O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Bryson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bill Bryson. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 września 2017

"Herbatka o piątej" Bill Bryson

Każdy z nas ma takich autorów, którzy stanowią dla nas kwintesencję wysokiej jakości, i którzy nigdy nas nie zawodzą. Dla mnie jednym  z nich jest Bill Bryson, bo chociaż nie wszystkie jego książki lubię jednakowo mocno, nie zdarzyło mi się do tej pory nie docenić jego olbrzymiej wiedzy i ciętego dowcipu, niezależnie od tego, czy przemieszczał się z plecakiem po Europie, usiłował nie dać się zabić w Australii czy popijał herbatkę w Wielkiej Brytanii. A skoro już mówimy o herbatce… Niedawno wydana Herbatka o piątej, będąca niejako kontynuacją lekko leciwych Zapisków z małej wyspy” zachwyciła mnie do tego stopnia, że niemalże wpadłam po niej w czytelniczą depresję, bowiem nic nie mogło się równać w tym przezabawnym raportem ze współczesnej Brytanii.

Dwadzieścia lat po ukazaniu się Zapisków z małej wyspy, do tej pory mojej ulubionej książki Brysona, autor ponownie odbywa podróż przez swoją drugą ojczyznę, odwiedzając po drodze miejsca wcześniej opisane, ale i zupełnie dla niego nowe. I teraz mam nową ulubioną książkę. Dużo tu wspomnień, znanych mi już innych książek, jednak na pierwszy plan przebija się Wielka Brytania dzisiejsza, zarówno pod względem udogodnień, które się pojawiły w niektórych sferach życia, jak i degrengolady w innych. Ponownie odżyło we mnie pragnienie powrotu do Anglii, jednak tym razem celem udania się śladami autora do tych wszystkich małych miejscowości, pięknych lasów, ciekawych muzeów i klimatycznych pubów, o których miałam okazję poczytać.


Nie śmiałam się tak głośno i tak często przy czytaniu książki od bardzo, bardzo dawna. Bill Bryson jest już, powiedzmy to głośno, dojrzałym jegomościem, ze swoimi upodobaniami, przyzwyczajeniami i przywarami, co zwykle wikła go w dziwne sytuacje i rozmowy, a cyniczne i jakże celne komentarze wywoływały autentyczne łzy i ból brzucha ze śmiechu. A przy tym nie sposób nie docenić olbrzymiej wiedzy, jaką ten zabawny pan posiada, i którą wciąż zdobywa, przedstawionej w zdroworozsądkowy i zrozumiały dla zwykłego zjadacza chleba sposób. Teraz po cichu liczę na to, że ukarzą się kolejne Zapiski z wielkiego kraju, bo jednak świat się zmienia, Ameryka razem z nim, więc na pewno materiału na taką książkę nie zabraknie. A na razie zadowolę się nowym wydaniem Krótkiej historii prawie wszystkiego”, a Was po raz kolejny zachęcam do sięgnięcia po Billa Brysona.

Bill Bryson "Herbatka o piątej"
Wyd. Zysk i S-ka
Poznań 2016

niedziela, 19 kwietnia 2015

Na marginesie globu

Co wiecie o Australii? Ja do niedawna bardzo niewiele: Australia jest daleko, do góry nogami, mówi się tam po angielsku, urodził się tam Simon Baker i praktycznie każde zwierzątko chce cię zabić. Założę się, że wiedza większości z was na temat tego kontynentu jest niewiele bogatsza. I trudno się dziwić – ponieważ to spokojny kraj, nie urządzający burd w stosunkach międzynarodowych, medialne doniesienia stamtąd należą do rzadkości, i nie jest to tylko problem polski. Bill Bryson, którego książki uwielbiam, rozpoczynając swoją fascynującą podróż po Australii zaczyna od sprawdzenia, ile razy a anglojęzycznych mediach pojawiła się o niej wzmianka. Wystarczy powiedzieć, że częściej usłyszymy o Albanii, Kambodży i Burundi. A przecież to miejsce tak bogate w wyjątkowe zjawiska, że mogłoby obdzielić tym bogactwem całą Afrykę i trochę Europy, bez uszczerbku na swojej atrakcyjności.

