O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

środa, 21 lutego 2018

"Komisarz" Paulina Świst

Zawsze z wielkimi nadziejami i oczekiwaniami podchodzę do pisarskich prób prawników. Może to zawodowa solidarność, a może świadomość, że poza pewnymi przypadkami prawnicy to bardzo łebscy ludzie i to mi się jakoś przekłada na przekonanie, że muszą świetnie pisać. Zwłaszcza, gdy bohaterami swoich powieści czynią właśnie prawników. Zwykle srogo się rozczarowuję. Tak było i tym razem.

Z mocnym zażenowaniem uzmysłowiłam sobie, że akurat tą pozycję wybraliśmy dla teścia na prezent pod choinką. Komisarz wyglądał na kolejny polski kryminał, w dodatku polecany jak Internet długi i szeroki. Tymczasem okazało się, że to 50 twarzy Grey'a, wersja polska. Nie jestem jakoś szczególnie pruderyjna, nie oczekuję też że na 300 stronach rozpisany zostanie na bogato rozwijający się związek. Czytałam Norę Roberts, wiem wiem co to znaczy „graficzny opis”. Tyle , ze to tutaj było zupełnie n ie do przełknięcia – bohaterowie nie wzbudzali żadnych emocji, nawet tych negatywnych. Zwyczajne drewniane marionetki. Sceny seksu wyskakiwały jak Filip z konopii. Ja rozumiem nagłą namiętność, ale dla mnie to wyglądało mniej więcej tak „Cześć, cześć. Bzykanie. A jednak Cię nie lubię”. Gdzieś w tle była jakaś kryminalna afera, ale z każdą kolejną stroną tak pokręcona, że przestałam śledzić co się tak w ogóle odpitala. Może jestem głupia, nie wiem, ale nie zrozumiałam połowy z tego, co się działo. Jak na 300 stronicową powieść, autorka mogłaby obdzielić ilością bohaterów i ich powiązać co najmniej pierwsze 600 odcinków Klanu, i jeszcze by zostało trochę na widownie w Rozmowach w toku.

Jedyne, co mogę napisać na obronę tej powieści, to język. Mimo absurdalności całej fabuły jakoś dało się to czytać. Szkoda że potencjał nie został wykorzystany na coś, co miałoby chociaż ręce i nogi. Bo naprawdę mogłoby być lepiej. Gdyby główna bohaterka nie była tak głupia, afera była mniej skomplikowana a bardziej przemyślana, durne teksty rodem z telenoweli lekko wygładzone... Tymczasem co 5 stron wywracałam oczami tak silnie, że zdołałam całkiem dokładnie obczaić swój tyłek, ale sensu tego co przeczytałam dalej nie widzę. W ogóle zastanawiam się, czy autorka nie jest przypadkiem autorem – sądząc po ilości samców alfa i kretynek które są piękne, bogate, z sukcesami, super niezależne i wygadane, ale gonią w czasie pracy dostarczyć swoim Misiom obiadek, trudno uwierzyć, że mogła to napisać kobieta. Możliwe, że odzywa się we mnie wojująca feministka?

Dawno już nie czytałam niczego tak złego. Chciałabym napisać, ze rozumiem, że komuś na powieść mogła się spodobać, ale nie rozumiem. Chciałabym napisać, że literatura rozrywkowa nie musi być super ambitna, ale uważam, że powinna trzymać jakiś poziom. Chciałabym nie czytać w kolejnej powieści, że prokurator jest zwierzchnikiem policjanta, a znowu musiałam.


Moja ocena: 2,5/6 (2 za to, że doczytałam do końca, 0,5 za kilka śmiesznych tekstów).

Paulina Świst Komisarz
Wyd. Akurat

Warszawa 2017

wtorek, 9 stycznia 2018

"Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy" Paweł Reszka

Chyba większość z nas na myśl o pójściu do lekarza ogarnia zdenerwowanie. Obok tego związanego z ewentualną chorobą dochodzi jednak zdenerwowanie samym systemem – będzie trzeba się przebić przez rejestrację, siedzieć w kolejce razem z innymi pacjentami wysłuchać historię choroby pani Wiesi, jej męża, kuzyna, szefa kuzyna i jego psa. Lekarz przez większość wizyty będzie zajęty wypełnianiem papierów, a na koniec dostaniemy receptę której wykupienie spowoduje sporą dziurę w domowym budżecie. A nie daj Boże, jeśli będzie trzeba się położyć w szpitalu.

