Nie, to Amerykański Turysta w Europie…
Po zachwycających „Zapiskach z Wielkiego Kraju” Billa
Brysona zabrałam się za kolejną książkę tego autora dostępną na polskim rynku –
Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących
i średniozaawansowanych, która stanowi relację z jego podróży dookoła Starego
Kontynentu. Yyyyyyy, cóż…
Książka o Ameryce zaskoczyła mnie nie tylko olbrzymim
poczuciem humoru, świetnym piórem, masą ciekawostek, świadczących o elokwencji
i ciężkiej pracy autora, ale i niesamowitą umiejętnością śmiania się z
własnych, amerykańskich przywar. I tego też spodziewałam się po książce o
Europie. Miałam nadzieję na ciekawe informacje, których nie znajdę w
przewodnikach, ale i na celne obserwacje na temat samych Europejczyków i ich
krajów. Wszak nie od dziś wiadomo, że z bliska Amerykanie i Europejczycy są tak
samo różni jak ogień i woda.
Bryson odbył swoją wielką podróż po Europie w 1990 roku. Jego uwaga skupiła się głównie na
zachodniej części kontynentu – Francji, Niemczech, krajach Beneluxu, przeniosła
się następnie na Skandynawię, by szybkim skokiem przesunąć się na południe –
Włochy, Bałkany, Turcja. I od razu, po pobieżnej lekturze spisu treści,
zauważyłam, że Bryson w sposób systemowy ominął centralną i wschodnią część
Europy. Nie ma mowy Polsce, Czechach, Słowacji, Litwie, Łotwie, Estonii,
Ukrainie, Węgrach. Upadek ZSRR i rodzące się dopiero demokracje w tej części kontynentu mogłyby być dobrą
wymówką, gdyby nie wizyta autora w Jugosławii i Bułgarii. Z naszego kręgu
kulturowego nie ma w książce żadnego reprezentanta.
Bryson odwiedził kilkanaście wielkich miast Europy, w każdym
zatrzymując się na jeden lub kilka dni. Opisuje zabytki, które widział, głównie
muzea, które z lubością odwiedza, i widoki, które go zachwyciły, jak chociażby
krajobraz jeziora w Hamburgu czy życie na Capri. Często też wspomina o
ciekawych zwyczajach czy przywarach tubylców, oraz zamieszcza zaskakujące
informacje o odwiedzanych miejscach, głównie statystyki kryminalne. I niby
fajne, ciekawie, z polotem, humorem. Tylko, że z całej książki wyziera taki
wielki, tłusty, zapatrzony w czubek własnego nosa, tępy, niedouczony, irytujący
Amerykański Turysta. Każdy, kto pracuje lub pracował w szeroko pojętej
turystyce, wyjechał kiedyś na zagraniczne wakacje lub oglądał amerykańskie
programy podróżnicze (słowem: każdy) wie, co oznacza Amerykański Turysta.
Niezależnie od tego, skąd jesteś i gdzie pojechałeś, kiedy widzisz AT, uciekasz.
Albo zostajesz i potem masz co opowiadać na imieninach przez 10 lat. Bardzo
lubię Amerykanów, ale ich podejście do turystyki i zwiedzania jest jakie jest i
nikt tego nie zmieni.
Książka jest strasznie schematyczna. W każdym odwiedzanym
mieście Bryson szuka hotelu i jedzenia, i to jest normalne, ok, ale czytać co
20 stron o kolejnym hotelu i kolejnej restauracji, to trochę nudne. Często
spędza w odwiedzanym mieście jeden dzień, albo nawet kilka godzin, a potem
czuje się uprawniony do pisania o nim całego rozdziału. W kolonii ledwo wysiadł
z pociągu, zobaczył śmieci i tłum ludzi, odwrócił się na pięcie i pojechał dalej.
