O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2020

"Red, white & royal blue" Casey McQuiston


Od kilku lat przeżywam zapaść piśmienniczą (jeśli tak to można nazwać). Pamiętam czasy, kiedy dopiero co założyłam bloga, to to podekscytowanie towarzyszące mi za każdym razem, gdy kończyłam czytać kolejną książkę – znów mogłam usiąść i Wam o niej opowiedzieć. Ekscytacja wciąż mi towarzyszyła, gdy dopadło mnie Dorosłe Życie, a potem i ona gdzieś znikła. Zostały wyrzuty sumienia i coraz bardziej umęczone teksty, z których nie byłam zadowolona. Czy ten będzie lepszy niż ostatnie kilka wpisów? Tego nie wiem, ale wiem, że z właściwą książką wrócił dawny entuzjazm. Bo właśnie skończyłam czytać Red, white & royal blue Casey McQuiston, i muszę komuś o niej opowiedzieć. I większej ilości ludzi, tym lepiej.

Nie wiem, od czego zacząć – ilość pozytywnych słów, jakie mam na określenie tej powieści zdecydowanie przerasta format tego bloga, ale się postaram. Usłyszałam o tej książce po raz pierwszy kilka miesięcy temu, kiedy zawojowała anglosaski Booktube, a następnie wygrała plebiscyt Goodreads w kategorii Romans. Co samo w sobie było zaskakujące, ponieważ większość konkursów w tej kategorii wskazuje zwykle romanse pomiędzy kobietą i mężczyzną. Tutaj natomiast mamy opowieść o powoli się rodzącej miłości syna pani Prezydent Stanów Zjednoczonych i księcia Walii. Alexa i Henry'ego. Miłości rodzącej się w tajemnicy, pełnej pasji, pełnej pożądania, pełnej troski i pełnej strachu. Romantycznej i pod każdym względem wspaniałej.

Taka opowieść wydaje się naiwna i przekombinowana, i pewnie taka by byłą, gdyby niekwestionowany talent autorki, która stworzyła dwójkę nietuzinkowych, pełnych wad ale i cudownych bohaterów. Casey McQuiston potrafi pisać ludzi, ale i potrafi pisać o relacjach między nimi – tych romantycznych, tych przyjacielskich i tych rodzinnych. Ale przede wszystkim potrafi pisać romans. Bo to jest, moi kochani, najczystszy, najprawdziwszy romans, z urokiem pierwszych wspólnych chwil, z niepewnością i z obłędem, i sorry za spoiler, z happy endem. Ostatnio odnoszę wrażenie, że autorzy cierpią na alergię na dobre zakończenia, i na siłę dopisują w epilogu jakieś 'ale'. I wreszcie Red, white & royal blue przełamało tę passę.

Mogłabym tu pewnie długo jeszcze pisać jak dobrze eto jest napisane, i jak piękna jest ta historia, i jak bardzo chciało mi się płakać, że to już koniec, ale chcę zachować trochę miejsca na jeszcze bardziej osobiste wycieczki. Po pierwsze, pomiędzy wybuchami śmiechu (serio, wybuchami, nie uśmieszkami – to NAPRAWDĘ jest komedia romantyczna) książka uderzyła w bardzo czułe struny. Nieco ponad rok temu odeszła pierwsza i najważniejsza czytelniczka tego bloga – Moja Mama, a straciliśmy ją w mgnieniu oka przez nowotwór trzustki. Czytać, jak bohater (teraz już ulubionej) książki przechodził przez podobną traumę (mimo, iż to bohater fikcyjny) otworzyło takie miejsce we mnie, które wolę trzymać zamknięte, żeby móc jakoś funkcjonować, ale też dało mi jakieś dziwne poczucie może nie komfortu, ale porozumienia. Ludzi, którym ta choroba odebrała najbliższych, jest więcej.

Do drugie – to jest komedia, i romans, i z elementami polityki, ale to wciąż jest powieść LGBTQ+. To ważne, bo chociaż wychodzi coraz więcej takich powieści (wspomnę chociaż kilka moich ulubionych: Inne zasady lata, A jeśli to my, Simon oraz inni homo sapiens, trylogia Zniewolony książę) to wciąż jest ich za mało. Zwłaszcza tych, gdzie bycie lesbijką lub gejem jest po prostu częścią życia, która wiąże się ze swoimi trudami życia, ale też może być źródłem radości i spełnienia. A piszę te słowa kilka dni po tym, jak prezydent mojego kraju stwierdził, że społeczność LGBT „jest ideologią, nie ludźmi”. I chociaż nigdy wcześniej nie pisałam tutaj o polityce, to jak widzicie czasem nie ma możliwości by to kontynuować. Bo w jednym miejscu na ziemi ktoś osiąga sukces wydawniczy pisząc romans o dwóch młodych mężczyznach, który mają wsparcie rodziny, marzenia, plany, kariery i jednocześnie, tak, są w sobie bezgranicznie zakochani. A w drugim Alexowi, Henry'emu i takim jak on odmawia się statusu ludzi. I, przepraszam za słownictwo, ale bardzo mnie to wkurwia. I wiem, że wkurwiło by również moją Pierwszą Czytelniczkę.

Wyszedł bardzo osobisty tekst, chyba najbardziej osobisty ze wszystkich moich postów. Chyba to jest miarą dobrej literatury – że potrafi poruszyć w nas wszystkie struny, tak że lekturę kończymy z uśmiechem na ustach, ze łzami w oczach i entuzjazmem do pisania recenzji. I to nie musi być literatura godna Nobla, nie musi być klasyk – może to być świetny przykład literatury rozrywkowej. Taki jak Red, white & royal blue.


Moja ocena 6/6 (prawdopodobnie książka roku)


Red, white & royal blue Casey McQuiston
Tłum. Emilia Skowrońska
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2020

niedziela, 3 września 2017

"Dziewięć kobiet, jedna sukienka" Jane L. Rosen


Cały czas twardo czytam moje zaległe książki, nie wiem, ile mi jeszcze zostało, ale wiem, że dużo. Jednak zaległości zaległościami, nie-kupowanie nie-kupowaniem a życie życiem – przychodzi taka chwila, gdy od popadnięcia w czytelniczą niemoc jest w stanie uratować mnie tylko konkretny typ książki. Czasem jest to kryminał, czasem reportaż, czasem o prostu seria o Potterze. Tym razem były to obyczajówki, a wręcz chick-lity i nawet, nie bójmy się tego słowa, romanse. I nie byłoby problemu gdyby takowe były zakurzone na półkach, ale niestety wyszły. I wtedy przypomniałam sobie, do czego służą księgarnie. O dziwno, nie do kupowania wszystkiego co na promocji a co chciałoby się przeczytać w okolicach emerytury, a do kupowania czegoś, co chce się przeczytać teraz. O nowo odkrytej przyjemności z kupowania będzie jednak kiedy indziej, dziś wolałabym opowiedzieć o uroczej powieści, która wyleczyła mnie z chandry.

