O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

czwartek, 18 czerwca 2020

"Red, white & royal blue" Casey McQuiston


Od kilku lat przeżywam zapaść piśmienniczą (jeśli tak to można nazwać). Pamiętam czasy, kiedy dopiero co założyłam bloga, to to podekscytowanie towarzyszące mi za każdym razem, gdy kończyłam czytać kolejną książkę – znów mogłam usiąść i Wam o niej opowiedzieć. Ekscytacja wciąż mi towarzyszyła, gdy dopadło mnie Dorosłe Życie, a potem i ona gdzieś znikła. Zostały wyrzuty sumienia i coraz bardziej umęczone teksty, z których nie byłam zadowolona. Czy ten będzie lepszy niż ostatnie kilka wpisów? Tego nie wiem, ale wiem, że z właściwą książką wrócił dawny entuzjazm. Bo właśnie skończyłam czytać Red, white & royal blue Casey McQuiston, i muszę komuś o niej opowiedzieć. I większej ilości ludzi, tym lepiej.

Nie wiem, od czego zacząć – ilość pozytywnych słów, jakie mam na określenie tej powieści zdecydowanie przerasta format tego bloga, ale się postaram. Usłyszałam o tej książce po raz pierwszy kilka miesięcy temu, kiedy zawojowała anglosaski Booktube, a następnie wygrała plebiscyt Goodreads w kategorii Romans. Co samo w sobie było zaskakujące, ponieważ większość konkursów w tej kategorii wskazuje zwykle romanse pomiędzy kobietą i mężczyzną. Tutaj natomiast mamy opowieść o powoli się rodzącej miłości syna pani Prezydent Stanów Zjednoczonych i księcia Walii. Alexa i Henry'ego. Miłości rodzącej się w tajemnicy, pełnej pasji, pełnej pożądania, pełnej troski i pełnej strachu. Romantycznej i pod każdym względem wspaniałej.

Taka opowieść wydaje się naiwna i przekombinowana, i pewnie taka by byłą, gdyby niekwestionowany talent autorki, która stworzyła dwójkę nietuzinkowych, pełnych wad ale i cudownych bohaterów. Casey McQuiston potrafi pisać ludzi, ale i potrafi pisać o relacjach między nimi – tych romantycznych, tych przyjacielskich i tych rodzinnych. Ale przede wszystkim potrafi pisać romans. Bo to jest, moi kochani, najczystszy, najprawdziwszy romans, z urokiem pierwszych wspólnych chwil, z niepewnością i z obłędem, i sorry za spoiler, z happy endem. Ostatnio odnoszę wrażenie, że autorzy cierpią na alergię na dobre zakończenia, i na siłę dopisują w epilogu jakieś 'ale'. I wreszcie Red, white & royal blue przełamało tę passę.

Mogłabym tu pewnie długo jeszcze pisać jak dobrze eto jest napisane, i jak piękna jest ta historia, i jak bardzo chciało mi się płakać, że to już koniec, ale chcę zachować trochę miejsca na jeszcze bardziej osobiste wycieczki. Po pierwsze, pomiędzy wybuchami śmiechu (serio, wybuchami, nie uśmieszkami – to NAPRAWDĘ jest komedia romantyczna) książka uderzyła w bardzo czułe struny. Nieco ponad rok temu odeszła pierwsza i najważniejsza czytelniczka tego bloga – Moja Mama, a straciliśmy ją w mgnieniu oka przez nowotwór trzustki. Czytać, jak bohater (teraz już ulubionej) książki przechodził przez podobną traumę (mimo, iż to bohater fikcyjny) otworzyło takie miejsce we mnie, które wolę trzymać zamknięte, żeby móc jakoś funkcjonować, ale też dało mi jakieś dziwne poczucie może nie komfortu, ale porozumienia. Ludzi, którym ta choroba odebrała najbliższych, jest więcej.