Tak samo potraktował Goteborg i Neapol. We Florencji i Kopenhadze był
niezadowolony, że miasto nie posprzątało śmieci i nie postawiło donicy z
kwiatkiem. Tonem, który wskazuje, że przecież on, Bill Bryson, łaskawie raczył
tam przyjechać i zostawić pieniądze, więc należy mu się ten cholerny kosz naśmieci
i kwiatek. O Sztokholmie napisał, że jest szary i brzydki, - „Tak wyobrażałem
sobie Kraków lub Bratysławę” – nie wiem, co jest bardziej uwłaczające, czy
obrażenie mojego miasta czy porównanie go z Bratysławą? W Norwegii prawie obraził
się za to, że nie honorują tam koron szwedzkich, bo przecież to wszystko jest
Skandynawia. A tak w ogóle, to z rozczulającą szczerością stwierdził, że zawsze
postrzegał Europę jako jeden kraj i Europejczyków, jako jeden naród. Ale
zupełnie nie rozumie naszej tendencji do zacierania granic – co to za pomysł,
żeby między Danią a Niemcami nie było kontroli granicznej. Czyli jesteśmy
jednym krajem, ale z granicami w środku.
Poza tym akurat Amerykanin mieszkający w Wielkiej Brytanii jest ostatnią osobą,
która ma prawo wypowiadać się na temat sensu Unii Europejskiej, wykazując się
przy okazji zupełnym brakiem zrozumienia tej instytucji. Słowo daję, akurat po
tym panu spodziewałabym się czegoś więcej niż wybiórczych informacji z programu
telewizyjnego.
Mimo tych wad książkę zaskakująco dobrze się czyta. Kiedy już przebrniemy przez trudności autora
ze spaniem i jedzeniem, i jeśli postanowi on zostać w danym miejscu dłużej niż
godzinę, możemy dowiedzieć się naprawdę ciekawych rzeczy. Czyli w jednej książce mamy otwartość umysłu na
piękno i sztukę oraz zapatrzenie w siebie i swoje potrzeby toaletowe, zachwyt nad
Europą i jednocześnie jej totalną krytykę. To sprawia, że książka jest bardzo
nierówna, i właściwie trudno wyznaczyć jej jednoznaczną ocenę. Nie wiem też czy
polecać czy nie – najchętniej poleciłabym wam fragmenty, a fragmenty spaliła na
stosie razem z Fifty Shades of Grey i
pismami heretyków. Jak chcecie, to czytajcie i się śmiejcie, jak nie chcecie,
to zabierzcie się za inne dzieła Billa Brysona, a to konkretne omijajcie
szerokim łukiem.
Moja ocena: 3,5/6 (głównie za ten Kraków – takiej obrazy się
nie wybacza, zwłaszcza ze strony gościa, który nigdy tu nie był)
Kolejna książka podróżnicza przeczytana w ramach wyzwania
trójka e-pik.
PS Sprofanowałam tą książkę. Pozaginałam jej rogi i
podkreśliłam ołówkiem cytaty. Oto dwa najlepsze
(wydźwięk całych fragmentów sugerował ton „No popatrz ty się/nie uwierzyłbyś”):
„Ale najbardziej niedorzeczny, zgoła surrealistyczny przepis
wymyślili Szwedzi: kierowcy muszą tam jeździć z włączonymi światłami przez całą
dobę (…). Wiele bym dał za spotkanie z facetem, który to wymyślił”. No
doprawdy.
O zakupach w Sofii: „Pewna kobieta wyszła z piekarni z małym
bochenkiem chleba i od razu stanęła w długiej kolejce do masarni. I tak dzień po dniu: niczego nie
można było dostać bez stania w kolejce. Co za życie” Co ty nie powiesz? Dzięki
Wam mieliśmy tak parę dobrych lat – z pozdrowieniami, byłe demoludy.
Bill Bryson Ani tu,
ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych.
Wyd. Zysk i S-ka
Poznań 2010
A to mój setny post jest! Czyli mamy tu mały jubileusz :)
A to mój setny post jest! Czyli mamy tu mały jubileusz :)
Aaaa, chyba by mnie szlag trafił przy takiej lekturze! Brysona mam w planach "Śniadanie z kangurami", od Europy niech się trzyma z daleka!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie:)
Książka o Ameryce była świetna, ja zamierzam się teraz na książkę o Anglii, która ponoć też jest dobra, więc myślę, że książka o Australii też będzie ciekawa - wszak to wszystko kraje anglosaskie. Ale Europa to dla niego za wysokie progi.
