O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

niedziela, 16 września 2018

"Małe Licho" Marta Kisiel


Chociaż rokrocznie na rynku pojawia się kilkaset nowych pozycji, chociaż lubię żonglować gatunkami po które sięgam, jednak zawsze z radością powracam do starych znajomych. Zmęczonych życiem detektywów, rezolutnego sześciolatka se Scotland Street czy łowczyni nagród. A już w szczególności, gdy ci starzy znajomi mają macki lub skrzydełka, albo zdarza im się znikać. Marta Kisiel dała nam, czytelnikom, kolejną odsłonę przygód Licha, Konrada, Krakersa, różowych królików i całej reszty ferajny, tym razem w konwencji książki dla młodszych czytelników.

Opowieść tym razem kręci się wokół Niebożątka. A raczej – Bożka. Bożydara, syna Szczęsnego, pierwszego tego imienia. Do tej pory jego życie upływa na zabawie z własnym aniołem stróżem i odgrywaniu przedstawień z widmami SS-manów, jednak zostaje podjęta brzemienna w skutki decyzja – Bożęty idzie do szkoły. Nikt, kto miał przyjemność korzystać z systemu edukacji narodowej, nie zaprzeczy, że to nie przelewki. Zwłaszcza, gdy nie jest się zwykłym chłopcem, a pół-widmem.

Nie tylko poznajemy dalsze losy ukochanych bohaterów, nie tylko mamy okazję zaśmiać się (czy nawet pochichrać) ze specyficznego humoru znanego z poprzednich części, ale i bierzemy udział w kolejnej, szalonej przygodzie. Jednocześnie autorka wplata w fabułę klasyczne teksty literackie, tworząc wyrafinowaną mieszankę. I chociaż jest to fabuła oryginalna i nowatorska, czytelnik odkryje w niej niejedno odwołanie do znanych baśni, legend i mitów, które stawiają Małe Licho na tej samej półce dziecięcej literatury, na której (w moim skromnym mniemaniu), stoi już Hobbit, Opowieści z Narnii i Harry Potter.


Małe Licho jest skierowane do młodszych czytelników, jednak ani nie wpływa to na przyjemność lektury przez dorosłych, ale udowadnia, jak wszechstronną autorką jest Ałtorka. Mieliśmy już okazję w tym roku przeczytać poważniejszą powieść, tym razem dostajemy coś, co powinno przeczytać każde dziecko, i każdy dorosły. Bez zadęcia, pełna charakterystycznego dla autorki sarkastycznego humoru piękna opowieść, że to nie więzy krwi tworzą rodzinę, oraz o tym jak ważne w życiu każdego z nas są miłość, przyjaźń i niezłomność.

Moja ocena: 6/6


Doprawdy, alleluja.

Małe Licho Marta Kisiel
Wydawnictwo Wilga
Warszawa 2018

poniedziałek, 16 lipca 2018

Marta Matyszczak "Tajemnicza śmierć Marianny Biel"


Jak zapewne widać, bardzo rzadko zdarza mi się publikować na tym blogu, jednak od czasu do czasu trafiam na pozycję, o której mimo braku czasu i ogólnych trudności z komponowaniem wewnętrznie spójnego tekstu, muszę napisać. Są to albo książki tak złe, że aż mnie boli moja czytelnicza dusza, albo tak zaskakująco dobre, iż koniecznie muszę obwieścić światu, jakie to było fajne. Nawet jeśli reszta świata już dobrze o tym wie, a ja wpadam spóźniona na imprezę na cześć. Dziś przeganiam mój wtórny analfabetyzm by opowiedzieć o wrażeniach z lektury Tajemniczej śmierci Marianny Biel autorstwa Marty Matyszczak.

Pozycja ta była na mojej liście „do przeczytania” już od chwili premiery, i przyszedł taki moment, że najbardziej na świecie potrzebowałam lekkiego kryminału, który nie miałby tysiąca stron. Tak na marginesie, zauważyliście, iż ostatnio publikuje się coraz więcej bardzo grubych książek każdego gatunku, a coraz trudniej znaleźć coś wartościowego poniżej 400 stron? Na szczęście wpadła mi w oko Tajemnicza śmierć i teraz wiem, że mam przed sobą jeszcze co najmniej trzy łatwe wybory kolejnej „krótkiej” lektury.