Polska służba zdrowia to chyba jeden z bezpieczniejszych tematów rozmowy, bo wydaje się, że niezależnie od zdrowia, wieku, zamieszkania i do pewnego stopnia finansów, każdy jest z niej niezadowolony. Tymczasem większość z nas dysponuje tylko ograniczoną wiedzą na temat tego szalenie skomplikowanego systemu. Dlatego książka Pawła Reszki jest tak pożyteczna – pozwala nam spojrzeć na wiele kwestii z punktu widzenia lekarzy.

Od razu mówię, że nie nabierzecie ani zrozumienia ani pozytywnego nastawienia do systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Raczej upewnicie się w swoim intuicyjnym poczuciu, że lepiej nie chorować. Autor zatrudnił się w jednym ze szpitali jako sanitariusz, by zaczerpnąć wiedzy bezpośrednio u źródła. Jednak lwia część książki to wypowiedzi lekarzy – specjalistów, stażystów, studentów, rezydentów i członków samorządu. Dowiedziałam się wielu rzeczy – czym się różnic rezydent od stażysty, a czym od specjalisty; na jakiej zasadzie przyznawane są miejsca na specjalizacji (i kto decyduje ile tych miejsc jest), jaki wpływ mają firmy farmaceutyczne, jak finansowane są szpitale, i dlaczego wiele z nich jest poważnie zadłużona. Czym jest Biedronka i dlaczego młodzi lekarze rejestrują się z bezrobociu. Dlatego podtytuł wydaje mi się częściowo chybiony – nie tyle chodzi tu o znieczulicę polskich lekarzy, ile znieczulicę polskiego systemu.

Ogólne wrażenie nie jest przesadnie optymistyczne i bliżej mu do atmosfery z Alicji w krainie czarów – brakuje tylko by na drzwiach szpitali powieszony został obrazek z uśmiechniętym kotem i słowami „Wszyscy jesteśmy obłąkani”. I nawet nie ma gdzie uciekać, bo szpitale psychiatryczne borykają się z takimi samymi problemami jak inne.


Można by mieć zarzut, że książka jest jednostronna, że opisuje tylko rzeczy złe. Wszak wielu z nas ma pewne doświadczenia z publiczną opieką zdrowotną, które wiązały się z szybką i profesjonalną opieką lekarzy i pielęgniarek, bez znajomości i bez „dawania w łapę”. Myślę, że gdyby autor chciał uwzględnić i takie przypadki, książka byłaby o wiele dłuższa. Ponadto, wbrew temu co czujemy, takie „dobre wspomnienia ze szpitala” powinny być normalnością, a nie czymś, co się opisuje w reportażach. A że tak nie jest, no cóż. Pozostaje zapytać dlaczego i poszukać odpowiedzi w książce Pawła Reszki Mali bogowie.

czwartek, 4 stycznia 2018

Cykl o Nataliach

Długo psioczyłam na sam zamysł, jaki leżał u podstawy tej powieści. Czytałam bowiem już kilka książek, w których główne bohaterki okazują się zupełnie sobie obcymi siostrami (jak to w ogóle brzmi!), z pewnych powodów zmuszone do zamieszkania pod jednym dachem. Ile razy można wykorzystywać ten sam wzór... Po kilku latach i kilkunastu pozytywnych recenzjach powieści Olgi Rudnickiej postanowiłam dać sobie i jej szansę. Pech chciał, że sięgnęłam po Fartowny pech, którego lekturę przerwałam mniej więcej w połowie żeby zrobić sobie herbatę, i jakoś tak nigdy do niej nie wróciłam. Innymi słowy – wiele wskazywało na to, że moja przygoda z tą autorką będzie krótka i mało owocna.