Bryson to człowiek orkiestra, który jednocześnie z pokonywaniem setek kilometrów wzdłuż i wszerz Australii zdołał poczytać kilka interesujących pozycji na temat zwiedzanego kraju, setek informacji uzyskać z innych źródeł i jeszcze zaliczyć parę zabawnych sytuacji. Uwielbiam go czytać, bo pod płaszczykiem dowcipnego stylu znajduje się gruby pokład wiedzy, podanej w sposób tak lekki, że nawet nie wiesz, czytelniku, kiedy się uczysz. Uczysz przez zabawę, bo chwilami opowieści autora potrafią przyprawić o ból brzucha (nie należy tego czytać w środkach transportu publicznego!). W taki oto, przepełniony anegdotami sposób, odbyłam podróż przez Australię, odwiedzając Sydney, Melbourne, Perth, Adelaide, Darwin, zapuszczając się na pustynię, przemierzając kilkusetkilometrowe odcinku dróg wzdłuż australijskiego wybrzeża, prawie zupełnie niezamieszkanego przez ludzi, za to z wodą aż kipiącą od mieszkających tam stworzeń (a każde tylko czeka, żeby zabić niczego niepodejrzewającego turystę). Ponadto – tam jest piekielnie gorąco. Upał wylewa się z kartek książki, efekt jest absolutnie powalający – siedzisz sobie w fotelu w futrzanych papuciach ze Szklarskiej Poręby, za oknem pizga zimnem, a ty odcierasz z czoła pot sunąc przez out back.

Przeczytałam Śniadanie z kangurami i teraz mam dylemat. Z jednej strony chciałabym już dziś spakować plecak i wyruszyć do tego świata, tak innego od znanego mi zza okna. Poczuć gorący powiew wiatru znad pustyni, zobaczyć operę w Sydney, zrozumieć, co to znaczy być na drugim końcu świata. Z drugiej – ten kraj na marginesie przeraża mnie bardziej niż mogłabym to sobie wyobrazić, zanim przeczytałam tą książkę. Olbrzymie połacie ziemi na których nigdy nie stanęła ludzka stopa, albo stanęła i zaraz odeszła (ergo, awaria samochodu gdzieś w outbacku równa się śmierć), setki jadowitych stworzeń, świadomość, że to już naprawdę koniec świata, i że bilet do domu kosztuje majątek. Nie wsiądziesz w pociąg i za parę godzin nie znajdziesz się znów w domu. Co więcej, lecąc tutaj, już straciłeś, dosłownie, jeden dzień życia via zmiana czasu.

Po raz kolejny polecam Brysona. Po odbyciu wspólnej podróży po Wielkiej Brytanii i Europie, po uzbrojeniu mnie w kawał niekoniecznie-potrzebnej-wiedzy o Stanach Zjednoczonych, teraz zabrał mnie do Australii. I powiem wam, jedno – z żadnej z tych podróży nie wracam taka sama.

Moja ocena: 5,5/6

Bill Bryson Śniadanie z kangurami
Tłum. Tomasz Bieroń
Wyd. Zysk i S-ka

Poznań 2011

niedziela, 19 maja 2013

Mała Wielka Brytania na wesoło



Czytając blogi i rozmawiając z ludźmi którzy, tak jak ja, są zakręceni na punkcie książek, zauważyłam pewną zależność, która za pewno większości z Was również rzuciła się w oczy. Otóż, namiętni czytacze w rubryce „zainteresowania” obok „książek” bardzo często wpisują „podróże”. I ma to sens, jeśli się uzna, że dryfowanie, parcie, płynięcie czy galopowanie poprzez strony książki ma w sobie coś z podróży.

Jak wiemy, książki są drogie. Ale podróże jeszcze droższe, do tego stopnia, że w czasie przedwyjazdowych zakupów zakup książki na wyjazd jest już tylko drobnym wydatkiem (jakby ktoś z nas potrzebował kupować książkę na wyjazd, haha!). Dlatego, gdy portfel nie pozwala na tropikalną podróż (albo chociaż weekend we Wrocławiu), należy dobrać sobie książkę i wyruszyć z nią w podróż, która odbywa się w tylko w naszej głowie, co nie czyni jej ani odrobinę mniej rzeczywistą.

W celu podróżowania bez opuszczania fotela można dobrać jakąkolwiek książkę – praktycznie każda powieść gdzie nas w końcu zabiera – czy to do Los Angeles, czy do Narnii. Ja osobiście jednak w takich celach preferuję reportaże, gdyż dzięki nim dowiaduję się czegoś ciekawego o danym miejscu (a to dla mnie synonim podróżowania), na drugim miejscu są oczywiście książki podróżnicze i powieści drogi. Tym razem miałam do czynienia z czymś z pogranicza pierwszego, drugiego i satyry.

