Nie zliczę pewnie recenzji tej książki, które przeczytałam
od chwili jej wydania, i które jednogłośnie zachęcały do sięgnięcia po nią.
Swego czasu popularna nowość, drugie życie rozpoczęła w momencie premiery jej
ekranizacji z Julianne Moore; na mojej półce nie leżała aż tak długo, bo od
jesieni. Miałam wszelkie prawo podejrzewać, że będzie to satysfakcjonująca
lektura. Okazała się jednak lepsza, niż przypuszczałam, i zamiast przyjemnie
spędzonego czasu zafundowałam sobie stan wciągnięcia przez Motyla w sytuacji, gdy miałam się uczyć. No bywa.
Alice Howland jest doktorem psychologii na uniwersytecie
Harvarda, żoną naukowca, matką trójki uzdolnionych dzieci. Wykładowcą, promotorem,
odkrywcą, gwiazdą wśród profesorów, prowadzącą intensywne życie zawodowe –
zajęcia, seminaria, konferencje, sympozja, artykuły i ich recenzje. Alice jest,
nawet wśród innych uczonych, znana m. in. ze swojej świetnej pamięci. Jednak
pewnego dnia, w okolicach 50. urodzin, Alice zapomina. Najpierw drobnych rzeczy
– co oznacza imię Eric na liście rzeczy do zrobienia. Z czasem jednak ilość i
kaliber zapomnianych spraw staje się coraz poważniejszy. Diagnoza: alzheimer o
wczesnym początku.
W większości książek tego typu w tym momencie zaczyna się
heroiczna walka z chorobą, często zakończona cudownym jej cofnięciem lub
wynalezieniem leku. Alice zaczyna heroiczną walkę… o każdy kolejny dzień.
Autorka przeprowadza nas wraz z Alice przez kolejne stadia choroby, niczym
przez kolejne kręgi piekieł. Zaprzeczenie, rozpacz, akceptacja, poszukiwanie
metod leczenia, poinformowanie najpierw męża, potem dzieci, wreszcie otoczenia.
Kolejne obowiązki, których nie jest już w stanie wykonywać. I świadomość, że
nie będzie już lepiej.
To powieść piękna, prawdziwa, ale i smutna i bolesna.
Reakcje niektórych na chorobę Alice nie zawsze przypominają amerykańskie
seriale, a trudności, z jakimi boryka się chory na alzheimera, okazują się
wykraczać daleko poza zwykłe zapominanie. Dawno już nie zdarzyło mi się tak
wciągnąć w lekturę, ani też tak prędko, z zaskoczeniem i smutkiem, dotrzeć do
końca. Wraz z Alice.
Moja ocena: 5/6
Lisa Genova Motyl
Tłum. Łukasz Dunajski
Wyd. Filia
Poznań 2014
Czytałam i byłam pod wrażeniem tego, jak autorka przedstawiła całą chorobę, a wszystko w taki zrozumiały dla laika sposób. Natomiast w filmie, bardzo podobała mi się kreacja stworzona przez Julianne Moore. Świetnie oddała całą sytuację.
OdpowiedzUsuńCzytałam Motyla i jest przepiękny, teraz czytam "Sekret o' Brienów" Genovy, po 100 stronach mogę stwierdzić, że równie dobra, chociaż inna. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńPiękna powieść, wywołała mnóstwo emocji. Film również bardzo dobry. Byłam tak zachwycona "Motylem", że sięgnęłam po inną książkę autorki - "Kochając syna" i okrutnie się rozczarowałam. Jakby te dwie powieści wyszły spod pióra innych osób.
OdpowiedzUsuńMam dokładnie tak samo! Też się rozczarowałam, bo "Kochając syna" to niestety nie jest zbyt dobra książka... Mam za to nadzieję, że "Lewa strona życia" autorki okaże się chociaż w części tak wciągająca jak "Motyl" ;)
UsuńPodoba mi się, że ta powieść nie jest przesłodzona, tylko właśnie wyważona - z jednej strony tę heroiczną walkę, mamy, a z drugiej jednak codzienność jest dla niej trudna i przytłaczająca. Powieść jest kopalnią obrazów odczuć zarówno bohaterki, jak i jej otoczenia i mnie osobiście bardzo przydała się jej znajomość.
OdpowiedzUsuńNapiszę to, czego nie lubię: książki nie czytałam, ale widziałam film i widzę ten sam schemat, jaki pojawił się w późniejszej powieści Genovy: Sekret O'Brienów. Właściwie wszystko to samo, tylko choroba inna.
OdpowiedzUsuń