Dziewięć kobiet, jedna sukienka Jane L. Rosen, poza koślawo przetłumaczonym tytułem ma wszystko, czego pragnę od babskiej, lekkiej obyczajówki. Kilka kobiet, których losy zazębiają się poprzez tę jedną sukienkę sezonu, oraz kilku mężczyzn, którzy za tymi kobietami szaleją, chociaż nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Piękna sukienka, która jest w stanie wydobyć pewność siebie z każdej kobiety, która ją założy. Humor i komedia pomyłek. Sprzedawca z Boomingdale’a z mieczem sprawiedliwości dziejowej niczym ostatni obrońca wiary. I Nowy Jork, mój Nowy Jork, taki sam a jednak inny w każdej kolejnej książce.


Jest to ciepła i zabawna opowieść o miłości, przyjaźni i modzie, idealna na wieczory po ciężkim dniu, kiedy zamiast przeżywać cudze dramaty człowiek pragnie się tylko odprężyć, zanurzyć w lekkiej lekturze, uśmiechnąć pod nosem, a potem, kto wie, może wyciągnąć swoją małą czarną z szafy? Jane L. Rosen oferuje dokładnie to, co obiecuje różowa okładka i atłasowa sukienna na niej umieszczona, napisane zgrabnym językiem i bez zbędnych dłużyzn. Mam nadzieję, że autorka uraczy nas w przyszłości opowieściami tak udanymi jak ten debiut.

Jane L. Rosen "Dziewięć kobiet, jedna sukienka"
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2017

piątek, 2 grudnia 2016

Katarina Bivald "Księgarnia spełnionych marzeń"

Nic tak łagodząco działa na duszę w mroczne, jesienne, wietrzne dni jak dobra powieść obyczajowa o przyjaźni i książkach. Taka książka powinna się zawsze znajdować w podręcznej apteczce, obok soku malinowego, ciepłego koca i aspiryny. Na szczęście dla mnie, w szale zakupów przez ostatnie lata udało mi się zapełnić i tą lukę. Księgarnia spełnionych marzeń Katariny Bivald została wepchnięta bezpardonowo w tylny rząd, do kąta, skąd wygrzebałam ją akurat by zakopać się pod kocem, gdy za oknem pizgało złem.

To jedna z tych dosyć przewidywalnych książek, gdzie mało co może nas zaskoczyć, w sumie niewiele się dzieje, i które tak łagodząco działają, zwłaszcza przy natłoku myśli i zdarzeń. Dwudziestoośmioletnia Sara niedawno straciła pracę w księgarni, toteż nic specjalnie nie trzyma jej w rodzinnym Haninge, Szwecja. Korzysta zatem z zaproszenia sześćdziesięcioletniej Amy, korespondencyjnej przyjaciółki, i przybywa do niewielkiego miasteczka Broken Wheel, USA. Na miejscu czeka ją spore zaskoczenie, ale i wiele ciepła i dobroci, do których lgnie jak ćma do światła. Niespodziewanie okazuje się, że zapuszczona dziura na końcu świata może okazać się czyimś miejscem na Ziemi, chociaż nawet miejscowym jest trudno w to uwierzyć.

Przyjaźń dwóch bohaterek spisana została w formie listów, które Amy wysłała Sarze. Listy te początkowo kręcą się wokół książek, wkrótce jednak zaczynają zdradzać coraz więcej o Broken Wheel i jego mieszkańcach. Żałowałam jedynie, że listy przestały w pewnym momencie dotyczyć książek, co było uroczym dodatkiem do głównej opowieści, jednak na szczęście autorka zaczęła umieszczać odnośniki do znanych i mniej znanych tytułów w innych miejscach powieści, zatem w trakcie lektury coraz to natykałam się na cytaty lub wspomnienia o książkowych bohaterach, i nie raz zaglądałam w Google, by znaleźć pierwowzór.

To ten typ książki, w której prawie nic się nie dzieje, którą czyta się dla samej atmosfery i bohaterów, dla delikatnej zmiany w każdym z nich, wywołanej pojawieniem się Sary w miasteczku. Sama Sara była wprawdzie odrobinę bezbarwna, za to galeria postaci drugoplanowych w zupełności mi to wynagradzała. Zatem jeśli lubicie takie właśnie lekkie, trochę senne ale bardzo optymistyczne książki, szczerze polecam Wam Księgarnię spełnionych marzeń – odrobinę Szwecji w Iowa!

Moja ocena: 4,5/6

Katarina Bivald Księgarnia spełnionych marzeń
Tłum. Ewa Chmielewska-Tomczak
Wyd. Amber

Warszawa 2014

niedziela, 26 czerwca 2016

"My" David Nicholls

Panie David Nicholls – idź Pan z taką robotą!

Kojarzycie powieść Jeden dzień Davida Nichollsa, która kilka lat temu stała się bestsellerem, i na podstawie której nakręcono film z Anne Hathaway? A Ci z was, którzy czytali – kojarzycie zakończenie? Kojarzycie te emocje, te nerwy, tą chęć rzucenia książką z krzykiem „To nie tak miało być!”?. No to to samo dostaniecie przy okazji najnowszej powieści tego autora – My. I będzie to tak samo dobre. Może nawet i lepsze. A potem będziecie chcieli rzucić tą książką o ścianę sąsiedniego bloku.

Długoletnie, całkiem udane małżeństwo. Jeden syn. Praca, dom, tona wspomnień, tych dobrych i tych złych. I w przeddzień wyfrunięcia przez jedynego syna z gniazda, jedno zdanie wypowiedziane w środku nocy. „Chyba chcę od Ciebie odejść”. Coś, co miało być edukacyjną podróżą po muzeach Europy, celem kształcenia syna, przeradza się w podróż mającą na celu uratowanie małżeństwa, potem zaś w naprawdę szaloną bieganinę po Starym Kontynencie w poszukiwaniu… tylko czego?

Mam szczególny sentyment do tego typu powieści, które zabierają mnie z podróż po Europie. Powieści drogi w ogóle bardzo lubię, ale jako że jestem z definicji europocentryczna, wojaże po tych okolicach automatycznie powodują we mnie mocniejsze bicie serca. I jeżeli miałabym wymienić jeden rodzaj książek typowo wakacyjnych, to byłaby to właśnie książka o podroży po Europie. Wraz z rodziną Petersenów przemierzamy Francję, Holandię, Niemcy, Włochy i Hiszpanię, odwiedzamy znajome miejsca lub poznajemy nowe, oczyma wyobraźni oglądamy dzieła wielkich mistrzów, i jednocześnie od samego początku poznajemy historię  tej niezbyt zgranej rodziny.

