O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

środa, 2 stycznia 2019

2018 rok w książkach


Postanowieniem noworoczny, z jakim weszłam w 2018 rok, było przeczytać 100 książek. Nie chodziło o żaden wyścig, nawet chyba nie umieściłam tego założenia nigdzie w przestrzeni publicznej, tym bardziej kolejny rok nie zgłosiłam się do wyzwania na stronie Goodreads (z jakiegoś powodu bardziej mnie ono demotywowało niż zachęcało do czytania. Arbitralnie wybrana, okrągła liczba 100 miała być po prostu wyznacznikiem mojej chęci, by czytać jak najwięcej, po tym jak uzmysłowiłam sobie że z moim tempem czytania przeczytam do końca życia jeszcze tylko około 3000 pozycji, a tych, które mnie interesują, jest chyba znacznie więcej.

Ale przede wszystkim zdecydowałam, iż będę czytać tylko dobre książki. Takie, które mnie interesują, które mnie wciągają, które mnie bawią, uczą, i które chcę polecić znajomym. Nie mam czasu na słabe pozycje, dlatego 2018 rok był też rokiem nagminnie porzucanych lektur. Kiedyś ktoś mi zarzucił w komentarzach, że recenzuję tylko czwórkowe, piątkowe i szóstkowe książki, że wszystko mi się podoba. Wtedy wzięłam to za krytykę, dziś zdecydowanie jestem z tego dumna. Nie mam już ochoty na czytanie gniotów tylko po to, by na blogu było bardziej różnorodnie (chyba, że gniot mnie bawi, jak Komisarz Pauliny Świst).


Przeczytałam ostatecznie 97 pozycji – wiele z nich może nie wyrywało z kapci, ale w większości były to co najmniej przyzwoite lektury. Pomiędzy nimi, jak co roku, znalazło się kilak prawdziwych perełek. Nawet nie liczyłam, ile ich jest, po prostu króciutko Wam o nich opowiem:

  1. Dzień dobry, północy – Lily Brooks-Dalton – pozycja o której przeczytałam na blogu Miasto Książek. Zaraz po recenzji Pauliny byłam już na stronie sklepu z ebookami. Jest to obłędnie piękna i spokojna opowieść o dwójce ludzi w obliczu nieznanej katastrofy. Nie wiemy co się stało z ludzkością, ani czy Ziemia nadaje się jeszcze do zamieszkania. Wiemy jedynie, że na stacji polarnej i na statku kosmicznym znajdują się ostatni potomkowie homo sapiens, którzy powoli i nieuchronnie uzmysławiają sobie, że są sami. Powieść Brooks-Dalton znajduje się daleko poza moją strefą komfortu, i może dlatego tak silnie na mnie zadziałała.
  2. Wszystko czego wam nie powiedziałam – Celeste Ng – powieść obyczajowo psychologiczna. Młoda dziewczyna pewnego dnia znika, a w trakcie coraz bardziej gorączkowych poszukiwań jej rodzina przepracowuje wspomnienia sprzed lat. Teraz na stosiku czeka druga książka tej autorki, która dla mnie jest objawieniem.
  3. Złodziejka książek – Markus Zusak – Razem z Zuzanną Sardegnią z bloga Książki Sardegny postanowiłyśmy zabawić się równoległe czytanie. Pamiętacie, kiedy w szkole wszyscy naraz czytali jedną lekturę? My wybrałyśmy hit wydawniczy, którego obie nie czytałyśmy, i obie zgadzamy się, że niektóre bestsellery są naprawdę warte tego, by czytały je miliony. I to jest taka książka.
  4. Ostatnia bitwa templariusza – Arturo Perez-Reverte – 2018 rok był też rokiem, kiedy po raz pierwszy w życiu trafiłam na stół operacyjny. Planowany zabieg się udał, a ja w trakcie rekonwalescencji wygrzebałam u rodziców zapomnianą przez mnie książkę. I przypomniałam sobie, dlateczo Perez-Reverte przez lata był moim ulubionym autorem. Nie wiem, co wciągało bardziej – przerażająca zagadka zabójczego kościoła, James Bond w koloratce czy piękna Sewilla w tle.
  5. Zbrodnie prawie doskonałe – Iza Michalewicz – Czytałam, z racji wykształcenia i zainteresowań, bardzo wiele pozycji z rodzaju „true crime”, oraz fragmentów akt prawdziwych zbrodni. Pierwszy raz po lekturze bałam się zasnąć. Bardzo silna pozycja dla czytelnika o mocnych nerwach.
  6. Bóg zapłać – Wojciech Tochman – reportaże o Polsce, które wstrząsają nawet, gdy już się je kiedyś czytało w innym zbiorze.
  7. Zabójcza biel – Robert Galbraith – wyczekiwana przez mnie od lat kolejna odsłona przygód Cormorana Strike'a nie zawiodła mnie. I znów przede mną lata oczekiwania.
  8. We should all be feminists – Chimamanda Ngozi Adichie – pogłębiony zapis słynnego przemówienia nigeryskiej autorki na jednej z konferencji TedEx. Pozycja obligatoryjna dla każdego, kto chciałby naprawdę zrozumieć, czym jest feminizm, i dlaczego każdy z nas powinien być feministą.
  9. Cudowny chłopak – R.J. Palacio – najpierw książka, potem film. Oba urocze, ciepłe i przywracające wiarę w ludzkość.

