O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

wtorek, 11 listopada 2014

Te mordercze, małe, szwedzkie wysepki

Kiedy u wybrzeży małej szwedzkiej wyspy wypływa trup, można uznać to za efekt wypadku. Kiedy jednak na przestrzeni kilku tygodni trup ściele się gęsto w różnych kombinacjach patomorfologicznych, założenie o powiązaniu tych spraw i podejrzenie, że stoi za nimi jedna i ta sama osoba, nie wydaje się już tak kompletnie wyssane z palca.

Sandham to maleńka wysepka na zewnętrznym archipelagu Sztokholmskim, służąca za letnią bazę wypadową dla spragnionych odpoczynku mieszkańców stolicy. Większość letnich domów należy tu do tych samych rodzin od ponad stu lat, stałych mieszkańców jest niewielu, w jednej piekarni spotykali się co rano dziadowie, ojcowie, dzieci i wnuki o tych samych nazwiskach, w zależności od dekady, o której akurat chce się rozmawiać przy okazji nocnych regat czy w szkółce pływackiej. Poza kilkoma nowobogackimi, którzy za ciężkie pieniądze wykupili nieliczne dostępne na rynku domy letniskowe, wszyscy wszystkich znają. Nikt za to nie zna Kristera Berggrena, przynajmniej dopóki ten nie wypłynie na powierzchnię wody zaplątany w sieci rybackie. Krótkie śledztwo prowadzone przez inspektora Thomasa Andreassona nie wykaże niczego podejrzanego. Jednak kiedy w środku sezonu na wyspie ginie kuzynka zmarłego, trudno uznać to za zbieg okoliczności. Policja na oślep stara się zrozumieć, co sprowadziło tą dwójkę nieudaczników na wyspę, a na letników pada blady strach.

Bardzo wydatnie w śledztwie pomaga Thomasowi jego przyjaciółka z dzieciństwa – Nora, sztokholmska prawniczka – która przebywa na wyspie z rodziną w trakcie urlopu. Jest jedną z tych, których rodziny przybywały na Sandham od pokoleń, toteż jej wiedza o okolicznych mieszkańcach wraz z wiedzą prawniczą pomaga policji poskładać tą całą układankę do kupy. Równolegle do śledztwa czytelnik poznaje też prywatne kłopoty bohaterów, z którymi przyjdzie im  się borykać, co jest akurat dosyć klasycznym elementem szwedzkich kryminałów. Z angielskiej klasyki zaś autorka czerpie, wybierając dla swojej pierwszej powieści schemat „zamkniętego pokoju” (a raczej „zamkniętej wyspy”).

Początkowo nie przekonali mnie do siebie główni bohaterowie – Thomas jako samotny, smutny jeździec Apokalipsy i Nora jako Matka Polka (Matka Szwedka nie brzmi już tak dostojnie). Za Thomasem oczywiście lata wszystko, co nosi spódnicę i pewnie paru okolicznych gejów, natomiast Nora, poza pracą na pełny etat, prowadzi dom, opiekuje się synami, rozkapryszonym mężem z tzw. elity a w wolnych chwilach pomaga policji. W międzyczasie oboje pokazują jednak ludzką twarz i jakieś wady, co sprawiło, że po zakończeniu lektury nie będę miała nic przeciwko ponownemu spotkaniu z nimi. Jednak Sten ujawnia niepokojącą manierę antagonizowania bohaterów i odmalowywania każdego w konkretnej tonacji – ciemnej lub jasnej, nie pozostawiając czytelnikowi wiele miejsca na wyrobienie własnej opinii. Jak chociażby mąż Nory, Henrik, który w pełni zasługuje na miano Buca Roku. Nie mówię, wielu takich mężów faktycznie jest, jednak ja lubię, kiedy autor pozwala mi wyrobić sobie własną opinię na podstawie zachowania postaci, a nie od razu prezentuje pełną charakterystykę. Wiem, wiem, autor wie lepiej, ale chyba nie tego szukam w powieści.

Co do samej intrygi kryminalnej, to chociaż ciekawa, jednak chyba nie aż tak wyszukana, bowiem po tylu latach czytania kryminałów motywu morderstwa domyśliłam się już w okolicach 40. strony, zaś osobę mordercy poznałam gdzieś w połowie. Nawet szczegóły ujawnione pod koniec mnie nie zaskoczyły, a usilne próby usprawiedliwienia sprawcy zupełnie mnie nie przekonały.

 Nie jest to książka zła ani strasznie słaba, ale dla konesera takiej literatury bardziej niż śledztwo interesujące będzie tło – mała, szwedzka wysepka. Czyta się to szybko i lekko, fabuła wciąga, chociaż pod koniec wszystko się zgadza, wkurza może trochę końcowa pasja autorki dla scen akcji (totalnie niepotrzebnych). Książkę określiłabym jako „solidna robota”. Od klasyków szwedzkiego kryminału różni się tak jak galaretka z proszku od crème brûlée – jedno i drugie dobre, ale wyrafinowane jest tylko to drugie.  Mogę śmiało polecić jako lekturę na podróż lub wolny dzień, kiedy pragnie się umysłowo odpocząć po trudach tygodnia. Jeśli kiedyś wpadnie mi w ręce kolejny tom, zapewne przeczytam, ale nie jest to dla mnie absolutny must have.

