O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

czwartek, 6 lutego 2014

Wszystko, o czym chciałam napisać wcześniej, ale z różnych powodów nie wyszło

Staram się nie uskuteczniać pisania recenzji na temat każdego produktu, który wpadnie mi w łapy, jeśli się na owym produkcie nie znam. Stąd też moja planowana recenzja Kindla obrasta gdzieś pleśnią na dysku twardym – jako technologiczny analfabeta wiem jak się go uruchamia, jak się go wyłącza i jak na niego załadować ebooka przez kabel. Cała reszta funkcji stanowi dla mnie tajemnicę, toteż taka recenzja nie miałaby racji bytu.

Podobnie jest u mnie z filmami i muzyką – oglądam, słucham, raz mi się podoba, raz nie, ale napisanie porządnej recenzji płyty czy relacji z pobytu w kinie przekracza moje wykształcenie – ani nie znam się na reżyserach, ani na instrumentach, ani na głosach. Słowem, znam się tylko na książkach i serialach.

Ale książki i seriale nie są moim jedynym hobby, czasem trafiam na inne ciekawe rzeczy, które umilają mi
czas, i o których chciałabym coś napisać.  No to teraz napiszę, pokrótce, o tym, co mnie kręciło przez styczeń.

Filmy
Jak już wspominałam przy okazji posta o Czy jesteś wystarczająco bystry żeby pracować w Google? w tym miesiącu temat wielkich korporacji i Wall Street zawładną moim umysłem. Zaczęło się od wizyty w kinie na początku miesiąca na Wilku z Wall Street. Mnie ten film zrył banię dosyć konkretnie. Z jednej strony do pewnego stopnia zjawiska tam przedstawione są niewątpliwie prawdziwe – trudno wytrzymać taką konkurencję i taki tryb życia bez poddawania się równego rodzaju używkom. Z drugiej zaś – film ewidentnie przejaskrawiony, i chociaż bawi na swój sposób, to chwilami miałam wrażenie, że co na dużo to niezdrowo. Stykam się z różnymi opiniami na temat tego filmu – skrajnie pozytywnymi i skrajnie negatywnymi, i naprawdę trudno mi się opowiedzieć za jedną ze stron. Jedno jest pewne – film zdecydowanie za długi.

Idąc dalej, po wyjściu z kina postanowiłam odświeżyć sobie pamięć o po raz nie wiem który i obejrzeć Chciwość  (org. Margin Call). Okoliczności przyrody te same – Wall Street, ale zupełnie inna historia. O ile Wilk to opowieść z stylu „od zera do bohatera” o tyle w Chciwości zaczynamy od samego szczytu, bo Margin Call aż kipi następnie obserwować najgorsze 24 godziny w działalności jednego z wielkich banków. Konkretnie – ostatnia doba przed kryzysem na giełdzie. Kryzysem, który bohaterowie sami zapoczątkują… Ten film jest niesamowicie minimalistyczny pod pewnymi względami – kręcono go tylko na kilku planach, głównych bohaterów jest zaledwie 8, cała fabuła rozgrywa się w ciągu jednej doby, a film kręcono w sumie 17 dni. Za to emocjonalnie. Obserwujemy procesy, jakie zachodzą w wielkich korporacjach na co dzień – jak zwalnia się pracowników, jak przeprowadza się narady, kto awansuje, a kto tak naprawdę wie, co się wokół dzieje. Film genialny, ale i przerażający. A obsada czyni ten film istną perełką: Jeremy Irons, Kevin Spacey, Demi Moore, Simon Baker, Stanley Tucci, Paul Bettany, Zachary Quinto.


Serial

Jak zwykle jestem spóźniona na zabawę. Parę lat temu pół Internetu szalało na punkcie Mentalisty. Ja szaleję dopiero teraz. W skrócie mówiąc, specjalnemu oddziałowi policji w ściganiu przestępców pomaga uroczy i zabawny gość, który ma niezwykłe talenty jeśli chodzi o odczytywanie ludzi. Jedni nazwą to empatią, inni intuicją, a jeszcze inni przebiegłością lub zwykłą magią. Tak naprawdę to właśnie postać Patricka Jane, grana przez Simona Bakera, jest clue i jedynym powodem, dla którego ogląda się Mentalistę. Pozostałe postaci i grający je aktorzy są co najmniej przeciętni, wyrabiają się dopiero w trakcie drugiego sezonu. Zagadki kryminalne tez nie były szczególnie wyszukane, może to przez sposób reżyserowania, może oglądam za dużo seriali, ale za każdym razem zgaduję, kto jest mordercą. Ale Jane przyćmiewa te wszystkie niedoróbki, jest inteligentny, zabawny, no i, ok., mega przystojny. To taki lekki serial do obejrzenia w razie zmęczenia, chwilami niezwykle zabawny, gdyż główny bohater ma talent do faux pas, chociaż są też w niektórych odcinkach mroczniejsze nuty, kiedy policjanci poszukują seryjnego mordercy Red Johna, odpowiedzialnego za prywatną tragedię Jane’a.