Ale dobrych książek było w tym roku znacznie więcej. Przede wszystkim odkryłam nowych ulubionych autorów kryminałów. Kryminały pod psem Marty Matyszczak bawią mnie do łez chociażby dlatego, że mamy w rodzinie swojego Gucia, który dzielnie reprezentuje rasę kundel odmiana schroniskowy. A i Rufusa można odnaleźć na kartach tych powieści. Wojciech Chmielarz, ku mojej radości, zdążył opublikować sporą ilość pozycji, więc nuda mi nie grozi. Na targu staroci odkryłam ramotki Georgesa Simenona – malutkie kryminały o komisarzu Maigrecie, które zajmują teraz to samo miejsce na półce, co Conan Doyle i Agatha Christie. Wreszcie też sięgnęłam po zalegające na półce kryminały kubańskie Leonardo Padury.

Z ulubionych autorów n ie tylko J. K. Rowling mnie rozpuściła; na początku roku pojawiły się na rynku dwie nowe powieści Arne Dahla, z kapitalnym klimatem skandynawskiego thrillera.

Reportażowo wzniosłam się na wyżyny – byłam w Chinach (Przez drogi i bezdroża), na Coney Island (Wszyscy jesteśmy dziwni), w Norwegii (Dzieci Norwegii), przemierzałam Stany z bronią w ręku (Wolność i spluwa) i wspinałam się na Broad Peak z Jackiem Hugo-Baderem. Byłam w Białymstoku i Czarnobylu. Oraz w Japonii (Kwiaty w pudełku i Rekin z parku Yoyogi).

W tej ostatniej nie tylko książkowo, ale i fizycznie. W maju spędziłam miesiąc podróżując po Tokio, Osace, Kioto i okolicach tych pięknych miast. Zdecydowanie była to przygoda życia, nie zawsze łatwa, ale bardzo w moim życiu ważna. Człowiek wiele się o sobie dowiaduje w takich chwilach. 2018 rok to mój początek trudniej miłości do Japonii.

Lokalnie również sporo się działo. Czytając Fakap – moja przygoda z korpoświatem, rzuciłam pracę i przeniosłam się do zupełnie innej branży. Przed wizytą w szpitalu niezbyt rozsądnie wybrałam do czytania książkę MaliBogowie. O znieczulicy polskich lekarzy. Na szczęście mój lekarz jest nie tylko świetny fachowcem, ale i wspaniałym człowiekiem. Pod koniec roku zaś zapoznałam się ponownie z wadami polskiego wymiaru sprawiedliwości poprzez książkę Justyny Kopińskiej Z nienawiści do kobiet i wstrząsającą opowieść o 18 latach więzienia za niewinność, historii Tomasza Komendy.

