O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2017

Arne Dahl "Ostatnia para ucieka"

W ostatnich tygodniach czytam zdecydowanie wolniej. Nie wiem dokładnie z czego to wynika, może to już oznaka, że zima trwa zdecydowanie za długo, wszystko i zwolniło i życie ogólnie wygląda jakbym pełzła powoli w kierunku światła. Powolne czytanie ma swoje bezdyskusyjne plusy, wczuwam się bardziej w losy bohaterów, wychwytuję więcej szczegółów, jednak ma też swoją wadę – po ponad tygodniu spędzonym z tymi ludźmi, na tych sprawach, w tych miejscach, nie chce się wracać do innych światów, a już na pewno nie do własnego. I uczucie jest tym silniejsze, gdy na dłużej zasiedziałam się z bohaterami, których uwielbiam i których traktuję jak starych przyjaciół.

Jak zapewne kojarzycie, nie kupuję ostatnimi czasy prawie żadnych książek. Prawie, bo jednak od każdej reguły są wyjątki. Takim wyjątkiem jest kolejny, niestety już chyba ostatni, tom przygód policjantów z Opcopu, autorstwa Arne Dahla. Zwłaszcza, kiedy tom poprzedni autor zakończył tak potwornym cliff hangerem, że aż się chciało wyć z rozpaczy. Ostatnia para ucieka podejmuje fabułę tam, gdzie zakończyła się Ciuciubabka, z powrotem przywołuje na scenę starych znajomych jeszcze z czasów Drużyny A, mobilizuje cały zespół Opcopu, porusza do działania samego szefa Paula Hjelma, aby tylko dorwać swojego największego wroga i uratować świat.

Do tej pory każdy tom autorstwa Dahla opierał się na pewnym „schemacie” – kilka śledztw które w pewnym momencie łączyły się w jedno. Tym razem jednak, zważywszy na fakt, iż jest to ostatni tom, jedynym co mi przychodzi na myśl by scharakteryzować fabułę to „Wszystkie ręce na pokład”. Nie ma już powolnych, skrupulatnych śledztw. Jest wyścig z czasem, akcja niemalże na każdej stronie. Jest i komentarz do wydarzeń współczesnych autorowi, gdy pisał tą powieść, między innymi Occupy Wall Street, ale jest on wpleciony w wartko płynącą fabułę. Żaden z bohaterów nie jest traktowany ulgowo – poszczególne pary euro policjantów jedna po drugiej rozrzucane są po całym świecie, by w spektakularny sposób doprowadzić do zakończenia przerażającego i niemoralnego procederu. A zakończenie można przyrównać do sporej eksplozji fabryki materiałów wybuchowych.

Nie jestem chyba obiektywna, gdy piszę o książkach moich ulubionych autorów, a do nich zdecydowanie zalicza się Arn Dahl, i to od lat. Jednak Ostatnia para ucieka jest wyjątkowa, Dahl wziął wszystko co miał najlepsze ze wszystkich pozostałych powieści i stworzył arcydzieło. Teraz pozostaje mi tylko liczyć na to, że moi przyjaciele wrócą w kolejnej serii, lub rozpocząć tą przygodę od nowa, sięgając po Misterioso.

Moja ocena: 6/6

Arne Dahl Ostatnia para ucieka
Tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2016

wtorek, 3 stycznia 2017

Arne Dahl "Ciuciubabka"


Ulubieni bohaterzy są jak starzy, sprawdzeni przyjaciele – po latach nie wiesz już, czy się z nimi przyjaźnisz, bo są tacy wspaniali, czy po prostu dlatego, że zajmują ważne miejsce w Twoim sercu. Dlatego tak trudno jest napisać obiektywną opinię Twojego bliskiego, i tak trudno jest pisać o bohaterach, których znasz od lat, których przygody śledziło się z tomu na tom, niezależnie od tego, jak bardzo nieprawdopodobne by one były.

Członków Drużyny A poznałam na pierwszym roku studiów, w 2008 roku, jakby nie patrzeć – 9 lat temu. Zwykle co roku pojawiały się kolejne tomy, czasem obrodziło dwoma na raz. Niektórzy zmieniali miejsce pracy, przychodzili inni, ich losy plątały się, schodzili na złą drogę, wracali na dobrą. Ale przede wszystkim wkładali umysł i serce w każdą kolejną kryminalną zagadkę. Zagadki te z kolei stawały się coraz bardziej skomplikowane i międzynarodowe. Potem Drużyna A się rozpadła, ale w jej miejsce pojawiła się super tajna jednostka operacyjna Europolu – Opcop, w skład której weszli niektórzy starzy znajomi.

Jak w każdej poprzedniej książce, tak i tutaj Arne Dahl skupił się na jednym z problemów społecznych nękających Europę – zanieczyszczenie środowiska poprzez emisję spalin samochodowych. Pewne zdarzenie na niemieckiej autostradzie daje początek bezprecedensowemu projektowi unijnemu, są jednak pewne siły, które za wszelką cenę starają się nie dopuścić do jego realizacji. Jednocześnie kontynent zalewa świetnie zorganizowana grupa przestępcza, której pracownikami i jednocześnie niewolnikami są żebracy. Jak to często bywa, interesy okazują się zbieżne, a połączone siły mafijne mogą zwalczyć jedynie świetnie wyszkoleni i wyposażeni międzynarodowi policjanci. Gliniarze nowej generacji.

Dahl nie oszczędza czytelnika. Jego specyficzny styl, błyskotliwe dialogi, nietuzinkowe postaci łączą się w wyrafinowaną całość z wielowątkową fabułą, nieprzewidywalną i często niesamowitą. A jednocześnie jest to wszystko takie prawdziwe, to jest ten świat zza okna. Teraz dodatkowo autor postanowił zakończyć trzeci tom Opcopu w sposób, który pozostawił mnie z rozdziawioną buzią (dosłownie!) i absolutną koniecznością zakupu czwartej, ostatniej części cyklu, już w styczniu. Pomimo postanowień o niekupowaniu.

Chociaż zawiera wiele klasycznych elementów, nie jest to po prostu kolejny szwedzki kryminał. To książka, którą sama bym napisała, gdyby Dahl nie zrobił tego wcześniej, i lepiej. Na takie książki czekam z wytęsknieniem.

Moja ocena: 6/6

Arne Dahl Ciuciubabka
Tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2016

czwartek, 6 października 2016

"Testament Nobla" Liza Marklund

Nie od dziś wiadomo, że na czytelniczą depresję i niechciejstwo najlepiej działają kontynuacja ulubionych serii. A że ostatnio dopadło mnie takie właśnie niechciejstwo, po 4 innych rozpoczętych książkach stwierdziłam, że czas na starą znajomą Annikę Bengtzon. Z powieściami Lizy Marklund znamy się od kilku lat, i zawsze staram się mieć na półce kolejny tom czekający na czas, gdy tylko jej książki jestem w stanie przeczytać.

Testament Nobla to szósta powieść z serii o dziennikarce, pracującej dla tabloidu i poszukującej sensacji by opisać je na łamach swego czasopisma. Tym razem autorka wzięła na tapetę obchody z okazji wręczenia kolejny raz nagród Nobla, najbardziej prestiżowych nagród na świecie. Aż dziw bierze, że po tylu latach świetnej passy szwedzkich kryminałów, z których lwia część ma osadzoną akcję w Sztokholmie, dopiero Marklund, i to w kolejnej części cyklu, podejmuje ten temat, i waży się zbudować wokół tej chwały Szwedów bogatą, wielowątkową aferę polityczno-kryminalną, z wielką nauką i wielkimi pieniędzmi w tle. I tym razem, obok śledztwa, autorka wdraża czytelnika w życie prywatne bohaterki, które jak zwykle budzi we mnie olbrzymie emocje.

Prawdziwy skandynawski kryminał to taki, który mówi o ważnych tematach i pozostawia nas wykończonych emocjonalnie. I chociaż szereg nowszych kryminałów z tej części świata przestaje przypominać swoich poprzedników, to dobrze wiedzieć, że na rynku wciąż dostępna jest klasyka gatunku, a do niej na pewno zalicza się Liza Maklund. Skorumpowane welfare state plus układy rodzinne rodem z czasów Wikingów i tym razem nie pozwoliły mi się oderwać od przygód bohaterki, której na początku nie lubiłam. Teraz, po tych wszystkich latach, jesteśmy wiernymi przyjaciółkami.