Do drugie – to jest komedia, i romans, i z elementami polityki, ale to wciąż jest powieść LGBTQ+. To ważne, bo chociaż wychodzi coraz więcej takich powieści (wspomnę chociaż kilka moich ulubionych: Inne zasady lata, A jeśli to my, Simon oraz inni homo sapiens, trylogia Zniewolony książę) to wciąż jest ich za mało. Zwłaszcza tych, gdzie bycie lesbijką lub gejem jest po prostu częścią życia, która wiąże się ze swoimi trudami życia, ale też może być źródłem radości i spełnienia. A piszę te słowa kilka dni po tym, jak prezydent mojego kraju stwierdził, że społeczność LGBT „jest ideologią, nie ludźmi”. I chociaż nigdy wcześniej nie pisałam tutaj o polityce, to jak widzicie czasem nie ma możliwości by to kontynuować. Bo w jednym miejscu na ziemi ktoś osiąga sukces wydawniczy pisząc romans o dwóch młodych mężczyznach, który mają wsparcie rodziny, marzenia, plany, kariery i jednocześnie, tak, są w sobie bezgranicznie zakochani. A w drugim Alexowi, Henry'emu i takim jak on odmawia się statusu ludzi. I, przepraszam za słownictwo, ale bardzo mnie to wkurwia. I wiem, że wkurwiło by również moją Pierwszą Czytelniczkę.

Wyszedł bardzo osobisty tekst, chyba najbardziej osobisty ze wszystkich moich postów. Chyba to jest miarą dobrej literatury – że potrafi poruszyć w nas wszystkie struny, tak że lekturę kończymy z uśmiechem na ustach, ze łzami w oczach i entuzjazmem do pisania recenzji. I to nie musi być literatura godna Nobla, nie musi być klasyk – może to być świetny przykład literatury rozrywkowej. Taki jak Red, white & royal blue.


Moja ocena 6/6 (prawdopodobnie książka roku)


Red, white & royal blue Casey McQuiston
Tłum. Emilia Skowrońska
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2020

środa, 1 kwietnia 2020

Podsumowanie marca


Marzec... co można o nim powiedzieć? Dobrego niewiele, jako że jest to pierwszy miesiąc pandemii, która wielu z nas przeraża (niestety nie wszystkich) i która zamknęła nas w domach (niestety nie wszystkich). Nie wiem jak Wy, ale ja nie spodziewałam się, że w moim życiu przydarzy się coś takiego.

Jedynym pozytywem ciągłego siedzenia w domu jest masa czasu na czytanie. Mimo, że w trakcie miesiąca zaliczyłam pewne spowolnienie czytelnicze, ze zdziwieniem skonstatowałam, że udało mi się przeczytać w marcu 13 książek. I, co dla mnie nawet ważniejsze, o dwóch z nich udało mi się coś tu napisać, a liczę po cichu, że kilka kolejnych doczeka się wkrótce osobnych postów, bo są tego warte. Nie wiem natomiast czy będę pisać o tych kiepskich książkach, bo wydaje mi się, że negatywów mamy aż nadto.

Jeśli chodzi o to, skąd moje książki się brały, to muszę z dumą ogłosić, że 3 z nich to przykurzątka zalegające na moich półkach co najmniej od roku (po cichutku towarzyszyłam amerykańskim booktuberom w Backlist Readathon), 2 to tegoroczne zakupy przeczytane natychmiast (gdzie mój medal?), 3 to pozycje z biblioteki, 1 pożyczona od szwagra i 4 ebooki (kupione ostatnio) z czego jeden recenzencki (pierwszy raz od dwóch lat).

Gatunkowo było dosyć różnorodnie – 2 młodzieżówki, 3 kryminały, 2 fantastyki i 1 SF, 2 romanse, 1 historyczna, 1 reportaż i 1 literatura współczesna.