Było tego więcej. I liczę na to, że będzie jeszcze więcej w 2019 roku, a każda pozycja nie tylko wyrwie mi kawałek duszy, ale i zostawi coś w zamian.




poniedziałek, 3 grudnia 2018

"Zabójcza biel" Robert Galbraith


Nie wiem ile czasu minęło, odkąd bezpośrednio po zakończeniu lektury książki zasiadłam żeby o niej napisać. Dawniej tak powstawały wszystkie moje książkowe wpisy, jednak z czasem czy to rutyna, czy ogólne przemęczenie pracą i nauką, czy może zwykły brak czasu sprawił, że odkładałam pisanie na później. Na początku nawet myślałam, że tak będzie lepiej, że nabiorę dystansu i wtedy powstaną lepsze teksty. Tak się jednak nie stało – okazuje się, że potrafię pisać tylko pod wpływem emocji, jakiekolwiek by one nie były. Czy cierpi na tym obiektywizm, trudno powiedzieć, bo tez chyba recenzje nigdy nie były gatunkiem ceniącym sobie obiektywizm.

Fakt, że zasiadłam przed edytorem tekstu teraz, zaledwie dwie godziny po zakończeniu lektury powieści, na którą czekałam kilka lat, nie wynika z nagłej dzikiej potrzeby napisania o niej (co nie znaczy, że nie chcę i nie mam żadnych przemyśleń), tylko z odrobionych lekcji. Ostatnio, patrząc na żałosne liczby opublikowanych tutaj tekstów, zaczęłam się zastanawiać, co się zmieniło, i poza odpowiedzią że wszystko, umarł mój nawyk by przelewać wrażenia z przeczytanych książek zaraz po tym, jak przewracam ostatnią stronę.

Powieścią, na którą autor (autorka) kazał czekać czytelnikom przez dobre kilka lat, uprzednio zakończywszy trzeci tom cliffheanger'em że zęby bolą, jest oczywiście Zabójcza biel Roberta Galbraitha (aka J.K. Rowling), czyli czwarty tom przygód prywatnego detektywa Cormorana Strike'a i Robin Ellacott. Tom, który ukazał się bardzo niedawno w oryginale i chyba już został znienawidzony przez większość populacji (albo źle trafiałam w poszukiwaniu recenzji). I tutaj spoiler, ale mnie się podobało.

Powieści o Cormoranie Strike'u nigdy do cienkich nie należały, ale Zabójcza biel to niezły behemot – 650 stron mocno zakręconej intrygi kryminalnej, splecionej ściśle z dramatem rodzinnym i poprzecinany bardzo intensywnie życiem prywatnym głównych bohaterów. Podchwytujemy fabułę dokładnie tam, gdzie się ona zakończyła w tomie trzecim (i która spędziła sen z powiek wszystkim znanym mi wielbicielom cyklu), a dramat z tym wydarzeniem związany będzie nam towarzyszył przez całą lekturę, i to w o wiele większym stopniu, niż to miało miejsce w poprzednich częściach, i co prawdopodobnie odpowiada za rozmiary tego tomiszcza.

Jednocześnie bierzemy udział w dochodzeniu, które rozpoczęły nietypowe odwiedziny w agencji prowadzonej obecnie wspólnie przez Cormorana i Robin. Następnie o wiele poważniejszy klient zleca detektywom bardzo delikatne zadanie związane z szantażem i polityką. Jak to bywa w kryminałach, obie sprawy okazują się ze sobą połączone, a jedne niespodziewane wydarzenia prowadzą do kolejnych. Z ruchliwego Londynu opanowanego gorączką olimpijską przenosić się będziemy do wiejskich posiadłości, z budynku rządowego do slumsów, a obok nowych postaci pojawią się znani i niekoniecznie lubiani bohaterowie poprzednich części.

