O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

sobota, 18 lutego 2017

Magdalena Rittenhouse "Nowy Jork"

Nie wiem kiedy czytanie książek o Nowym Jorku przekształciło się u mnie w zwykłe zbieractwo książek o Nowym Jorku. Kiedy potrzeba poszerzenia wiedzy o Wielkim Jabłku spłycona została do potrzeby zbudowania nowojorskiej biblioteczki. Fakt jednak pozostaje faktem – mam na półce jeszcze 4 nieprzeczytane, nowojorskie książki. Mój projekt czytania własnych półek dotarł i w te rejony regału, a na pierwszy ogień poszła pięknie wydana książka Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero Magdaleny Rittenhouse, sprezentowana mi na urodziny trzy, cztery lata temu?

To powinna być lektura, o której zaczyna się swoją przygodę z Nowym Jorkiem. Chociaż autorka skupia się tu wyłącznie na Manhattanie, to wszak od tej małej wyspy zaczyna się wielka kariera tego cudownego miasta. Nie ma fragmentu, nie ma dzielnicy, ulicy czy charakterystycznego punktu, któremu pani Magdalena nie poświęciłaby tutaj odpowiednio dużo miejsca. Zaczynamy od dołu wyspy, sprzedanej, jak głosi legenda, przez Indian Holendrom w zamian za kilka paciorków. Obserwujemy jak powolutku kształtuje się Nowy Amsterdam, jak pokojowo zmienia nazwę i władze w wyniku przejęcia przez Anglików. Na naszych oczach Wall Street zmieni się wkrótce w światowe centrum handlu, a my, po krótkim przystanku na wyspie Ellis rozpoczniemy nasz Amerykański Sen.

Kiedy patrzyłam na tą piękną okładkę, nie przypuszczałam, że kryje ona takie bogactwo. Autorka przede wszystkim podjęła tytaniczną pracę zbierając materiały. Nie tylko sama wielokrotnie rozmawiała z nowojorczykami, ale i sięgnęła po olbrzymią bibliografię, do której co i rusz się odwołuje. Nic tu nie jest przypadkowe, niedopatrzone czy oparte na niczym. Każdy akapit jest wypełniony po brzegi informacjami , dlatego podczas lektury warto zwolnić, by móc zapamiętać jak najwięcej z fascynującej historii miasta. Mimo tej obfitości nie sposób się oderwać od Nowego Jorku. Wrażenie bowiem jest podobne do tego z Opowieści tysiąca i jednej nocy, kiedy to z jednej historii wyrasta kolejna, i kolejna, od małej holenderskiej osady do muru granicznego, od muru do Wall Street, od Wall Street do giełdy i kończymy w XXI wieku. I tak cała książka.

Nie spieszyłam się z lekturą. Dałam sobie i jej czas, by w pełni odsłoniła przede mną bogactwo historii i kultury Nowego Jorku. Wydawało mi się, że dużo wiem o tym mieście, tymczasem okazało się, że nie wiem prawie nic. A proces przyswajania wiedzy okazał się najprzyjemniejszym procesem, jaki można sobie wyśnić, również dzięki poetyckiemu językowi i obłędnej zdolności autorki do snucia opowieści. Do tej pory jedynie Filipowi Springerowi udało się wycisnąć ze mnie łzę przy opisie wznoszenia lub burzenia budowli. Teraz do tego wąskiego grona zaliczam też Magdalenę Rittenhouse.

Moja ocena: 6/6

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero
Wyd. Czarne
Wołowiec 2013


poniedziałek, 6 lutego 2017

Marta Abramowicz "Zakonnice odchodzą po cichu"


Dobrze jest czasem wyjść ze strefy komfortu, chociażby tylko za sprawą książki, którą czytałam przez przypadek. Ot, leżała na półce z nowościami w mojej osiedlowej bibliotece, skojarzyłam okładkę i postanowiłam ją przygarnąć na jakiś czas.

Nigdy nie miałam jakiegoś zorganizowanego kontaktu z zakonnicami. Jednak przemykała po kościele, do którego chodziłam w dzieciństwie, inna poprowadziła kilka lekcji w zastępstwie. Myślę, że śmiało można powiedzieć, iż moje wyobrażenie klasztornego życia zostało w pełni ukształtowane przez filmy z Whoopi Goldberg, Zakonnica w przebraniu. Czyli nietrudno się zorientować, że pojęcia mam raczej blade.