  1. Trup w sanatorium Marta Matyszczak – to już szósty tom kryminałów, w których głównym śledczym jest Guc... Szymon. Nie, nie dajmy się zwieźć, niepokonanym tropicielem morderców jest uroczy kundelek, a prywatny detektyw tylko pląta się pod nogami ;). 4,5/6
  2. Simon oraz inni homo sapiens Becky Albertalli – to jedna z tych książek, o których chciałabym coś więcej napisać, dlatego tutaj tylko wspomnę, że była to jedna z najlepszych powieści jakie czytałam w tym roku (tak, wiem, że mamy dopiero 1 kwietnia). 5/6
  3. Noah po prostu jest Simon James Green – urocza i zabawna młodzieżówka o poznawaniu siebie i akceptacji swojej budzącej się seksualności, ale i o dorastaniu w nie zawsze sprzyjających warunkach. 4/6
  4. Kirke Madeline Miller – powieściowa wersja greckiego mitu, o której możecie poczytać tutaj. 5/6
  5. Oblicza Wielkiej Brytanii Dariusz Rosiak – jedyny reportaż przeczytany w marcu, i niekoniecznie najlepszy z tym, które przeczytałam, chociaż bardziej z uwagi na temat niż styl. Autor na pewno dużo wyjaśnia w kwestii tego, dlaczego Brytyjczyny zdecydowali się na Brexit, natomiast długie fragmenty tłumaczące zawiłości polityczne trochę mnie znudziły. 3/6
  6. Sól morza Ruta Sepetys – młodzieżówka historyczna, ale napisana w sposób, który dotrze do czytelnika w każdym wieku. Opowiada o ewakuacji mieszkańców Prus Wschodnich uciekających przez Armią Czerwoną, oczami czwórki młodych ludzi z różnych krajów i środowisk. 4,5/6
  7. Dom Jedwabny Anthony Horowitz – nowe śledztwo Sherlocka Holmesa, tym razem spisane przez innego autora. Niestety, nie podobało mi się – męczyłam tą książkę przez tydzień, chociaż to kryminał i miał tylko 300 stron. Powieści Doyle'a były krótkie i dosyć wartkie, tutaj dłużyzny nie pozwoliły mi docenić zagadki i błyskotliwego umysłu Sherloka. 2/6
  8. Czarna kawa Agatha Christie – znowelizowana wersja sztuki, dlatego czytało się to chwilami ciężko, narracja była drętwa i pozbawiona emocji. Sama zagadka zaś całkiem przyzwoita. Zdecydowanie nie byłą to najlepsza pozycja z dorobku tej autorki. 3/6
  9. Rytmatysta Brandon Sanderson – fantastyka młodzieżowa, i moja pierwsza pozycja tego autora. Wiem już, dlaczego ma taką rzeszę czytelników, natomiast wybór tej konkretnej pozycji nie był dobrym pomysłem. Jest to bowiem tom pierwszy, opublikowany w 2013, i od tamtej pozy nie ma tomu drugiego. Sama fabuła bardzo ciekawa, atmosferą mocno przypomina Harrego Pottera, ale typ magii stosowany przez rytmatystów był trochę za bardzo przekombinowany jak na mój gust. Co nie znaczy, że nie przeczytałabym tomu drugiego. 4/6
Poza papierowymi przeczytałam też 4 ebooki:

  1. Marny Andrew Sean Greer – najlepsza książka przeczytana w tym miesiącu, o której więcej można poczytać tutaj. 6/6
  2. Serce gangstera Anna Wolf – to była ta książka, która wyrwała mnie z czytelniczego marazmu, w który powoli popadałam. Bardzo typowy romans pomiędzy szefem rosyjskiej mafii i niewinną dziewicą, zawierający w sobie chyba wszystkie typowe dla gatunku elementy: wielki, groźny facet, drobna, delikatna kobieta, niebezpieczeństwo, miłość od pierwszego wejrzenia, ona piękna, on bogaty. To nie jest jakaś ambitna historia miłosna, ale świetny umilacz czasu. 5/6
  3. Niegrzeczny szef Whitney G. - jeśli poprzedni tytuł był mało ambitny, to to już jest gniot, ale znowu – potrzebowałam dokładnie tego – prostej historii skupionej tylko wokół relacji dwojga bohaterów. Trochę szkoda, że ta książka jest króciutka bo mogłaby wiele zyskać na odrobinie bardziej szczegółowo stworzonym świecie i fabule, ale w swoim gatunku to jest bardzo dobra pozycja. 4/6
  4. Star Wars. The Rise of Skywalker Rae Carson – film bardzo mocno mnie rozczarował, i miałam nadzieję, że powieściowa wersja rzuci trochę światła na pewne dziury w fabule. Cóż, książka rozczarowuje jeszcze bardziej. Tyle dobrze, że przeczytałam coś po angielsku, zawsze to jakiś trening. 2/6

poniedziałek, 30 marca 2020

Madeline Miller "Kirke"