A kilka miesięcy temu długie oczekiwanie w poczekalni kazało mi grzebać w aplikacji do ebooków za czymś lekkim, i znalazłam inną powieść pani Rudnickiej. Obecnie mam już za sobą 6 jej powieści, i z niepokojem spoglądam w przyszłość – bo co to będzie, gdy zabraknie mi nieprzeczytanych tytułów?

Na razie zasmuca mnie tylko, że zakończyła się moja przygoda z siostrami Sucharskimi. Tak, przełamałam się, schowałam swoje „ale” do kieszeni i sięgnęłam po Natalii 5. A potem po Drugi przekręt Natalii. I zaraz potem Do trzech razy Natalie. I śmiałam się przy tej lekturze tak, jak już dawno mi się to nie zdarzyło. Odszczekuję więc wszystkie złe słowa, jakie z moich ust padły na te książki. Dostałam nauczkę, by nigdy nie oceniać nieprzeczytanej książki.

Chociaż sama fabuła zasadza się, jak już wyjaśniliśmy, na dosyć oklepanym pomyśle, to jednak pięć sióstr stworzonych przez Rudnicką jest jak pięć żywiołów tworzących Kapitana Planetę w kreskówce mojego dzieciństwa. Tylko zamiast Planety, 5 Natalii tworzy wokół siebie chaos, zniszczenie i mnóstwo zabawnych sytuacji. Naprawdę trudno mi powiedzieć, którą z nich polubiłam najbardziej, bo każda ma w sobie urok krokodyla Dundee, ale dopiero razem tworzą demolkę doskonałą.

Nie wiem, czy jest jeszcze w kraju ktoś, kto lubuje się w powieściach obyczajowo-humorystyczno-kryminalnych i jeszcze nie czytał powieści o Nataliach, ale jeśli jeszcze ktoś taki gdzieś się znalazł (chociaż podejrzewam, że jestem ostatnim okazem), to serdecznie polecam mu Natalii 5 i resztę.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

10 najlepszych książek jakie przeczytałam w 2017 roku

Nie ma się co oszukiwać, że blog Krakowskie Czytanie niemalże umarł śmiercią naturalna w ubiegłym roku. Niemalże, bo jednak od wielkiego dzwona zdarzało mi się tutaj coś opublikować. Nie wiem jak to dalej będzie – czy wciąż będę milknąć na kilka miesięcy, czy wyrobię w sobie nawyk pisania regularnie czy znów obudzi się we mnie potrzeba blogowania jak przed laty – kilkanaście razy w miesiącu. Na razie tylko wiem, że (chyba) co roku publikowałam listę moich ulubionych książek, przeczytanych w każdym kolejnym upływającym roku, i nie widzę powodu, by 1 stycznia 2018 roku nie miał się pojawić podobny wpis. A więc zapraszam:


1.       Fioletowy hibiskus – Chimamanda NgoziAdichie – zaskakujące jest, jak długo nieraz musi czekać książka, aby wreszcie została przeczytana, a kiedy to się wreszcie stanie okazuje się, że jest to jedna z najpiękniejszych powieści, po jakie kiedykolwiek sięgnęłam. Owszem, była to smutna opowieść, owszem, z dalekiego kraju o którym niewiele wiem, a jednocześnie była tak bogata, wzruszająca, odnosząca się do tak wielu kwestii z mojego życia, że na zawsze pozostanie jedna z moich ulubionych książek.
2.       Bękart ze Stambułu – Elif Safak – kolejna mocno zakurzona pozycja z mojej półki, która przypomniała mi jak bardzo niegdyś chwaliłam sobie literaturę turecką. Elif Safak nie tyle pisze, ile dzierga bardzo efektowny i bogaty gobelin, gdzie każda nitka to oddzielna historia, a razem tworzą obłędny pejzaż. Jednocześnie Bękart dał mi impuls do pogłębienia mojej wiedzy o ormiańskiej historii.
3.       Zakonnice odchodzą po cichu – Marta Abramowicz – króciutka książeczka, przez przypadek niemalże ściągnięta z bibliotecznej półki, która mocno przyłożyła mi w łeb, niczym obuchem, przypomniała wiele szokujących historii i kazała się zastanowić nad wieloma sprawami.
4.       Wioska morderców – Elisabeth Herrmann – wraz z Śnieżnym wędrowcem  okazały się świetnymi kryminałami z bohaterami innymi niż wszyscy do tej pory poznani. Współczesne Niemcy i tajemnice z przed lat. Liczę na to, wkrótce pojawią się kolejne tomy.
5.       Niewidzialne  życie Iwana Isajenki – Scott Stambach  - jedna z tych książek, które znajdują się w biblioteczne nie wiadomo skąd, które otwiera się bez większych oczekiwań, i które lądują na liście ulubionych książek. Iwan jest bardzo chorym, nie zawsze grzecznym i ułożonym chłopcem, mieszkającym na stałe w białoruskim szpitalu dziecięcym. Co nie przeszkadza mu być niezwykle inteligentnym młodym obserwatorem życia wokół niego, które komentuje na swój własny, sarkastyczny sposób.
6.       Herbatka o piątej – Bill Bryson  - po wielu latach pan Bryson wrócił z kolejną książką, która podobała mi się nawet bardziej, niż poprzedzające ją Zapiski z małej wyspy. Jest to chyba jedyna pozycja z przeczytanych przeze mnie w tym roku, przy której dosłownie zaśmiewałam się do łez.
7.       Zapach domów innych ludzi – Bonnie-Sue Hitchcock  - literatura młodzieżowa? Realizm magiczny? Jakkolwiek chciałoby się zaszufladkować tą opowieść, nigdy nie uda się tego zrobić we właściwy sposób. Autorka stworzyła bohaterów i atmosferę, którą trudno opisać innym słowem niż „zachwycająca”.
8.       Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze – Gail Honeyman  - polecana przez brytyjską booktuberkę, po której to rekomendacji zaczęłam spisywać wszystko, co ta dziewczyna lubi. Eleanor Oliphant jest bohaterką pełną tajemnic, a jednocześnie łatwo mi się z nią identyfikować na bardzo wielu poziomach. Autorka opisała również chorobę psychiczną w sposób, w jaki powinna być ona opisywana – bez lukrowania ale i bez popadania w przesadę. A przy tym ta opowieść jest tak bardzo, bardzo optymistyczna.
9.       Obwód głowy – Włodzimierz Nowak   - 2017 rok to rok czytania bardzo mocno zakurzonych pozycji. Tą konkretną trzymałam na regale – uwaga – 10 lat! I chociaż wiele z tekstów tu zawartych odrobinę się zdezaktualizowało, to wciąż był to kawał dobrej, reporterskiej roboty.
10.   Wykluczeni – Artur Domosławski  - Behemom wśród wymienionych tu książek – zbiór reportaży z całego świata, który łączy jeden temat – wykluczenie. Ekonomiczne, rasowe, religijne – kolonializm, wojny, decyzje podjęte arbitralnie przez wielkich tego świata, które doprowadziły do tego, że wiele grup ludzi z trudem przeżywa każdy kolejny dzień, a wielu oficjalnie nie istnieje.

Zwykle mam problem z wymienieniem jednej książki, która wg zasłużyła na miano Najlepszej, ale w tym roku moje myśli kierują się w stronę Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze. Myślę, że mogłabym się tu rozwodzić nad tą powieścią na kilku stronach, ale jednocześnie czuję, że żadne słowa nie oddadzą tego wspaniałego i dziwnego uczucia, które zna każdy z nas – kiedy znajdziemy książkę, która poruszy w nas każdą strunę, która wspomniana po miesiącach wciąż budzi te wszystkie emocje. Która jest świetnie napisana, doskonale skomponowana, która zawiera w sobie idealną równowagę smutku i radości. To jest właśnie taka książka. I jeśli miałabym w tym roku polecić Wam tylko jedną pozycję, poleciłabym wam właśnie tą.

Czytaliście którąś z powyższych pozycji? Lubicie w ogóle takie zestawienia? (Ja bardzo!) Dajcie proszę znać w komentarzach, co było dla Was Książką Roku, Tą Najlepszą, The Książką?