Mam wrażenie, że sporo zmieniło się za sprawą reportażu Marty Abramowicz Zakonnice odchodzą po cichu. Autorka rozpoczyna od stwierdzenia, że w rzeczy samej niewiele jest opracowań dotyczących zakonnic jako takich, a już tych, które zdecydowany się wyjść z zakonu, nie ma wcale. Wielokrotnie z resztą usiłuje, przy pomocy swoich rozmówców i rozmówczyń, wyjaśnić, dlaczego odrzucenie habitu przez mężczyznę nie odbywa się w takiej tajemnicy i wstydzie, jak przez kobietę. Ale to tylko jedno z zagadnień, z którymi stara się zmierzyć w tej cieniutkiej, aczkolwiek bogatej w treść, książeczce.

Marcie Abramowicz udało się dotrzeć do kobiet, które porzuciły klasztor i prowadzą teraz świeckie życie. Świadectwa z czasów zakonnych, które dają, są chwilami przerażające i dojmująco smutne, a i te po powrocie do świeckości nie zawsze nastrajają optymistycznie. Autorka jednak nie skupia się jedynie na polskim życiu zakonnic, pisze o zmianach, jakie zaszły i zakonnic za granicą, starając się dojść do odpowiedzi na pytanie, dlaczego francuskie zakonnice noszą garsonki, a nasze wciąż pozostają w stanie z XIX wieku.

Na pewno nie można zbudować pełnej wiedzy o zagadnieniu na podstawie jednej książki. Sama autorka stwierdza, że dotarcie do rozmówców było trudne, zatem i reprezentacja była stosunkowo niewielka. Jednak wciąż czuję, że Zakonnice odchodzą po cichu otworzyła mi oczy na wiele kwestii związanych z życiem zakonnic, o których pewnie inaczej w ogóle bym się nie dowiedziała. Mimo trudnego tematu, czytało mi się to nadzwyczaj dobrze. Pani Marta, podążając wyśmienitą drogą polskiego reportażu, serwuje tekst na najwyższym poziomie, zarówno pracy dziennikarskiej, jak i literacko, nie odbiegając zupełnie od poziomu takich klasyków jak Szczygieł czy Tochman.

Chociaż temat bardzo hermetyczny i niekoniecznie interesujący każdego, to szczerze polecam zapoznać się z tą pozycją, jeśli tak jak ja chcecie wyjść poza strefę komfortu.

Moja ocena: 5/6

Marta Abramowicz Zakonnice odchodzą po cichu
Wyd. Krytyki Politycznej

Warszawa 2016

czwartek, 2 lutego 2017

Elif Safak "Bękart ze Stambułu"

Przy każdej kolejnej takie sytuacji zadaję sobie to samo pytanie: „Jak to możliwe, że tak wspaniała książka czekała na przeczytanie tak długo?”. No dlaczego. Bękart ze Stambułu Elif Safak czekał wyjątkowo długo, bo prawie 7 lat. Kupiłam ją zaraz po premierze, kiedy to skończyłam czytać Pchli pałac tej samej autorki i byłam nią zachwycona. Obiecywałam sobie, że szybciutko sięgnę po kolejną jej powieść. To było 7 lat temu…

Przyznam, że zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Z jakiegoś powodu czułam, że chcę w tą opowieść wejść zupełnie na czysto, nie miałam żadnych wyobrażeń, oczekiwań, poza tym, że po autorce spodziewałam się najlepszego. Nie wiem, czy jest to najlepszy sposób, wiem, że u mnie ten brak wiedzy wzmocnił przeżycie, jakim  była lektura Bękarta.

Książka rozpoczyna się na dwóch różnych kontynentach – w lekko podupadłym domu w Stambule, Turcja, oraz w supermarkecie w Arizonie, USA. W Stambule rodzi się dziewczynka bez ojca, w Arizonie młodziutka pół-Ormianka wychowywana jest przez matkę Amerykankę i ojczyma Turka. Losy tych dwóch istot, ich rodzin, ich historii splotą się wkrótce w jedną wspólną opowieść. Będzie to opowieść o rodzinie, historii, pamięci, tożsamości, grzechu i wybaczaniu. Zawsze, gdy czytam tureckich autorów, samo nasuwa mi się porównanie powieści do gobelinów. Autorka i tutaj tka misternie fabułę, przy użyciu języka pięknego jak pozłacana nić, dodając opisy smakowitych potraw jak plamy brokatu, nadając obrazowi głębię poprzez cieniowanie – nic tu nie jest oczywiste, biało-czarne, wszystko łagodnie się ze sobą łączy.