Nie wiadomo jak długo jeszcze pandemia będzie nas trzymała w domu, ale wszystko wskazuje na to, że jeszcze chwilę to potrwa. I chociaż sytuacja zaczyna mi coraz bardziej doskwierać (jak chyba każdemu z nas) przynajmniej o jedno nie muszę się niepokoić. O książki. Mam ponad 90 nieprzeczytanych pozycji na półkach, plus tonę ebooków (z każdą chwilą coraz więcej, bo sklepy prześcigają się w promocjach), a tuż przed rozpoczęciem izolacji akurat odwiedziłam lokalne biblioteki i przyniosłam dodatkowe kilka książek (bo przecież potrzebuję). I właśnie jedną w z tych bibliotecznych zagłębiałam się cały weekend.

„Kirke” autorstwa Madeline Miller to znowelizowana wersja dobrze znanego mitu o czarodziejce Kirke, która najbardziej się nam kojarzy z innym mitem – tym o Odyseuszu powracającym do Itaki z wojny trojańskiej. Jednak autorka nie ogranicza się tylko do tego fragmentu greckiej mitologii – przeciwnie, oczyma Kirke śledzimy losy wielu innych bogów, nimf i bohaterów. Miller sięga zatem po mit po Prometeuszu, o Minotaurze, o Dedalu i Ikarze, Ariadnie i Tezeuszu. Czytamy o wydarzeniach spod Troi i o początkach świata. Na kartach „Kirke” pojawiają się dobrze nam znani bogowie, tacy jak Hermes czy Atena, oraz ci pomniejsi. Wspomnieni zostają wielcy bohaterowie – Achilles czy Herkules, a także zwykli ludzie wplątani w wydarzenia dyrygowane przez bóstwa.

Opowieść wydaje się toczyć leniwie, bohaterowie pojawiają się i znikają, by zrobić miejsce dla kolejnych, ale z czasem czytelnik uzmysławia sobie, że pomimo powolności wydarzyło się w tej książce bardzo wiele, a wciąż przed nim mnóstwo stron, zaś postaci występujące wcześniej odnajdują, czasem niespodziewanie, swoje znaczenie w kolejnych etapach życia głównej bohaterki. Sama Kirke jest fascynującą postacią, nie tylko dzięki temu co o niej wiemy ze starożytnej mitologii, ale przede wszystkim dzięki temu, jak Madeline Miller ją wykreowała. Z niewinnej i naiwnej nimfy powstanie niezależna i potężna czarownica, której lękać się będą najwięksi, a obserwowanie jej powolnej przemiany jest prawdziwą literacką ucztą. Kirke uczy się na własnych błędach, bierze odpowiedzialność za swoje czyny i docenia wagę ciężkiej pracy i silnej woli. A jednocześnie jest postacią z krwi i kości, o którą się niepokoimy i która wystawiana jest co raz na próby, które łamią serce. Zdecydowanie była to jedna z najbardziej emocjonalnych czytelniczych przejażdżek w tym roku.

Co należy jeszcze podkreślić to sposób, w jaki autorka traktuje grecką mitologię, bowiem często gęsto jej elementy są wykorzystywane przez pisarzy w sposób bardzo dowolny, często niemający nic wspólnego z oryginałem. Tutaj mity zostały potraktowane poważnie, a fabuła odbiega od oryginały tylko wtedy, gdy jest to konieczne dla prowadzenia akcji. Greccy bogowie byli okrutni i bezwzględni, i tacy właśnie są w „Kirke”, zaś powiązania między nimi są tak samo pokręcone, jak opowiadali starożytni. Zatem wielbiciele mitów greckich mogą bez lęku sięgać po tą powieść bez obaw, że będą chcieli nią rzucić o ścianę.

Madeline Miller jest również autorką drugiej powieści o tematyce greckiej mitologii - „Achilles. W pułapce przeznaczenia”, po którą również zamierzam wkrótce sięgnąć, chociaż jak słyszałam, łamie serce. Zaryzykuję, bo dla tej autorki warto.