Trudno powiedzieć, kto jest w tej książce głównym bohaterem: czy były policjant Szymon Soliński, czy przygarnięty przez niego ze schroniska niezwykle elokwentny parówkowy skrytożerca Gucio, czy też może typowy budynek mieszkalny na Śląsku zwany familokiem, zamieszkany przez zgraję indywiduów. Soliński liże rany po tym, jak jego życie legło w gruzach, Gucio liże wszystko co potencjalnie da się zjeść, a familok prezentuje trupa pod postacią Marianny Biel. Wiele wskazuje na to, iż trup nie był opuścił tego łez padołu w sposób powszechnie uznawany za naturalny. Szymon wraz ze znajomą dziennikarką Różą oraz obrotnym kundelkiem rozpoczynają własne śledztwo, które oprócz mordercy odkryje też wszystkie brudy, które kryją się za fasadą śląskiego domostwa.

Nie sposób wymienić wszystkich elementów, które świadczą o wyjątkowości tej pozycji. Bohaterowie są realistyczni, ludzcy, niepozbawieni wad i jednocześnie dający się lubić. Nie ma tu kolejnego podstarzałego detektywa po rozwodzie. Gucio jest osobnikiem tak uroczym i zabawnym, a jednocześnie sarkastycznym i pomysłowym, że wprost nie można go nie pokochać już od pierwszej chwili. Autorka poświęca zresztą pieskiemu życiu w schronisku sporo uwagi, bez pietyzmu i wywoływania poczucia winy, ale z mądrością i humorem. W całej powieści tu i tak pojawiają się zresztą komentarze do sytuacji społeczno-politycznych, które są jak czterolistne koniczynki – nie czynią różnicy w krajobrazie ale człowiek się cieszy kiedy na nie natrafi. I po tych komentarzach mogę poznać, że chyba bym się mogła z autorką zaprzyjaźnić – nadajemy na tych samych falach. Jest też tutaj sporo humorystycznych akcentów, takich do lekkiego uśmiechu i takich do głośnych wybuchów rechotu (winda mówiąca po ślunsku to był absolutny hit!).

Lata temu ogłosiłam wyzwanie Miejsce Czytanie, które miało zachęcać do odwiedzania polskich miast poprzez książki, i chociaż wyzwanie umarło i zostało pogrzebane, to sam koncept jest mi wciąż bliski. Teraz z radością dołączam do moich miejskich podróży ten chorzowski kryminał, i planuję ponowne spotkanie z Guciem i jego właścicielem.


Moja ocena: 5/6 (punkt odjęty za kilka drobiazgów nad którymi zboczenie zawodowe nie pozwala mi przejść obojętnie; ogólnie za styl, bohaterów i fabułę dałabym 6 z plusem).

Marta Matyszczak Tajemnicza śmierć Marianny Biel
Wyd. Dolnośląskie
Poznań 2017

piątek, 18 maja 2018

Marta Kisiel "Toń"


Na każdą kolejną powieść Marty Kisiel czekam z wytęsknieniem, odkąd wiele lat temu kultowe Dożywocie trafiło w moje ręce. Na szczęście autorka planuje w niedalekiej przyszłości wydać ich jeszcze kilka, na razie jednak w moje ręce trafiła tajemnicza Toń. I wciągnęła jak bagno.

Najnowsza książka Marty Kisiel osadzona jest w tej same czasoprzestrzeni co Nomen omen, jednak jest tylko częściowo powiązana z tą ostatnią. Autorka przedstawia nam zupełnie nowych bohaterów, a właściwie bohaterki – przedstawicielki rodu Sternów – Klarę, Eleonorę i Justynę. A, przepraszam, Dżusi. Klara Stern to przy bliższym i dalszym poznaniu trudna ciotka dwóch dziewcząt, a wkraczamy w ich gospodarstwo w chwili, gdy po latach milczenia Dżusi chwilowo wraca na stare śmieci, by przypilnować ich w czasie nieobecności ciotki. Brak zainteresowania przemówieniem ciotki przez telefon prowadzi do brzemiennej w skutki pomyłki kota z antykwariuszem, a ta z kolei powoduje lawinę wydarzeń, wokół których osadzona jest fabuła Toni.