To jednak z tych książek, w które czytelnik zatapia się po czubek głowy, która sprawia, że czas staje w miejscu, tak że  można przeżyć dziesięciolecia w ciągu kilku godzin. Nic w tej powieści bym nie zmieniła, nie miałam ani jednej uwagi, nic nie zgrzytało. Przeciwnie, było to tak piękne i chwilami smutne, jak potrafi być tylko arcydzieło.

Moja ocena: 6/6

Elif Safak Bękart ze Stambułu
Tłum. Michał Kłobukowski
Wyd. Literackie

Kraków 2010

środa, 1 lutego 2017

Co będę czytać w lutym

Co będę czytać w lutym

Upłynęły ponad 3 miesiące odkąd kupiłam ostatnia książkę, a jeśli nie liczyć tej jednej, pół roku odkąd udało mi się zatrzymać lawinę nowych książek zalewającą moje mieszkanie. Wtedy też projekt czytania własnych zaległości ruszył pełną parą. Wciąż znajduję na regałach perełki, które zasłużyły, by przeczytać je wcześniej, i chociaż czasami tęsknię za nowościami, to z każdym kolejnym przeczytanym tytułem z listy jest mi jakoś tak lżej.

Ponieważ zaś nowe książki pochodzą już tylko z biblioteki i czasem z prezentów, robienie stosików do przeczytania ma trochę więcej sensu. Dawniej bowiem zupełnie ich nie przestrzegałam. Obecnie lubię popatrzeć na półki i wyciągnąć tych kilka tytułów które wołają mnie właśnie teraz, bo jest duże prawdopodobieństwo, że nikt ich nie wypchnie z kolejki.

Kilka dni temu popatrzyłam tak na moje zbiory i wytypowałam kilku chętnych:




1.       Bóg zapłać – Wojciech Tochman – czytałam kiedyś, dawno temu, jedną książkę Tochmana, i było to niezapomniane, chociaż trudne przeżycie. Dlatego zapewne ta pozycja przeleżała tak długo, czuję, że jest to książka, na którą trzeba mieć odpowiedni moment.
2.       Świadek mimo woli – Gianrico Carofiglio – ofiara moich licznych wypadów do Taniej Książki na Grodzkiej, w czasach, kiedy byłam na Starym Mieście codziennie. Dawno temu. Z włoskich kryminałów kojarzę chyba tylko powieści o komisarzu Montalbano autorstwa Andrei Camillieriego. Czas poszerzyć horyzonty.
3.       Dobra dziewczyna – Lars Bill Lundholm – kupiona dwa lata temu na Targach Książki w Krakowie, w charakterze zupełnego impulsu. Nie mam pojęcia o czym to jest i czy dobre, wiem tylko, że to szwedzki kryminał, a z tymi to ostatnio różnie bywa.
4.       Profesor Stoner – John Williams – Kolejny impuls, tym razem jednak spowodowany szeregiem pozytywnych recenzji na blogach, które pojawiły się wraz z premierą powieści na polskim rynku.
5.       Nowy Jork – Magdalena Rittenhouse – wstyd się przyznać, prezent urodzinowy sprzed 3(?) lat, o moim ukochanym mieście, a ja tego jeszcze nie przeczytałam. Czas najwyższy to nadrobić i dowiedzieć się czegoś więcej o historii Nowego Jorku.


Czytaliście którąkolwiek z powyższych książek? Co polecacie na pierwszy ogień? I jak to u Was jest z czytaniem nie-nowości? Dajecie sobie i  im szansę?

czwartek, 26 stycznia 2017

Chimamanda Ngozi Adichie "Fioletowy hibiskus"




Im jestem starsza, tym częściej podczas wyboru kolejnej lektury kieruję się jedynie kryterium rozrywki. Właściwie od chwili, gdy zakończyłam radosne życie studenta i weszłam w ciemny świat pełnego etatu, coraz rzadziej mam siłę podołać książce, która wymaga od czytelnia nieco więcej niż znajomość alfabetu. A raczej – tak mi się zdaje.

Dla prywatnych potrzeb określam niektóre książki „ambitniejszymi”, zaliczając do nich wszystko to, co nie jest oczywistym kryminałem, thrillerem czy romansidłem. Takie „ambitne” powieści zaś w mojej głowie z każdym rokiem stają się coraz bardziej przerażające, wymagające, trudne do czytania i generalnie przebrnięcie przez nie wymagać będzie miesiąca czy dwóch. Nie wiem właściwie kiedy tak zaczęłam się bać bardziej wymagających powieści, bo kiedyś to właśnie one nadawały ton mojemu czytaniu.