Dla mnie była to o wiele bardziej emocjonalna lektura, niżby na to wskazywał opis na tylnej okładce. Pomimo typowego brytyjskiego humoru, z jakim historia jest opowiedziana, jest to przede wszystkim historia dwojga zupełnie różnych ludzi, w dużej mierze nie pasujących do siebie, który jakimś cudem wytrzymali ze sobą już 25 lat. Nie wiem, czy taki był zabieg, czy to tylko ja, ale z czasem coraz większą niechęcia pałałam do matki i syna, którzy oczekiwali „sprawiedliwego” traktowania, a tak naprawdę gnębili ojca i nigdy nie próbowali postawić się w jego sytuacji. I mimo iż ojciec też miał swoje za uszami, nigdy nie wynikało to z egoizmu czy innych niskich pobudek. Dynamika pomiędzy tymi trzema postaciami dramatu chwilami powodowała, że siedziałam przez chwilę wpatrując się w ścianę i myśląc o tym, co przeczytałam (coraz rzadziej mi się to przytrafia, bo jednak coraz bardziej grawituję ostatnio w kierunku lekkiej rozrywki).

Dawno już nie czytałam tak poruszającej, zabawnej, bogatej i dającej do myślenia powieści, która w dodatku wessałaby mnie w swój świat praktycznie od pierwszej strony. Nie mogę mu tego odebrać, Nicholls naprawdę potrafi pisać. Tylko ze zakończenia! Agrrr…

Moja ocena: 5/6

David Nicholls My
Tłum. Jan Kraśko
Wyd. Świat Książki

Warszawa 2015

piątek, 24 czerwca 2016

"Gdybyś mnie teraz zobaczył" Cecelia Ahern

Gdybym miała w skrócie opisać wrażenia z tej powieści, powiedziałabym tylko, iż po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat płakałam nad książką. Po bardziej szczegółowe wrażenia zapraszam poniżej.

Z Cecelią Ahern zetknęłam się wcześniej tylko raz, przy okazji jej najbardziej znanej powieści PS Kocham Cię. Spodobała mi się do tego stopnia, iż po jej przeczytaniu koniecznie musiałam się zaopatrzyć w kolejną. Wybór padł na Gdybyś mnie teraz zobaczył, bo akurat była najtańsza (WOW, rekomendacja że klękajcie narody). Zachowałam ją na półce na zasadzie „jak będę miała ochotę na coś w tym stylu” po czym o niej zapomniałam. A teraz w ramach bardzo udanej akcji czytania tego, co mam na półkach (dużo tego) kolej padła i na nią. Już dawno żadna lektura tak mnie nie zaskoczyła.

Mały format, dziewczyńska okładka, leżało na babskich obyczajówkach. Myślałam, że będzie uroczo, miło, trochę dramatu a potem wielka miłość po grób. Zacznijmy od tego, że głównym bohaterem jest Ivan, z którym wszystko byłoby w  porządku, gdyby nie fakt, iż dla większości ludzi jest niewidzialny. Jego zadaniem jest odnajdować dzieci, które z jakiegoś powodu go potrzebują, i zostać z nimi dopóki, dopóty się nie polepszy. Poznajemy go gdy zawiera nową przyjaźń z Lukiem, kilkuletnim siostrzeńcem głównej bohaterki, Elizabeth Egan. Wkrótce okazuje się, że tym razem los spłata Ivanowi figla, zmieni zasady, a wraz z nimi życie Ivana i Elizabeth.

Na kanwie typowej powieści obyczajowej Cecelia Ahern zbudowała pełną magicznego realizmu, trudnych emocji i wzruszeń opowieść. Są tutaj rzeczy, których wielu z nas poszukuje w tego typu książkach: zieloną Irlandia, ruiny z romantyczną historią, historię „od zera do bohatera”. Ale jest i nieprzewidywalność, niedomówienia, sprawy tak smutne, że wycisną łzę nawet z takiego Grumpy Cata jak ja. I otwarte zakończenie, dające każdemu z nas pole do popisu wyobraźni.

Początkowo nie mogłam się wciągnąć w tą opowieść, nie wiedziałam, co o niej myśleć. I nagle, nie wiadomo kiedy, znalazłam się wszystkimi czterema łapami w samym jej środku, nie mogąc się oderwać. Dlatego zdecydowanie mogę polecić Gdybyś mnie teraz zobaczył jako wakacyjna lekturę.

Moja ocena: 4,5/6

Cecela Ahern Gdybyś mnie teraz zobaczył
Tłum. Joanna Grabarek
Wyd. Akurat (imprint wyd. Muza)

Warszawa 2013

niedziela, 15 listopada 2015

"Panie z Cranford" Elizabeth Gaskell

Przeżywałam swego czasu egzystencjalną pustkę po Jane Austen. Przeczytałam po prostu wszystkie jej powieści, nawet te niedokończone, czytać po raz drugi tego samego – nie przepadam, sporadycznie mi się zdarza. A więcej nie było… potem przyszedł czas na siostry Bronte. Tak wiem, to nie to samo, ale jednak bliższe niż cokolwiek innego, a co więcej, równie dobre, ze swoim klimatem. Tutaj już stąpam ostrożnie, bo bałam się, że jak i to mi się skończy, to już nic mnie nie uratuje… A tu pojawia się na horyzoncie Elizabeth Gaskell i ratuje sytuację.

Recenzję Pań z Cranford przeczytałam jakiś czas temu na jednym z blogów (zabijcie mnie, nie pamiętam na którym) i była to jedna z tych recenzji, kiedy po prostu wstajesz od komputera i idziesz kupić i przeczytać. Szybko nabyłam i w tempie ekspresowym, kilka tygodni później (każdy, kto za dużo kupuje, wie, że to ekspresowe tempo) przeczytałam

To jest zdecydowanie najbardziej urocza książka, jaką czytałam w tym roku. Króciutka, składająca się raczej z opowiadań powiązanych ze sobą niż stanowiąca powieść pełną gębą, książeczka, której bohaterkami są, a jakże, mieszkanki angielskiego miasteczka Cranford, które tak się składa zasiedlają głównie panie – wdowy lub stare panny, a obecność mężczyzn jest sporadyczna i taktownie przemilczana przez towarzystwo. Opowiada nam o nich panna Smith, sama niebędąca panią z Cranford, ale mająca tam wystarczająco dużo przyjaciółek i przebywająca tam tak często, iż z powodzeniem może ona wprowadzić czytelnika  w ten świat, zachowując jednocześnie dystans, na który stać tylko osobę z zewnątrz. Chociaż nie stroni ona od wspominania o rzeczach smutnych, chociaż niektórzy bohaterowie w między czasie odchodzą na niwa zielone, w ich miejsce pojawiają się kolejne barwne postaci, życie toczy się dalej, a po deszczu zawsze wychodzi słońce, zwykle pod postacią jakiegoś czy to wesołego, czy też humorystycznego, czy też po prostu sympatycznego wydarzenia.