Moja ocena: 5,5/6

Liza Marklund Testament Nobla
Tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2011

poniedziałek, 21 marca 2016

Arne Dahl "Gorące krzesła"

Nie wyobrażam sobie dnia, w którym przeczytam ostatnią dostępną książkę Arne Dahla i okaże się, że nic więcej nie będzie. Powieści tego szwedzkiego autora, przez jednym uwielbiane, przez innych mocno krytykowane, są ze mną od lat, każda kolejna premiera to dla mnie małe wydarzenie. I nie zmieni tego fakt, że nie każda z nich podoba mi się równie mocno, co poprzednia.

Po tym jak moja ukochana Drużyna A rozstała rozwiązana, a niektórzy jej członkowie przeszli do Europolu, przedmiotem nowego cyklu kryminalnego Dahla stała się inna nowatorska grupa policjantów – eksperymentalna jednostka operacyjna Europolu, złożona z oficerów pochodzących z krajów zjednoczonych Europy. Dla porządku – Europol to jedna z agencji Unii Europejskiej, której zadaniem jest głównie organizacja pracy krajowych policji w śledztwach międzynarodowych. Inaczej niż Interpol, Europol nie prowadzi dochodzeń sam w sobie, jedynie organizuje i ułatwia pracę innym. Dlatego te powieści Arne Dahla są jeszcze bardziej fikcją, niż większość tego typu książek. Co nie przeszkadza mi w pasjonowaniu się nimi. Jeśli bowiem ktoś nie napisałby książki o grupie gliniarzy z różnych krajów i kultur, pracujących razem, ja bym ją napisała. I nie byłoby to pewnie nic dobrego.

W każdej książce Arne Dahla bohaterowie prowadzą kilka oddzielnych śledztw, które w pewnym momencie okazują się ze sobą połączone. Tym razem autor nieco odszedł od konwencji. Opcop wraz ze swoimi krajowymi agendami prowadzą bowiem dochodzenie w sprawie kilku bardzo podejrzanych zgonów, o których wiedzą, że coś je łączy, ale nie wiedzą co. Jak to zwykle bywa z kryminałami skandynawskimi, i tutaj w tle śledztwa pojawia się tematyka ważna i kontrowersyjna dla współczesnych społeczeństw. Pisząc jednak jaki tym razem problem społeczny jest na tapecie, pewnie zniszczyłabym trochę lekturę tym, którzy chcą sięgnąć po książkę, wystarczy zatem jeśli powiem, że jest to kwestia coraz bardziej aktualna w dzisiejszych czasach.

Dahl nigdy nie obawiał się przesady i nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, stawiał swoich bohaterów w sytuacjach bez wyjścia, a oni znajdowali wyjście w stylu McGyvera. Jednym może to razić, dla mnie jest to znak rozpoznawczy tych powieści i część rozrywki w trakcie czytania. W Gorących krzesłach  jednak autor sporo przyszalał, jednak suma summarum wszystko to miało ręce i nogi i dostarczyło mi masę wrażeń. Jednak tym, co najbardziej uwielbiam w tych książkach, i co trudno mi znaleźć w innych kryminalnych seriach, to praca zespołowa. Arne Dahl tworzy wyjątkowe postaci, o czym można się przekonać chociażby na podstawie Marka Kowalewskiego, jednego z członków  Opcopu. Takiego polskiego gliniarza, zdałoby się, może stworzyć tylko polski autor, a tu takie zaskoczenie. Tu nie ma miejsca na one man show, nie ma jednego geniusza i bandy popychadeł. Tu są sami wartościowi i wykwalifikowani policjanci, a każdy z nich jest osobną, pełnokrwistą postacią ze swoimi doświadczeniami, wadami i zaletami. O ile bowiem inne cykle kryminalne zaznaczają że ważna jest praca zespołowa, o tyle gdy przychodzi co do czego, tylko jeden bohater zdaje się ogarniać o co chodzi. Tutaj wszyscy ogarniają.  Mimo zatem ogólnego szaleństwa, jakie panowało w Gorących krzesłach, powieści Dahla jeszcze długo mi się nie znudzą.

Moja ocena: 4,5/6

Arne Dahl Gorące krzesła
Tłum. Dominika Górecka
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2016

poniedziałek, 4 stycznia 2016

"Przysługa" Kate Atkinson

W świecie filmów zasadą jest, że sequel jest słabszy niż pierwsza część. Są wyjątki, a jakże, jednak zwykle do tego się to sprowadza. Zaś zauważyłam, że w przypadku cykli książkowych, tom drugi i kolejne nie raz przewyższają o głowę tom pierwszy. Bierze się to może z faktu, iż „jedynka” oprócz właściwej opowieści, mam również światłe zadanie wprowadzenia na scenę dramatis personae, zapoznać nas z głównym bohaterem/bohaterką, jego historią, charakterem, przyzwyczajeniami. Podobnie musi przedstawić czytelnikowi świat, w którym będziemy się odtąd poruszać. W tym roku zdarzyło mi się czytać naprawdę wiele świetnych drugich tomów przyzwoitych pierwszych.

Na początku był genialny Księżyc nad Soho Bena Aaronovicha. Owszem, Rzeki Londynu były dobre, ale to tom drugi sprawił, że oszalałam na punkcie tego cyklu magicznych kryminałów. Podobnie Przyjaciele, kochankowie, czekolada Alexandra McCall Smitha, druga część przygód panny Dalhouisie, zdecydowała, iż będę kontynuować lekturę kolejnych tomów; pierwszy tom, chociaż uroczy i zrobił na mnie niemałe wrażenie, chwilami był jednak strasznie powolny. 2015 rok był też rokiem Flawii de Luce i znów, pierwszy tom był OK., natomiast drugi pochłonęłam niemalże w jeden dzień i śmiałam się do łez. Jedwabnik Roberta Galbraitha był obłędny, chociaż akurat w tym przypadku tom pierwszy, Wołanie kukułki, było prawie tak samo dobre. Wreszcie koniec roku przyniósł mi lekturę drugiego tomu cyklu autorstwa Viceci Sten pt. W zamkniętym kręgu. Pierwsza książka autorki, Na spokojnych wodach, nie różniła się wiele od kilkunastu innych skandynawskich kryminałów, była dobra, ale bez szału. Tom drugi zaś, ponownie, wciągnął mnie i wypluł po jednym dniu. Wciąż jest to klasyczny skandynawski kryminał, nie zmienił się w żadną noblowska pozycję, ale był naprawdę trzymający w napięciu i pełen zwrotów akcji.

Nie inaczej było w przypadku Przysługi, czyli drugiego tomu cyklu kryminalnego autorstwa Kate Atkinson. Poprzednia tom, Zagadki przeszłości, zrobiły na mnie wrażenie bardzo nietypowego kryminału, i chociaż lektura mi się podobała, to z jakiegoś powodu nie poleciałam do księgarni pierwszego dnia, kiedy ukazała się kolejna część. Ale miałam w tyle głowy, że pewnego dnia chciałabym ją przeczytać. Zażyczyłam sobie w końcu Przysług jako prezentu gwiazdkowego.

Znów nie miałam do czynienia z klasycznym kryminałem. A może miałam… Atkinson znana jest mi już ze swoich zdolności do omotania czytelników, wprowadzania ich w błąd, a nie, przepraszam, sami się wprowadzają, ona przecież nic nie mówiła… Historia tym razem wychodzi o jednego zdarzenia, wypadku drogowej agresji, której świadkami i uczestnikami stają się nieznane sobie osoby. Osoby, które następnie udają się, każda w swoim kierunku, by już nigdy się nie spotkać… Błąd! Pomimo bowiem dość licznie zamieszkałego Edynburga, w którym dodatkowo odbywa się festiwal, te zupełnie obce sobie postaci zetkną się jeszcze nie raz, w coraz bardziej zaskakujących okolicznościach, by doprowadzić do finałowego rozdania, w którym nikt nie będzie tym, za kogo się podawał.

Przysługi to bardzo gęsta i zaskakująca powieść kryminalna, gdzie autorka nie skupia się jedynie na morderstwie. Mamy tu oszustwa, kradzieże, przestępczość gospodarczą, rosyjską mafię, czym chata bogata. A jednak nie ma się wrażenia, że czegoś jest za dużo. Z resztą, kryminał to jedno – oprócz tego dostajemy bogatą powieść obyczajową. Krok po kroku poznajemy losy naszych bohaterów, które doprowadziły ich do miejsca, z którego wychodzi cała powieść. Każdy bohater zrobił na mnie swoiste wrażenie, po to, by na koniec zupełnie mnie zaskoczyć. Dawno już nie czytałam czegoś, co na ostatnich stronach tak by zamieszało moimi szarymi komórkami. A to przecież tylko kryminał!