Eleonora i Justyna dowiedzą się prawdy o swojej rodzinie, a także o sobie samych i o ich nieprzesadnie sympatycznej ciotce, a czytelnik wraz z nimi dowie się o Czasie i jego właściwościach. Nie zabraknie wycieczek do opętanego wojną Breslau, ani opowieści o zaginionych skarbach. Miałam okazję czytać Toń w egzotycznych okolicznościach przyrody – w samym sercu Tokio, a jednak autorce udało się wyrwać mnie stąd i przenieść z powrotem dziesięć tysięcy kilometrów – do ukochanego przeze mnie Wrocławia.

Pojawienie się znanych z poprzedniej książki bohaterów drugoplanowych oraz znany mi dobrze styl autorki nie zmieniają jednak faktu, iż Toń jest zupełnie inną powieścią niż pozostałe w jej dorobku. O wiele mniej jest tu do śmiechu, bardzo wiele do zadumy – nad rodziną, historią, czasem... Poza kilkoma żartobliwymi drobiazgami atmosfera jest poważna, chwilami wręcz mroczna, a kolejne warstwy fabuły odsłaniają się przed niczego niepodejrzewającym czytelnikiem niczym pudełko zapakowane w pudełko zapakowane w pudełko. Ilekroć myślałam, że wyszliśmy z bohaterami na prostą, ma miejsce zwrot i znów spadamy z górki na pazurki w odmęty wspomnień. Do końca zaś nie sposób domyślić się, jaki będzie finał tej opowieści.

Do tej pory lektura książek Marty Kisiel była z góry zaprogramowaną rozrywką i niewyczerpanym źródłem cytatów do wypisania i zaśmiewania się w wolnych chwilach, i nie ukrywam, że tego oczekiwałam też i tym razem. Jednak cieszę się, że autorka postanowiła nas wszystkich zaskoczyć czymś głębokim i nietypowym, a jednocześnie odrobinę niepokojącym. Wierzę, że warto poznać Martę Kisiel od tej strony.

PS Dodatkowy powód do radości znajduję już w pierwszym zdaniu książki, który odnosi się do zwłok niejakiego Mądrzywołka. Mądrzywołek ten zaś (żywy) był osobą, która pożyczyła mi Dożywocie. Kilka lat później na tylnym siedzeniu samochodu tegoż Mądrzywołka, wciśnięta w Martę Kisiel prawym ramieniem, udawałam się na spotkanie potargowe w Krakowie (o ile pamiętam, na okoliczność nomen omen promocji Nomen omen). A teraz ów Mądrzywołek pływa po jeziorku...

Data premiery – 23 maja

Za możliwość przeczytania przedpremierowego egzemplarza dziękuję Wydawcy.


Marta Kisiel Toń
Wyd. Uroboros
Warszawa 2018

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Zbrodnie prawie doskonałe" Iza Michalewicz


Ostatnie spotkanie biblionetkowe z przyczyn obiektywnych zostało przeniesione do innego lokalu – księgarnio kawiarni Revolutionibus na Brackiej w Krakowie. Serdecznie polecam to miejsce, ma niesamowitą atmosferę i wyjątkowy wybór pozycji (i nikt mi nie płaci za reklamę!), idealne do rozmów o książkach. Dlatego musiałam coś sobie tam kupić, a wybór padł na nowość wydawniczą, która od razu zwróciła moją uwagę – Zbrodnie prawie doskonałe Izy Michalewicz.

Jest to kolejna na naszym rynku pozycja opisująca prawdziwe zbrodnie, tym razem te, którymi zajęło się nasze rodzime Archiwum X, czyli jednostki policji z różnych miast powołane do wyjaśniania starych spraw. Jednocześnie jest to książka wyjątkowa pod wieloma względami. Autorka włożyła masę pracy w zbieranie materiałów do książki, odszukała ludzi związanych z poszczególnymi sprawami, przeprowadziła rozmowy z policjantami Archiwum X. W efekcie powstał przerażający i fascynujący zarazem zbiór reportaży dotyczących śledztw w sprawach o zabójstwo – niektórych bardzo medialnych, innych prawie nieznanych; jedne z nich udało się „archiwistom” rozwiązać, inne wciąż pozostają tajemnicą. Autorka bierze na tapetę między innymi sprawę zabójstwa Jaroszewiczów, krakowską sprawę Skóry (lub Kuśnierza) czy gang hodowcy truskawek.