Połknęłam Panie z Cranford w niecałe dwa dni, i od razu zaczęłam pożądliwie patrzeć w kierunku innych książek tej autorki. Teraz już wiem, co jest w stanie w pełni zaspokoić moją pustkę po Jane Austen, zachowując jednocześnie swój unikalny styl.

Moja ocena: 6/6

Elizabeth Gaskell Panie z Cranford
Tłum. Aldona Szpakowska
Wyd. Świat Książki

Warszawa 2015

niedziela, 11 października 2015

"Vintage" Susan Gloss

Mam niepokojące wrażenie, że powoli wpadam w kolejny dół czytelniczy. Wystarczy powiedzieć, że mam rozpoczętych pięć książek, różnych autorów, różnych gatunków, i mimo iż każda z nich zapowiada się świetnie, jakoś z żadną z nich mi nie po drodze. A to, co mi ostatnio pomaga w takich chwilach, to niewymagająca obyczajówka.

Vintage trafiło do mnie niedawno dosyć niespodziewanie. Najwyraźniej kiedyś gadałam o tej powieści z koleżanką, i ostatnio na kawie Jadzia wyciągnęła ją z torby z dopiskiem „masz, zrób z nią co chcesz”. No to przeczytałam, a teraz pewnie poślę ją dalej w świat za pośrednictwem kobiet z mojej rodziny. Książka opowiada o trzech kobietach w różnym wieku, pochodzących z różnych klas społecznych i mających zupełnie inną historię, które w pewnym momencie życia spotykają się i grupują wokół tego wyjątkowego sklepu rzeczy zapomnianych. Violet uciekła z rodzinnej mieściny przed mężem pijakiem, i teraz od nowa buduje swój świat prowadząc wymarzony sklep ze starymi ubraniami. April spotkała niedawno wielka strata. Nastolatka ma więcej pytań niż odpowiedzi – jak faktycznie zginęła jej matka, co zrobić z długami, domem, związkiem, który właśnie się rozpada. Amithi przybyła do USA kilkadziesiąt lat temu ze swoim świeżo poślubionym w Indiach mężem, a teraz musi od nowa zdefiniować siebie i to, czego pragnie w życiu. I, jak nie trudno się domyśleć, każda z nich znajdzie w Vintage pomoc i odpowiedź na wiele pytań. I przyjaźń, prawdziwą, kobieca przyjaźń.

Jak widać, nie jest to może szalenie ambitna literatura. Właściwie można uznać ją za dosyć przewidywalną. Problemy bohaterek, chociaż nie trywialne, udaje się w reszcie rozwiązać, a zakończenie jest wesołe, sympatyczne i bardzo szczęśliwe. I o to chodzi. Czasem trzeba sięgnąć po właśnie taką pozytywną, niewymagającą lekturę, która natchnie nas na powrót przyjemnymi myślami i zachęci do czytania. Vintage okazała się idealna na moją czytelniczą chandrę i ogólne zabieganie i pozwoliła miło spędzić czas. Jeśli zatem szukacie takiej lektury, szukajcie powieści Susan Gloss.

Moja ocena: 4/6

Susan Gloss Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych
Tłum. Bogumiła Nawrot
Wyd. Marginesy
Warszawa 2015


poniedziałek, 7 września 2015

To NIE jest najlepszy romans wszech czasów


Gdybym miała wymienić jeden gatunek, z którym w tym roku bliżej się zapoznałam, którego do tej pory nie czytałam prawie w cale, to byłyby to na pewno młodzieżówki. Ostatnio nawet rozmawiałam z przyjaciółką, że za tzw. „naszych czasów” literatura młodzieżowa nie była aż tak licznie reprezentowana, jak to widać dzisiaj: Nienacki, Niziurski, Musierowicz i może jeszcze kilka nazwisk, oraz trudna nieraz do zidentyfikowania granica między dziecięcą a młodzieżową. A z drugiej strony jakaś taka większa uniwersalność tych książek, do których po 40 latach można wrócić i się dalej zachwycać (opinia z drugiej ręki, ja jeszcze nie miałam okazji sprawdzić).

Z drugiej strony tak bogata oferta dla młodego czytelnika, dostosowana do jego zainteresowań, musi cieszyć, bowiem coraz więcej na rynku autorów i serii, które jak niegdyś Potter – wypadało znać, gdy się było w gimnazjum czy liceum. Może nie jest to jeszcze to, o co Polska walczyła, ale jest fajnie. Zwłaszcza, że te pozycje są naprawdę różnorodne (o czym moja skromna, dinozaurza osoba miała okazję się przekonać w ostatnich miesiącach): nie tylko bowiem lekka fantastyka i SF wchodzą w grę, nie tylko kryminały, ale i wszelkiej maści obyczajówki, od tych bardzo sympatycznych i łatwych, poprzez cięższe gatunkowo, ale wciąż pozytywnie nastrajające do życia, aż po gruby kaliber, który mnie szczególnie cieszy: homoseksualizm, samobójstwa, odtrącenie, opuszczenie, choroby. Dobrze, że autorzy i wydawcy nie czynią z młodego pokolenia kretynów, którym można opowiadać tylko o miłych rzeczach.

Zdarzyło mi się w tym roku czytać kilka naprawdę świetne młodzieżówki, ale zdarzyły się i takie, które ewidentnie nie zostały przeznaczone dla mojej grupy wiekowej. Niestety, taką powieścią okazała się jedna z moich wakacyjnych lektur: Anna i pocałunek w Paryżu, bardzo polecana szczególnie przez amerykańskiej youtuberki książkowe (wiem, nudna jestem). Wydawca reklamuje ją jako „Jedną z najlepszych powieści o miłości wszech czasów”. Serio?

Pokrótce książka ta opowiada o nastolatce Annie, którą ojciec wysyła na rok do prywatnej, amerykańskiej szkoły w Paryżu, by ta się trochę okrzesała (Bóg mi świadkiem, że jej to potrzebne). Ta oczywiście nie chce wyjeżdżać, ale gdy przybywa na miejsce zdobywa od razu paczkę wiernych przyjaciół, zakochuje się i generalnie, och ten Paryż, taki piękny!

