O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 marca 2017

Elisabeth Herrmann Wioska morderców" i "Śnieżny wędrowiec"

Naszło mnie ostatnio na czytanie kryminałów i thrillerów. Ponieważ jakoś nic na półkach nie zwróciło mojej uwagi, postanowiłam przeglądnąć pod tym kątem mój czytnik. Znalazłam na nim dwie powieści niemieckiej autorki  Elisabeth Herrmann, Wioskę morderców i Śnieżnego wędrowca. I tym sposobem, przypadkowo, odkryłam nową kryminalną serię, którą mam nadzieję będzie mi dane śledzić jeszcze przez kilka tomów.

Główną bohaterką obu powieści jest młodziutka policjantka, Sanela Beara, której poziom ambicji jest równie wysoki jak niesubordynacji, czym doprowadza do szału komisarza policji kryminalnej Lutza Gehringa. I właśnie dzięki tej dwójce poczułam podmuch nowości na twarzy, bowiem oboje dosyć konkretnie odchodzą od typowych detektywów z moich ulubionych powieści. Beara chodzi własnymi ścieżkami, nie ogląda się na obowiązujące zasady ani nie czeka na pozwolenie, by wprowadzić swoje pomysły w czyn. Jest przy tym szalenie ambitna i cały czas działa z poczuciem, iż tylko wyjątkowe osiągnięcia w pracy dadzą jej przepustkę do awansu na komisarza. Z kolei pan komisarz jest osobą przekonaną o własnej wyższości nad innymi, co jednak uzasadnione jest jego umiejętnościami. Nie trudno zatem wydedukować, że zetknięcie się tych dwóch osobowości doprowadzi nie tylko do wykrycia sprawcy zbrodni, ale i do wielu kłótni w międzyczasie.

Pierwszy tom, Wioska morderców, rozpoczyna się na wybiegu dla pekari w berlińskim ZOO, gdzie
odkryte zostają ludzkie szczątki. Na miejscu jako pierwsza zjawia się Beara, która postanawia wziąć udział w śledztwie, mimo, iż nikt jej do niego nie zapraszał. Dosyć szybko zostaje wyłoniony podejrzany, jednak coś w tej całej zbrodni jest nie tak. Ofiara i sprawca nie znali się, jednak okrutny sposób zadania śmierci wskazuje na motywy osobiste. Jednym z uczestników wydarzeń zostaje wbrew swojej woli młody psycholog, dzięki któremu powieść zyskała głębię – zamiast technicznego opisu prawdopodobnych wydarzeń zanurzamy się tej w psychikę osób zamieszanych w te zdarzenia. Okazuje się, że wyjaśnienia zbrodni należy szukać w przeszłości. I na dalekiej prowincji…

Drugi tom trzyma poziom narzucony przez pierwszy. W Śnieżnym wędrowcu Gehring ponownie przejmuje dowodzenie nad śledztwem, które już raz prowadził. Wtedy jednak było to śledztwo dotyczące porwania, teraz – morderstwa. Pomimo obaw postanawia zaangażować w sprawę Bearę z uwagi na jej chorwackie pochodzenie, gdyż rodzina dotknięta tragedią to rodzina chorwackich imigrantów. Jak zwykle Beara podejmuje działania na własną rękę, które pomogą odkryć, że nic nie jest tak, jak się początkowo wydawało, a bogata, szacowna rodzina ma bardzo wiele do ukrycia.

Mimo oczywistych wad polubiłam Bearę i Gehringa. Autorka umiejętnie stworzyła tę dwójkę, a chemia pomiędzy nimi dodaje smaczku obu powieściom. Nic w tych książkach nie jest na siłę, nic nie jest niepotrzebne, oderwane od fabuły – każdy szczegół jest starannie dobrany by tworzyć wyjątkową całość. Jeśli macie ochotę na nietuzinkowy kryminał, który dobrze się czyta, gorąco zachęcam do lektury, ja zaś liczę, że będzie mi dane ponownie spotkać Lutza i Sanelę.