Trudno mi jednoznacznie określić, co w tej książce spowodowało moje przerażenie, towarzyszące mi nieustannie w trakcie lektury – czy były to drastyczne nieraz szczegóły zbrodni, czy fakt, iż wiele z nich wydarzyło się w miejscach znanych mi i często odwiedzanych: Zakopane, Kraków, Piwniczna, Tczew, czy niezwykle sugestywny i plastyczny język, którym posługuje się autorka. Chociaż same opisy pozostają beznamiętne, rzeczowe, to pani Iza generuje w czytelniku ogromne emocje. Mimo iż przeczytałam w życiu liczne pozycje z tego gatunku reportażu, a jeszcze więcej kryminałów i thrillerów, po raz pierwszy tak silnie zareagowałam na książkę; do tego stopnia, że bałam się zgasić światło, i większą część lektury pozostawiłam na czas, kiedy będę z G.

Jedyne, co nie do końca zgadzało się z moim wyobrażeniem tej książki (a to przecież nie jej wina) jest fakt, iż tytuł sugerował mi, że będzie mowa po sprawach rozwiązanych przez Archiwum X. Tymczasem większość z nich wciąż czeka finału, i mimo prowadzonych pewnych działań lub istnienia wielu teorii, wciąż na pewno nie wiadomo nic. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie wiadomo. Zostawia to pewien niedosyt czy raczej głód wiedzy, a jednocześnie jest to kolejny powód, by się bać – sprawcy tych mordów wciąż gdzieś tam są.

Polecam gorąco, jednak tylko czytelnikom o mocniejszych nerwach, ja oczekuję na kontynuację świetnej pracy Izy Michalewicz w tym temacie, a na razie idę poczytać coś sympatycznego.

Moja ocena: 5,5/6

Iza Michalewicz Zbrodnie prawie doskonałe
Wyd. Znak
Kraków 2018

czwartek, 29 marca 2018

"Ślepy archeolog" Marta Guzowska


O książkach Marty Guzowskiej słyszała już wiele dobrego, nie raz natrafiałam na recenzje zachęcające do lektury, jednak jakoś nigdy nie było mi do nich po drodze. Zatem kiedy kilka dni temu wpadła mi w ręce najnowsza powieść autorki, Ślepy archeolog, po raz pierwszy miałam okazję przekonać się, czy opinie nie kłamały i czy to coś dla mnie.

Jak wskazuje tytuł, jest to książka o... ślepym archeologu. Przyznam, że trudno mi było się na początku przekonać do tej koncepcji, nie wiem, czy faktycznie istnieje możliwość tak dokładnego wykonywania pracy na wykopaliskach, mając do dyspozycji wszystkie zmysły poza wzrokiem. Jednak ani nie jestem archeologiem, ani nie mam problemów ze wzrokiem, zatem nigdy nie uda mi się zrozumieć w pełni tego fenomenu. Archeologiem natomiast jest sama autorka, uznałam zatem, że nie ma co jej nie wierzyć, i w pełni zatopiłam się w lekturze.

Poznajemy głównego bohatera, Toma, kiedy znajduje się w pokoju przesłuchań i ma opowiedzieć o tym, jak zabił dwie kobiety. Zaraz czytelnik przenosi się jednak kilka dni wstecz, i poznaje innych uczestników wykopalisk, centrum w którym pracują, ich zadania i rutyny. Poznajemy również przyszłe ofiary, a przede wszystkim uczymy się coraz więcej o Tomie i jego niesamowitych umiejętnościach. Tom nie tylko jest archeologiem, ale i kierownikiem wykopalisk i autorytetem w dziedzinie kultury minojskiej, co będzie miało olbrzymie znaczenie w rozwoju akcji.

Lekturę rozpoczęłam z przekonaniem, że jest to klasyczny kryminał, jednak w pewnym momencie akcja zagęszcza, zaczynają się dziać trudne do logicznego wyjaśnienia rzeczy, tak że bardziej niż kryminał książka zaczęła się rysować jako thriller. Mniej od tego, kto kogo zabił i dlaczego, znaczenie miała mroczna fabuła, której nie jest w stanie rozjaśnić nawet kreteńskie słońce. Kolejne wydarzenia zamiast tłumaczyć, powodują coraz większą konfuzję, a zwroty akcji w drugiej połowie powieści przywracają o zawrót głowy.