Aktor

Zważywszy na powyższe recenzje trudno się nie domyślać, że styczeń był u mnie miesiącem spod znaku Simona Bakera . Co dziwne, ten typ urody nigdy wcześniej mnie jakoś szczególnie nie pociągał, ale najwyraźniej gusta się zmieniają. Niezależnie od urody, trzeba przyznać, że ma gość talent, co kilka nominacji do Złotego Globa za Mentalistę zdaje się potwierdzać. Nagrodzony był również za Margin call, co przy takaaakiej obsadzie coś znaczy.
Absolutny ewenement na skalę Hollywood – gość od dwudziestu lat żonaty z tą samą kobietą, ma trójkę dzieci i z tego co zdążyłam wybadać, zero skandali erotycznych na koncie. WOW.


Muzyka

Jak niektórzy z was wiedzą, dotknęła mnie ostatnio tragedia każdego podróżnika krakowskimi tramwajami, mianowicie zepsuty sprzęt do mobilnego słuchania muzyki. Przy donośnych głosach i dziwnych poglądach współpasażerów wytrzymałam dwa dni, po czym wyciągnęłam z czeluści szafy discmana, załadowałam do niego nową (nową u mnie, a nie ogólnie), nieodsłuchaną jeszcze płytę Norah Jones Not too late, i tak uzbrojona wyruszałam co dzień  na podbój świata. Generalnie gust muzyczny mam mocno eklektyczny, o czym można przekonać się czytając tego posta. Norah to jedna z niewielu artystek, którą zaczęłam słuchać będąc jeszcze w głębokim liceum, i która niezmiennie towarzyszy mi do dziś. Każda jej płyta do dla mnie inwestycja na lata, bowiem te utwory po prostu nie mogą się znudzić. Not too late to zbiór pięknych ballad z pogranicza jazzu, bluesa i country, każda piosenka to majstersztyk, który potrafi docenić nawet taki laik jak ja. Rzadko zdarza mi się płyta, którą przesłuchuję od początku do końca i nie mam potrzeby przewijania jakiegokolwiek utworu, który by mi się nie podobał. Przy czym każdy czymś się wyróżnia – Sinkin’ soon to dosyć zabawny kawałek z, odnoszę wrażenie, nietypowym użyciem niektórych instrumentów, My dear country ma bardzo nieortodoksyjny tekst jak na rzewną balladę, gdyż traktuje o… wyborach. Demokratycznych. Little room jest słodką, niesztampową piosenką o miłości, a Thinking about you przypomina pierwsze płyty artystki. Generalnie, dla tych co lubią takie klimaty – można kupować w ciemno!


To tyle pozaksiążkowych inspiracji i uprzyjemniaczy życiowych. Ja mam naturę trochę maniakalną, jak coś zaczyna mi się podobać, to męczę dopóki mi nie zbrzydnie nawet myśl o tym. Jak płyta się spodoba, to duszę ją dzień w dzień po kilka razy, jak film, to oglądam przynajmniej dwie sceny przez zaśnięciem. Też tak macie?

20 komentarzy:

  1. Ooo widzisz, ja od 3 tygodni piszę tekst o kindlu i tak piszę sobie i piszę, może go wreszcie opublikuję:) Mentalistę oglądałam tak ze 3 sezony prawie wszystkie odcinki, a potem to tak wyrywkowo, na zasadzie tata ogląda, to ja zerknę czasem - dobry serial, uwielbiam Jane'a za to, że jest tak wkurzający i irytujący:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wreszcie jakaś pełnokrwista postać w serialu, co nie?

      Usuń
    2. Raz, że pełnokrwista, dwa, że też chciałabym być tak wkurzająco mądra i irytować ludzi, jeszcze Jane'owi do pięt nie sięgam, ale trenuję!

      Usuń
    3. Z irytowaniem to już mi się chyba udało, gorzej z tą inteligencją :/

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Nooo, a miało być krótko i treściwie :)

      Usuń
  3. Mam podobnie - jak coś mi się spodoba, męczę do znudzenia. Ostatnio odkryłam fantastyczny zespół - zasypiam się i budzę z ich muzyką w głowie :-)
    Fajny post i mam nadzieję, że nie ostatni tego typu :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaki, jaki?
      Zobaczymy, kiedy mina obecne fazy i zaczną się następne, wtedy pewnie znowu coś takiego skrobnę :) Mam już nawet początki pomysłów.