Moja ocena obu powieści: 5/6

Elisabeth Herrmann  Wioska morderców, Śnieżny wędrowiec
Tłum. Wojciech Łygaś
Wyd. Pruszyński i S-ka

Warszawa 2016

sobota, 6 czerwca 2015

Kolejny dobry niemiecki kryminał

Zapłatą będzie śmierć jest jedną z tych książek, które długo musiały na mnie czekać. Najpierw zachęcała do lektury sama tłumaczka, Agnieszka Hofmann z bloga Krimifantamania, później polecała mi ją przyjaciółka, która z resztą zdążyła nauczyć się niemieckiego i przekazać mi swoją kopię (sama zaopatrzyła się z oryginały), potem jeszcze trochę sobie poleżała na półce. Przypadek sprawił, że po nią sięgnęłam, w chwili, gdy nie miałam ochoty na nic kontruktywnego, wrzuciłam liczbę moich nieprzeczytanych książek do programu losującego i już za 6. razem wyskoczył ten oto kryminał.

Nie mam wielkiego doświadczenia z niemiecką literaturą, w szczególności tą współczesną, w szczególności kryminałami, ale to doświadczenie, które posiadłam mówi mi, że jakością nasi zachodni sąsiedzi  zupełnie nie odbiegają od namiętnie czytanych Szwedów, i chyba tylko zaszłości historyczne sprawiają, że akurat tej narodowości autorom trudniej niż innym przebić się u nas w hurtowych ilościach. Tak w ogóle, nie uważacie, że minęło wystarczająco dużo czasu od wojny, żeby wciąż widzieć nazistów w każdym napotkanym Niemcu?

Ale wracając do powieści – to chyba mój ulubiony typ kryminału, kiedy fabuła osadzona jest w niewielkim miasteczku, gdzie wszyscy się znają, a wieści szybko się rozchodzą. Mariaseeon nie jest zbytnio oddalone od Monachium, ale wystarczająco, by sprawiać wrażenie spokojnego, sielskiego otoczenia, idealnego dla znękanej duszy. Tak w każdym razie wydawało się Agnes, która osiada tutaj po niezwykle traumatycznych przeżyciach. I tak by pewnie było, gdyby porwanie małego chłopca nie zapoczątkowało serii coraz bardziej makabrycznych zdarzeń, w których centrum znajdzie się właśnie Agnes.

Polubiłam bohaterów tej powieści, w szczególności głównodowodzącego gliniarza, komisarza Duhnforta, który na szczęście nie należy do tej licznej Grupy Rozwodników z Nastoletnimi Dzieciakami z Problemami z Kokainą, w skrócie GRzNDzPzK. Przede wszystkim facet nie jest nieomylny, a zwroty w dochodzeniu nie są wynikiem nagłych olśnień w trakcie odbywania porannej toalety. Procedura dochodzenia do prawdy była żmudna, długotrwała i realistyczna, i to najbardziej sobie tutaj ceniłam, bo w pewnym momencie zgadłam, kto jest przestępcą (po raz kolejny ostatnio, co wskazuje, że za dużo czytam kryminałów, ot co), zatem nie tyle interesowało mnie złapanie króliczka, co pogoń za króliczkiem.

 Wiem, że u nas wydano jeszcze drugi tom przygód pana komisarza, co do dalszych losów cyklu, muszę się wywiedzieć u tłumaczki. Mam nadzieję, że się pojawią, albo że ja wreszcie nauczę się niemieckiego. Jedno z dwojga.


Moja ocena: 4,5/6



Inge Löhnig Zapłatą będzie śmierć

Tłum. Agnieszka Hofmann

Wyd. Initium



Kraków 2012

poniedziałek, 3 listopada 2014

Śniące książki znów budzą moją wyobraźnię

Kilka  lat temu usuwałam zęba. Kto kiedykolwiek usuwał zęba, ten wie, co to za przeżycie. Gdy tylko opuściłam zatem fotel dentystyczny, a zanim puściło znieczulenie, powędrowałam kupić sobie nagrodę za te cierpienia. Nie pamiętam już, co to była za księgarnia, ale doskonale pamiętam, co to była za książka – Miasto śniących Książek. Kawał knigi, w dodatku w twardej oprawie, po której nie wiadomo, co się spodziewać. Bo niby w środku były obrazki, niby zapowiadało się na bajkę, ale jednak mój instynkt czytelnika wyczuł, że pod tym płaszczykiem jest coś więcej. Myliłam się. Pod płaszczykiem bajeczki było bowiem o WIELE, WIELE więcej.