Kiedy zaangażuję się już emocjonalnie w bohaterów danego cyklu, zwykle bardziej niż sama intryga interesują mnie te drobne wtręty z ich życia prywatnego. Możliwe, że to dlatego, że jest ich zwykle mniej niż samej intrygi. Tutaj jednak odnoszę wrażenie, że ta równowaga została zachwiana, i to była jedyna rzecz, która mi się w Zabójczej bieli nie podobała. Nie będę spoilerować treści, więc powiem tylko, iż o ile uczuciowe przeżycia Strike'a jakoś mnie nie dziwiły, to Robin uważałam jednak za mądrzejszą. Tymczasem 600 stron zajmuje jej dojście do tego, co my, czytelnicy, wiemy już od Wołania kukułki. I na tym skończę, chociaż chciałabym powiedzieć więcej.

Czekałam na tą powieść, i uważam, że było warto. Co więcej, teraz będę czekać na kolejny tom, chociaż na szczęście autorka darowała sobie tym razem zabieg z Jedwabnika, więc nie czekają Was bezsenne noce po zakończeniu lektury. Kto jeszcze nie zna Cormorana i Robin, zachęcam by zacząć przygodę z nimi od początku, a tych, którzy tak jak ja po lekturze Jedwabnika zapytali głośno w przestrzeń „Co?!” - jak najszybciej sięgajcie po Zabójczą biel.

Moja ocena: 4,5/6

Robert Galbraith Zabójcza biel
Przeł. Anna Gralak
Wyd. Dolnośląskie
Poznań 2018

niedziela, 2 grudnia 2018

Mój dzień w książkach

Źródło: Książki Sardegny

Po 7 latach Sardegna z KsiążekSardegny postanowiła reaktywować łańcuszek, który królował na blogach książkowych właśnie 7 lat temu. Nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek miała okazję uczestniczyć akurat w tej zabawie, ale pamiętam inne tego typu inicjatywy i moc zabawy z nimi związaną – zarówno dla autora jak i dla czytelników bloga. Dlatego zdecydowanie wsiadam na tego konia i poniżej przedstawiam Wam historię „Mój dzień w książkach”, która może nie być najambitniejszym dziełem literackim ale której konstruowanie stanowiło dla mnie olbrzymią frajdę:

Zaczęłam dzień z 13 powodów. W drodze do pracy zobaczyłam Daleką drogę do małej gniewnej planety i przeszłam obok Kamiennego żagla żeby uniknąć Pustkowia, ale oczywiście zatrzymałam się przy Kwiatach w pudełku. W biurze szef powiedział Wszystko czego wam nie powiedziałam i zlecił mi zadanie Żeby nie było śladów. W czasie obiadu z Cudownym chłopakiem zauważyłam Fakap pod Zabójczą bielą. Potem wróciłam do swojego biurka Przez drogi i bezdroża. Następnie, w drodze do domu, kupiłam Rzeczy których nie wyrzuciłem, ponieważ mam Życie na miarę. Przygotowując się do snu wzięłam Profil mordercy i uczyłam się Kiedy nadejdą dobre wieści, zanim powiedziałam dobranoc Lokatorce.

Główną funkcją w ramach łańcuszków jest przekazywanie ich dalej, ale jednocześnie jest to ta najgorsza część, bowiem w wyniku przedobrzenia większość ludzi ma na to uczulenie (a poza tym czyta tego bloga jakieś 5 osób, z czego jedną na pewno jest moja mama, a ze dwie inne to ruskie boty). Dlatego zwyczajnie zachęcam do wzięcia udziału w zabawie i opublikowaniu swojej wersji u siebie na blogu, albo z braku takowego w komentarzach poniżej.

