O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

środa, 23 października 2013

„Kraina Chichów” czyli obłęd w ciapki



Jonathana Carrolla dawno temu wrzuciłam do jednego wora z Williamem Whartonem i tam siedział do niedawna. Nie pytajcie mnie, dlaczego tam wylądował, bo nie wiem. W każdym bądź razie w zeszłym roku przeczytałam jednego Whartona i nie spodobał mi się, tym samym zaś wór stał się może nie zakazany, ale na pewno mało atrakcyjny. W międzyczasie gdzieś tam czytałam zachwyty nad Carrollem, nawet na imprezie u znajomych nowopoznana rozmówczyni reklamowała mi bardzo tą powieść. Ale wciąż trzeba było przeczekać, informacja musiała wsiąknąć, po pożyczeniu z biblioteki zaś „Kraina Chichów” potrzebowała niczym ser dojrzeć na półce zanim po nią sięgnęłam. A teraz Carroll został moim tegorocznym odkryciem.

Jest to przede wszystkim opowieść z gatunku takich jakie lubię najbardziej – książka o książce. Główny bohater, Tomasz, od dziecka zafascynowany jest książkami autorstwa niejakiego Marshalla France’a, a szczególnie jedną – „Krainą Chichów”. W pewnej chwili, niejako przypadkiem, decyduje się napisać biografię swego ukochanego autora, o którym niewiele wiadomo, poza tym iż większość dorosłego życia spędził w małym miasteczku – Galen. Wyrusza tam zatem, by uzyskać zgodę na napisanie książki od córki zmarłego pisarza. Gdy tam dociera, wiele spraw staje się dla niego jasnych, ale jeszcze więcej się komplikuje. Zaczynają się dziać dziwne i straszne rzeczy, a wszystko to doprowadzi do wielkiego, wybuchowego finału. Takiego, przy którym jednocześnie wciska cię w fotel i podrywa pod sufit, a w międzyczasie masz ciary jak późnym wieczorem na opuszczonym cmentarzu.

Carroll oprócz obłędnej wyobraźni ma również piękny, wyrazisty styl, dzięki któremu cała opowieść uzyskuje taki, jakby to powiedzieć, „ekskluzywny” połysk. W treści powieść ta przypomina nieco „Cień wiatru” czy „Klub Dumas”, ale tutaj jest to jednak podane w bardziej płynny, a jednocześnie szalony sposób. Autor wciąż myli ślady, odsłania przed czytelnikiem tylko detale, ale nie pozwala odmalować całości sytuacji, aż do ostatniego zdania. Dosłownie ostatniego. Nie stosuje tanich chwytów, zaskakuje wyobraźnią. Wszystko to razem sprawiło, że czytanie „Krainy Chichów” stało się przeżyciem niemalże mistycznym.

Moja ocena: 6/6

Jonathan Carroll Kraina Chichów
Tłum. Jolanta Kozak
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 1996

poniedziałek, 21 października 2013

[Cracoviana] Skąd te nazwy?



Skąd się wzięły niektóre krakowskie nazwy?

Dziś trochę o nazwach, które możecie wyśledzić na mapie Krakowa. Niektóre same w sobie nie są może dziwaczne, ale dziś nie ma już widocznych powodów, być np. nazwać ulicę Szpitalną ulicą Szpitalną. Znaczenia innych można się próbować domyślić (z różnym skutkiem), niektóre występują również w innych miastach. Są też takie, które na twarzach przyjezdnych rodzą zaskoczenie czy rozbawienie. Zresztą, również wielu rodowitych mieszkańców nie zawsze zdaje sobie sprawę z pochodzenia wielu krakowskich nazw.

Ul. Szpitalna – nazwa niby zwyczajna, gdyby nie fakt, że nie znajduje się na niej ani jeden szpital. Ta usytuowana na Starym Mieście niepozorna, choć dosyć długa i ostatnio modna uliczka swoją nazwę zyskała już w średniowieczu, kiedy to w tym kwartale istniały zabudowania klasztoru Duchaków (pełna nazwa to Kanonicy Regularni św. Ducha de Saxia)  oraz szpitale, które ci prowadzili. Było to idealne miejsce na usytuowanie budynków, w których znajdowali się nie tylko zwykli chorzy, ale i ci cierpiący  na zaraźliwe choroby, gdyż, choć znajdowało się w obrębie murów, było na uboczu i jakby trochę odseparowane od reszty miasta. W XIX wieku cały klasztor ze szpitalami niestety zburzono by zrobić miejsce dla Teatru Słowackiego, i nie ujmując nic temu ostatniemu, dopuszczono się tym aktem największego barbarzyństwa na zabytkach w Krakowie.