Wiem skąd inąd, że tom trzeci jest równie dobry. Może nawet lepszy? W każdym bądź razie nie zamierzam czekać kolejnego roku, aby się o tym przekonać.

Moja ocena: 5/6

Kate Atkinson Przysługa
Tłum. Aleksandra Wolnicka
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2015

czwartek, 30 lipca 2015

Opcop


Pierwszy wewnętrzny okrzyk radości – kiedy w zapowiedziach wydawnictwa pojawia się TO nazwisko, którego już obawiałam się tam nie zobaczyć. Potem tygodnie oczekiwania. Tydzień przed premierą niecierpliwe nawiedzanie Empików dzień po dniu w nadziei, że u nich pojawi się wcześniej. Wreszcie jest. Mogłabym zacząć czytać od razu na przystanku, ale postanawiam poczekać – co nagle to po diable, a ja nie mam do piątku czasu na bycie wciągniętą bez reszty. Wreszcie nadchodzi ten dzień. Pierwsza strona – lista członków nowej grupy. Kilka nowych twarzy, owszem, ale przede wszystkim – niektórzy członkowie Drużyny A. Szybki rzut oka i rozczarowanie – na liście nie ma mojego ulubionego bohatera. Emocje podobne jak przy odczytywaniu listy przyjętych do liceum. Kilkadziesiąt stron później – jednak pisk radości. Jon Anderson jednak tam jest. A potem już jazda bez trzymanki – Sztokholm, Haga, Nowy Jork, Ryga, krakowskie Swoszowice (!), Londyn, Berlin…

Jeśli idzie o książki Arne Dahla, mam na ich punkcie absolutną obsesję. Dopiero co skończyło się u nas wydawanie wszystkich tomów o przygodach Drużyny A, a już wydawnictwo czarna Owca rusza z kolejnym cyklem powieści o jednostce operacyjnej Europolu, do której zrekrutowano kilkoro byłych członków Drużyny. Wraca Paul Hjelm i Kerstin Holm, znów spotykamyi Arto Soderstedta i Jorge Chaveza, jest Sara Svenhagen i mój ulubiony Jon Anderson. Kilkoro pozostałych przeszło na zasłużoną emeryturę, autor na szczęście wypisał z fabuły (przynajmniej na razie) Lenę Lindberg. W nowej grupie poznajemy najlepszych gliniarzy z całej zjednoczonej Europy. Co cieszy, pojawia się również polski wątek z Markiem Kowalewskim, który początkowo nie robi dobrego wrażenia, ale później ciężko pracuje na swoją dobra opinię. Tym czasem przestępczość, wraz z rozwojem Unii, zmienia się i korzysta w pełni z wolności, które daje Wspólnota. Śledztwa szwedzkie, włoskie, niemieckie, łotewskie i brytyjskie siłą rzeczy muszą połączyć się pod egidą jednej, międzynarodowej grupy. Świetnie oddaje to fragment blurba z okładki: „Przestępczość nie zna granic. Dlaczego policja miałaby je znać?”.

Chciałam kiedyś napisać powieść sensacyjno-kryminalną. I ona miała wyglądać dokładnie tak samo, jak Głuchy telefon. Jota w jotę, tylko u mnie byłby jeszcze firmowy samolot, a u Dahla jest lepszy język. Zdarzyło wam się kiedyś uczucie,  że autor sięgnął wam do umysłu i wyciągnął dokładnie to, co chcieliście przeczytać? Mnie się to zdarzyło po raz pierwszy. I to było najbardziej odjazdowe uczucie w życiu.  W mojej ocenie duże odzwierciedlenie ma mój emocjonalny stosunek. Do tego autora, do bohaterów, do tego, co razem z nimi przeszłam. To taka przyjaźń na dobre i na złe, która nie zmieni się, nawet jeśli któryś kolejny tom nie będzie tak dobry jak poprzedni. Nowy cykl jest tak samo dobry jak poprzedni, ale różnice są znaczące, nie ma odgrzanego kotleta, ale jest ta sama dynamika grupy, która czyniła Drużynę A tak wyjątkową.

Dziękuję ci, Arne Dahlu, za takie książki.

Moja ocena: 6/6

Arne Dahl Głuchy telefon
Tłum. Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2015

niedziela, 21 czerwca 2015

Minimalizm i co dalej

Od kilku miesięcy dzielę z Magdą ze Stulecia literatury kolejną (obok czytania) pasję, mianowicie – minimalizm i ogólne ogarnianie życia. I chociaż u każdej z nas objawia się to w różny sposób i w różnym tempie, to siłą rzeczy sięgamy po te same książki. Których, swoją drogą, jest ostatnio bardzo dużo na naszym rodzimym podwórku. Amerykanie, Japończycy, Francuzi, Polacy – każdy pisze o zmniejszaniu ilości posiadanych dóbr i organizowaniu tego, co pozostało po porządkach. I co ciekawe, mimo, iż sam temat wydaje się uniwersalny, każda narodowość podchodzi do niego nieco inaczej, każdy, w zależności od kultury, w jakiej żyje, uzbierał trochę odmienny barłóg śmieci, wydaje niepotrzebnie pieniądze na innego rodzaju towary nie-pierwszej-potrzeby, ale i korzysta z przestrzeni o innych rozmiarach, typów szaf popularnych w ich otoczeniu (od szaf-pokojów, poprzez szafy wnękowe aż do szaf wolnostojących). Dlatego lektura każdej kolejnej pozycji daje zupełnie nowy ogląd zbieractwa, ale i między wierszami sporo mówi o tym, co zbierają poszczególne nacje.

Fale wyrzucania niepotrzebnych rzeczy mam już za sobą – co jakiś czas przeglądam swoje zbiory i zwykle kończy się to kilkoma workami ubrań, papierów i cosiów, których nie używałam, i których nieobecności dotąd nie odczułam jako przykrej. Co nie znaczy, że nie mam już nic do wyrzucenia, oddania, sprzedania, zrecyklingowania. Mam, ale zauważyłam, że niektóre rzeczy potrzebują czasu i odpowiedniego nastawienia, aby móc się z nimi bezboleśnie rozdzielić. Teraz jednak, kiedy sporo rzeczy zniknęło, zaczęłam się równie mocno interesować sensownym przechowywaniem tego, co zostało. Przechowywaniem w taki sposób, aby było łatwo dostępne, gdy zajdzie potrzeba, aby nie utrudniały codziennego życia i w miarę możliwości nie spadały mi na łeb, kiedy otworzę szafkę.

I jedną z tych pozycji, które miały mi w tym pomóc, jest Sztuka porządkowania Dominique Loreau. Książki tej autorki przyciągały mnie od jakiegoś czasu – cieknie, białe, minimalistyczne, eleganckie, i obiecujące pomoc w kolejnych fazach ogarniania życia poprzez bezpośrednie tytuły: Sztuka sprzątania, Sztuka umiaru, Sztuka minimalizmu, ect. Czy była to lektura zmieniająca życie? Nie za bardzo, bowiem autorka nie zawarła w niej zbyt wielu odkrywczych patentów na porządkowanie; jeśli ma się za sobą kilka miesięcy żmudnego przekopywania się przez zawartość Internetu, większość z tych porad zdołał już przyswoić. Co nie znaczy, że nie okazała się zupełnie pozbawiona wartości. Po pierwsze Loreau ciekawie pisze o tym, dlaczego porządkowanie jest tak ważne. Na jakie sfery naszego życia wpływ mają nieuporządkowane lub źle przechowywane rzeczy, ile czasu można zaoszczędzić, znajdując rzeczom miejsce i trzymając je w nim, jak spada poziom stresu, gdy łatwo możemy odnaleźć klucze czy rajstopy, jak wpływa to na oszczędność pieniędzy (ile razy zdarzyło się wam kupić coś w drugim egzemplarzu, po pierwszy leży nie wiadomo gdzie? No właśnie). Te informacje, bardziej niż same praktyczne wskazówki, zmotywowały mnie do dalszej pracy nad zajmowanym przez mnie terytorium  w domu, w pracy, na wakacjach. Dlatego ta pozycja zdecydowanie ze mną zostaje, przynajmniej na razie, ze względu na ten motywujący charakter jej pierwszej części.