O całym przedsięwzięciu można przeczytać bardziej szczegółowo u Sardegny, jak również znaleźć tam gotowy do wypełnienia szimel. :)

Dziękuję Sardegno za przywrócenie tej zabawy do życia :)

środa, 7 listopada 2018

Wojciech Chmielarz "Farma lalek"


Jesień to czas na czytanie kryminałów, prawda? Halloween'owe dekoracje, Święto Zmarłych, coraz krótsze dni, ponura atmosfera za oknem, mgła i drzewa ogołocone z liści – późna jesień to okres mroczny, i wtedy wielu z nas chętnie zagrzebuje się pod kocykiem i spędza kolejne długie wieczory w towarzystwie powieści kryminalnych. Wydaje mi się, że nie tylko tematyka nas do nich przyciąga o tej porze roku, ale często też fakt, iż zaspani i pozbawieni energii nie mamy ochoty na zawiłe epopeje pisane z dziesięciu rożnych perspektyw. A nawet najlepsze kryminały oferują poniekąd powrót do tego, co dobrze znane.

Co nie znaczy, że czytam tylko znajomych autorów, chociaż nie przeczę, że w przeciągu ubiegłych tygodni udało mi się nadgonić zaległości z niektórymi znanymi cyklami kryminalnymi. Ale dziś będzie o moim nowym odkryciu (z naciskiem na moim) – powieści Wojciech Chmielarza, której bohaterem jest komisarz Jakub Mortka – Farma lalek. Leżała w osiedlowej bibliotece, a sięgnęłam po nią po tym gdy koleżanka wspomniała o autorze na ostatnim spotkaniu biblionetkowym w Krakowie. Postanowiłam spróbować, i chyba przepadłam.

Komisarz Mortka trafia na zesłanie z Warszawy do kotliny jeleniogórskiej, a konkretnie, do małej miejscowości Krotowice, w wyniku zdarzeń opowiedzianych w pierwszej części tego cyklu. Której, z racji tematyki pożarowej, raczej nie zamierzam czytać (kłania się lęk przed ogniem; słowo daję, gdybym to ja była człowiekiem pierwotnym i ode mnie zależałoby ogarnięcie ognia dla ludzkości, to do dziś siedzielibyśmy zmarznięci na drzewach). W każdym razie pan komisarz planuje się nie wychylać, odpocząć, przetrwać okres zesłania i przy okazji zadecydować, co dalej zrobi ze swoim życiem. Nie jest tutejszy, zatem nie wtrąca się w pracę lokalnych policjantów. Do czasu, gdy zaginięcie małej dziewczynki na początek śledztwu w sprawie brutalnych zabójstw, które z kolei doprowadzi nas do nieoczekiwanego finału.

Podobał mi się sposób pisania pana Chmielarza. Dawno już nie płynęłam tak płynnie prze kolejne strony. Konstrukcja fabuły nie dawała chwili wytchnienia ani powieściowym gliniarzom, ani czytelnikowi, a jednak nie miałam wrażenia przesady i przeciążenia zdarzeniami, jak to się czasem zdarza, szczególnie w powieściach kryminalnych. Szczególnie bliska jest mi okolica, w której autor umiejscowił akcję – w okolicach Szklarskiej Poręby i Jeleniej Góry spędziłam jedne z najlepszych wakacji w życiu. A i miejscowość, na bazie której narodziły się powieściowe Krotowice, jest mi dosyć dobrze znana. I wreszcie sam komisarz Mortka – długo nie mogłam sobie uzmysłowić, co mnie ujęło w tym smutnym, rozwiedzionym pracoholiku w depresji, aż wreszcie to do mnie dotarło – jesteśmy starymi znajomymi. Miewał inne imiona, działał w różnych regionach Polski, bywał wdowcem, ale to jednak on – typowy główny bohater kryminałów. I nie myślcie, że to wada. Trzeba nie lada kunsztu, by tego bohatera ożywić w kolejnych powieściach, by nie stał się parodią samego siebie. Ale Wojciechowi Chmielarzowi się to udało.

To byłą jedna z tych lektury, dla których wracałam szybciej do domu, by tylko móc się znów zagłębić w lekturę. I jedna z tych, po których zakończeniu biegnie się do biblioteki po kolejny tom. Osiedle marzeń już na mnie czeka.