O Billu Brysonie i jego książkach pisałam już tutaj i tutaj. Choć nie wszystko mnie u niego zachwyca, to jednak zawsze z przyjemnością sięgam po kolejną jego książkę, gdy mam ochotę na coś lekkiego, śmiesznego i jednocześnie zawierającego jakąś wartość (najlepiej dodatnią). Zapiski z małej wyspy to zapis podróży Brysona po Wielkiej Brytanii, którą odbył przed swoją wyprowadzką z powrotem do USA. Autor zaczyna ja we Francji (tak, dobrze czytacie, zaczęło się we Francji) by następnie kroczyć, jechać, truchtać czy zjeżdżać na zadku w kierunku północnym, zwiedzając po drodze tak znane miasta jak Londyn, Manchester, Liverpool i Edynburg, ale i tak mało znane jak Durham, Monmouth, Wigan czy Dunnet Head (najbardziej wysunięte na północ miejsce w Szkocji).  Po drodze odwiedza muzea, katedry, puby, dworce, kina, parki i różne dziwne miejsca. Opisuje atrakcje turystyczne danego regionu, legendy, ale i zabawne historyjki wyczytane w ulotkach i przewodnikach. Co mi się podobało, to faktyczne poczucie, że się podróżuje z Brysonem, a nie tylko o podróży czyta, a to dzięki licznym opisom przygód autora z hotelami, pensjonatami, środkami transportu i lokalami gastronomicznymi – niektóre śmieszne, inne straszne – czyli mniej więcej tak, jak to bywa, gdy się jest na wakacjach.

Nie jest to książka wybitna, na pewno nie najlepsza w dorobku autora, ale też nie zwyczajna i na pewno godna polecenia, gdy chce się spojrzeć na Wielką Brytanię przez pryzmat czegoś innego niż Agatha Christie i To właśnie miłość. Tym pryzmatem jest „turysta z Iowa”. A wszystko, co zawiera w sobie „turystę z Iowa”, po prostu musi być śmieszne.

Moja ocena: 4,5/6

Bill Bryson Zapiski z małej wyspy”
Tłum. Tomasz Bieroń
Wyd. Zysk i S-ka
Poznań 2009


czwartek, 25 października 2012

Czy to ptak? Czy to samolot?



Nie, to Amerykański Turysta w Europie…

Po zachwycających „Zapiskach z Wielkiego Kraju” Billa Brysona zabrałam się za kolejną książkę tego autora dostępną na polskim rynku – Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych, która stanowi  relację z jego podróży dookoła Starego Kontynentu. Yyyyyyy, cóż…

Książka o Ameryce zaskoczyła mnie nie tylko olbrzymim poczuciem humoru, świetnym piórem, masą ciekawostek, świadczących o elokwencji i ciężkiej pracy autora, ale i niesamowitą umiejętnością śmiania się z własnych, amerykańskich przywar. I tego też spodziewałam się po książce o Europie. Miałam nadzieję na ciekawe informacje, których nie znajdę w przewodnikach, ale i na celne obserwacje na temat samych Europejczyków i ich krajów. Wszak nie od dziś wiadomo, że z bliska Amerykanie i Europejczycy są tak samo różni jak ogień i woda.

Bryson odbył swoją wielką podróż po Europie  w 1990 roku. Jego uwaga skupiła się głównie na zachodniej części kontynentu – Francji, Niemczech, krajach Beneluxu, przeniosła się następnie na Skandynawię, by szybkim skokiem przesunąć się na południe – Włochy, Bałkany, Turcja. I od razu, po pobieżnej lekturze spisu treści, zauważyłam, że Bryson w sposób systemowy ominął centralną i wschodnią część Europy. Nie ma mowy Polsce, Czechach, Słowacji, Litwie, Łotwie, Estonii, Ukrainie, Węgrach. Upadek ZSRR i rodzące się dopiero demokracje  w tej części kontynentu mogłyby być dobrą wymówką, gdyby nie wizyta autora w Jugosławii i Bułgarii. Z naszego kręgu kulturowego nie ma w książce żadnego reprezentanta.