To nie jest książka dla dorosłych osobników. Anna jest infantylna, totalnie niewykształcona (nie mówię o edukacji szkolnej czy uniwersyteckiej, tylko o rzeczach, które chyba każdy wiedzieć powinien), jej wewnętrzne monologi ociekają głupotą (też byłam nastolatką, i to naprawdę nie było tak, że nie miałam mózgu), zaś sama historia miłosna jest oklepana, standardowa do bólu, a nawet bulu, jej tzw. ukochany traktuje Anne tak, jak żaden mężczyzna nie powinien nigdy traktować kobiety, i jeśli ktoś twierdzi, że to co on wyprawiał było romantyczne, to powinien się pilnie skontaktować ze specjalistą. A zakończenie, cóż, zanim do niego dotarłam musiałam urządzić przerwę na rzyganie tęczą, takie to było słodziutkie i w ogóle urocze.

Będę się trzymać z dala od kolejnych książek Stephanie Perkins. Ewidentnie nie jestem targetem tych powieści, nie zakumałam romantyzmu, ale też nikt mi nie powie, że ta historia, na tle wszystkich literackich romansów wszech czasów, jest w jakikolwiek sposób wyjątkowa.

Moja ocena: 2,5/6 (bo skończyłam czytać i bo Paryż)

Stephanie Perkins Anna i pocałunek w Paryżu
Tłum. Małgorzata Stefaniuk
Wyd. Amber

Warszawa 2013

wtorek, 25 sierpnia 2015

Trochę Edynburga, czyli aby mi Mcall Smitha nie zabrakło!

Isabel Dalhousie stała się niniejszym jedną z moich ulubionych bohaterek literackich, do której będę wracać w chwilach zwątpienia, i ubolewam nad faktem, iż polski czytelnik ma do dyspozycji tylko dwa pierwsze tomy uroczej serii „Niedzielny klub filozoficzny” autorstwa Alexandra McCall Smitha ( na szczęście w porę zaopatrzyłam się w dalsze tomy w amerykańskiej księgarni, bo akurat mieli promocję).

Mamy w tym powieściach o niewielkich gabarytach wszystko to, czego potrzeba na leniwe letnie popołudnia: klimatyczny Edynburg, pełen życia i jednocześnie kameralny, zaskakujące i przekonywujące typy ludzkie, odrobinę tajemnicy, lekkostrawne lecz elokwentnie podaną filozofię, trochę zbrodni… O pierwszym tomie tej serii pisałam rok temu, iż „to lekka i jednocześnie wyrafinowana lektura” i teraz nie pozostaje mi nic innego, niż odesłać dotamtego tekstu (tak w ogóle wydaje mi się, że lepiej szło mi pisanie rok czy dwa lata temu, niźli dzisiaj).

W drugiej części Isabel poznaje byłego psychologa, który opowiada jej dosyć nieprawdopodobną historię związaną ze swoim zdrowiem, a Isabel czuje moralny obowiązek rozwikłać zagadkę, która kryje się w tej opowieści. Takie nieproszone pomaganie okazuje się mieć konsekwencje, z którymi przyjdzie się jej zmierzyć nie tylko jako filozofowi, ale i jako człowiekowi. Poza tym nowym przyjacielem na tapecie jej rozważań znajdzie się miłość i mężczyźni jej życia: byli, obecni, zakazani. No i, oczywiście, jako wisienka na torcie pokus, czekolada. Czekolada jako pojęcie filozoficzne, rzecz jasna.

Nie wiem, co temu autorowi wychodzi najlepiej: czy tworzenie atmosfery Edynburga, tak, że po skończonej lekturze mam ochotę złapać pierwszy samolot do Szkocji, czy konstruowanie postaci, z którymi chciałoby się zjeść podwieczorek i porozmawiać o sztuce i filozofii, czy też może przemycanie do tej bądź co bądź rozrywkowej literatury głębszych pytań, nad którymi przyjdzie się zastanowić czytelnikowi nawet po tym, jak zamknie książkę. Co by to nie było, Alexander McCall Smith to właśnie ten autor, po którego sięgam w okresie chandry, lub gdy mam czytelniczy zastój. To idealny przykład literatury podtrzymującej na duchu, bez łzawych elementów i oklepanych chwytów. Nic, tylko polecać.

Alexander McCall Smith Przyjaciele, kochankowie, czekolada
Tłum. Michał Juszkiewicz
Wyd. Prószyński i S-ka

Warszawa

PS Miały być posty z wakacji, ale okazało się, że wi-fi wprawdzie jest, ale tak słabe, że zrywało połączenie co kilka minut. I tak oto pobożne życzenia przegrały z twardą rzeczywistością...

niedziela, 12 lipca 2015

Kocham Nowy Jork

Każdemu od czasu do czasu zdarza się taki okres, kiedy nie ma się ochoty czytać, albo niby ma się ochotę, ale na nic konkretnego. Sięgamy wtedy po jedną, drugą, czwartą książkę, czytamy kilka stron, odkładamy, szukamy czegoś innego. Myślę, że takie przestoje zdarzają się przy okazji każdego hobby, nawet najulubieńsza rzecz czasem wymaga, by ją na chwilę odłożyć, aby znów cieszyła nas w przyszłości.

Mimo to, za każdym razem kiedy zdarza mi się taki czytelniczy marazm, staram się jak najszybciej znaleźć na to remedium. Zwykle pomaga ukochana książka, taka, którą znam na pamięć, lub kolejny tom dobrze znanej serii. Tym razem jednak pomogła książka, która znajdowała się na mojej półce od roku, dwóch? Nie pamiętam. Kocham Nowy Jork to typowy chiclit, który stał się niezwykle popularny zaraz po premierze, i jak to często bywa, po kilku miesiącach wszyscy o nim zapomnieli. Głowna bohaterka, Catherine, jest prawniczką, która przez 6 lat ciężko pracowała w paryskim oddziale amerykańskiej kancelarii, i właśnie udało jej się przenieść do głównej siedziby firmy w Nowym Jorku. Nie mogę sobie wyobrazić, aby ktoś miał większe szczęście niż ona. Jednak mimo widoku na Manhattan, mieszkanka na Upper East Side i latania na wyprzedaże Diora, Wielkie Jabłko okazuje się nie być wcale tak cudownym miejscem. Właściwie, bardziej przypomina to scenerię powieści Diabeł ubiera się u Prady, tylko z kodeksami i francuską bohaterką. Współpracownicy knują za plecami, szefostwo wymaga dostępności 25 godzin na dobę 8 dni w tygodniu, nowi znajomi odrzucają snobizmem. A zacznie się robić jeszcze nieprzyjemniej.

Zdecydowanie nie jest to powieść na Nobla, ani nawet na powieść tygodnia w lokalnej bibliotece. Styl nie powalał na kolana, fabuła była miejscami nieco przewidywalna, a Catherine, mimo prawniczego wykształcenia i wieloletniej praktyki w branży, okazywała się często przerażająco wręcz naiwna. Nie wierzę, że ktoś tak prostolinijny, otwarty i ślepy na intrygi mógłby kiedykolwiek zarobić na awans do centrali. Momentami jen wpadki i nieogarnięcie były naprawdę irytujące.