Moja ocena: 5/6

Wojciech Chmielarz Farma lalek
Wyd. Czarne
Wołowiec 2017

czwartek, 1 listopada 2018

Co będę czytała w listopadzie?


Od kilku lat nie buduję już stosików do przeczytania na następny miesiąc, bowiem zwykle okazywało się, że czytałam wszystko, tylko nie to, co się na tym stosiku znalazło. Jednak miewam takie momenty, gdy wprost zalewa mnie fala pozycji, które chcę przeczytać tu i teraz. Czasem jest to tylko efekt ogólnej potrzeby czytania wszystkiego (znacie to uczucie? Jakby się było na czytelniczym haju), czasem wydawcy rozpieszczają nas premierami, czasem natrafimy na rudę złota w osiedlowej bibliotece, albo spotkanie z książkowymi maniakami pozostawia nas z dłuuuuugą listą rekomendacji.

U mnie ma miejsce wyrafinowana mikstura wszystkiego, co powyżej. Nie tyle mam stosik książek które muszę przeczytać (bo termin, bo trzeba oddać, bo ktoś chce pożyczyć, bo, bo, bo...) ile książek, których przeczytania nie mogę się wprost doczekać. Na stosie na listopad, tradycyjnie, znalazło się trochę kryminałów, reportaże, których z każdym rokiem czytam więcej i które chyba powoli stają się moim ulubionym i najchętniej czytanym gatunkiem, ale jest też najnowsza pozycja jednej z uwielbianych przez mnie autorek (a nawet Ałtorek – tak, napisałam to, pozwijcie mnie), jest sporych rozmiarów powieść do której nie udało mi się dorwać w październiku, monumentalny bestseller sprzed kilku lat, audiobook i zapewne kilka pozycji,o których teraz nawet nie wiem, że chcę je czytać. I jakoś tak mnie naszło, żeby Wam o nich opowiedzieć, bo znając życie, wiele z nich nie doczeka się ode mnie oddzielnych recenzji (a może? Kto wie?)

  1. Wojciech Chmielarz Farma lalek autor kryminałów, z którego twórczością nie miałam jeszcze do czynienia, chociaż niemalże zewsząd słyszę pozytywne opinie. Przeczytałam na razie kilka stron i już się wciągnęłam. Mała miejscowość w Karkonoszach i seria zaginięć jedenastoletnich dziewczynek.
  2. Francesco M. Cataluccio Czarnobyl zdobycz z uroczego antykwariatu w Elblągu, na temat który szczególnie mnie interesuje (miano pokolenia Czarnobyla zobowiązuje). Opowieść o mieście znanym jako epicentrum katastrofy.
  3. Marta Kisiel Pierwsze słowo razem z drastycznym ograniczeniem pisania na blogu zrezygnowałam z jakichkolwiek współprac. Wyjątkiem są książki Marty Kisiel, choćbym tylko dla nich miała trzymać bloga przy życiu. Opowiadania jedynek w swoim rodzaju autorki.
  4. Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii znalezisko osiedlowej biblioteki, która może nie jest najbardziej szałową biblioteką na świecie, ale jeśli chodzi o reportaże stanowi centrum dowodzenia wszechświatem. O państwie, w którym jest dobrze. Za dobrze?
  5. Leonardo Padura Trans w Hawanie Trylogia Padury przeleżała na moich półkach około 10 lat... kilka razy znajdowały się już na stosie do wyniesienia do biblioteki, jednak jakimś cudem zawsze im się udawało. Jestem już po lekturze pierwszych dwóch tomów, i nie mogę uwierzyć, że coś tak dobrego mogło tak długo czekać na swoją szansę. Kryminały kubańskie, morderstwa w dusznej atmosferze Hawany.
  6. Mads Peter Nordbo Dziewczyna bez skóry przypadkowy zakup, ostatnio coraz trudniej mi się dorwać do dobrych skandynawskich kryminałów, liczę, że ten taki będzie. Intryguje mnie, ponieważ fabułę osadzono na Grenlandii.
  7. Jennifer Egan Manhattan Beach – kiedy tylko pojawiła się w zapowiedziach, zwróciła moją uwagę. Potem natrafiłam na entuzjastyczne recenzje, i już byłam pewna że to coś dla mnie. Opowieść o młodej dziewczynie i Nowym Jorku lat 30. i 40.
  8. Diana Gabaldon Obca potrzebowałam czytadła i przypomniałam sobie, że swego czasu wszyscy się tym zaczytywali. Młoda kobieta zostaje przeniesiona w czasie do XVIII wiecznej Szkocji.