W części drugiej znajduje się zatrzęsienie praktycznych porad dotyczących porządkowania. Jak pisałam, mnie tu nic szczególnie nie wbiło w fotel, ale wydaje mi się, że dla osoby, która nie chce się doktoryzować przez kilka miesięcy z tego tematu, czytając blogi, story internetowe, przeglądając Pinteresta i subskrybując logi na YouTube, Sztuka porządkowania będzie idealnym rozwiązaniem. Cienką książeczkę można przeczytać w jedno popołudnie, a pozytywne skutki będą odczuwalne przez następne kilka miesięcy.

Moja ocena: 5/6

Domique Loreau Sztuka porządkowania. Lepsze życie w zorganizowanej przestrzeni.
Tłum. Angelina Waśko-Bongiraud
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2015

piątek, 30 stycznia 2015

Parszywa dwunastka i zamek

Książki Lisy Marklund nigdy mnie do tej pory nie zawiodły, dlatego zastanawiam się, co mnie tak długo powstrzymywało od sięgnięcia po kolejny tom o przygodach Anniki Bengzton. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem książki te czyta się tak dobrze i szybko, że akurat wpasowały mi się w czas intensywnej nauki, jako przyjemny przerywnik.

Lisa Marklund nie bez powodu jest wymieniana jednym tchem z takimi nazwiskami jak Stieg Larsson czy Henning Mankell, jeśli idzie o typowe, skandynawskie kryminały. Autorka bowiem potrafi w każdej swojej książce roztoczyć tą mroczną, smutną, szarą wizję państwa, które z zewnątrz jest typowym welfare state, a pod tym płaszczykiem gnije jak cała reszta zachodniego świata. W tomie Prime time jednak uczyniła ukłon do klasyków literatury kryminalnej, i połączyła typową skandynawską ciężką atmosferę z „zagadką zamkniętego pokoju”.

W zamku nieopodal Sztokholmu odbywają się zdjęcia do nowego programu gwiazdy telewizji, Michelle Carlsson. Po zakończonym dniu zdjęciowym 13 osób decyduje się spędzić na miejscu jeszcze jedną noc. Alkohol, zawiść i broń palna – to nigdy nie jest dobre połączenie, i dobitnie przekonuje się o tym Michelle, która pada ofiarą morderstwa. Morderstwa popełnionego z największym prawdopodobieństwem przez kogoś z pozostałej dwunastki. Przed zamkiem niczym sępy zbierają się dziennikarze – prasa lokalna, dzienniki krajowe, popołudniówki. A pomiędzy nimi Annika, dla której uzyskanie informacji o zdarzeniu na potrzeby artykułu to tylko jeden z wielu problemów, z którymi musi się zmierzyć. Między innymi, jak zachować dziennikarską rzetelność, kiedy jednymi z podejrzanych są przyjaciółka Anniki i dwoje jej współpracowników?

Patrząc na powyższe podsumowanie, nawiązanie do Morderstwa w Orient Expressie wydaje się oczywiste. Jednak Marklund nadaje całej zagadce tak typowy dla jej powieści nastrój przygnębienia, porusza ważne tematy społeczne, przeplata śledztwo w sprawie śmierci Michelle z prywatnymi wojnami, jakie toczą się w dziennikarskim światku, iż sam rdzeń kryminalny jest tu niemalże niewidoczny. Jednocześnie pierwszy raz w tych książkach śledztwo jest prowadzone tak intensywnie – zwykle w między czasie czytania zapominałam na chwilę, że to kryminał, a dopiero przy końcu cała akcja skupiała się na morderstwie. Tutaj było inaczej, autorka po raz kolejny zaskoczyła mnie, przykuła moją uwagę i sprawiła, że po następną jej powieść sięgnę zapewne wcześniej niż za dwa lata.

Zatem, jeśli dopiero poznajecie świat skandynawskich kryminałów, szczerze polecam sięgnąć po Lise Marklund, zaś jeśli jesteście ‘specjalistami” w dziedzinie – to jakim cudem jeszcze nie znacie tej autorki?

Moja ocena: 5,5/6

Lisa Marklund Prime Time
Tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2010


Pierwsza książka ze stosika 12 książek na 2015 rok.


sobota, 27 grudnia 2014

Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść...

Sześć lat przed aferą Snowdena Arne Dahl zadaje pytanie, ile jesteśmy gotowi poświęcić w imię bezpieczeństwa. Czy naprawdę przeszkadza nam skanowanie przez rząd naszych komputerów i telefonów, jeśli sami używamy ich tylko do zbożnych celów, a takie monitorowanie może zapobiec atakowi terrorystycznemu? Czy wręcz przeciwnie, do zbiorowych aktów mordu w imię religii czy ideologii będzie chodzić i tak, a jeśli zrezygnujemy z prawa jednostki do nieskrępowanej wolności, to równocześnie przekreślimy dorobek ostatnich dekad?

Problem powszechnej inwigilacji obywateli przez władze oraz sens demokracji zadaje autor w swojej kolejnej powieści Oko nieba, która, co ze smutkiem skonstatowałam, okazuje się być ostatnia regularną książką z cyklu o Drużynie A. Ci z Was, którzy zaglądają tu wystarczająco długo, wiedzą, że ten cykl należy do moich ulubionych, a premiera każdego tomu stanowiła zawsze wielkie wydarzenie. A tu z zaskoczenia – koniec. Jednak jaki koniec. Dahl wybrał rozwiązanie trudniejsze dla czytelnika, ale jednocześnie lepsze – zakończył cykl, kiedy był on jeszcze równy i dobry, nie męczył tematu do chwili, gdy nawet tacy entuzjaści Drużyny A jak ja wykruszą się do innych cykli.

Ale zanim Drużyna zakończy swoją pracę, czeka na nich ostatnie, mroczne zadanie. Zadanie w stylu pierwszych tomów. Morderczy wyścig z czasem. Po latach wstydu anorektyczki wychodzą na światło dzienne i głoszą doktrynę „pro ana” – głodzenia się jako sposobu na idealne ciało, a nie jako choroby. Kobiety cierpiące na tą dolegliwość są podstępem ściągane do jednego ze sztokholmskich mieszkań, gdzie poddawane są torturom, a następnie zabijane. Morderca jest sprytny i dobrze przygotowany, a wszelkie ślady, które pozostawia, prowadzą donikąd. Jak szybko Kerstin, Arto, Gunnar, Jon, Lena, Jorge i Sara zdołają powiązać ze sobą wątki i uratować te, które jeszcze można uratować?

W tym samym czasie były członek Drużyny – Paul Hjelm – znów awansuje. Staje przed nim zadanie wyjaśnienia zagadki zniknięcia najlepszego szwedzkiego szpiega. Paul musi wykorzystać swój detektywistyczny talent, a jednocześnie odkryć w sobie odwagę, by zejść do podziemia i odnaleźć nie tylko Tore Michaelisa, ale i odpowiedzi na pytania z pierwszego akapitu tego tekstu.

Tak naprawdę czytelnik już od początku przeczuwa, że to już koniec Drużyny A. Autor splata w tej powieści wspomnienia z poprzednich tomów, łączy luźno pozostawione w nich wątki, i prowadzi nas do grand finale. Ważne będą śledztwo w sprawie zabójcy biznesmenów z Misterioso, Europa Blues Arto Soderstedta i wydarzenia ze Wstrząsów wtórnych. Dlatego zdecydowanie nie polecam lektury tej książki tym, którzy jeszcze nie czytali poprzednich tomów cyklu, powiem szczerze, że nawet mnie trudno było uchwycić niektóre szczegóły w locie, gdyż czytałam pierwsze tomu kilka lat temu, gdy się pojawiły.

To było idealne zakończenie. Nie takie, jakie ja bym wymyśliła, nie mówiąc o tym, że część mnie chce czytać o Drużynie A i moich ulubionych bohaterach jeszcze przez wiele, wiele lat, ale tak naprawdę nie można tego było zakończyć inaczej, niż zrobił to Arne Dahl. Teraz pozostaje mi tylko czytać cały cykl od nowa, i czekać na inne książki tego świetnego autora.

Moja ocena: 5/6

Arne Dahl Oko nieba
Tłum. Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2014

wtorek, 11 listopada 2014

Te mordercze, małe, szwedzkie wysepki

Kiedy u wybrzeży małej szwedzkiej wyspy wypływa trup, można uznać to za efekt wypadku. Kiedy jednak na przestrzeni kilku tygodni trup ściele się gęsto w różnych kombinacjach patomorfologicznych, założenie o powiązaniu tych spraw i podejrzenie, że stoi za nimi jedna i ta sama osoba, nie wydaje się już tak kompletnie wyssane z palca.