A mimo to polecam tę powieść. To było lekkie, chwilami zabawne czytadło, takie, które nie zaskakuje, nie zawiera zbyt wielu wątków, opowiada konkretną historię, kończy się dobrze (żaden spoiler, jak niby miałaby się kończyć?). Dlatego będę teraz miała oczy otwarte na część drugą, Kocham Paryż. Bo czasem zwyczajnie trzeba sięgnąć po coś tak lekkiego i mieć z czytania czystą, niezmąconą głębszą myślą radochę.

Moja ocena: 4,5/6

Isabelle  Lafleche Kocham Nowy Jork
Tłum. Dorota Malina
Wyd. Literackie

2013

niedziela, 17 sierpnia 2014

Panna Isabel i miasto Edynburg

Lubię książki Alexandra McCall Smitha za ich leniwą, powolną narrację i perfekcyjnie atmosferę Edynburga, który w jego powieściach odgrywa często rolę nie tyle miejsca, ile jednego w bohaterów. Nie inaczej było w przypadku Niedzielnego Klubu Filozoficznego, którego główną bohaterką jest Isabel Dalhousie, około czterdziestoletnia, zamożna, szkocka dama. Na samą książkę trafiłam przypadkiem we wspaniałej Taniej Książce we Wrocławiu, i po skończonym na dany dzień zwiedzaniu stolicy Dolnego Śląska mogłam przenieść się z mojego hotelowego pokoju wprost do Szkocji.

Isabel nie musi pracować. Oddziedziczyła wraz z bratem spory majątek, który pracuje sam na siebie, zatem nasza bohaterka może oddawać się tylko tym zajęciom, które sprawiają jej autentyczna satysfakcję. Jako, że z wykształcenia jest filozofem, między innymi pełni funkcję redaktora naczelnego „Przeglądu Etyki Stosowanej”, poważnego, naukowego czasopisma filozoficznego, oraz twórcy Niedzielnego Klubu Filozoficznego (który niezwykle rzadko udaje się zwołać, bo niedziel Anie jest najlepszym na to dniem). Poza tymi obowiązkami Isabel może do woli spędzać czas w fotelu czytając książki, chodzić na wystawy, wernisaże, spektakle i koncerty. Przy okazji tego ostatniego Isabel staje się świadkiem przykrego wydarzenia – na jej oczach młody mężczyzna wypada przez barierkę jaskółki wprost na puste już fotele widowni i ginie. Przerażający widok przed oczyma męczy bohaterkę, nie pomagają dni bez wychodzenia z domu i rozmowy z ukochaną bratanicą. Isabel, dla swojego świętego spokoju, i by uciszyć głosiki szepczące jej w głowie, że był to nader dziwny wypadek, postanawia dowiedzieć się czegoś więcej o ofierze. Przez przypadek wplątuje się z kryminalną historię i natrafia na ślad niezbyt uczciwych bankierów. A finał tej historii zaskoczy niejednego.

Niedzielny Klub Filozoficzny to urocza, miejscami zabawna, miejscami poważna powieść obyczajowa z delikatnie zarysowanym wątkiem kryminalnym. Ten ostatni jednak nie przysłania tego, co w tej powieści najlepsze – ciekawych, napisanych prostym, zrozumiałym ale i inteligentnym językiem wtrętów filozoficznych, które pojawiają się często i gęsto na kartach książki, inspirowane nieraz wydarzeniami z fabuły lub lekturą Isabel. McCall Smith poza tym, iż jest prawnikiem, pisarzem i muzykiem Orkiestry Prawdziwie Straszliwej (pojawiającej się też w powieści), jest też, okazuje się, niezwykle wnikliwym i wrażliwym filozofem, a widać to po pytaniach, które zadaje. Nie bez znaczenia są też opisy Edynburga i jego mieszkańców, dzięki autorowi z każda kolejną książką wydaje mi się, że znam to miasto lepiej i lepiej.

Niedzielny Klub Filozoficzny to lekka, i jednocześnie wyrafinowana lektura, nie dla kobiet i nie dla mężczyzn, ale dla dam i dżentelmenów.

Moja ocena: 4,5/6

Alexander McCall Smith Niedzielny Klub Filozoficzny
Tłum. Michał Juszkiewicz
Wyd. Prószyński i S-ka

Warszawa 2004

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Opowieść o amerykańskim Południu

Zwykle to czytelnik wybiera książkę, są jednak takie książki, które wybierają czytelnika i za niego decydują, kiedy zostaną przeczytane. Tak było ze mną i powieścią Fannie Flagg Smażone zielone pomidory. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy wędrowała ze mną z biblioteki, by przeleżeć się na stosiku do przeczytania i nieprzeczytana wracać z powrotem na biblioteczne półki. Zawsze wiedziałam, że chcę ją przeczytać, ale nigdy nie był to ten czas. Aż kilka dni temu po prostu spojrzałam na mój stos przy biurku i bez wahania sięgnęłam po Pomidory. I od pierwszej strony dałam się wciągnąć w tą przepiękną historię.

Nie sposób opisać w pełni tego, co w niej znajdziecie. Podobnie jak w niedawno przez mnie czytanych Jej wszystkich życiach, tutaj również autorka zdołała zmieścić w obyczajowej powieści tak wiele, że przy mniejszym talencie pisarskim to by po prostu nie zadziałało. Równocześnie poznajemy tą samą historię z dwóch punktów czasowych – uczestniczymy w nich w latach 20. 30. i 40. i słuchamy o nich w latach 80. Autorka zabiera nas do na amerykańskie Południe, do małej miejscowości w Alabamie, gdzie poznajemy cudowną rodzinę Threadgoodów, ich krewnych i przyjaciół. Rok po roku towarzyszymy im w pięknych i smutnych chwilach w życiu. Nie ma lukru, nie ma cukru pudru, ale jest olbrzymi ładunek ciepła, realizmu, humoru i nadziei w tej na pozór zwykłej obyczajówce. Zaś w roku 1986 poznajemy Evelyn, kobietę w średnim wieku, która co tydzień słucha z coraz większym zainteresowaniem tej samej historii, opowiadanej przez jedną z uczestniczek wydarzeń. Te opowieści zmienią jej życie i pozostaje mieć nadzieję, że w podobny sposób wpłyną na czytelnika tej książki.