Źródło: Wikipedia
Mogiła – było swego czasu takie powiedzonko, które niektórzy wciąż stosują (w tym ja), kiedy coś jest nie do naprawienia – „no to mogiła”. Ale to nie od tego idiomu bierze się nazwa najstarszej części Nowej Huty. Mogiła była kiedyś osobną wsią, znaną między innymi ze znajdującego się tam kopca Wandy. Sama historia kopca nie jest do końca zbadana, miejscowa ludność od dawien dawna snuła opowieści jakoby był to grobowiec królewny Wandy (tej, co nie chciała Niemca). Wszyscy zapewne słyszeli o Wandzie rzucającej się do Wisły w okolicach Wawelu, natomiast niewielu zna dalszą część legendy. Otóż ciało Wandy Wisła wyrzuciła na brzeg właśnie tam, gdzie dziś znajduje się kopiec, stąd miejsce domniemanego pochówku nie jest przypadkowe. A nazwa wsi pochodzi właśnie od tej legendarnej mogiły. I niech ktoś powie, że Kraków nie żyje legendą.



Widok z kopca Wandy - Jadwiga Otrębska
Ul. Blich – uliczka łącząca ul. Kopernika z ul. Grzegórzecką, jak wiele innych ulic w średniowiecznych miastach, swoją nazwę bierze od zawodu, którym trudnili się mający tam swoje siedziby rzemieślnicy. Stolarze mieli Stolarską, Szewcy mieli Szewską, no a Blich? Blich to miejsce, gdzie bielono płótno. Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale jeszcze w XIX wieku aleje Dietla i ul. Starowiślna były odnogami Wisły, a właśnie nad rzekami blicharze zakładali swoje warsztaty. Rzekę zasypano, nazwa została.

Ul. Krakowska – zwykle nazwy ulic pochodzące od nazw miast czy miejscowości do których prowadzą, miały za zadanie wskazywać kierunek, w jakim podróżny powinien się udać – stąd ulice Wielicka, Mogilska, Skawińska, Gdańska, Zakopiańska czy Warszawska. Z tego względu nazywanie ulicy od miasta, w którym ta ulica się znajduje, jest raczej dziwaczne i często rodzi zmieszanie u przyjezdnych. Rozwiązanie tej zagadki jest jednak całkiem proste – ul. Krakowska usytuowana jest na Kazimierzu, który praktycznie do początków XX wieku pozostawał osobnym miastem, stąd jego główna arteria nazwę swą bierze od najbliższego miasta – Krakowa.


Ul. Dajwór – niespodziewanie ta nazwa bierze się od nazwiska. W XVII wieku znajdujący się tu folwark dzierżawił Marcin Dajwór, ludzie zaczęli nazywać zaś prowadzącą tam drogę drogą na Dajwór,  wreszcie nazwa ulicy uległa skróceniu do samego „Dajwór”. Swego czasu oficjalnie nazywała się ul. Wałową, ale jest to jedne z tych przypadków kiedy zwyczaj przezwyciężył i dziś ulica znów nazywa się tak, jak powinna. PS Na Dajworze znajduje się klubokawiarnia „Artefakt”, miejsce występowania śmietanki krakowskiej blogosfery książkowej. ;)

Ul. Włóczków – niepozorna uliczka na krakowskim Zwierzyńcu. Nazwa pochodzi o innej nazwy flisaków, który to zawód miał niegdyś olbrzymie znaczenie – wtedy, gdy Wisła stanowiła jedną z głównych arterii komunikacyjnych i transportowych - flisacy (włóczkowie) bowiem zajmowali się spławianiem drewna.  O ile nazwa „flisacy” jest popularna w wielu innych miastach Polski, o tyle „włóczkowie” są elementem krakowskiej gwary. A wzięło się to po prostu od „włóczenia drewna po wodzie”.