Korzystając z okazji pragnę złożyć Wam wszystkim serdeczne życzenia – wszelkiej pomyślności w Nowym Roku!


niedziela, 10 września 2017

Stosik pierwszy od dawna

Ostatnio (ok., w sumie to już od wiosny) poczułam silną potrzebę babskiej literatury, obyczajówki, czegoś lekkiego i pozytywnego, i z takim nastawieniem udałam się na rajd po księgarniach. I zanim opowiem Wam o moich zdobyczach, pozwolę sobie na kilka słów o kupowaniu jako takim. Kupowaniu książek. Przez X lat rozwinęłam w sobie niezdrowy stosunek do nabywania książek – miało to miejsce w ilościach nieraz hurtowych, bez żadnej kontroli i związku z czytelniczą historią. Potrafiłam w danym roku kupić kilkadziesiąt nowych pozycji, przeczytać kilkadziesiąt książek, i tylko 5 czy 6 tytułów pokrywało się z obiema listami. Dlatego po wielu falstartach wreszcie wprowadziłam zakaz kupowania, połączony z intensywnym czytaniem zaległości. I o ile to drugie idzie mi raz lepiej raz gorzej, o tyle z zakupami otworzyłam zupełnie nowy rozdział w moim życiu.

Dawniej nie potrafiłam wejść do księgarni i wyjść z pustymi rękami, a jeśli tak się działo, to i tak zaraz zamawiałam coś on-line. Zatem wprowadzenie zakazu było trudne i bolesne, wiązało się też z niewchodzeniem do księgarni i na strony sklepów w ogóle. I teraz widzę, że taki post był mi bardzo potrzebny. Bo nie chodzi o to, by nie kupić nic nowego, dopóki nie uporam się z zaległościami, tylko o nabranie zdrowego dystansu i wykształcenie nowych nawyków. Kupowania książek, które chce się przeczytać właśnie teraz, i czytania tych książek od razu po powrocie ze sklepu, a czasem nawet w drodze. To tak proste, a wymagało wiele wysiłku, by do tego dojść, i wiąże się z innymi zmianami w życiu.

I tak dochodzimy do momentu, gdy stoję przed moim regałem i widzę, że nie ma praktycznie żadnej obyczajówki, która spełniałaby moje wymagania. Wiem, co chcę czytać, a tego nie ma na półkach. Zatem wdziewam obuwie, łapię za portfel i ląduję w Empiku w galerii po drugiej stronie ulicy. Nie byłam tu od miesięcy. Akurat trafiam na wyprzedaż, i na jednej z półek znajduję taniej o 25% debiutancką pozycję, którą oglądałam już jakiś czas temu. Wróć, zanim wylądowałam w tym Empiku, byłam w dwóch innych, z których wyszłam z pustymi rękami. Nie mieli tego, czego chciałam. I tyle. Nie musiałam chodzić po nich przed godzinę i wybierać na siłę. Nie ma to nie ma, sajonara i nara. Ale teraz jestem w tym Empiku po drugiej stronie ulicy, i idę do kasy. Bez wyrzutów sumienia, bez grzebania po stosach z nowościami, bez strzelania na boki w poszukiwaniu czegoś jeszcze. Kupuję, czytam, kończę, stwierdzam, że było warto. I że chcę jeszcze. Tym sposobem na stosiku lądują kolejne  pozycje, czytane jedna po drugiej. Zostały mi jeszcze dwie, i jeśli trend się utrzyma, wtedy pójdę zapolować na kolejne.
I tyle. Żarłoczny Kraken książkowej konsumpcji się nie uruchomił, nie wpadłam do Taniej Książki ze śliną spływającą z kącików ust, nie płaczę teraz na wielkim stosie przypadkowych zakupów nad moim 500 zł. Jestem zadowolona.