Dawno już nie miałam przed sobą tylu fascynujących pozycji naraz. Teraz długie listopadowe wieczory nie będą mi straszne.

niedziela, 16 września 2018

"Małe Licho" Marta Kisiel


Chociaż rokrocznie na rynku pojawia się kilkaset nowych pozycji, chociaż lubię żonglować gatunkami po które sięgam, jednak zawsze z radością powracam do starych znajomych. Zmęczonych życiem detektywów, rezolutnego sześciolatka se Scotland Street czy łowczyni nagród. A już w szczególności, gdy ci starzy znajomi mają macki lub skrzydełka, albo zdarza im się znikać. Marta Kisiel dała nam, czytelnikom, kolejną odsłonę przygód Licha, Konrada, Krakersa, różowych królików i całej reszty ferajny, tym razem w konwencji książki dla młodszych czytelników.

Opowieść tym razem kręci się wokół Niebożątka. A raczej – Bożka. Bożydara, syna Szczęsnego, pierwszego tego imienia. Do tej pory jego życie upływa na zabawie z własnym aniołem stróżem i odgrywaniu przedstawień z widmami SS-manów, jednak zostaje podjęta brzemienna w skutki decyzja – Bożęty idzie do szkoły. Nikt, kto miał przyjemność korzystać z systemu edukacji narodowej, nie zaprzeczy, że to nie przelewki. Zwłaszcza, gdy nie jest się zwykłym chłopcem, a pół-widmem.

Nie tylko poznajemy dalsze losy ukochanych bohaterów, nie tylko mamy okazję zaśmiać się (czy nawet pochichrać) ze specyficznego humoru znanego z poprzednich części, ale i bierzemy udział w kolejnej, szalonej przygodzie. Jednocześnie autorka wplata w fabułę klasyczne teksty literackie, tworząc wyrafinowaną mieszankę. I chociaż jest to fabuła oryginalna i nowatorska, czytelnik odkryje w niej niejedno odwołanie do znanych baśni, legend i mitów, które stawiają Małe Licho na tej samej półce dziecięcej literatury, na której (w moim skromnym mniemaniu), stoi już Hobbit, Opowieści z Narnii i Harry Potter.


Małe Licho jest skierowane do młodszych czytelników, jednak ani nie wpływa to na przyjemność lektury przez dorosłych, ale udowadnia, jak wszechstronną autorką jest Ałtorka. Mieliśmy już okazję w tym roku przeczytać poważniejszą powieść, tym razem dostajemy coś, co powinno przeczytać każde dziecko, i każdy dorosły. Bez zadęcia, pełna charakterystycznego dla autorki sarkastycznego humoru piękna opowieść, że to nie więzy krwi tworzą rodzinę, oraz o tym jak ważne w życiu każdego z nas są miłość, przyjaźń i niezłomność.

Moja ocena: 6/6


Doprawdy, alleluja.