Sandham to maleńka wysepka na zewnętrznym archipelagu Sztokholmskim, służąca za letnią bazę wypadową dla spragnionych odpoczynku mieszkańców stolicy. Większość letnich domów należy tu do tych samych rodzin od ponad stu lat, stałych mieszkańców jest niewielu, w jednej piekarni spotykali się co rano dziadowie, ojcowie, dzieci i wnuki o tych samych nazwiskach, w zależności od dekady, o której akurat chce się rozmawiać przy okazji nocnych regat czy w szkółce pływackiej. Poza kilkoma nowobogackimi, którzy za ciężkie pieniądze wykupili nieliczne dostępne na rynku domy letniskowe, wszyscy wszystkich znają. Nikt za to nie zna Kristera Berggrena, przynajmniej dopóki ten nie wypłynie na powierzchnię wody zaplątany w sieci rybackie. Krótkie śledztwo prowadzone przez inspektora Thomasa Andreassona nie wykaże niczego podejrzanego. Jednak kiedy w środku sezonu na wyspie ginie kuzynka zmarłego, trudno uznać to za zbieg okoliczności. Policja na oślep stara się zrozumieć, co sprowadziło tą dwójkę nieudaczników na wyspę, a na letników pada blady strach.

Bardzo wydatnie w śledztwie pomaga Thomasowi jego przyjaciółka z dzieciństwa – Nora, sztokholmska prawniczka – która przebywa na wyspie z rodziną w trakcie urlopu. Jest jedną z tych, których rodziny przybywały na Sandham od pokoleń, toteż jej wiedza o okolicznych mieszkańcach wraz z wiedzą prawniczą pomaga policji poskładać tą całą układankę do kupy. Równolegle do śledztwa czytelnik poznaje też prywatne kłopoty bohaterów, z którymi przyjdzie im  się borykać, co jest akurat dosyć klasycznym elementem szwedzkich kryminałów. Z angielskiej klasyki zaś autorka czerpie, wybierając dla swojej pierwszej powieści schemat „zamkniętego pokoju” (a raczej „zamkniętej wyspy”).

Początkowo nie przekonali mnie do siebie główni bohaterowie – Thomas jako samotny, smutny jeździec Apokalipsy i Nora jako Matka Polka (Matka Szwedka nie brzmi już tak dostojnie). Za Thomasem oczywiście lata wszystko, co nosi spódnicę i pewnie paru okolicznych gejów, natomiast Nora, poza pracą na pełny etat, prowadzi dom, opiekuje się synami, rozkapryszonym mężem z tzw. elity a w wolnych chwilach pomaga policji. W międzyczasie oboje pokazują jednak ludzką twarz i jakieś wady, co sprawiło, że po zakończeniu lektury nie będę miała nic przeciwko ponownemu spotkaniu z nimi. Jednak Sten ujawnia niepokojącą manierę antagonizowania bohaterów i odmalowywania każdego w konkretnej tonacji – ciemnej lub jasnej, nie pozostawiając czytelnikowi wiele miejsca na wyrobienie własnej opinii. Jak chociażby mąż Nory, Henrik, który w pełni zasługuje na miano Buca Roku. Nie mówię, wielu takich mężów faktycznie jest, jednak ja lubię, kiedy autor pozwala mi wyrobić sobie własną opinię na podstawie zachowania postaci, a nie od razu prezentuje pełną charakterystykę. Wiem, wiem, autor wie lepiej, ale chyba nie tego szukam w powieści.

Co do samej intrygi kryminalnej, to chociaż ciekawa, jednak chyba nie aż tak wyszukana, bowiem po tylu latach czytania kryminałów motywu morderstwa domyśliłam się już w okolicach 40. strony, zaś osobę mordercy poznałam gdzieś w połowie. Nawet szczegóły ujawnione pod koniec mnie nie zaskoczyły, a usilne próby usprawiedliwienia sprawcy zupełnie mnie nie przekonały.

 Nie jest to książka zła ani strasznie słaba, ale dla konesera takiej literatury bardziej niż śledztwo interesujące będzie tło – mała, szwedzka wysepka. Czyta się to szybko i lekko, fabuła wciąga, chociaż pod koniec wszystko się zgadza, wkurza może trochę końcowa pasja autorki dla scen akcji (totalnie niepotrzebnych). Książkę określiłabym jako „solidna robota”. Od klasyków szwedzkiego kryminału różni się tak jak galaretka z proszku od crème brûlée – jedno i drugie dobre, ale wyrafinowane jest tylko to drugie.  Mogę śmiało polecić jako lekturę na podróż lub wolny dzień, kiedy pragnie się umysłowo odpocząć po trudach tygodnia. Jeśli kiedyś wpadnie mi w ręce kolejny tom, zapewne przeczytam, ale nie jest to dla mnie absolutny must have.

Moja ocena: 4/6

Viveca Sten Na spokojnych wodach
Tłum. Paulina Jankowska
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2014


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

środa, 24 września 2014

Historie ze wspólnym zakończeniem

Trzyletnia Olivia wychodzi w nocy z namiotu w ogrodzie rodziców i przepada bez wieści. Osiemnastoletnia Laura zostaje zamordowana w kancelarii swego ojca.  Michelle czuje, że za wcześnie założyła rodzinę. Caroline skrywa pewną tajemnicę. W tym samym miejscu chodnika codziennie siedzi ta sama żółtowłosa dziewczyna z psem. A Jackson, były Wojkowy, były policjant, obecnie prywatny detektyw, musi to wszystko ogarnąć, zebrać w kupę i zrozumieć, nie dają się przy okazji zabić komuś, kto bardzo ma na to ochotę.

Po świetnej Jej wszystkie życia byłam pewna, że inne książki Kate Atkinson również przypadną mi do gustu. Autorka ta ma bowiem niezwykły dar opowiadania bez dopowiadania, roztaczania nie tylko obrazów, ale i uczuc panujących w duszach bohaterów, a jednocześnie nie wyjaśnia wszystkiego, niektórze rzeczy pozostawia domysłom czytelnika, który musi wykazać się wrażliwością, wyobraźnią i inteligencją, aby do końca połączyć wszystkie szczegóły tej niezwykłej powieści.

Wydawca określa Zagadki przeszłości jako kryminał, jednak mnie wydaje się, że ta książka jest o wiele bogatsza, że określenie „kryminał” (mimo, że kryminał przez ostatnie lata zyskał wiele nowych oblicz i głębi) jest dla niej krzywdzące. To, że jest tam morderstwo (nie jedno) i to, że jest tam detektyw, nie sprawia, że jest to kryminał. To raczej wielowątkowa powieść obyczajowa, dotykająca wielu trudnych tematów, skomplikowanych relacji rodzinnych – między ojcem a córką, między siostrami, między matką a jej dziećmi.

Chociaż Jej wszystkie życia podobały mi się bardziej, Zagadki przeszłości przekonały mnie, że na Kate Atkinson można polegać, jeśli szukacie wciągającej, inteligentnej i wielopoziomowej lektury. Ja z niecierpliwością będę oczekiwać kolejnych tytułów tej autorki na polskim rynku.

Moja ocena: 4,5/5

Kate Atkinson Zagadki przeszłości
Tłum. Paweł Laskowicz
Wyd. czarna Owca
Warszawa 2014-09-24


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

wtorek, 9 września 2014

Sztokholmskie metro nie tak bezpieczne

Kiedyś skradziono mi w autobusie dokumenty. Na komisariacie wydawało mi się, że dokładnie pamiętam, gdzie siedziałam i jak przebiegała podróż. Jednak, kiedy kilka tygodni później pokazano mi nagranie z tego autobusu, trudno mi było uwierzyć, że na nim jestem ja. Poznałam siebie, oczywiście, ale zapamiętałam całą trasę zupełnie inaczej. Trudno się dziwić, jeździłam tym samym autobusem przez kilka miesięcy pod rząd, prawie codziennie. Wszystkie moje podróże zlały się w jedno, a umysł spłatał mi figla.