Moja ocena: 5/6


Madeline Miller Kirke
Tłum. Paweł Korombel
Wyd. Albatros
Warszawa 2018


wtorek, 24 marca 2020

Andrew Sean Greer "Marny"


Artur Marny jest pięćdziesięcioletnim (czterdziestodziewięcio) pisarzem drugiej kategorii odśnieżania, którego życie nie jest źle, ale... nigdy nie było przesadnie dobre. Zwykle jest traktowany jako dodatek do słynniejszych, młodszych, piękniejszych, jego powieści nie lądują ani na listach bestsellerów, ani na listach nominowanych do literackich nagród. Ogólnie szału nie ma. To takie sobie życie zostaje poniekąd wywrócone do góry nogami w chwili, gdy Artur otrzymuje zaproszenie na ślub swojego byłego kochanka. Nie może go przyjąć, z oczywistych względów, ale nie może też zwyczajnie odmówić stawiennictwa by nie wywołać komentarzy. Potrzebuje alibi.

Wraz z zaproszeniem ślubnym w jego ręku znajdują się (dosłownie i w przenośni) również inne, i Artur decyduje się zrobić coś, czego nigdy wcześniej nie robił: przyjąć je wszystkie, tak by w chwili ślubu być, niestety, nieobecnym na łonie ojczyzny. I tym sposobem wyrusza w podróż dookoła świata.

Artur przemierza zatem kolejne kraje i kontynenty, przeżywa przygody które nigdy by go nie spotkały gdyby dalej tkwił w San Francisco. Jednocześnie autor zabiera nas w podróż w czasie – liczne retrospekcje pozwalają nam poznać historię Artura – dzieciństwo i młodość, imprezy z bohemą, wieloletni związek ze słynnym poetą, dziewięcioletni romans z młodszym od siebie mężczyzną, który kończy się ostatecznie małżeństwem tego drugiego z kimś innym i wymuszoną podróżą Artura.

Pomimo wielu wad i jeszcze większej ilości pechowych zdarzeń Artur jest fascynującym i wielowymiarowym bohaterem, jakże różnym od większości, a jednocześnie bardzo ludzkim ze swoimi obawami, które dotyczą każdego z nas. Czasem czytelnik zaśmieje się z jego perypetii, ale częściej ma ochotę go przytulić i postawić mu drinka. Myślę, ze na stałe znalazł się w grupie moich ulubionych postaci literackich.

Zachwycił mnie język w tej powieści – niby prosty, ale jednocześnie poetycki traktowany nieco z przymrużeniem oka. Niektóre frazy najchętniej bym podkreśliła (niestety jednak wersja elektroniczna to nie to samo co papier), stwierdzenia takie jak: „Całuje (…) jak ktoś, kto ucząc się języka obcego, opanował tylko czas teraźniejszy, i tylko drugą osobę. Tylko teraz, tylko ty.” Zabawnym zbiegiem okoliczności jest fakt, iż autor opisuje drugoplanową postać słynnego poety, który otrzymuje nagrodę Pulitzera, po czym sam staje się laureatem tego wyróżnienia, właśnie za powieść Marny. A czytając tą piękną powieść, nie sposób nie przyznać, że zasłużenie.

To nie jest pozycja do bezrefleksyjnego przeczytania w kilka godzin, to jedna z tych książek, które warto smakować, dać im czas, zanurzyć się w opowieści i w sposobie, w jaki jest opowiedziana. Ale zdecydowanie jest to pozycja warta tego, by po nią sięgnąć.


Moja ocena: 6/6

Andrew Sean Greer Marny
Wyd. W.A.B


Za możliwość przeczytania tej wspaniałej książki dziękuję Wydawcy.

niedziela, 24 lutego 2019

"Kamień" Małgorzata i Michał Kuźmińscy


Luty to drugi miesiąc z rzędu, kiedy biorę udział w wyzwaniu czytelniczym Trójka E-pik, stworzonym przed laty przez Sardegnę, i miłościwie przywróconym w 2019 roku. Byłam jedną z osób, które stale ją o ten powrót męczyły, więc oczywistym jest, że muszę co miesiąc stawać do wyzwania, przy czym postanowiłam dodatkowo wykorzystać tą okazję, i szukać pozycji z kolejnych kategorii w moich zaległych, nieprzeczytanych książkach papierowych i ebookach. Jedną z kategorii lutowych był „regionalizm”, rozumiany na wiele różnych sposobów. Ja przeczytałam już wiele książek o Krakowie, dlatego na Trójkę wybrałam ebooka zalegającego u mnie od ponad roku, który traktuje o regionie bliskim mi nie tylko geograficznie. Udałam się na Sądecczyznę.