Jest jeszcze wiele ciekawych krakowskich nazw, dlatego wkrótce postaram się zrobić drugi, podobny post. Mam nadzieję, że zainteresowałam Was choć trochę, a może w waszym miastach też są takie „podejrzane” nazwy?

niedziela, 20 października 2013

Przypominam, że krakowskie Targi już za tydzień!

Jak w tytule - przypominam, w razie gdyby zalew postów na blogach i fanpejdżach nie wystarczył. :D

Ja co roku, Kaś Wspaniała podjęła się zorganizowania spotkanie krakowskich (i nie tylko) blogerów książkowych z okazji krakowskich Targów. Wielu z was na pewno widziało już stosowne ogłoszenia u Kaś lub Oisaja.

Zatem, przejdźmy do konkretów:

Każdy, kto bloga książkowego prowadzi i znajdzie się 26 października w Krakowie z okazji Targów Książki lub jakiejkolwiek innej, proszony jest na spotkanie blogerów, które odbędzie się dnia onego, w restauracji "Smakołyki" przy ul. Straszewskiego (uprzejmych gości informuję, że to na przeciwko Collegium Novum) o godzinie 16.30.

 Gwoli wyjaśnienia - godzina została tak dobrana, aby jak największa grupa osób mogła się na nie udać. Będziemy mieli zacnych gości zza granicy, toznaczy, ze Śląska, a nawet z Warszawy. Śląscy Blogerzy tak wspaniale gościli krakowską reprezentację blogerską w Katowicach, a jednocześnie chcieliby wrócić do domu o jakiejś sensownej godzinie lub udać się na spotkanie biblionetkowiczów, że postarano się im odwdzięczyć. Ale będziemy tam siedzieć długo, toteż jeśli ktoś pragnie zabawić dłużej na targach, to jak najbardziej będziemy czekać :)


Jeśli ktoś na jakieś pytania, sugestie, rady, komentarze, glosy czy pragnie podnieść jakąś kwestię z powyższym temacie, zapraszam do ujęcia ich w komentarzu poniżej lub odsyłam do Kaś.

Liczę na waszą obecność, zaiste żarcie w "Smakołykach" jest dobre bo jest tanie i dobre.

poniedziałek, 14 października 2013

[Cracoviana] Dama z podejrzanym zwierzem

Źródło: Wikipedia


Niewiele jest na terenie Polski dzieł Wielkich w Wymiarze Światowym. Takich, do których tłumy pielgrzymkują, które chronione są bardziej niż budynki rządowe. Do takich dzieł niewątpliwie należy obraz „Dama z łasiczką”, zwana również „Damą z gronostajem”, Leonarda da Vinci.

Jest to niewielki portret olejny przedstawiający Cecylię Gallerani, kochankę księcia Mediolanu Ludovica Sforzy. Powstał na zlecenie księcia około roku 1490. Zwierz trzymany w objęciach modelki co jakiś czas zmienia swą nazwę – raz jest łasicą, ostatnio zaś gronostajem, co zdaje się być zgodne z obowiązującą ówcześnie symboliką. Gronostaj to po grecku galée, które to słówko odnosi się do nazwiska – Gallerani.  Inny sposób interpretacji futerkowego pieszczocha - przydomek księcia Ludovica – Ermelino, (co z włoskiego oznacza właśnie gronostaja), ma z kolei wskazywać na ukochanego Cecylii. Z kolei wersja z łasicą ma związek z symboliką tego zwierza, używaną chętnie w malarstwie, a odnoszącą się jeszcze do antyku – łasiczka bowiem symbolizuje macierzyństwo, zaś modelka z trakcie powstawania obrazu była brzemienna. Trzymany w rękach zwierzaczek służył zatem również do zakrycia tego faktu.

Sam obraz ma równie burzliwą historię co jego modelka. W 1880 roku książę Adam Jerzy Czartoryski zakupił obraz do kolekcji jego matki, Izabeli Czartoryskiej. Ta umieściła go w tzw. Domu Gotyckim na Puławach. W roku 1830 został wywieziony do siedziby Czartoryskich w Paryżu – Hotelu Lambert, skąd powrotem przewieziono go do Polski około roku 1870. Od 1876 roku można było podziwiać dzieło w Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie. Na czas I wojny światowej przechowywany był w Dreźnie, zaś już w pierwszych dniach II wojny światowej stał się jednym z najważniejszych dzieł sztuki zagrabionych przez nazistów (wraz z „Portretem młodzieńca” Rafaela i Ołtarzem Mariackim). W 1945 roku obraz powraca do Krakowa, zostaje umieszczony w depozycie Muzeum Narodowego. Do 2010 roku można było odwiedzać „Damę” w Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie, na rogu ul. Św. Jana i ul. Pijarskiej. Obecnie zaś można ją podziwiać w najbardziej strzeżonej Sali Zamku Królewskiego na Wawelu.