Jedną z takich „mitycznych” pozycji, za które nie miałam odwagi się zabrać, był Fioletowy hibiskus Chimamandy Ngozi Adichie. Trudny temat, z którym autorka się mierzy, plus zupełnie obcy krąg kulturowy, z którego pochodzi i w którym osadziła fabułę powieści, plus peany na cześć tego literackiego debiutu chyba zadziałały jak odstraszacz. Nie chodzi mi o to, że spodziewałam się złej książki, tylko bałam się ją czytać.

Zupełnie niepotrzebnie, jak się okazało. Chociaż faktycznie autorka postanowiła zmierzyć się z tematami trudnymi i przerażającymi, z przemocą fizyczną i psychiczną, z przewrotem politycznym, z zakazaną miłością i fanatyzmem religijnym, chociaż nigdy wcześniej literacko nie zawitałam do Nigerii, nie byłam w stanie oderwać się od tej powieści. Nie dlatego, żeby akcja była szczególnie wartka, ale z powodu piękne, poetyckiego języka, świata opisanego tak barwnie, jakby się tam było, i prawdziwości słów, jakie znalazłam na kartach Fioletowego hibiskusa. Nie pamiętam kiedy ostatnio trafiła mi się lektura, o której myślałam cały dzień i której nie mogłam się doczekać wieczorem. Książki, po której każda kolejna wydawała się płytka, dlatego przez ponad tydzień po zakończonej lekturze nie byłam w stanie zagłębić się w żadną inną historię.

To jedna z tych powieści, o których cokolwiek by się nie napisało, i tak nie odda się nawet ułamka bogactwa, które oferuje. Jedynym sposobem, by się o tym przekonać, jest odrzucić ewentualne wątpliwości i samemu dać się porwać. Mnie pozostawiła niedosyt, zatem postaram się nie tylko prędko sięgnąć po pozostałe powieści tej autorki, ale i częściej sięgać po te „ambitne” przykurzą tka z moich półek.

Moja ocena: 6/6

Chimamanda Ngozi Adichie Fioletowy hibiskus
Tłum. Jan Kraśko
Wyd. Zysk i S-ka
Poznań 2010

niedziela, 15 stycznia 2017

Paula Daly "Mój największy błąd"


Szukając czegoś lekkiego i wciągającego, nęcona pozytywnymi recenzjami wokół zabrałam się za lekturę thrillera Pauli Daly Mój największy błąd. Czytałam ją w formie ebooka, na moim telefonie, w trakcie dojazdów do pracy i ewentualnie w innych sytuacjach z cyklu „długo, nudno i nie mam innej książki pod ręką”. I chyba tylko dlatego przeczytałam ją do końca.

Zarys fabuły wydaje się ciekawy – Roz jest (niemalże) samotną matką, utrzymującą się z pracy fizjoterapeutki w sieciówce, usiłującą jakoś utrzymać się na powierzchni gdy zewsząd pukają wierzyciele. Na byłego nie można liczyć, bowiem mentalnie nie ukończył gimnazjum, a prywatny biznes jaki zapoczątkowała kilka lat wcześniej, pociągnął ją jedynie głębiej w spiralę długów, zabierając ze sobą niektórych członków rodziny. Przyciśnięta do muru informacją o zaplanowanej eksmisji, Roz w końcu godzi się na pewną propozycję, która składa jej poznany niedawno żonaty mężczyzna. Za sumę, która pomoże jej stanąć na nogi, bohaterka ma spędzić noc ze swoim „zleceniodawcą”. I jak to w thrillerach bywa, sytuacja z dziwnej zrobi się straszna.

Nie jest to nic szalenie oryginalnego, i też nie tego się spodziewałam. Styl, jakim autorka włada, też co do zasady nie był zły, jeśli pominąć liczne powtórki jeszcze liczniejszych niepowodzeń  Roz i rozwlekłe opisy zabiegów fizjoterapeutycznych. Co więc poszło nie tak? Ogólnie rzecz ujmując – wszystko inne.

Przede wszystkim Roz jest przeraźliwie głupia i nieogarnięta, do poziomu, w którym zastanawiałam się, jak tej kobiecie jeszcze nie odebrano dziecka i pozwolono pracować z pacjentami za zamkniętymi drzwiami. Kobieta ma ponad trzydziestkę, a podejmuje decyzje jakby miała ich piętnaście, na zasadzie „wpakuję się w kłopoty, aby tylko siostra się nie dowiedziała”. Całe życie pod postacią małych sznureczków wypada jej z rąk, a ona zamiast usiłować je łapać, stoi bezradnie i czeka na księcia na białym koniu, który jej powie, co ma robić, bo sama bidulka nie wie. Ale co najgorsze, daje się wszystkim rozstawiać po kątach. Siostra każe jej przyjść na brunch. Roz jojcy, ale idzie. Sąsiadka nie przyjmuje do wiadomości, że Roz nie chce iść na przyjęcie. Roz idzie. Obca baba chce ja umówić ze swoim bratem – Roz idzie na randkę. Szef ją szantażuje – zamiast próbować się z tego wyplątać, od razu godzi się na wszystko i jeszcze bardziej komplikuje sobie życie. Serio?