Kamień Małgorzaty i Michała Kuźmińskich zabiera nas, i swoich głównych bohaterów znanych z poprzednich powieści autorów, do Łącka, w pobliżu którego znajduje się romska osada. W osadzie tej znalezione zostają zwłoki małego dziecka, a pobieżna analiza wskazuje, że nie jest to dziecko pochodzące z tej społeczności. Nie trudno sobie wyobrazić, że już nie najlepsze stosunki pomiędzy lokalną społecznością polską i romską teraz ulegają znacznemu pogorszeniu. W śledztwie jako konsultant – antropolog kulturowy, ma pomóc Anna Serafin, jednocześnie celem śledzenia zaogniającego się konfliktu i opisania go jako pierwszy do Łącka udaje się Sebastian Strzygoń – oboje znani mi już z recenzowanej kilka lat temu Ślebody Dwójka bohaterów zaczyna prowadzić własne śledztwo, niekoniecznie pokrywające się z tym prowadzonym przez lokalną policję, i powoli odkrywają kolejne warstwy skomplikowanej intrygi.

Przyznam się Wam, że już dawno nie czytałam kryminału który tak bardzo by mnie wciągnął. Kamień to książka, o której myślałam w pracy, że już nie mogę się doczekać powrotu do domu i przeczytania co dalej. Jedna zbrodnia prowadzi do kolejnych, a ich rozwiązania za nic nie byłabym w stanie wymyślić. Autorzy wpletli w fabułę szereg społecznych problemów, ale jakimś cudem udało im się nie przeładować tej powieści, wszystko tu gra i łączy się ze sobą: niechęć do Romów, ich kultura tak inna od naszej, pedofilia w Kościele, odejście od medycyny konwencjonalnej na rzecz alternatywnej, uchodźcy, tematy graniczne, a nawet bezpieczeństwo państwa. Co również doceniłam, to obraz policji w tej książce. Zwykle kiedy głównym bohaterem kryminału jest dziennikarz czy detektyw, policja jest odmalowana jako banda debili. Tutaj nie było czarno-biało. Owszem, główny dochodzeniowiec nie był może szczytem wyrafinowania, ale funkcjonował w takich warunkach, jakie mu narzucono i ostatecznie nie bał się otworzyć na inne pomysły, a towarzyszący mu młodsi funkcjonariusze robili kawał dobrej roboty.

Okolice Starego Sącza przez wiele moich młodzieńczych lat były celem naszych rodzinnych wakacji. Chociaż zatem nie jestem z Sądecczyzny, to zarówno geografia, jak i niektóre problemy tych okolic, są mi znane i bliskie. Wrócić na te tereny poprzez karty powieści, chociaż na potrzeby fabuły niektóre detale zostały zmienione, było dla mnie nie lada przeżyciem. I ostatecznie przekonało mnie, że państwo Kuźmińscy mają fach w ręku, i warto sięgać po ich twórczość w przyszłości.

Moja ocena: 6/6

Małgorzata i Michał Kuźmińscy Kamień
3 tom cyklu Anna Serafin i Sebastian Strzygoń
Wydawnictwo Dolnośląskie
Wrocław 2017
Ebook - Publio

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Trójka E-pik jako powieść regionalna.

wtorek, 29 stycznia 2019

"Labirynt duchów" Carlos Ruiz Zafon


Zabrzmi to może nieco oklepanie, ale moja przygoda z Cieniem wiatru Carlosa Ruiza Zafona zaczęła się wiele lat temu dosyć przypadkowo. Po prostu spodobała mi się okładka, i tak długo chodziłam wokół tej książki, aż wreszcie ktoś dał mi ją w prezencie (w owym czasie cena okładkowa takiego tomiszcza była dla mnie nie do przeskoczenia). I tak oto uwikłałam się w historię, która powracała do mnie co kilka lat, zaś kilka dni temu oficjalnie się zakończyła. Wcześniej te zaledwie 886 stron Labiryntu duchów porwało mnie w niemal dwutygodniową podróż.