A oto, co kupiłam od maja do sierpnia:
1.       Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze – Gail Honeyman – to chyba ten typ książek, które najbardziej lubię – po części zabawna lekka powieść, po części dotykająca bardzo poważnych tematów, opowiedziana ze zrozumieniem i bez upraszczania, i pozostawiająca czytelnika z nadzieją na lepsze jutro.
2.       Mała księgarnia samotnych serc – Annie Darling – przeczytana na urlopie w głuszy. Nie jest to może literatura najwyższych lotów, ale czytało się to tak dobrze! Jest tutaj romans, podupadająca księgarnia i przyjaciele na dobre i złe.
3.       Sekretna herbaciarnia – Vanessa Greene – angielskie wybrzeże, herbaciarnie, ciasteczka, przyjaźń – tyle wyczytałam z okładki. I myślę, że to będzie idealna lektura na jesienne wieczory.
4.       W towarzystwie uroczych pań – Alexander McCall Smith – ten autor jeszcze nigdy mnie na zawiódł, a znamy się od lat. Trafiłam na nią w taniej książce we Wrocławiu i zachowałam na jesienną szarugę.
5.       Pani mecenas ucieka – Sophie Kinsella – w kategorii chick-litów moja absolutna faworytka. Młoda pani prawnik pewnego razu zawala, traci pracę i ukrywa się na wsi w stroju gosposi. W rezydencji z przystojnym ogrodnikiem. Nie, nie oczekuję niespodzianek na końcu.
6.       Hotel złamanych serc – Deborah Moggach – bardzo lubię powieści w których bohaterami są różne przypadkowe osoby będące akurat gośćmi hotelu/gospody/restauracji/pubu/herbaciarni. Ta jednak nie zostanie moją ulubioną, bo chociaż miejscami była bardzo ciekawa i budująca, często fabuła nieznośnie się dłużyła.
7.       Zapach domów innych ludzi – Bonnie-Sue Hitchcock – wygląda na to, że to jeden z moich ulubionych typów literatury – kilkoro ludzi, których wiąże ze sobą miejsce. Tym razem - fascynująca Alaska.
8.       Dziewięć kobiet, jedna sukienka – Jane L. Rosen  - ta sukienka zostaje obwołana sukienką sezonu – każda kobieta jej pragnie, i każda czuje się w niej jak milion dolarów. Ale niektórym z nich zmieni ona całe życie.


Wyszedł mi bardzo kolorowy stosik bardzo zróżnicowanych „babskich” powieści. Czytaliście którąś z powyższych pozycji? A może polecacie coś innego z kategorii niewymagająca obyczajówka?

czwartek, 7 września 2017

"Herbatka o piątej" Bill Bryson

Każdy z nas ma takich autorów, którzy stanowią dla nas kwintesencję wysokiej jakości, i którzy nigdy nas nie zawodzą. Dla mnie jednym  z nich jest Bill Bryson, bo chociaż nie wszystkie jego książki lubię jednakowo mocno, nie zdarzyło mi się do tej pory nie docenić jego olbrzymiej wiedzy i ciętego dowcipu, niezależnie od tego, czy przemieszczał się z plecakiem po Europie, usiłował nie dać się zabić w Australii czy popijał herbatkę w Wielkiej Brytanii. A skoro już mówimy o herbatce… Niedawno wydana Herbatka o piątej, będąca niejako kontynuacją lekko leciwych Zapisków z małej wyspy” zachwyciła mnie do tego stopnia, że niemalże wpadłam po niej w czytelniczą depresję, bowiem nic nie mogło się równać w tym przezabawnym raportem ze współczesnej Brytanii.

Dwadzieścia lat po ukazaniu się Zapisków z małej wyspy, do tej pory mojej ulubionej książki Brysona, autor ponownie odbywa podróż przez swoją drugą ojczyznę, odwiedzając po drodze miejsca wcześniej opisane, ale i zupełnie dla niego nowe. I teraz mam nową ulubioną książkę. Dużo tu wspomnień, znanych mi już innych książek, jednak na pierwszy plan przebija się Wielka Brytania dzisiejsza, zarówno pod względem udogodnień, które się pojawiły w niektórych sferach życia, jak i degrengolady w innych. Ponownie odżyło we mnie pragnienie powrotu do Anglii, jednak tym razem celem udania się śladami autora do tych wszystkich małych miejscowości, pięknych lasów, ciekawych muzeów i klimatycznych pubów, o których miałam okazję poczytać.