To jest ten typ książki, który bardzo lubię – do końca nie wiem, kto jest mordercą i jak się ułoży rozwiązanie zagadki (gdy udaje mi się tego domyśleć, czuję lekki niedosyt i rozczarowanie). Ciekawa sprawa miała miejsce z bohaterami – nikogo z nich nie polubiłam, a mimo to nie przeszkadzało mi to w lekturze. Nie byli sztuczni, byli zwyczajnie niesympatyczni, a to się przecież zdarza nagminnie w codziennym życiu. Pochłonęłam Ślepego archeologa w dwa wieczory, i zdecydowanie mogę go polecić każdemu, kto ma ochotę na literaturę rozrywkową, ale na poziomie. Ja zaś zacznę się rozglądać za innymi książkami pani Guzowskiej.



Moja ocena: 4,5/6

Marta Guzowska Ślepy archeolog
Wyd. Marginesy
Warszawa 2018

czwartek, 8 marca 2018

"Zbyt piękne" Olga Rudnicka


Z powieściami Olgi Rudnickiej mam doświadczenia na zasadzie hazardu – raz trafiam w dziesiątkę, a innym razem trafiam pudło. Z jednej strony – obie książki o Emilii Przecinek i jej szalonej rodzince oraz cykl o Nataliach – nie dość, że nie mogłam się oderwać, to jeszcze zaśmiewałam się do rozpuku podczas lektury. Z drugiej – Fartowny pech i Martwe jezioro. Pech zakończyłam na około 70 stronie i nigdy nie czułam potrzeby powrotu, Jezioro wprawdzie przeczytałam do końca, ale w sumie nie wiem po co.

Zbyt piękne uplasowało się dla mnie gdzieś pomiędzy. Zarys fabuły był bardzo obiecujący – dwoje głównych bohaterów pada ofiarą oszusta, który obojgu im sprzedaje ten sam dom. Zarówno Zuzanna jak i Tymoteusz znaleźli się chwilowo na życiowym zakręcie i pieniądze władowane w dom były jedynymi jakimi dysponowali, tymczasem szczęśliwy sprzedający ulotnił się gdzieś niby sen jaki złoty. Ponieważ policji, mimo wszelkich starań, nie udaje się namierzyć złoczyńcy, bohaterowie postanawiają sami go poszukać i doprowadzić za łachy przed oblicze sprawiedliwości.

Sam pomysł bardzo mnie zachęcił – jeśli idzie o komedie, to sytuacja gdy nieznane sobie osoby z jakiegoś powodu muszą razem zamieszkać zwykle żywo budzi moje zainteresowanie. Nie jest to zresztą pomysł nowy u Rudnickiej – dla znających jej twórczość od razu na myśl przychodzą Natalie. Również język w Zbyt piękne nie zawiódł, i wielokrotnie chichrałam się podczas lektury. Pewne poboczne wątki, jak choćby mamusia gangstera, nadawały powieści koloryt typowy dla najlepszych książek tej autorki.

Z drugiej strony nie mogłam podczas lektury pozbyć się wrażenia, że ta konkretna książka była pisana nie tyle pod natchnieniem muzy, co terminu. Świetnie się zapowiadało, a potem miejscami coś siadało, a niektóre dialogi byłyby śmieszne gdyby zakończyć je dwie strony wcześniej, zamiast sztucznie przeciągać. Wreszcie zakończenie było trochę... od czapy. Nie wiem dlaczego tak mam, ale lubię, gdy działania podejmowane przez bohaterów w przeciągu powieści jakoś się miało do finału, tymczasem tutaj działo się, działo a na koniec okazało się, że sprawa została rozwiązana swoją drogą i właściwie wszystko co Zuza i Tymek zrobili było niepotrzebne. To mi pozostawiło pewnie niedosyt. Podobnie odniosłam wrażenie, że autorka wprowadziła na scenę pewnych bohaterów z konkretnym zamiarem, a następnie zmieniła zdanie i miała miejsce niezapowiedziana niczym volta, której nie nazwałabym jednak zwrotem akcji. Plus za to, że pewne kwestie nie zostały kończone tak jakby się można spodziewać z samego zarysu akcji, ale ilość i szybkość zawiązanych romantycznych związków pod sam koniec książki zostawiła mnie w stanie lekkiego osłupienia.