Bryson odwiedził kilkanaście wielkich miast Europy, w każdym zatrzymując się na jeden lub kilka dni. Opisuje zabytki, które widział, głównie muzea, które z lubością odwiedza, i widoki, które go zachwyciły, jak chociażby krajobraz jeziora w Hamburgu czy życie na Capri. Często też wspomina o ciekawych zwyczajach czy przywarach tubylców, oraz zamieszcza zaskakujące informacje o odwiedzanych miejscach, głównie statystyki kryminalne. I niby fajne, ciekawie, z polotem, humorem. Tylko, że z całej książki wyziera taki wielki, tłusty, zapatrzony w czubek własnego nosa, tępy, niedouczony, irytujący Amerykański Turysta. Każdy, kto pracuje lub pracował w szeroko pojętej turystyce, wyjechał kiedyś na zagraniczne wakacje lub oglądał amerykańskie programy podróżnicze (słowem: każdy) wie, co oznacza Amerykański Turysta. Niezależnie od tego, skąd jesteś i gdzie pojechałeś, kiedy widzisz AT, uciekasz. Albo zostajesz i potem masz co opowiadać na imieninach przez 10 lat. Bardzo lubię Amerykanów, ale ich podejście do turystyki i zwiedzania jest jakie jest i nikt tego nie zmieni.

Książka jest strasznie schematyczna. W każdym odwiedzanym mieście Bryson szuka hotelu i jedzenia, i to jest normalne, ok, ale czytać co 20 stron o kolejnym hotelu i kolejnej restauracji, to trochę nudne. Często spędza w odwiedzanym mieście jeden dzień, albo nawet kilka godzin, a potem czuje się uprawniony do pisania o nim całego rozdziału. W kolonii ledwo wysiadł z pociągu, zobaczył śmieci i tłum ludzi, odwrócił się na pięcie i pojechał dalej. Tak samo potraktował Goteborg i Neapol. We Florencji i Kopenhadze był niezadowolony, że miasto nie posprzątało śmieci i nie postawiło donicy z kwiatkiem. Tonem, który wskazuje, że przecież on, Bill Bryson, łaskawie raczył tam przyjechać i zostawić pieniądze, więc należy mu się ten cholerny kosz naśmieci i kwiatek. O Sztokholmie napisał, że jest szary i brzydki, - „Tak wyobrażałem sobie Kraków lub Bratysławę” – nie wiem, co jest bardziej uwłaczające, czy obrażenie mojego miasta czy porównanie go z Bratysławą? W Norwegii prawie obraził się za to, że nie honorują tam koron szwedzkich, bo przecież to wszystko jest Skandynawia. A tak w ogóle, to z rozczulającą szczerością stwierdził, że zawsze postrzegał Europę jako jeden kraj i Europejczyków, jako jeden naród. Ale zupełnie nie rozumie naszej tendencji do zacierania granic – co to za pomysł, żeby między Danią a Niemcami nie było kontroli granicznej. Czyli jesteśmy jednym krajem, ale z granicami  w środku. Poza tym akurat Amerykanin mieszkający w Wielkiej Brytanii jest ostatnią osobą, która ma prawo wypowiadać się na temat sensu Unii Europejskiej, wykazując się przy okazji zupełnym brakiem zrozumienia tej instytucji. Słowo daję, akurat po tym panu spodziewałabym się czegoś więcej niż wybiórczych informacji z programu telewizyjnego.

Mimo tych wad książkę zaskakująco dobrze się czyta.  Kiedy już przebrniemy przez trudności autora ze spaniem i jedzeniem, i jeśli postanowi on zostać w danym miejscu dłużej niż godzinę, możemy dowiedzieć się naprawdę ciekawych rzeczy. Czyli  w jednej książce mamy otwartość umysłu na piękno i sztukę oraz zapatrzenie w siebie i swoje potrzeby toaletowe, zachwyt nad Europą i jednocześnie jej totalną krytykę. To sprawia, że książka jest bardzo nierówna, i właściwie trudno wyznaczyć jej jednoznaczną ocenę. Nie wiem też czy polecać czy nie – najchętniej poleciłabym wam fragmenty, a fragmenty spaliła na stosie razem z Fifty Shades of Grey i pismami heretyków. Jak chcecie, to czytajcie i się śmiejcie, jak nie chcecie, to zabierzcie się za inne dzieła Billa Brysona, a to konkretne omijajcie szerokim łukiem.