To jedna z tych książek, które są tak dobre, tak piękne i tak przebogate, że cokolwiek by się o nich nie napisało, będzie to jedynie nędzna pisanina, grafomania niemalże. Ruiz Zafon w swoich powieściach nigdy się specjalnie nie ograniczał, ale przy okazji tworzenia czwartego i ostatniego tomu cyklu Cmentarza Zapomnianych książek sięgnął po wszystkie kredki, które miał w pudełku, i odmalował niesamowity finał przygód bohaterów znanych już wcześniej, jak i tych, którzy pojawili się dopiero teraz. Czytelnik powraca zatem po Barcelony lat 50., do księgarni Sempere i synowie, by sprawdzić jak radzi sobie Daniel, obecnie mąż i ojciec, poczęstować się sugusami od Fermina i zagubić się w labiryncie Cmentarza Zapomnianych książek. Szybko jednak zostaje wyrwany z tej sielanki, by w Madrycie spotkać chyba jedną z najbardziej fascynujących postaci kobiecych, jakie zdarzyło mi się znaleźć na kartach powieści. Alicja Gris znajduje się na usługach bezimiennej służby w Hiszpanii rządzonej przez generała Franco, i otrzymuje bardzo delikatne zadanie odnalezienia ministra, po którym słuch zaginął. Zaś na ręce będzie jej patrzył emerytowany policjant, kapitan Vargas. Jak nie trudno się domyślić, w powieściach Ruiz Zafona wszystkie drogi prowadzą do Barcelony, a tu już czeka na wszystkich – i bohaterów, i czytelników – jazda bez trzymanki.

Pisałam już, że autor się nie ogranicza? Zaczynamy zatem od plastycznych opisów bombardowanej Barcelony, potem stajemy się świadkami tajemniczych zajść, na scenę wkracza agentka i gliniarz Labirynt zamienia się w klasyczny kryminał noir, powoli przeradzający się w thriller, aż wreszcie w horror (łącznie z takimi chwytami jak dłoń w ciemnościach zamykająca za bohaterem drzwi...). Atmosfera z każdą kolejną stroną się zagęszcza, nic już nie jest takim, jakim się wydaje, nie wiadomo, kto tu jest zły, a kto dobry, i czy w ogóle ktokolwiek. Śledztwo w sprawie zaginięcia łączy się coraz bardziej z historią rodziny Sempere, i do samego końca nie wiadomo, jak to się wszystko ułoży w całość.

Jeśli uznamy, że koniec następuje około strony 750. Następujące po niej strony to już dopinanie wszystkich wątków, i to jest moja jedyna uwaga – prawie 150 stron zakończenia po zakończeniu to dla mnie dużo za dużo. Wprawdzie żegnamy się z bohaterami na zawsze, ale mogliśmy spędzić na tym pożegnaniu trochę mniej czasu. Wszak tyle ciekawych książek czeka na swojego czytelnika!

To byłą jednak ze wszech miar wspaniała przygoda, i najlepsza książka, jaką w tym roku przeczytałam (siłę tej deklaracji odbiera fakt, że mamy dopiero styczeń). Ze wstydem przyznaję, iż gdyby nie wyzwanie Sardegny, zapewne jeszcze długo nie sięgnęłabym po tego behemota – niespełna 900 stron! I po raz kolejny kazałabym wspaniałej opowieści czekać niepotrzebnie długo na swojego Strażnika.

Moja ocena – 5/6

Carlos Ruiz Zafon Labirynt duchów
Tłum. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas
Wyd. Muza
Warszawa 2017


Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka E-pik.

środa, 23 stycznia 2019

Dwie Rudnickie - ta dobra i ta...