Małe Licho Marta Kisiel
Wydawnictwo Wilga
Warszawa 2018

poniedziałek, 16 lipca 2018

Marta Matyszczak "Tajemnicza śmierć Marianny Biel"


Jak zapewne widać, bardzo rzadko zdarza mi się publikować na tym blogu, jednak od czasu do czasu trafiam na pozycję, o której mimo braku czasu i ogólnych trudności z komponowaniem wewnętrznie spójnego tekstu, muszę napisać. Są to albo książki tak złe, że aż mnie boli moja czytelnicza dusza, albo tak zaskakująco dobre, iż koniecznie muszę obwieścić światu, jakie to było fajne. Nawet jeśli reszta świata już dobrze o tym wie, a ja wpadam spóźniona na imprezę na cześć. Dziś przeganiam mój wtórny analfabetyzm by opowiedzieć o wrażeniach z lektury Tajemniczej śmierci Marianny Biel autorstwa Marty Matyszczak.

Pozycja ta była na mojej liście „do przeczytania” już od chwili premiery, i przyszedł taki moment, że najbardziej na świecie potrzebowałam lekkiego kryminału, który nie miałby tysiąca stron. Tak na marginesie, zauważyliście, iż ostatnio publikuje się coraz więcej bardzo grubych książek każdego gatunku, a coraz trudniej znaleźć coś wartościowego poniżej 400 stron? Na szczęście wpadła mi w oko Tajemnicza śmierć i teraz wiem, że mam przed sobą jeszcze co najmniej trzy łatwe wybory kolejnej „krótkiej” lektury.

Trudno powiedzieć, kto jest w tej książce głównym bohaterem: czy były policjant Szymon Soliński, czy przygarnięty przez niego ze schroniska niezwykle elokwentny parówkowy skrytożerca Gucio, czy też może typowy budynek mieszkalny na Śląsku zwany familokiem, zamieszkany przez zgraję indywiduów. Soliński liże rany po tym, jak jego życie legło w gruzach, Gucio liże wszystko co potencjalnie da się zjeść, a familok prezentuje trupa pod postacią Marianny Biel. Wiele wskazuje na to, iż trup nie był opuścił tego łez padołu w sposób powszechnie uznawany za naturalny. Szymon wraz ze znajomą dziennikarką Różą oraz obrotnym kundelkiem rozpoczynają własne śledztwo, które oprócz mordercy odkryje też wszystkie brudy, które kryją się za fasadą śląskiego domostwa.

Nie sposób wymienić wszystkich elementów, które świadczą o wyjątkowości tej pozycji. Bohaterowie są realistyczni, ludzcy, niepozbawieni wad i jednocześnie dający się lubić. Nie ma tu kolejnego podstarzałego detektywa po rozwodzie. Gucio jest osobnikiem tak uroczym i zabawnym, a jednocześnie sarkastycznym i pomysłowym, że wprost nie można go nie pokochać już od pierwszej chwili. Autorka poświęca zresztą pieskiemu życiu w schronisku sporo uwagi, bez pietyzmu i wywoływania poczucia winy, ale z mądrością i humorem. W całej powieści tu i tak pojawiają się zresztą komentarze do sytuacji społeczno-politycznych, które są jak czterolistne koniczynki – nie czynią różnicy w krajobrazie ale człowiek się cieszy kiedy na nie natrafi. I po tych komentarzach mogę poznać, że chyba bym się mogła z autorką zaprzyjaźnić – nadajemy na tych samych falach. Jest też tutaj sporo humorystycznych akcentów, takich do lekkiego uśmiechu i takich do głośnych wybuchów rechotu (winda mówiąca po ślunsku to był absolutny hit!).

Lata temu ogłosiłam wyzwanie Miejsce Czytanie, które miało zachęcać do odwiedzania polskich miast poprzez książki, i chociaż wyzwanie umarło i zostało pogrzebane, to sam koncept jest mi wciąż bliski. Teraz z radością dołączam do moich miejskich podróży ten chorzowski kryminał, i planuję ponowne spotkanie z Guciem i jego właścicielem.


Moja ocena: 5/6 (punkt odjęty za kilka drobiazgów nad którymi zboczenie zawodowe nie pozwala mi przejść obojętnie; ogólnie za styl, bohaterów i fabułę dałabym 6 z plusem).

Marta Matyszczak Tajemnicza śmierć Marianny Biel
Wyd. Dolnośląskie
Poznań 2017