Główna bohaterka tak mnie irytowała, że przykryła fakt iż powieść jest przewidywalna do bólu. W thrillerze powinien być jakiś suspens? No chyba nie w tym, tutaj zachowania głównego „złego” zwracają na siebie uwagę już na początku, toteż rozwój wypadków nie zaskakuje, co gorsza, rozwiązanie tego całego misz-maszu jest mdłe i jakieś takie… niedokończone?

Nie polecam tej powieści. Jeśli masz do wyboru czytać w toalecie „Mój największy błąd” albo skład chemii gospodarczej, do wybór jest tylko pomiędzy WC kaczką a odświeżaczem powietrza.

Moja ocena: 2/6 (bo jednak cudem skończyłam to czytać)


Paula Daly Mój największy bład
Wyd. Prószyński i S-ka

Watszawa 2016

wtorek, 3 stycznia 2017

Arne Dahl "Ciuciubabka"


Ulubieni bohaterzy są jak starzy, sprawdzeni przyjaciele – po latach nie wiesz już, czy się z nimi przyjaźnisz, bo są tacy wspaniali, czy po prostu dlatego, że zajmują ważne miejsce w Twoim sercu. Dlatego tak trudno jest napisać obiektywną opinię Twojego bliskiego, i tak trudno jest pisać o bohaterach, których znasz od lat, których przygody śledziło się z tomu na tom, niezależnie od tego, jak bardzo nieprawdopodobne by one były.

Członków Drużyny A poznałam na pierwszym roku studiów, w 2008 roku, jakby nie patrzeć – 9 lat temu. Zwykle co roku pojawiały się kolejne tomy, czasem obrodziło dwoma na raz. Niektórzy zmieniali miejsce pracy, przychodzili inni, ich losy plątały się, schodzili na złą drogę, wracali na dobrą. Ale przede wszystkim wkładali umysł i serce w każdą kolejną kryminalną zagadkę. Zagadki te z kolei stawały się coraz bardziej skomplikowane i międzynarodowe. Potem Drużyna A się rozpadła, ale w jej miejsce pojawiła się super tajna jednostka operacyjna Europolu – Opcop, w skład której weszli niektórzy starzy znajomi.

Jak w każdej poprzedniej książce, tak i tutaj Arne Dahl skupił się na jednym z problemów społecznych nękających Europę – zanieczyszczenie środowiska poprzez emisję spalin samochodowych. Pewne zdarzenie na niemieckiej autostradzie daje początek bezprecedensowemu projektowi unijnemu, są jednak pewne siły, które za wszelką cenę starają się nie dopuścić do jego realizacji. Jednocześnie kontynent zalewa świetnie zorganizowana grupa przestępcza, której pracownikami i jednocześnie niewolnikami są żebracy. Jak to często bywa, interesy okazują się zbieżne, a połączone siły mafijne mogą zwalczyć jedynie świetnie wyszkoleni i wyposażeni międzynarodowi policjanci. Gliniarze nowej generacji.

Dahl nie oszczędza czytelnika. Jego specyficzny styl, błyskotliwe dialogi, nietuzinkowe postaci łączą się w wyrafinowaną całość z wielowątkową fabułą, nieprzewidywalną i często niesamowitą. A jednocześnie jest to wszystko takie prawdziwe, to jest ten świat zza okna. Teraz dodatkowo autor postanowił zakończyć trzeci tom Opcopu w sposób, który pozostawił mnie z rozdziawioną buzią (dosłownie!) i absolutną koniecznością zakupu czwartej, ostatniej części cyklu, już w styczniu. Pomimo postanowień o niekupowaniu.

Chociaż zawiera wiele klasycznych elementów, nie jest to po prostu kolejny szwedzki kryminał. To książka, którą sama bym napisała, gdyby Dahl nie zrobił tego wcześniej, i lepiej. Na takie książki czekam z wytęsknieniem.

Moja ocena: 6/6

Arne Dahl Ciuciubabka
Tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2016