      Usuń
  4. Mam podobnie, choć staram się ograniczać "wymęczanie" świetnych utworów albo wybitnych filmów. Nie działa :)
    A o tekstach, które w zamierzeniu mają być krótkie i treściwe i mówić o wielu sprawach coś wiem. Na ogół to tylko zamierzenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie widzę, że akcja zaczyna zataczać szersze kręgi :)

      Usuń
    2. Miałem być pierwszy, ale mnie uprzedziłaś ;) A ponieważ akcja słuszna i ciekawa, niech zatacza.

      Usuń
  5. O "Wilku..." ostatnio głośno i zaczynam mieć chęć, żeby obejrzeć ten film. Choć niekoniecznie w kinie, chyba jednak poczekam aż trafi na mały ekran.
    Ostatnio oglądam dużo seriali. Ale o Mentalisty nie słyszałam (nie mówiąc już o oglądaniu), więc wychodzi, że jestem trochę zacofana w tym temacie. Ostatnio nadgoniłam "Arrow", "Chirurgów", "Kości" i parę tytułów polskich.
    Ja mam pewien problem z muzyką. Zazwyczaj wynajduję bardzo niszową i ta mi zapada w pamięć. Mam też duży sentyment do polskich wykonawców. Często łapie się na tym, że przy rozmowie ze znajomymi nie potrafię sobie uświadomić jak brzmi nowy utwór Rihanny czy Shakiry. A na mojej playliście jest ścieżka z musicalu "Metro", Dido, soudtrack ze Zmierzchu (czyli najlepszy kawałek filmu ;) ), Volver i parę innych. I rzeczywiście słucham ich nagminnie.

    Zresztą mam tak samo z serialami. Oglądam parę odcinków dziennie (o ile czas mi na to pozwala)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Chirurgów" i "Kości" swego czasu oglądałam namiętnie, potem mi przeszło. Myślę, że "Mentalista" by ci się spodobał, spróbuj. :)
      Co do muzyki, to ja czasem słucham jakiejś piosenki w radio przed kilka tygodni i mi się podoba, a dopiero potem się dowiaduję, że to Katie Perry albo lady Gaga, a raz nawet One Direction. Ale zdarza mi się też słuchać bardziej niszowej muzyki, muzyka z "metra" jest genialna, równiez bardzo lubię słuchać te utwory, Dido swego czasu też słuchałam, a soundtrack ze "Zmierzchu" nawet gdzieś się tu walał po domu...
      No i serial obowiązkowo oglądam w charakterze filmu z przerwami na zrobienie herbaty :D

      Usuń
  6. Jeden z blogerów / nie czytelniczy/ wieszczy iż ten film to gwóźdź do trumny di Caprio - ciekawa jestem czy się to sprawdzi.
    Mentalistę chętnie oglądałam, gdy tylko udało mi się dorwać do telewizora w czasie gdy szedł odcinek.
    Ostatnio na iplexie oglądnęłam "Polowanie" - świetny film skandynawski, który mogę polecić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się tam nie znam i nie wiem, za co oni dają te Oscary, ale często się tak zdarzało, że dobrym aktorom za dobre filmy nie dawali statuetki, a potem żeby naprawić błąd dawali za byle co.
      Zapoluję na "Polowanie" - szwedzkie filmy mają ten klimacik, który lubię :).

      Usuń
    2. To ja potwierdzam poziom "Polowania" - niezwykle angażujące kino.

      Usuń
  7. Chciałabym obejrzeć film ,,Wilk z Wall Street". Bardzo mnie ciekawi :>
    Pozdrawiam : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto się wybrać do kina, ciągle ktoś o tym filmie mówi, a naprawdę trzeba go zobaczyć by wyrobić sobie opinię. Chociażby u mnie w pracy każdy miał totalnie inne wrażenia.

      Usuń
  8. O, wlasnie, pod choinke dostałam Kindla, zakochałam się w nim z miejsca i... prawie nic na nim nie czytam ;-)). A moja znajomość Kindla jest podobna do Twojej :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się w swoim zakochałam, tak bardzo, że dopiero po roku kupiłam mu wdzianko do jeżdżenia tramwajem :D Wprawdzie przeczytałam na nim w zeszłym roku kilkanaście książek, ale przeczuwam, że dopiero teraz w pełni odkryję jego moc :D

      Usuń