Pasażerowie Carla Jonasa również mieli problem z określeniem, gdzie siedzieli i dlaczego tam. A przynajmniej ci z nich, którzy przeżyli. Carl Jonas to potoczna nazwa ostatniego wagonu sztokholmskiego metra, linii zielonej, w którym wybucha bomba. Po niedawnych zamachach w Londynie i Madrycie stosunkowo niewielka eksplozja powodująca śmierć dziewięciu sztokholmczyków stawia na nogi całą policję. Z emerytury ponownie zostaje wezwany Jan-Olov Hultin, pierwszy dowódca Drużyny A, który oficjalnie namawia wszystkie jednostki do współpracy w celu wyjaśnienia tej bombowej sprawy. W rzeczywistości jednak zleca przeprowadzenie pełnego śledztwa Drużynie A, która po wpadce opisanej w poprzednim tomie znów działa w pełnym składzie. I jak zwykle doprowadza sprawę do końca.

Po trochę słabszej Ciemnej liczbie Arne Dahl powraca do gry ze świetnymi Wstrząsami wtórnymi. Po raz kolejny tworzy fascynującą fabułę, gdzie kilka na pozór niezwiązanych ze sobą wątków łączy się w pewnym momencie w grubszą sprawę, i wpasowuje ją idealnie w aktualne w czasach powstania powieści wydarzenia. Znów na tapetę bierze problemy, z którymi boryka się szwedzkie społeczeństwo, pobudza nas do myślenia nad wieloma kwestiami, jak wielonarodowość, fundamentalizm i terroryzm, i porusza serca tych z nas, którzy już od lat kibicują Drużynie A w ich zawodowych i prywatnych perypetiach. Autor zaserwował w tym tomie wiele emocjonalnych scen, pozbawiając je patosu i okraszając czarnym humorem.

Nie ma dłużyzn. Tym razem jest jak u Hitchcocka – na początku eksplozja, a potem już tylko napięcie rośnie. Wiemy, że jeden z członków Drużyny A znalazł się w kręgu zainteresować Wydziału wewnętrznego, ale rozwiązanie tego wątku nas zaskoczy. Sama sprawa wybuchu w metrze okaże się wielokrotnie bardziej złożona, niż bylibyśmy w trakcie przypuszczać. A obok zwykłej policyjnej roboty – papiery, przesłuchania, papiery, rozpytania, papiery znajdzie się i miejsce na efektowne sceny akcji – strzelaniny, pościgi i zasadzki. Nie zraźcie się tylko – niektóre z nich ocierają się o nieprawdopodobieństwo, a nawet leciutko wychodzą poza tą linię, ale tak właśnie pisze Arne Dahl i za to go uwielbiam.

Po tej lekturze podroż metrem w Sztokholmie nigdy nie będzie taka sama (ale i tak chcę się jeszcze kiedyś nim przejechać).

Moja ocena: 5,5/6

Arne Dahl Wstrząsy wtórne
Tłum. Ewa Wojciechowska
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2014

Dla łatwiejszego wczucia się w atmosferę - kilka zdjęć sztokholmskiego metra:









sobota, 10 maja 2014

Nie wszystkie szwedzkie kryminały są dobre

Hakan Nesser to jedno z nazwisk pojawiających się w pierwszej piątce najbardziej popularnych obecnie na rynku szwedzkich autorów kryminałów. Na chwilę obecną polski czytelnik może wybierać pomiędzy dwoma cyklami kryminalnymi jego autorstwa – jeden opowiada o inspektorze Barbarrotim, drugi zaś komisarzu Van Veeterenie. Mnie akurat wpadł w ręce pierwszy tom tego drugiego cyklu, z czego się nawet ucieszyłam bo: raz – szwedzki kryminał jest zawsze dobrym wyborem, gdy nie wiadomo, co czytać, dwa – o autorze słyszałam i czytałam już wiele, wypadałoby zatem samemu spróbować.

Powieść, jak na szwedzki kryminał, nie jest szczególnie rozbudowana. Rozpoczyna się wprawdzie dosyć ciekawie i nietuzinkowo, ginie bowiem kobieta, zamknięta od środka w łazience, sekcja jednak wyklucza samobójstwo. Podejrzanym jest jej małżonek, znajdujący się z nią w mieszkaniu, ten jednak twierdzi, że nie pamięta, co się stało. Mimo pewnych wątpliwości, dowody zebrane przez komisarza Van Veeterena pomagają w szybkim skazaniu mężczyzny. Jednak coś, co miało by ć zakończeniem śledztwa, okazuje się dopiero początkiem serii zabójstw.

Rozczarowanie na całej linii. Van Veeteren to jeszcze jeden smutny, rozwiedziony pan w średnim wieku, który wszak mimo prywatnych niepowodzeń w pracy śledczego okazuje się superherosem, który zawsze WIE, co i jak. Facet zupełnie do mnie nie przemówił, nie wzbudził ani sympatii, ani antypatii, na tle innych poznanych przez lata detektywów zlał się z tłem, a jego zdolności śledcze pozwoliłyby mu co najwyżej przyrządzać kawę takim jak Poirot czy Wallander. Nie poczułam też atmosfery typowej dla większości skandynawskich kryminałów. Gdyby nie szwedzkie nazwiska, w ogóle zapomniałabym o pochodzeniu czytanej książki i parę razy złapałam się na określeniu jej jako „niemiecka”, „angielska” lub „amerykańska”. Również sama intryga, która zapowiadała się ciekawie, w rezultacie okazała się dosyć płytka, jednowątkowa i przyozdobiona na końcu niepotrzebnym dramatem a la Moda na sukces.

O tym, że Nieszczelna sieć nie jest tak zupełnie zła, świadczy fakt, że ją jednak doczytałam do końca. Język jest lekki, fabuła prosta, a sama powieść średnio na jeża nie długa, zatem uporałam się z nią szybko, i równie szybko o niej zapomniałam, aż do dzisiaj. Spodziewałam się czegoś o niebo lepszego, jednak po tym pierwszym tomie pewnie nie sięgnę po kolejne, a poważnie rozważę, czy dać szansę cyklowi o Barbarottim. Warto?

Moja ocena: 3/6

Hakan Nesser Nieszczelna sieć
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2012

środa, 16 kwietnia 2014

Wszystkie jej niesamowite życia

Dobre powieści zdarza mi się czytać dość często. Mniej więcej wiem, po czym poznać, że lektura mi się spodoba, śledzę przede wszystkim zaś kilkanaście blogów osób o podobnym do mojego guście. Natomiast książki genialne zdarzają mi się czasem raz, czasem dwa razy do roku, czasem zaś żadna nie zasługuje na to zaszczytne miano w pełni.  Jej wszystkie życia zasługują.

Był powód, dla którego teoretycznie nie powinnam była po tę książkę sięgnąć. Jest to bowiem powieść o czasie, o powrotach do przeszłości, o przebłyskach przyszłości, o tym, jak zmiany w przeszłości diametralnie wpływają na przyszłość. Słowem, czas w tej książce nie płynie linearnie, przypomina bardziej fale uderzające o plażę – wypływają na piasek, cofają się, wypływają ponownie, tym razem dalej, znów się cofają, ale tylko trochę, przez chwilę jest spokojnie, i znów to samo, ale tym razem przynoszą gałązkę, którą zaraz porywają z powrotem w głębiny. Ja za książkami o takiej tematyce nigdy nie przepadałam, zawsze gubiłam się gdzieś w czasie lektury, nie mogłam załapać tych wszystkich zmian, ustalić jakiejkolwiek chronologii zdarzeń. Bardziej mnie taka powieść męczyła niż sprawiała przyjemność. Ku mojemu zaskoczeniu jednak nie miałam takich problemów z książką Kate Atkinson, gdzie mimo iż powroty do przeszłości następują często, wciąż jednak byłam z stanie ogarnąć poszczególne wątki i wydarzenia, i mimo poszarpanej struktury czasowej czytało się ją płynnie i z zapartym tchem.