Być może czas, jaki Smażone zielone pomidory musiały spędzić nieprzeczytane na stosiku ma związek z tym, że lata temu sięgnęłam po inną powieść tej autorki – Boże Narodzenie w Lost River. Nie wiem, czy to wina tłumaczenia, czy zwyczajnie tamta książka jest słaba, ale bardzo się wtedy zniechęciłam do Fannie Flagg. Błąd! Pomidory są tak urocze, prawdziwe i piękne, że strach się bać, że mogła mnie ta lektura w życiu ominąć.

Jeśli podobały Wam się Służące Kathryn Stockett, Smażone zielone pomidory spodobają się Wam jeszcze bardziej!

Moja ocena: 5,5/6

Fannie Flagg Smażone zielone pomidory
Seria „Literatura w spódnicy”
Wyd. Zysk i S-ka

Warszawa 2004

piątek, 22 listopada 2013

Zakupoholiczka - książka vs film

Myślę, że wiele osób czytających ten tekst cierpi na ową przypadłość. Jest taki artykuł pierwszej potrzeby, który kupujemy regularnie i emocjonalnie, mimo iż przez długi czas nie będziemy w stanie wykorzystać zamówionego towaru – nazbieraliśmy go po prostu tak dużo! Mowa oczywiście o książkach.

 Rebecka Bloomwood ma podobny problem, tylko tak jakby na większą skalę. Kupuje wszystko, bez opamiętania, nie oszczędzając w ogóle pieniędzy. A banki nie oszczędzają na korespondencji z wyciągami jej niespłaconych kart kredytowych i ponagleniami do uregulowania rachunków. Bohaterka, by uregulować sytuację musi wybrać jedno z dwojga: Mniej Wydawać lub Więcej Zarabiać. Jednak oba plany okazują się mieć swoje wady, a czytelnicy będą mieli okazję uczestniczyć w wielu zabawnych sytuacjach z tym związanych.

Powieść Sophie Kinselli została kilka lat temu zaadaptowana na scenariusz filmowy. W kinowej wersji pod tytułem „Wyznania zakupoholiczki” w główna bohaterkę wcieliła się Isla Fisher, i chociaż książkę i film dzieli wiele, jednak trudno uniknąć porównań. Co do fabuły – na początku powieściowa i filmowa zdają się pokrywać, jednak szybko przekonujemy się, że scenarzyści bardzo lekko potraktowali wersję Kinselli, zapożyczając jedynie pojedyncze sceny, ale zmieniając zupełnie kontekst niektórych wydarzeń oraz obraz postaci – do tego stopnia, że niektóre z nich z oryginału mają tylko nazwiska. Główne bohaterki są jednak do siebie bardzo podobne, z tym że Isla Fisher sportretowała Rebeckę w tak mistrzowski sposób, że nawet jej głupie zachowania i wybory, które mogą irytować w książce, w filmie są po prostu zabawne. W tym przypadku można to chyba porównać do kreacji Reese Witherspoon i jej Legalnej Blondynki – trzeba nie lada talentu,  by z klasą odmalować zupełną idiotkę. 

Podsumowując – i książka i film zapewniają dobrą rozrywkę i naprawdę trudno mi powiedzieć, które lepsze. „Wyznania zakupoholiczki” to jeden z moich ulubionych filmów, książka zaś jest naprawdę dobrze i ciekawie napisana - „Świat marzeń zakupoholiczki” może śmiało wylądować na liście moich ulubionych chick-litów. Co więcej, dzięki różnicom w fabule znajomość jednego nie powinna przeszkadzać z rozkoszowaniu się drugim. Fankom lekkiej babskiej prozy i komedii romantycznych bardzo polecam.

Moja ocena książki : 5/6
Moja ocena filmu: 5/6

Sophie Kinsella Świat marzeń zakupoholiczki
Literatura w spódnicy

Warszawa 2005

środa, 17 kwietnia 2013

O rodzinnych domach dziecka



Dom na klifie to taka baśń. Tyle tylko, że gdyby ludzie byli lepsi, to ta baśń mogłaby stać się rzeczywistością. Chociaż, tak naprawdę, są tacy dobrzy ludzie, dzięki którym do tego dochodzi. I o takich ludziach w dowcipny, ale i wzruszający sposób pisze Monika Szwaja.

Zosia od siedmiu lat pracuje jako wychowawca w państwowym domu dziecka. Choć wykonuje swoją pracę z pasją i oddaniem, widzi, że jej wysiłki nie przynoszą efektów, gdyż system, w jakim pracuje, na to nie pozwala. Większość wychowawców albo obojętnie podchodzi do tematu wychowania młodych petentów, albo wręcz ich nie znosi, i z przyjemnością wykorzystuje swoją nad nimi władzę. Na tym tle dwóch czy trzech wychowawców z powołania nie ma szansy nic zmienić. Zmienić natomiast sytuację może pewna instytucja, o której od czasu do czasu mówi się w mediach – rodzinny dom dziecka. Jednak taki dom założyć może tylko rodzina – ergo małżeństwo.

Adam jest lekkoduchem, który parał się w życiu różnymi zawodami. Aktualnie wykonywanym jest zawód dziennikarza telewizyjnego, gdzie nawet osiąga pewne sukcesy. Czegoś mu jednak w życiu brakuje, potrzeba zmian znów pcha go do przodu. Właśnie odziedziczył po ciotce piękny dom na klifie, jednak by tam zamieszkać, musi się ożenić, i wykorzystać dom do czegoś pożytecznego. Przypadkiem, w Szczecinie (gdzie każdy zna każdego, jak wynika z powieści pani Szwai), spotyka Zosię, z którą połączy go pewne bardzo nietypowe przedsięwzięcie.

Pod przykrywką sympatycznej, momentami zabawnej, momentami smutnej, opowieści o miłości autorka wprowadza nas w świat rodzinnych domów dziecka. Obnaża patologię państwowych placówek, okrucieństwo urzędników, wszechogarniającą władzę mediów, ale i pokazuje promyk nadziei – gdyż są u nas ludzie, którzy chcą coś zmienić, chcą założyć dom rodzinny, chcą nie tylko zapewniać podstawowe potrzeby, ale i wychowywać dzieci, których nikt nie chce (ale nie aż tak, by zrzec się praw rodzicielskich). Powstała z tego piękna powieść, którą łatwo się czyta, ale ciężko później trawi, gdyż lektura ta pozostawia nas z masą kwestii do przemyślenia: czy potrafilibyśmy, czy warto, dlaczego w niektórych częściach kraju da się takie przedsięwzięcie zrealizować, a w innych nie, skąd znieczulica urzędników, skąd nienawiść do tych małych ludzi, którzy wprawdzie są trudni, ale dlatego, że dużo już wycierpieli. Mimo licznych problemów, które napotkają bohaterowie, jest jednak pewna doza optymizmu w tej opowieści, która pokazuje, że, kurczę, da się.

