„McDusią” pani Musierowicz powróciła w wielkim stylu. A ja
wraz z nią powróciłam do magicznego świata Jeżycjady, do mieszkania na
Roosevelta, gdzie każdego przyjmą z otwartymi ramionami.
Nie ma sensu opisywać fabuły – ci, którzy czytają Jeżycjadę,
i tak przeczytają (to już dziewiętnasty tom!), ci, którzy jeszcze nie znają (są
tacy?), gdyby postanowili się zapoznać – tych odsyłam do tomów najpierwszych. Tutaj
zatem będzie parę tylko impresyjek z mojego spotkania z powieścią.
Po pierwsze – dawno już nie było tak dobrego tomu. Mam
wrażenie, że ostatni taki to był „Język Trolli”, a każdy kolejny już troszkę
słabszy. A tu bach – majstersztyk, perełka, powrót do starych, dobrych czasów.
O właśnie, powrót! Ten cykl ma coś, czym nie może się pochwalić
większość „seryjniaków” – czytelnik tak dobrze zna już ten wykreowany świat, że
nie czyta o nim, a w nim ląduje. Po kilki latach znów zasiadłam za stołem w
pełnej, ciepłej kuchni Borejków, jakbym właściwie nigdy z niej nie wychodziła –
i co z tego, że ta kuchnia jest w Poznaniu? Bohaterów znam od urodzenia, ba!
wiem, co się działo burzliwego, zanim na te świat przyszli. Jeszcze zanim się
przedstawią, po pierwszych słowach opisu już widzę, kto się pakuje do
przedpokoju – a to szalona Ida, a to zakręcony Bernard Żeromski. Laura, jak to
Laura – wdzięczy się przed lustrem, senior rodu – Ignacy Borecko czuwa nad poprawna
polszczyzną dwuletniego Ziutka, Gabriela czuwa nad wszystkim jak anioł stróż, a
młodzieńcy już – Józinek i Ignacy Grzegorz wciąż rywalizują. Czytając takie
książki ma się wrażenie, że jednak pewne rzeczy są niezmienne.
„McDusia” jest jednym z tomów Jeżycjady, które ja nazywam bożonarodzeniowymi
– czyli chyba tymi najlepszymi, bo oprócz ciepła i uroku członków rodziny
Borejków udziela nam się również świąteczna atmosfera, aż chciałoby się wyjrzeć
za okno i zobaczyć wirujące śnieżynki… Troszkę żałuję, że nie zostawiłam sobie
lektury na pierwszy dzień świąt, ale i tak jest bliżej niż dalej do Bożego
Narodzenia, więc mała strata. Oczywiście, w moim prywatnym rankingu nic nie
przebije „Noelki”, jeśli chodzi o tę porę roku, ale najnowszy tom cyklu
dzielnie podąża tym tropem.
I tylko smucą czasem niektóre rzeczy. Smuci śmierć starych
(bardzo starych!) bohaterów. Smuci dorastanie – postaci znane nam z poprzednich
tomów dojrzały, rozjechały się po świecie – Francja, Holandia, Japonia… i tęskno
za nimi. Jest ich już tak wielu, że przyznaję – nie wszystkich dokładnie
pamiętam. Gdy na dłużej pojawiali się na kartach ostatniej powieści,
przypominałam sobie ich losy, jak to jest na spotkaniu dawno niewidzianych
znajomych, ale szereg tych, o których tylko napomknięto, przykryła już pierzynka
zapomnienia. Muszę kiedyś wrócić do poprzednich tomów, by poznać ich na nowo. Smuci
też powolne starzenie się seniorów rodu – Ignacego i Mili – wciąż są z nami, ale czytelnik zastanawia
się – ile jeszcze wspólnych tomów jest nam dane? Czy zamykając „McDusię”
pożegnaliśmy ich już na zawsze? Czy jeszcze dane nam będzie przewrócić wspólnie
strony kolejnych Jeżycjad?
Moja ocena: 5,5/6
Małgorzata Musierowicz McDusia
Wyd. Akapit Press
2012
Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik.
