobrego. I nie byłam rozczarowana.

Jennifer Worth opowiada o przypadkach, z jakimi stykały się położne pracujące niedługo po zakończeniu II wojny światowej w slumsach Londynu, ale przede wszystkim o życiu, jakie się tam wiodło, i problemach, z jakimi borykali się ich mieszkańcy. Wydaje mi się, iż często popadamy w pułapkę myślenia o krajach zachodnich jako o tych, które z wojny wyszły niemalże bez szwanku a życie w nich było od razu miodem i mlekiem płynące, skupiając się na niedoli tych, którzy pozostali za żelazną kurtyną. Worth opowiada historie ludzi, którzy w trakcie wojny potracili rodziny, zdrowie i dach nad głową, zaś życie w dokach opisuje jako trudne, ubogie chyłkiem uprawiane w cieniu wspomnień sprzed kilku lat.

Poza realistycznym opisem społeczeństwa, z którym pracowała, autorka wykazała się niezwykłym talentem do opowieści. Chociaż wiele historii, które znalazły swoje miejsce na kartach tej książki, było przepełnionych smutkiem i beznadzieją, brudem i chorobą, to jednak nawet takie czytało się z zapartym tchem, zupełnie jakby autorka po prostu usiadła obok i snuła te opowieści „na żywo”. Nie bez wpływu pozostaje też sposób, w jaki skonstruowana została ta książka – historie smutne przeplatane są z radosnymi, a beznadziei i żalu jest tu mniej więcej tyle, ile wzruszeń i dobrego humoru. Z jednej strony mamy opisy przerażających, urągających ludzkiej godności warunków życia, z drugiej dziewięćdziesięcioletnią zakonnicę ustawiającą do pionu przemądrzałego studenta.

Poleciałabym Zawołajcie położną” wszystkim, jednak po pierwsze – mam wrażenie, że wszyscy już ją przeczytali, a po drugie – dałam ją mojej mamie i dla niej jednak ta książka była zbyt naturalistyczna i nie była w stanie jej skończyć. Jeżeli jednak jeszcze jakimś cudem nie sięgnęliście po tą książkę i nie jesteście bardzo wrażliwi na brud i cierpienie opisane w książkach, to serdecznie zachęcam do lektury!

Moja ocena: 6/6

Jennifer Worth  Zawołajcie położną
Tłum. Marta Kisiel-Małecka
Wyd. Literackie

Kraków 2014