Moja ocena: 3,5/6 (głównie za ten Kraków – takiej obrazy się nie wybacza, zwłaszcza ze strony gościa, który nigdy tu nie był)

Kolejna książka podróżnicza przeczytana w ramach wyzwania trójka e-pik.

PS Sprofanowałam tą książkę. Pozaginałam jej rogi i podkreśliłam ołówkiem cytaty.  Oto dwa najlepsze (wydźwięk całych fragmentów sugerował ton „No popatrz ty się/nie uwierzyłbyś”):
„Ale najbardziej niedorzeczny, zgoła surrealistyczny przepis wymyślili Szwedzi: kierowcy muszą tam jeździć z włączonymi światłami przez całą dobę (…). Wiele bym dał za spotkanie z facetem, który to wymyślił”. No doprawdy.

O zakupach w Sofii: „Pewna kobieta wyszła z piekarni z małym bochenkiem chleba i od razu stanęła w długiej kolejce  do masarni. I tak dzień po dniu: niczego nie można było dostać bez stania w kolejce. Co za życie” Co ty nie powiesz? Dzięki Wam mieliśmy tak parę dobrych lat – z pozdrowieniami, byłe demoludy.

Bill Bryson Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych.
Wyd. Zysk i S-ka
Poznań 2010


A to mój setny post jest! Czyli mamy tu mały jubileusz :)

sobota, 14 kwietnia 2012

Ameryka dla średniozaawansowanych

Okładka wydania z 2004 r.

Bill Bryson jest amerykańskim pisarzem, autorem książek podróżniczych i popularnonaukowych. W latach 70. ubiegłego wieku przeniósł się na stałe do Wielkiej Brytanii, gdzie założył rodzinę i spędził większość swojego dorosłego życia. W roku 1995 na kilka lat powrócił do Stanów Zjednoczonych. Wtedy to otrzymał propozycję pisania felietonów do brytyjskiego czasopisma „Mail on Sunday’s Night & Day”, w których opisywał życie w USA. Książka „Zapiski z wielkiego kraju” powstała właśnie jako zbiór tych felietonów (pierwszych 18 miesięcy). Są to krótkie notatki dotyczące wszelakich sfer życia Amerykanów – ich świąt, podejścia do sportu, jedzenia, techniki, polityki zagranicznej, wiedzy, samochodów i uchwytów na napoje. W szczególności tych ostatnich. Bryson jako człowiek, który większość życia spędził w normalnej Anglii, celnie wyszukał najbardziej zaskakujące europejskiego czytelnika ciekawostki zaa oceanu, by następnie równie celnie je skrytykować. Bo tym właśnie ta książka jest – niezwykle zabawną, czasem wręcz szokującą krytyką USA. Autor jako Amerykanin mógł sobie na nią pozwolić, a fakt jego pochodzenia nadaje tej krytyce wiarygodność, której książka nie miałaby, gdyby jej autorem był Anglik, Polak czy Japończyk. No bo skoro nawet niektórzy Amerykanie nie są w stanie zrozumieć, o co chodzi – to kto może?

Styl pisarza jest przesycony sarkazmem, czytając ją ma się wrażenie, że Severus Snape postanowił na parę lat osiedlić się w Nowej Anglii – i teraz bombarduje otaczającą rzeczywistość swoim ciętym językiem. Ponadto Bryson przywołuje wiele zasłyszanych historii, które same w sobie, nawet opowiedziane z olbrzymią dozą powagi, są wręcz absurdalnie śmieszne.

Tytułem przykładu przywołam tu opowieść o mężczyźnie, który zadzwonił na gorącą linię producenta swojego komputera z pretensją, że zepsuł się uchwyt na napoje w jego komputerze. Na informację zdezorientowanej pracowniczki, iż tego typu uchwyty nie są montowane w produktach tej firmy z oburzeniem stwierdził, że przecież korzysta z tego uchwytu od lat. Po prostu wciskał przycisk na obudowie i wysuwała się tacka z dziurą w środku, w której pan umieszczał swój napój. A teraz tacka się nie wysuwa!
Okładka nowego wydania z 2010 r.
Albo inna historia – pewien mężczyzna przez kilka lat nie mógł się doprosić w amerykańskiej biurokracji przyznania prawa stałego pobytu,  jego prośba spotykała się zawsze z odmową. Otóż organowi nie zostało dostarczone wszystkie 10 odcisków palców petenta. Na wyjaśnienia, że pan posiada tylko 7 palców, gdyż pozostałe stracił był na wojnie, organ pozostał głuchy. Cytując Brysona: „W artykule pisano, że Blanco wciąż próbuje znaleźć w Biurze Imigracyjnym kogoś, kto będzie w stanie to pojąć. Szybciej by mu poszło, gdyby postarał się odnaleźć te brakujące palce”. Mówi samo za siebie, co nie?