UsuńOne, z pewnością po nią nie sięgnę. Czytając Twój post wściekałam się na faceta więc nie chce sobie więcej psuć nerwów. Już widzę, że jego podejście do Europy by mi nie dało skończyć tej książki.
OdpowiedzUsuńGratuluję setnego postu :)
Ja mimo wszystko skończyłam, ale moja opinia o książce z każdą stroną leciała w dół.
UsuńDziękuję :)
Nie ma pojęcia co to typowy Amerykański turysta. Może dobrze? ;)
OdpowiedzUsuńSprofanować książkę - no ładne rzeczy ;)
A tak na poważnie to trafiła mi się kiedyś książka z antykwariatu w której na marginesach dyskusję prowadziło dwóch czytelników. Ten późniejszy pisał, co myśli o opiniach pierwszego. To była dopiero świetna lektura!
Też mi się kiedyś trafiła taka książka z Jagiellonki - czytelnik dyskutował z autorem :) Sama na razie umieściłam dosyć dosadną krytykę intelektu autora przy zdaniu o Krakowie - nie mogłam się powstrzymać :)
UsuńWiadomo, że nie wszyscy Amerykanie są tacy sami - osobiście poznałam parę bardzo wykształconych i mądrych, ale generalnie kiedy ktoś cytuje głupie pytanie turysty w stylu "Dlatego Żydzi w Oświęcimiu się nie zbuntowali" to na 99% zadał je Amerykanin.
Mam w planach tego autora, ale "Zapiski" i myślę, że nie pożałuję.
OdpowiedzUsuńZastanowię się jeszcze, czy sięgnę po tę ksiązkę, bo nie lubię schematyczności i nie znoszę, jak ktoś pisze o czymś, o czym nie ma pojęcia. Nie wiem, co Bryson napisał o miejscu, w którym spędził jeden dzień, ale myślę, że nic godnego uwagi.
Zapiski są super. Dlatego tym bardziej jestem zaskoczona poziomem "Ani tu, ani tam", chociaż są też tam lepsze momenty. Cały problem w tym, że te gorsze ciągną książkę w dół. Ale jak ci kiedyś przypadkiem wpadnie w ręce, to najlepiej samemu się przekonać. :)
UsuńNo wiesz, trochę się dziwię, że nie spaliłaś od razu po tej zniewadze... A czy nie jest przypadkiem tak, że Bryson troszkę powiela własne pomysły i wykłada się na własnych uprzedzeniach?...
OdpowiedzUsuńUśmiałam się - w sumie masz rację, trzeba było spalić, tylko, że w bloku pieców nie ma...
UsuńNie powiedziałabym, że powiela własne pomysły, może gdybym przeczytała więcej jego książek, to bym to zauważyła. Tutaj jest większy problem - facet nie bardzo wie, kogo chce udawać. W "Zapiskach" był fajnym, sympatycznym gościem z wielką ciekawością świata i zdroworozsądkowym podejściem, które pozwalało mu obnażyć wiele głupot na które cierpi amerykańskie społeczeństwo. Natomiast w "Ani tu, ani tam" dosłownie pisze, że chce uchodzić za "prostaczka w Europie" i bardzo go bawi, że nie rozumie ani w ząb w innych językach. Jeździ po kontynencie i usiłuje wszystko zmierzyć swoją miarą, zamiast przyjrzeć się tej inności i skrytykować co głupie, ale też poznać ją i zrozumieć. Zamiast tego serwuje czytelnikowi pobieżne, prymitywne obserwacje, o których jakości najlepiej można się przekonać, czytając opis miasta, które się zna. Wiedeń czy Mediolan jego oczami zdrowo mnie zaskoczyły. Poza tym przez fakt, że książka została napisana w 1991, a polskie wydanie nie zostało zaktualizowane nawet przypisami tłumacza sprawia, że książka jest przestarzała i zawiera opis stanu faktycznego, który już nie istnieje.
Właśnie to zadufanie w sobie (jestem bucem, nieznającym języka i dobrze mi z tym) potwornie mnie drażni. No i masz rację, dwadzieścia lat w przypadku takiej książki to szmat czasu, wszystko się dezaktualizuje...
Usuń