Tak bardzo nie chcę Wam zdradzać fabuły tej powieści, aby tylko nie zepsuć przyjemności z czytania tym, którzy jeszcze tego nie zrobili. Już bowiem na początku czytelnik orientuje się, co tak naprawdę dzieje się z życiem Urszuli, głównej bohaterki, ale aż do końca nie jest pewien, jak to się skończy, i czy w ogóle może się skończyć. Autorka w Jej wszystkie życia zamknęła tak naprawdę kilkanaście powieści, pokazując, jak zdobna zmiana biegu zdarzeń diametralnie może odmienić późniejsze losy bohaterów. Nie sposób się przy tym nie zastanawiać, jak potoczyłoby się nasze życie i gdzie dziś bylibyśmy, gdyby w naszej przeszłości jedno zdarzenie potoczyło się inaczej niż tak, jak to miało miejsce. Takie bogactwo wątków dało pole do wepchnięcia w ramy tej sporej książki najróżniejszych rodzajów powieści: od obyczajowej, poprzez sagę, romans, powieść wojenną, a nawet polityczną i kryminalną. To wszystko jednak zostało tak zmyślnie ze sobą połączone, iż ani przez chwilę nie wydaje się, że to za dużo, że autorka popłynęła. Wręcz przeciwnie – czyta się to z pazurami wbitymi w okładkę, późno w nocy, i wciąż czuje się niedosyt. I jak zwykle w takich wypadkach okazuje się, że 560 stron to zdecydowanie za mało.

Wiem, że nie będę oryginalna, bo przede mną polecało Jej wszystkie życia wiele innych osób, ale z całego serca zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę. Ja natomiast jestem zdeterminowana, by dostać w swoje łapy pozostałe powieści Kate Atkinson, bo to zaiste wspaniała literatura jest!

Moja ocena: 6/6

Kate Atkinson Jej wszystkie życia
Tłum. Aleksandra Wolnicka
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2014

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawcy.

niedziela, 16 marca 2014

O co kaman, czyli kolejny tom Drużyny A

Teraz nastąpi historyczna chwila, która na zawsze odmieni wasze życie (no, może nie koniecznie, ale trzeba umieć budować napięcie): ten tom Arne Dahla mi się nie podobał. Tak bardzo jak poprzednie. A teraz przejdźmy do meritum.

Arne Dahl, jak zapewne wiedzą wszyscy którzy zaglądają tu w miarę regularnie, stworzył mój ulubiony cykl skandynawskich kryminałów „Drużyna A” opowiadających o tejże drużynie, czyli grupie najlepszych policjantów ze Szwecji, wybranych w pierwszym tomie do poprowadzenia niezwykle prestiżowego śledztwa. Ta grupa zadziałała, i stała się odrębnym formalnie zespołem gliniarzy. Zadziałał również pomysł na fabułę, by zamiast jednego zmęczonego życiem komisarza w średnim wieku bohaterami kryminałów uczynić różnorodny zespół ludzi. Jednak, niestety, o ile w warstwie postaci ten pomysł wciąż działa, o tyle w warstwie czysto kryminalnej cykl powoli acz nieubłagalnie zniża loty. Jeszcze nie jest źle, ale chyba dobrze, że do końca pozostały tylko 3 tomy. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym…

Ponownie Arne Dahl wraca do tematu pedofilii i pornografii dziecięcej, która po szybkim rozwoju Internetu na przełomie ostatnich lat zyskała zupełnie nowe sposoby rozwoju, za którymi państwo prawa nie zawsze jest w stanie nadążyć. Bohaterowie powieści stawią czoła najbardziej wyrafinowanej siatce internetowych pedofilów w historii szwedzkich kryminałów. Jednak nie tylko policja będzie na nich czyhać – gdzieś w ukryciu działa sekciarska organizacja, wielbiąca „pozytywną siłę życiową jaką jest seksualność”, której głównym celem będzie ukrócenie działalności tych, których życiem rządzi „popęd śmierci  czyli negatywna seksualność”. A obie strony są super zorganizowane, bogate i są specami od komputerów. No helloł.

Zawsze w powieściach Dahla głównym motywem jest jakiś problem społeczny – tutaj mamy do czynienia z najgorszym z nich, czyli pedofilią, zawsze Drużyna pracuje nad kilkoma sprawami, które gdzieś w połowie zaczynają się łączyć (tak jest i tutaj) i zawsze są jakieś elementy nieprawdopodobieństwa i zbiegu okoliczności, które zwykle kupuję i mi nie przeszkadzają. Ciemna liczba początkowo jawi się jako klasyczny, statyczny kryminał – bohaterowie szukają zaginionej nastolatki, prawdopodobnie porwanej przez element zagraniczny. Jednocześnie odkrywają, że na terenie Sztokholmu działa bardzo wyrafinowany zabójca, dekapitujący swoje ofiary struną od fortepianu. Gdzieś w mieście elektryk kradnie historyczny szkielet z dodatkową kością. A przyzwoity glina oskarżony jest o molestowanie seksualne. Do tego momentu wszystko jest ok, czyta się może bez szału ale dobrze i ciekawie. A potem na scenę wchodzi wspomniana wyżej sekta z XVII wieku, i ciągnie całą powieść w dół pseudofilozoficznymi rozważaniami, czego nie ratuje nawet spektakularna strzelanina na końcu.

To nie jest ten tom, od którego należy zaczynać przygodę z Arne Dahlem. Na tle całego cyklu Ciemna liczba jest słabsza od najsłabszego tomu, którym w mojej ocenie był Na szczyt góry. Ale z drugiej strony – każdemu autorowi się zdarza, więc pozostaje mieć nadzieję, że tom dziewiąty będzie lepszy.

Moja ocena: 4/6 (powinno być 3,5 ale po starej znajomości…)

Arne Dahl Ciemna liczba
Tłum. Robert Kędzierski (dzięki ci, Czarna Owco, za powrót do tego tłumacza, czyta się to o wiele płynniej niż poprzednie dwa tomy!)
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2014

Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytamy kryminały.

czwartek, 14 listopada 2013

Zbrodnia z Mozartem w tle

O tym, że szwedzkie kryminały czyta się głównie dla tego społecznego komentarza w tle, nie trzeba nikomu przypominać. O tym, że w tychże kryminałach zbrodnia zwykle bierze swe początki w problemach nękających współczesnych Szwedów, to też już banał. Tym razem jednak Arne Dahl poszedł o krok dalej – i wylądował jedną nogą w Iraku, a drugą w Stalingradzie.

W siódmym tomie cyklu o Drużynie A nieco zmieniona w składzie, ale wciąż niezawodna śmietanka szwedzkiej policji otrzymuje szczególne zadanie – wraz z przełożonymi i ekspertami wchodzą w skład sztabu kryzysowego, gdy dwaj zamaskowani mężczyźni barykadują się w banku z zakładnikami, grożąc wysadzeniem całej dzielnicy. Dodatkowym elementem, czyniącym zadanie jeszcze trudniejszym, jest fakt, iż jednym z zakładników jest osoba bliska niektórym członkom drużyny. W trakcie działań grupy szybkiego reagowania ma miejsce incydent, który włącza w obręb działań wydział spraw wewnętrznych i byłego członka Drużyny – Paula Hjelma. Drużyna A i BSW muszą razem rozwikłać szaradę, która początkowo zdawała się być zwykłym rabunkiem.

Dahl w Mszy żałobnej prowadzi bardzo ciekawe rozważania na temat wojny. Wojna jest obecna wszędzie, jest obserwowana w telewizji, czytamy o niej w dzienniku z czasów drugiej wojny światowej, zaś wojny można zaobserwować nawet między tymi, którzy winni stać po tej samej stronie prawa. W powieści będą też mniej lub bardziej odległe w czasie historie rodem z zimnej wojny, i wreszcie będą małe wojny małżeńskie. Wszystko, co się tutaj wydarzy, związane jest z jakąś wojną, a wszystkie polityczne wojny toczą się o jeden i ten sam surowiec – ropę.

Autor bardzo zmyślnie łączy wszystkie pozornie poszarpane wątki, romansując całkiem udanie z powieścią sensacyjną i szpiegowską, nie zatracając dobrze znanego z poprzednich tomów kryminalnego charakteru. I mimo iż całość pokryta jest szwedzkim, marcowym mrokiem, jest tu też miejsce na trochę humoru, trochę miłości i trochę przyjaźni. I to czyni tą powieść wyjątkową.

Moja ocena: 5/6

Arne Dahl Msza żałobna
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013-11-14

Cykl o Drużynie A:
1.       Misterioso
2.       Zła krew
3.       Na szczyt góry
4.       Europa blues
5.       Wody wielkie
6.       Sen nocy letniej

7.       Msza żałobna

sobota, 5 października 2013

"Ja bogini miotłą służę:/ Lecąc przodem zmiatam kurze"



Trudno jest pisać o kolejnym tomie serii, gdy się wie, że czytelnik tego tekstu może nie znać poprzednich. Bo nawet opis emocji, jakie mi towarzyszyły na samym początku lektury może zdradzać odrobinę na dużo fabuły. A emocją tą był smutek, gdy się widzi zmiany – to znaczy, nie każdy tak ma, ale ja na jakiekolwiek zmiany reaguję alergią. Zaraz potem pojawił się jednak podziw dla odwagi autora, który nie wtacza się na te same tory z każdą kolejną powieścią, a decyduje się właśnie na zmiany. Tak jak to w życiu bywa, ktoś odchodzi, na jego miejsce przychodzi ktoś nowy, ktoś awansuje, ktoś odchodzi na emeryturę, ktoś inny dopiero zaczyna karierę, a inny dorasta.