Nie śmiałam się tak głośno i tak często przy czytaniu książki od bardzo, bardzo dawna. Bill Bryson jest już, powiedzmy to głośno, dojrzałym jegomościem, ze swoimi upodobaniami, przyzwyczajeniami i przywarami, co zwykle wikła go w dziwne sytuacje i rozmowy, a cyniczne i jakże celne komentarze wywoływały autentyczne łzy i ból brzucha ze śmiechu. A przy tym nie sposób nie docenić olbrzymiej wiedzy, jaką ten zabawny pan posiada, i którą wciąż zdobywa, przedstawionej w zdroworozsądkowy i zrozumiały dla zwykłego zjadacza chleba sposób. Teraz po cichu liczę na to, że ukarzą się kolejne Zapiski z wielkiego kraju, bo jednak świat się zmienia, Ameryka razem z nim, więc na pewno materiału na taką książkę nie zabraknie. A na razie zadowolę się nowym wydaniem Krótkiej historii prawie wszystkiego”, a Was po raz kolejny zachęcam do sięgnięcia po Billa Brysona.

Bill Bryson "Herbatka o piątej"
Wyd. Zysk i S-ka
Poznań 2016

niedziela, 3 września 2017

"Dziewięć kobiet, jedna sukienka" Jane L. Rosen


Cały czas twardo czytam moje zaległe książki, nie wiem, ile mi jeszcze zostało, ale wiem, że dużo. Jednak zaległości zaległościami, nie-kupowanie nie-kupowaniem a życie życiem – przychodzi taka chwila, gdy od popadnięcia w czytelniczą niemoc jest w stanie uratować mnie tylko konkretny typ książki. Czasem jest to kryminał, czasem reportaż, czasem o prostu seria o Potterze. Tym razem były to obyczajówki, a wręcz chick-lity i nawet, nie bójmy się tego słowa, romanse. I nie byłoby problemu gdyby takowe były zakurzone na półkach, ale niestety wyszły. I wtedy przypomniałam sobie, do czego służą księgarnie. O dziwno, nie do kupowania wszystkiego co na promocji a co chciałoby się przeczytać w okolicach emerytury, a do kupowania czegoś, co chce się przeczytać teraz. O nowo odkrytej przyjemności z kupowania będzie jednak kiedy indziej, dziś wolałabym opowiedzieć o uroczej powieści, która wyleczyła mnie z chandry.

Dziewięć kobiet, jedna sukienka Jane L. Rosen, poza koślawo przetłumaczonym tytułem ma wszystko, czego pragnę od babskiej, lekkiej obyczajówki. Kilka kobiet, których losy zazębiają się poprzez tę jedną sukienkę sezonu, oraz kilku mężczyzn, którzy za tymi kobietami szaleją, chociaż nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Piękna sukienka, która jest w stanie wydobyć pewność siebie z każdej kobiety, która ją założy. Humor i komedia pomyłek. Sprzedawca z Boomingdale’a z mieczem sprawiedliwości dziejowej niczym ostatni obrońca wiary. I Nowy Jork, mój Nowy Jork, taki sam a jednak inny w każdej kolejnej książce.


Jest to ciepła i zabawna opowieść o miłości, przyjaźni i modzie, idealna na wieczory po ciężkim dniu, kiedy zamiast przeżywać cudze dramaty człowiek pragnie się tylko odprężyć, zanurzyć w lekkiej lekturze, uśmiechnąć pod nosem, a potem, kto wie, może wyciągnąć swoją małą czarną z szafy? Jane L. Rosen oferuje dokładnie to, co obiecuje różowa okładka i atłasowa sukienna na niej umieszczona, napisane zgrabnym językiem i bez zbędnych dłużyzn. Mam nadzieję, że autorka uraczy nas w przyszłości opowieściami tak udanymi jak ten debiut.

Jane L. Rosen "Dziewięć kobiet, jedna sukienka"
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2017