Moja ocena: 4/6

Viveca Sten Na spokojnych wodach
Tłum. Paulina Jankowska
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2014


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

18 komentarzy:

  1. Przed chwilą skończyłam i mam podobne wrażenia. Poprawna, ale bez zachwytu. Na plus kameralny motyw i lokalizacja. Pojechałabym na Sandhamn, choć może nie w lipcu. ;)) :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się obawiasz zabójcy? :D

      Na pewno fajnie, że fabuła osadzona jest poza Sztokholmem, chociaż zahacza o stolicę. Ale faktem też jest, że raczej Sten nie zostanie moją absolutna faworytką wśród szwedzkich pisarzy.

      Usuń
    2. Zabójcy? Nie ;) Tłumów :)) Czerwiec byłby świetny, dopiero rozkręcający się sezon, dłuugie dni.. Marzenia! ;))

      Usuń
    3. Hehehe :D Tez nie lubię tłumów. Na poznawanie Skandynawii polecam listopad, można się wczuć w nastrój ;)

      Usuń
  2. To tego się boję, gdy mam ochotę na kryminał. Też ich trochę przeczytałam i odstrasza mnie myśl, że w kolejnym mogę spotkać tego samego twardego glinę z tymi samymi zwłokami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee, nie, zwłoki są jednak zawsze różne ;)

      Usuń
  3. Aha, czyli kolejna pozycja Czarnej Serii, którą mogę sobie odpuścić, ehh:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, niestety. Znaczy, jak wylądujesz na trasie Przemyśl-Szczcin tylko z tą ksiażką, to można przeczytać, szybciej minie podróż, ale hit sezonu to to nie jest.

      Usuń
  4. Sama nie wiem. Niby lubię te szwedzkie kryminały, ale ten mnie jakoś specjalnie nie przekonuje ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest zły, nie jest extra dobry - taka letnia książka, w kategorii "nie umrzesz jak nie przeczytasz" :)

      Usuń
  5. Szweckie kryminały czytuję od czasu do czasu, więc wolę perełki. Ten tytuł raczej do nich nie należy :)

    PS. Zmieniłam w końcu adres bloga, żeby pasował do nazwy. Od paru dni http://ksiazkowewyliczanki.blogspot.com/, wpadnij :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpadam regularnie, muszę tylko link z boku podmienić :)

      Jak już będziesz miała ochotę na szwedzki kryminał, to polecam o wiele bardziej Arne Dahla i Asę Larsson/ :)

      Usuń
  6. Uwielbiam te małe, szwedzkie wysepki. A im bardziej mordercze tym lepiej ;)

    Swojego czasu uwielbiałam Mari Jungstedt i jej Gotlandię. Potem wsiąknęłam w Larssona, tam niestety już wysepek nie było, ale poprzeczkę chłop podniósł.

    A książkę polecę na pewno mojej mamie - ona lubi takie szybkie, fajne lektury ;)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jungdstedt myślałam, że polubię, ale kiedy po lekturze drugiego tomu zrozumiałam, że autorka na siłę będzie wpychać w każdy kolejny wątek romansowy rodem z pierwszego, który zupełnie nie ma sensu w pozostałych, to jakoś straciłam zaangażowanie.
      A co do Sten to zobaczę jeśli przeczytam drugi tom :)

      Usuń
    2. Ależ wątek romansowy był taki! dramatyczny Unikatowe połączenie Danielle Steel i Stiega Larssona ;)

      A tak na serio to nawet ten wątek mi nie przeszkadzał. Skupiłam się na intrygach kryminalnych i książki Jungstedt były w miarę równe, co naprawdę sobie chwaliłam.

      Niedawno poznałam książki Kristiny Ohlsson i je naprawdę gorąco polecam. Ja niestety zaczęłam od trzeciego tomu, więc na pewno warto zabrać się za tę serię od początku.

      Usuń
    3. Nazwisko zapisałam, ale ostatnio trochę dużo wokół mnie rozpoczętych cykli, więc na razie spasuję z kolejnym :) Jungstedt mnie zaczęła tym romansidłem wkurzać, nie wykluczam, ze jeszcze kiedyś po nią sięgnę, bo szybko się czyta i polubiłam Knutasa, ale na razie jestem obrażona :D

      Usuń
  7. o proszę, fabuła tak podobna, że nie można się pomylić - to właśnie na tej podstawie nakręcono nasz serial Zbrodnia, tyle że akcję przeniesiono na Hel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano tak, zapomniałam o tym wspomnieć w recenzji, ale faktycznie - nasi zrobili z tej książki serial, którego jeszcze nie miałam okazji oglądać. Trochę mnie martwi, bo wszystkie fajne polskie seriale mi kasują po pierwszym sezonie, więc boję się włączać :D

      Usuń