Parę słów jeszcze o Zuzannie, ponieważ jest to pierwsza bohaterka autorstwa Olgi Rudnickiej, której szczerze nie polubiłam. Baba (Zuza, nie autorka) jest zwyczajnie głupia i arogancka, od razu zaczyna się na wszystkich wydzierać, wymyśla niestworzone rzeczy a następnie się obraża. W niewielkim natężeniu nieporozumienia tworzą komedię, ale jeśli powstają tylko dlatego, że ktoś nie ma podstawowej umiejętności prowadzenia dialogu, to to nie jest śmieszne tylko irytujące. I zbyt przypomina otaczającą rzeczywistość.

Jak widzicie, mam z najnowszą powieścią Olgi Rudnickiej wielki kłopot. Na pewno dalej będę czytać jej powieści, a nawet chętnie bym poczytała kontynuację, jeśli będą w niej niektórzy z bohaterów (aczkolwiek po tym, jak się skończyło to nie bardzo jest z czego zrobić drugiego tomu), ale było też tutaj mnóstwo problematycznych elementów, które nieco mi zepsuły przyjemność z lektury. Zdecydowanie nie jest to książka, od której należałoby zacząć przygodę z twórczością pani Rudnickiej, z drugiej wielbicielki jej książek na pewno sięgną i po ten tytuł.

Teraz pytanie do Was – czy czytaliście już Zbyt piękne? Czy ja się czepiam, czy faktycznie coś jest nie tak?


Moja ocena: 3,5/6

Olga Rudnicka Zbyt piękne
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2018

wtorek, 6 marca 2018

Komisarz Maigret


W dobie wieluset stronicowych, siedemnastotomowych powieści kryminalnych, z dwudziestoma wątkami, taką samą liczbą podejrzanych, komentarzem społecznym, specyficzną wiedzą, retrospekcjami i malutkim geranium, konsternację budzić może coś co jest malutkie, króciutkie i skupia się tylko i wyłącznie na zbrodni. Coraz trudniej nam uwierzyć, że 150 stron dobrze napisanej powieści kryminalnej może zawierać w sobie pełną i satysfakcjonującą historię.

Za wyjątkiem powieści Agathy Christie nigdy nie przejawiałam upodobania w takich właśnie kryminałkach, aż do niedawna. Udało nam się bowiem wybrać na targ staroci Pod Halą, gdzie można również kupić książki, a tam natrafiłam na pana polecającego mi powieści o komisarzu Maigrecie autorstwa Georgesa Simenona. I tym sposobem odkryłam mojego kolejnego ulubionego detektywa.

Na razie mam za sobą lekturę trzech tytułów: Maigret i widmo, Tajemnica komisarza Maigret i Pomyłka Maigreta. Przed sobą – jeszcze około 30 kolejnych. Nie wiem sama, co najbardziej mnie w nich ujęło: czy elegancki, dystyngowany ale i doświadczony pan komisarz, czy kryminalne zagadki, które pomimo niewielkich gabarytów książki są zawsze dobrze skonstruowane i dosyć skomplikowane, czy wreszcie atmosfera Paryża w tle, który choć już zna już niektóre techniczne udogodnienia XX wieku, to jednak wciąż jest tym samym Paryżem – z kawiarniami, kabaretami i konsjerżkami w kamienicach. Jednocześnie, co odróżnia francuskie powieści Simenona od brytyjskiej Agathy Christie, to pewna frywolność na którą królowa kryminałów sobie nie pozwalała. Seks jest tu nie tylko napominany mimochodem, ale obecny w rozmowach bohaterów bez większego skrępowania.

Co ciekawe, na tych 150 stronach, które średnio ma każdy tom, udało się autorowi zmieścić te wszystkie elementy: intryga, śledztwo, opis Paryża i jego mieszkańców, prywatne życie komisarza, i jeszcze czasem dodać komentarz społeczny. I jednocześnie nie miałam wrażenia, żeby czegoś była za dużo bądź za mało. I chociaż lubię opasłe współczesne powieści kryminalne, to wydaje mi się, iż niektórzy autorzy obecni na rynku mogliby się wiele od Simenona nauczyć.