Ktoś by się mógł przyczepić, że książka jest przewidywalna. Ano jest, ale też nie czyta się takiej literatury dla zwrotów akcji. To była moja trzecia powieść pani Szwai, pierwsza, Gosposia prawie do wszystkiego mnie zauroczyła, druga – Jestem nudziarą, śmiertelnie znudziła. Dom na klifie przekonał mnie, by do autorki wracać już teraz regularnie.

Moja ocena: 5/6

Monika Szwaja Dom na klifie
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2006

Książka przeczytana jako zaległość Wyzwania Miejskiego – edycja styczniowa, czyli miasta nadmorskie (Szczecin), oraz w ramach wyzwania Od A do Z.

sobota, 9 marca 2013

Przewidywalne, ale dzieje się w Irlandii



Kiedy poszukuje się lektury na odpoczynek, nie ma nic lepszego niż powieść o jedzeniu, miłości i Irlandii. Jest coś szczególnego w tym połączeniu, co pozwala oderwać się od codziennych trosk i odsapnąć po trudniejszych lekturach.  Takie połączenie serwuje Sarah-Kate Lynch w książce Błogosławieni, którzy robią ser.

Na niewielkiej farmie w Irlandii dwóch starszych panów – Corrie i Fee – robią najlepsze sery świata. Jako doświadczeni w tym temacie serowarzy wiedzą, że oprócz dobrego mleka przy produkcji sera potrzebna jest też odrobina magii. Ta magia sprawia, że wokół nich zbiera się dosyć nietypowa grupka życiowych nieudaczników – alkoholik i były broker z Wall Street, Kit, Abby, która pragnie uleczyć serce po zdradzie męża, pełna ciepła i humoru Avis, pięć ciężarnych wegetarianek i trzy koty – Jezus, Maria i Wszyscy Święci. Sama powieść jest przewidywalna do bólu – zaczyna się jako powieść obyczajowa podobna do czytanego przez mnie w zeszłym roku Irlandzkiego swetra, w połowie zmienia się w typowy romans, którego nie powstydziłaby się Nora Roberts, by na końcu autorka zaszalała i wrzuciła do tego wora zwanego książką wszystko, absolutnie wszystko. Tak naprawdę pośród wydarzeń,  rodzinnych tajemnic i wszelkiej maści ran emocjonalnych i psychicznych brakuje już tylko statku kosmicznego.

Jednak to nie przeszkadza. Powieść jest napisana lekkim językiem, czyta się ją zupełnie bez udziału woli, postaci są albo sympatyczne, albo na wskroś złe, czytelnik nie musi się o nic obawiać, bo od pierwszego rozdziału (no, może drugiego) wie, jak to się skończy. Dzięki temu można po prostu odpocząć i rozkoszować się opisami Irlandii i jedzeniem (uwaga – nie da się czytać bez przysposobienia chociaż kanapki!).

Po prawdzie, gdyby autorka zrezygnowała z kilku szczegółów, książka by na tym zyskała, w myśl zasady, że mniej znaczy więcej. Ale też nie czyta się takich optymistycznych książek dla realizmu, prawda? Bo że Błogosławieni niosą ze sobą sporą dawkę optymizmu, magii i dobrego humoru, temu zaprzeczyć się nie da. Dlatego szczególnie polecam tą książkę na doła i spadek weny zastrzegając, że NIC was tu nie zaskoczy. I dobrze.

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka-epik jako książka z wątkiem nieszczęśliwej miłości (nawet dwoma wątkami).

Sarah-Kate Lynch Błogosławieni, którzy robią ser
Tłum. Dorota Malinowska-Grupińska
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2004

wtorek, 26 lutego 2013

Home, sweet home in Scotland Street



Seria 44 Scotland Street wywołuje we mnie bardzo konkretne, namacalne wręcz odczucia, które można opisać przy pomocy kilku słów: ciepełko, herbata, kocyk,  żółte światło lampki do czytania. Już po pierwszym tomie wiedziałam, że będzie to jeden z moich prywatnych książkowych psychoterapeutów, którzy wyciągają mnie z książkowego doła i ponownie ustawiają na książkowym szlaku.

Cóż można powiedzieć o tomie drugim? Ponownie zawitałam do Edynburga, który wciąż ma tą samą atmosferę najcudowniejszego miejsca na ziemi, jaką miał w tomie pierwszym. Spotkałam znów starych znajomych, tych, których lubię, jak Pat, Bertie czy Domenica, oraz tych, za którymi nie przepadam, jak Irene czy Bruce. Kilka nowych pojawiło się ca scenie, kilkoro ledwie wspomnianych w pierwszej książce doczekało się własnej opowieści. Opowieści przy kawie obracają się głównie wokół sześcioletniego Bertiego i jego toksycznej matki, ale co ciekawe, rola jego ojca przybiera na wartości i przyniesie ciekawy obrót spraw. Z kolei Bruce po porażce powoli zaczyna nowe życie, a biorąc pod uwagę jego narcystyczną osobowość, czytelnik szczerze kibicuje by mu się… nie udało. To wszystko zaś przeplata autobiografia Ramseya Dunbartona, tak nudna, że aż śmieszna.

Opowieści przy kawie, podobnie jak poprzednik, powstały jako powieść w odcinkach, publikowanych w szkockim „Scotsmanie”. Początkowo autor miał poprzestać na jednej książce, jednak wielbiciele mieszkańców uroczej kamienicy przy Scotland Street przekonali autora, by nie poprzestawał w swej opowieści. Rezultatem kilka tygodni temu pojawił się na rynku tom 6. W drugiej odsłonie rozdziały są jakby trochę dłuższe, i autor z mniejszą werwą przeplata wątki, jednak wciąż czyta się lekko, nie,  nie czyta, jest się tam, w Edynburgu, na tej ulicy, z tymi ludźmi, przeżywającymi codziennie swoje małe, wielkie przygody.

Zwykle czytelnicy wracają do swoich ulubionych autorów. Czasem wracają do ulubionych bohaterów, ja natomiast najchętniej wracam w ulubione miejsca. Gdy mam ochotę powłóczyć się we mgle, jadę do Ystad, gdy chcę odpocząć po intelektualnych trudach, odwiedzam Scotland Street. Gdy tylko mam okazję, lecę do Barcelony Zafona, a od czasu do czasu kryję się w Hogwarcie, który jest nienanoszalny, więc żaden mugol mnie tam nie znajdzie. I przy ograniczonych funduszach i czasie to dobrze, że mam te wszystkie miejsca, gdzie zawsze czeka ktoś życzliwy. I za to się takie serie kocha.

Moja ocena:  5/6

Alexander McCall Smith Opowieści przy kawie
 II tom serii Scotland Street 44
Tłum. Elżbieta McIver
Wyd. Muza
Warszawa 2011

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik jako książka ulubionego autora.