Tak bardzo, jak lubię sięgać po nieznanych mi autorów i debiuty, tak lubię mieć na podorędziu kolejne tomy znanych mi serii albo nieprzeczytaną jeszcze powieść ulubionych autorów. Jednymi z takich książek są te autorstwa Olgi Rudnickiej. Jej cykl o Emilii Przecinek pomógł mi przetrwać najczarniejsze czasy w pracy, a przy lekturze cyklu o Nataliach płakałam ze śmiechu. Było też kilka innych tytułów, które bardzo mi się podobały – pomiędzy nimi Diabli nadali, ale również kilka moim zdaniem mniej udanych – jak niestety najnowsza książka Byle do przodu.

Diabli nadali wydano kilka lat temu, i z zaskoczeniem skonstatowałam, że zupełnie mi ona umknęła w mojej pogoni za kolejnymi książkami Rudnickiej. Fabuła ma, wydawałoby się, dosyć przewidywalne założenie – młodziutka dziewczyna z prowincji przybywa do Wielkiego Miasta i zostaje osobistą asystentką zabójczo przystojnego Szefa, którego wszyscy podejrzewają co najmniej o luźne związki z Lucyferem. Uwodziciel mający na koncie setki dusz i niedoświadczenie głównej bohaterki powinno zaowocować płomiennym romansem. Otóż, nie. Pomiędzy tą dwójką rodzi się coś, co można roboczo nazwać przyjaźnią podszytą szyderą z jednej strony, i niechęcią z drugiej. Wybuchowe kombo? Dodajcie do tego trupa, który nie jest trupem, policjanta, który chce kariery i miłości, ale nie umie się zabrać ani za jedno, ani za drugie, i wachlarz postaci drugoplanowych, cudownie przerysowanych jak to u Rudnickiej, i wychodzi komedia kryminalna, którą czyta się z przyjemnością.

Czego niestety nie można powiedzieć o innej, przeczytanej przez mnie ostatnio w ramach Wyzwania Trójka E-pik, powieści tej autorki – Byle do przodu. Zalążek fabuły znów wydaje się obiecujący – dwoje trzydziestolatków dostaje od bogatego taty znaczną pomoc z otwarciu własnych biznesów. Jednak takie prezenty w przeszłości zawsze były zapowiedzią złych wiadomości, Dlatego przedsiębiorcze rodzeństwo postanawia wszelkimi dostępnymi środkami dowiedzieć się, co też takiego ojciec postanowił okrasić podarkami. Tutaj niestety fabuła zaczyna się trochę sypać. Nie można powiedzieć, że czytelnik spodziewa się wielkiego zwrotu akcji, bowiem ten zwrot akcji jet mu zakomunikowany na wczesnym etapie. Potem zaczyna się komedia pomyłek, która pewnie byłaby śmieszna i wciągająca, gdyby ją skrócić o jakieś 100 stron. Zamiast skrzących się specyficznym humorem dialogów, które znamy z innych książek autorki, mamy często przeplatające się dwa monologi bez ładu i składu, do niczego nie prowadzące konwersacje wciąż o tym samym, żarty i figury retoryczne powtarzające się kilkakrotnie, za zasadzie, że jak raz śmieszyło, to drugi raz też rozśmieszy. Pod koniec pojawia się wątek kryminalny, przyznam, że z ciekawością oczekiwałam na jego finał i powiązanie z główną fabułą. Tymczasem okazało się, że był to dodany na siłę element, o którego pochodzeniu lepiej nie mówić, żeby nie używać wulgaryzmu, a gdy przyszło go wyjaśnić, moją reakcją było tylko „Yyyyy, ok...”

I teraz nie wiem – z jednej strony wiele powieści Olgi Rudnickiej zapewniło mi solidną dawkę rozrywki i odskocznię od codzienności. Z drugiej, to już drugi tytuł wydany w ostatnim czasie, który nie przypadł mi do gustu. Nie chcę wierzyć, że formuła się wyczerpała, a że to tylko czasowa niedyspozycja, i jeszcze dostaniemy coś na miarę Natalii.

Olga Rudnicka Diabli nadali
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2015
Moja ocena – 4,5/6

Olga Rudnicka Byle do przodu
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2018
Moja ocena – 3/6
Książka przeczytana w ramach Wyzwania Trójka E-pik