W międzyczasie ktoś zdecydował poprawić dzieło mistrza. W 1992 roku w Waszyngtonie wykonano wysokiej jakości zdjęcia portretu, które ujawniły w niektórych miejscach prześwity oryginalnego, błękitnego tła. Obecna, ciemna farba miejscami zachodzi na postać modelki, miejscami zaś między nią a postacią pozostają cieniutkie linie błękitu.

„Dama z gronostajem” jest jedynym obrazem Leonarda da Vinci w Polsce. W czasie jego europejskich wojaży w 2011 roku został ubezpieczony na 300 mln. euro.


Źródła:

niedziela, 13 października 2013

Grimes tym razem straszy i przeraża



Na nową Marthę Grimes polski wydawca kazał nam czekać dobrą chwilę. Tak dobrą, że niemalże zamówiłam kolejne tomy w oryginalnej wersji językowej, i nie byłam jedyną wielbicielką przygód Jury’ego i Planta, która brała to pod uwagę. Wreszcie, kiedy Przystań nieszczęsnych dusz ukazała się w księgarniach, trafiła akurat na moment, gdy nie było za co jej kupić (ja wiem, że książka to nie tylko papier i atrament, ale 40 zł za 230 stron kryminału to trochę dużo). A potem ciągu jednego tygodnia dwie dobre dusze mi ją sprezentowały. Wreszcie mogłam wrócić na angielską prowincję i wraz z moim ulubionym nadinspektorem Scotland Yardu ścigać kolejnego mordercę.

W okolicach hrabstwa Devon i Kornwalii zamordowane zostają dzieci. Zawsze w chwili, gdy są same, zawsze wtedy, gdy powinny być gdzie indziej, zawsze takie, których w domu i okolicy nikt nie lubił. Ponieważ 10-latki nie mogły jeszcze zaszkodzić nikomu na tyle, by sprowadzić na siebie zemstę, policja podejrzewa, iż za serią morderstw stoi psychopata. Lokalny gliniarz w typie Brudnego Harrego podejrzewa, że zabójcza seria może mieć związek ze sprawą sprzed lat, i w tym kierunku rusza śledztwo. Najważniejsze jednak to skupić swoje działania na ochronie lady Jessiki, jedenastoletniej dziedziczki fortuny, gdyż to właśnie ona może stać się kolejnym celem ataku.

Ten tom jest o wiele mroczniejszy niż poprzednie. Do tej pory czytało się Grimes jako lekki kryminał z żartobliwymi wtrąceniami i elementami komedii przypadków. Tym razem autorka poszła w typowy thriller, osadzając fabułę na zamglonych wrzosowiskach, mordując dzieci, tworząc powiązania z dawną nierozwiązaną sprawą morderstwa matki dwojga dzieci, i ograniczając do minimum występy dwójki najzabawniejszych drugoplanowych postaci – ciotki Agathy i sierżanta Wigginsa. Wprowadza za to na scenę ponurego lokalnego policjanta Macalvie’go,  który wszystko wie najlepiej.

Z przykrością stwierdzam, że jest to jak dotąd najsłabsza część cyklu. Fabuła rozwija się leniwie, Jury musi ustąpić miejsca owemu Macalviemu który z jakiejś racji urósł do miana głównej postaci, autorka co chwilę przeskakuje z wątku na wątek, a rozwiązanie okazuje się być nie tak zaskakujące, jak by mogło być. Właściwie wiele domyśliłam się już w połowie, ale też pozostały na końcu pewne nie wyjaśnione kwestie, niedopracowane szczegóły. To wszystko, plus tylko JEDNA scena z ciotką Agathą, pozostawiła mnie po lekturze z lekkim rozczarowaniem – i co, i już? Może nie było źle, ale naprawdę mogło być lepiej.