I takich opowieści jest w „Zapiskach z wielkiego kraju" pełno. Właściwie znajdują się tam tylko takie opowieści. Jak w każdym zbiorze felietonów, zdarzają się tam oczywiście zarówno te lepsze, jak i gorsze. Niektóre, z racji swojego pochodzenia z lat 1996-1998, są już lekko zdezaktualizowane. Część felietonów pokazuje USA z pozytywnej strony – chociażby zwyczaj mówienia każdemu „miłego dnia”, lub zwracania się do każdego per ty na znak równości. Nie wszystkie też są humorystyczne – niektóre dotyczą naprawdę ważnych problemów, z którymi Ameryka, przy całej swojej wspaniałości, nie może sobie poradzić – jak chociażby kara śmierci, która pochłania rocznie kilka miliardów dolarów, olbrzymi rynek narkotykowy, który kwitnie jak nigdzie indziej na świecie, czy potworna ilość zanieczyszczeń produkowanych przez ten ogromny kraj tylko dlatego, że Amerykanom nie przyjdzie do głowy, aby wychodząc z domu wyłączyć światło lub silnik samochodu, kiedy wchodzą do sklepu. W ogóle z tej książki dowiecie się bardzo wiele o społeczeństwie amerykańskim. Generalnie to, co powiedziała moja koleżanka po przeczytaniu tej książki – te wszystkie stereotypy o Amerykanach – TO PRAWDA. Dowiecie się, dlaczego amerykańskie jedzenie jest mdłe i średnio smaczne, ale za to tanie, dlaczego sieci typu fast food osiągnęły tam taki sukces, dlaczego Amerykanie nie posiadają podstawowej wiedzy geograficznej, czemu w USA nie można podnieść ceny benzyny nawet o kilka centów, mimo, że w porównaniu z innymi krajami paliwo tam jest bardzo tanie. Przeczytacie, co to jest diner, jaką rolę w amerykańskim życiu pełni baseball, i dlaczego amerykańska biurokracja jest jedną z najgorzej działających na świecie.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem zatwardziałym przeciwnikiem wszystkiego, co amerykańskie. Wręcz przeciwnie – ci wszyscy Amerykanie, których miałam okazję poznać, byli wspaniałymi ludźmi. Kraj jako kraj osiągnął najwyższą pozycję w świecie w wielu dziedzinach – chociażby nauki. Kiedyś nawet studiowałam amerykanistykę (ale o tym kiedy indziej). Ale jednocześnie, co stwierdza sam Bryson, społeczeństwo tego państwa osiągnęło niespotykany nigdzie indziej na naszym globie poziom głupoty. Autentycznej głupoty. Ci ludzie kupują samochody, kierując się ilością uchwytów na napoje, jakie się w nich znajdują. Potrafią spędzać na siłowni po 3 godziny dziennie, ale i tak po zakupy do sklepu, znajdującego się 100 metrów od domu jadą samochodem. Co więcej, kiedy potrzebują załatwić kilka rzeczy w kilku sklepach przy tej samej ulicy (znajdujących się w odległości kilkunastu metrów od siebie) – do każdego podjeżdżają samochodem osobno. W przewodnikach po Europie, pisanych przez (i dla) Amerykanów można znaleźć informacje o tym, że Szkocja znajduje się na północ od Anglii i obowiązuje tam ta sama waluta co w Anglii, oraz instrukcję, jak i kiedy używać tabliczki „nie przeszkadzać”, będąc w europejskim hotelu. W rocznikach statystycznych napisano z kolei, że 400 000 Amerykanów każdego roku cierpi na urazy spowodowane przez ich łóżka i materace.

Ostatnio pisałam, że Japonia jest dziwna. Cofam to – Stany Zjednoczone są o wiele dziwniejsze!


Moja ocena: 5,5/6

Bill Bryson „Zapiski z wielkiego kraju”
Wyd. Zysk i S-ka
Seria Kameleon
Poznań 2004
Nowe wydanie - 2010