Poprzedni tom zakończył się dokładnie 11 września 2001 roku. Dahl podejmuje swoją opowieść w zmienionym świecie, dostrzega ta zmianę ale też pozostawia ją bez szerszego komentarza, którego nie potrzeba. Skupia się zaś na tematach, które istniały już w przestrzeni publicznej, ale właśnie teraz, na początku lat dwutysięcznych, zaczynają wychodzić z cienia i stają się publiczne. Wiele też miejsca poświęca prywatnym perypetiom bohaterów, które stanowią doskonałą kanwę dla szerszego, społecznego komentarza, zawartego w każdej powieści Dahla. I jak to zwykle u niego bywa, do połowy książki akcja powoli się snuje, oplata czytelnika, wprowadza w odpowiedni klimat, koncentruje się na postaciach. Wątki kryminalne dopiero się zarysowują, ale jakby mimochodem, na drugim planie. Nagle wszystko przyspiesza i druga połowa Snu to już jazda bez trzymanki w kierunku wielkiego finału, który ponownie, jak w poprzednich tomach, wciska w fotel. I tylko sam koniuszek pozostawia jakiś niedosyt – jakby nie wszystko zostało domknięte jak na kryminał powstało. Tylko czy to w ogóle był kryminał?

Co mnie najbardziej zaskoczyło, to wątek poznański w Śnie nocy letniej. Tak właśnie, poznański. Widać, że Arne Dahl mocno się podszkolił z tematyki sąsiadów przez Bałtyk od czasów Europa Blues, i nie popełnia już takich błędów jak wtedy. Wręcz przeciwnie – jego znajomość topografii wielkopolskiej stolicy, ale i umiejętność docenienia rozwoju, jaki Polska zaliczyła przez te kilkanaście lat od transformacji, oraz szczegółowa wiedza o słynnej swego czasu aferze „łowców skór” z Łodzi świadczy o dogłębnym zbadaniu tematu. Kiedy akcja przenosi się do Poznania, zmienia się też styl pisania i przez chwilę czułam się, jakbym czytała nie Dahla, a Krajewskiego, Czubaja czy Miłoszewskiego. Bardzo mi się ten zabieg spodobał.

Czytanie kolejnych tomów przygód Drużyny A to jak powrót do starych przyjaciół. Znamy się z tymi gliniarzami już kilka lat, poznałam ich życiorysy, widziałam, jak się zmieniają, towarzyszyłam im w trudnych chwilach, ale i cieszyłam się ich radością. I chociaż istnieją tylko na kartach powieści, to i tak przy następnej bytności w Sztokholmie podążę ich śladem.

PS Powrócił poprzedni tłumacz, i to niestety widać. Na niekorzyść.

Moja ocena: 5,5/6

Arne Dahl Sen nocy letniej
Tłum. Dominika Górecka
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013

Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytamy Literaturę Skandynawską i Czytamy Kryminały (ofiara – kobieta). Można tez śmiało zaliczyć to jako zaległa powieść o Poznaniu w Wyzwaniu Miejskim. Przypadkowo załapałam się też na Wyzwanie Book-Trotter.




poniedziałek, 25 marca 2013

Sztokholm, Skania, Monte Carlo czyli Drużyna A znów na tropie



Ciężko byłoby mi powiedzieć, kto jest moim ulubionym autorem, ale gdybym miała wymienić 5 najulubieńszych, Arne Dahl na pewno znalazłby się w tej grupie. Na każdy kolejny tom cyklu o Drużynie A czekam z wytęsknieniem. Od ostatniego, czwartego, minął już ponad rok, i gdy powoli traciłam nadzieję na dalszy ciąg przygód sztokholmskich policjantów, Czarna Owca przyszła mi z pomocą i wydała tom piąty. Jak dotąd chyba najlepszy ze wszystkich.

Drużyna A to tak naprawdę Specjalna Jednostka Policji ds. Zwalczania Przestępczości Międzynarodowej. W jej skład wchodzi 7 policjantów i ich przełożony, Jan-Olov Hultin. Drużyna A to nieformalna nazwa nadana im jeszcze w tomie pierwszym (właściwie nikt nie wie dlaczego), powołana do przejmowania spraw, w których występuje wątek międzynarodowy. W tym tomie część z bohaterów, Paul i Kerstin, zostaje poproszona przez wydział wewnętrzny o przesłuchanie policjanta uwikłanego w tajemniczą strzelaninę, w której zginął nielegalny uchodźca z RPA. Okazuje się, że policjant ten był niegdyś narzeczonym Kerstin. Z kolei pozostali członkowie Drużyny zajmują się sprawą tajemniczego seryjnego mordercy, który w liście samobójczym wyznaje, że od lat zajmował się zabijaniem ludzi w całej Europie. Wkrótce obie sprawy znajdą swój wspólny mianownik.

Od początku mojej przygody z Arne Dahlem zastanawiam się, co jest takiego szczególnego w jego książkach, że tak bardzo je lubię. Wiele z tych przyczyn wyklarowało się teraz, w czasie lektury Wód wielkich. Przede wszystkim wielość głównych bohaterów. Dahl nie poszedł drogą wybraną przez większość autorów, i nie stworzył jednego, wiodącego bohatera i pomocników wokół niego. Poszedł raczej drogą nowoczesnych seriali kryminalnych, gdzie poznajemy od razu kilku równoprawnych bohaterów, ich historie, zdolności, charaktery, którzy nawzajem się uzupełniają. Dzięki temu powieść jest wielowymiarowa i wielowątkowa, nie ma miejsca na nudę. Każdy z bohaterów bowiem jest zupełnie inny, mamy tu galerię postaci tak odmiennych, że aż cud, że są w stanie pracować razem. I mimo iż każdy z nich ma wady, to polubiłam ich wszystkich (wyobraźcie sobie moje rozczarowanie, gdy okazało się, że mieszkałam w hostelu oddalonym o kilka przecznic od domu Kerstin Holm, i o tym nie wiedziałam!).

Drugim elementem jest sama fabuła. Książki Dahla to nie są po prostu kryminały, nie można ich zamknąć w ramach jednego gatunku. Dostajemy zatem coś, co jest jednocześnie kryminałem, sensacją, czasem horrorem, czasem groteską, trochę książkę przygodową, czasem historyczną, czasem psychologiczną, z komentarzem społecznymi i politycznym. Dahl umiejętnie żongluje tymi gatunkami w ramach każdego tomu, tworząc wrażenie, że zbrodnia nigdy nie jest po prostu oderwanym od rzeczywistości zjawiskiem, jest połączona z każdą sferą życia współczesnego społeczeństwa.

Z tym wiąże się język, który czasem służy tylko do raportowania, innymi razem tworzy barwne opisy miejsc, by przerodzić się w głęboki, psychologiczny opis, sprowadzić ciemność na umysł czytelnika, tylko po to, by następnie oświetlić go żartem, którego nikt by się nie spodziewał. Za ten język Dahl jest z resztą czasem krytykowany, jednak zauważyłam, że przez fakt iż „Wody wielkie” są tłumaczone przez kogoś innego niż poprzednie tomy, język powieści jest bardziej zrozumiały. W poprzednich książkach były momentami urwane myśli, czy gry słów, których nie rozumiałam. Myślałam, że to taki styl autora, ale teraz widzę, że był to chyba niedostatek tłumaczenia. Ze względu na liczne gry słów, półsłówka, idiomy, przysłowia i cytaty, książki te są pewnie fatalne do tłumaczenia, ale wydaje mi się, że pan Kędzierski wyszedł z tego z tarczą, a nie na  tarczy.

Polecam wszystkim zapoznanie się z serią od początku, gdyż wiele wątków znajduje swój początek w poprzednich tomach, a tych, którzy już znają Drużynę A, mogę zapewnić, że i tym razem nie będziecie się nudzić.

Moja ocena: 6/6

Arne Dahl Wody Wielkie
Tłum. Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013

O tomie czwartym można poczytać tutaj.