Martha Grimes Przystań nieszczęsnych dusz
Tłum. Agnieszka Sobolewska
Wyd. WAB
Warszawa 2013

sobota, 12 października 2013

Stosik październikowy

Dawno już nie publikowałam stosików - dokładnie miesiąc temu pojawił się wprawdzie stos tematyczny o Nowym Jorku, jednak nabytki bieżące uformowane w wieżę były ostatnio pokazywane w lipcu. Powód dosyć prozaiczny - przystopowałam z kupowaniem i pożyczaniem kolejnych pozycji, skoro wciąż wokół mnie piętrzą się zbiory z ostatnich miesięcy (lat?).

Dobrze widzicie - pierwsze dwie pozycje to jedna i ta sama książka. Otóż, po kilku tygodniach płaczu, że nie mam kolejnej Grimes, w jednym tygodniu otrzymałam po egzemplarzu od siostry i znajomego blogera. Jako, że jedna jest zalana kawą, a druga ma wartość sentymentalną, rozdania nie będzie i kawowa wróci do siostry.
Następny w kolejności jest 5 tom serii "44 Scotland Street". Po przeczytaniu pierwszych dwóch tomów już wiem, że uwielbiam ta serię, dlatego gdy tylko nadarza się okazja zakupu kolejnego tomu po promocyjnej cenie, łapię ją. Ten tom kosztował 10 zł.
"Gogol w czasach Googla" jest wędrująca książką w ramach akcji Podaj książkę, zaś ostatnia powieść pani Chmielewskiej to pożyczka od siostry.
Na końcu drugi tom kryminalnej serii (o pierwszym pisałam tutaj) o pani prokurator Singer, otrzymany od Wydawnictwa Dolnośląskiego.

Grimes już przeczytana, może jutro uda mi się machnąć post recenzencki, a na razie pozdrawiam!

poniedziałek, 7 października 2013

[Cracoviana] Historia Krakowa dla każdego



Historię Polski można opowiedzieć w całości, ze szczegółami, nie opuszczając Krakowa. Śmiała teza? Niekoniecznie. Jeśli jednak ktoś nie wierzy, a interesuje go historia Grodu Kraka, powinien sięgnąć po Historię Krakowa dla każdego Jana. M. Małeckiego.

Jest to przepięknie wydana i napisana zabawnym, lekkim językiem książka historyczna, która prowadzi nas od pradawnych czasów, określanych jako „dano, dawno temu”, poprzez pierwsze wzmianki, Wielką Lokację i średniowiecze, Złoty Wiek renesansu, poprzez chwilowe turbulencje w okolicach XVIII wieku do CK-Monarchii i dalej, aż do dnia wczorajszego. I chociaż jest to poważna literatura historyczna, a każdy podany fakt sprawdzony i pewny, to autor nie zapomina ani na chwilę o jakim to mieście pisze. O mieście zaczarowanym, które tak samo jak prawdą historyczną i „wielkimi sprawami” żyje, i zawsze żyło, legendami, anegdotami i nie do końca wyjaśnionymi zdarzeniami. Powstaje z tego obraz Krakowa takim, jaki jest – zaściankowa metropolia z głową na karku w chmurach i z pawim piórem w czapce.

300 stron czyta się szybko i lekko, na końcu opatrzono zaś ta pozycję indeksem osób i kalendarium. To czyni Historię Krakowa dla każdego idealną lekturą nie tylko dla pasjonatów królewskiego miasta i osób studiujących „krakowianistykę”, ale i dla każdego żadnego wiedzy turysty – naprawdę warto zaopatrzyć się w nią przy okazji kilkudniowego pobytu, podczytywać chociażby wieczorem w hotelu, i dzięki temu lepiej poznawać Kraków.

Książka wyszła też w wersji angielskiej – ciekawa, nietuzinkowa pamiątka dla znajomego zagranicznego turysty.

Jan. M. Małecki Historia Krakowa dla każdego
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2007

Zapraszam na nowy cykl na Krakowskim Czytaniu - Cracoviana. Co tydzień w poniedziałek będę publikować posty dotyczące mojego pięknego miasta - czasem to będą recenzje książek dotyczących Krakowa, czasem informacje czy opisy atrakcji turystycznych. Kiedyś już takie notki się tutaj pojawiały, ale nieregularnie, a potem wszystko umarło, mam nadzieję, że teraz tak nie będzie.