Pochłonęłam opowieść Hindegunsta Rzeźbiarza Kitów jednym tchem i wiedziałam, że kiedyś jeszcze wrócę do Księgogrodu. Nie widziałam jak, wiedziałam, że to książkowe miasto samo mnie wezwie w swoim czasie. Minęły lata, pamięć o Księgogrodzie, o Rzeźbiarzu Mitów, o buch lingach, Królu Cieni i rodzinie Szmejków wciąż lekutko się tliła, aż tu pewnego dnia rozerwałam papier tajemniczej przesyłki i pożar wybuchł od nowa! Ponieważ w środku był Labirynt Śniących Książek! Księgogród wezwał mnie do siebie, tak jak przypuszczałam, w najmniej podejrzewanym przez mnie momencie.

Po sukcesie swojej  najważniejszej książki Rzeźbiarz Mitów spoczął na laurach – rzecz niewybaczalna u naszych ukochanych opowiadaczy. Tak by pewnie siedział w twierdzy Smoków i objadał się słodyczami do dziś, gdyby nie list, a w nim jedno zdanie, które podrzuci bohatera aż pod sufit. Hildegunstowi nie pozostanie nic innego, jak spakować najważniejsze manatki i piechotą udać się tam, gdzie nie planował pojawić się już nigdy – w spalonym niegdyś Księgogrodzie. Nie jest to już to samo obłąkane miasto, teraz jest to niezwykle nowoczesna metropolia, gdzie dawny rynek księgarski musi dzielić się odbiorcami z nowoczesną sztuką lalalizmu, gdzie tradycyjna architektura łączy się z pomysłowymi projektami ze skamieniałych książek. Gdzie mieszkańcy sami schodzą do katakumb z koszykami na przekąski, a palić wszelkie ziele można tylko w wyznaczonych na to miejscach. Trudno tu nawet drasnąć górę lodową zmian, jakie zaszły w tym mieście przez ostatnie dwieście lat. Nie sposób wręcz oderwać się od tej opowieści, tak bardzo autor zadziwia czytelnika swoją pomysłowością. Dachy w kształcie otwartych ksiąg? Teatr z kamienia w kształcie namiotu? I creme de la creme – żywe gazety historyczne.  To tylko o Waltera Moersa.

Dawniej myślałam, że każda książka Moersa jest osobną historią, i tak poniekąd jest, chociaż wszystkie dzieją się w królestwie Camonii. Czy można czytać Labirynt bez pozostałych części cyklu? Można, ja prawie zapomniałam treść Miasta śniących książek, a pozostałych powieści jeszcze nie miałam okazji czytać. Autor dyskretnie przypomina najważniejsze wydarzenia z poprzedniej książki, jednocześnie budując nową fabułę. I kończy ten tom w spektakularny sposób, po którym nie mogłam spać i nie wiem doprawdy, jak doczekam kolejnej części.

Jeśli lubicie fantastykę ocierającą się o groteskę, z lekką nutką absurdu, gdzie nie ma rzeczy niemożliwych, gdzie nie ma sztywnych zasad i gdzie na każdej stronie czeka was zaskoczenie, gdzie śmiech łączy się ze strachem, a wszystko to dzieje się w Mieście Książek, zapraszam do Camonii. Nie zawiedziecie się.

Moja ocena: 5,5/6

Walter Moers Labirynt Śniących Książek
Tłum. Katarzyna Bena
Wyd. Dolnośląskie
Wrocław 2014


Za nieoczekiwaną możliwość powrotu do Księgogrodu dziękuję Wydawcy.

sobota, 30 listopada 2013

Kryminał na listopad


Nie masz nic lepszego na listopadowe wieczory niż mroczny kryminał. Taki z szalejącym psychopatycznym seryjnym mordercą, zabijającym na wymyślne sposoby, deszczem lejącym się ciurkiem z nieba, tajemniczymi telefonami o północy i ponurym antykwariatem gdzieś w Pradze. I odpowiedzią na pytania śledczych zawartą w zaginionym, uważanym za nieistniejący, manuskrypcie Franza Kafki. Czyli wszystkim tym co zawiera w sobie drugi tom cyklu niemieckich kryminałów o pani prokurator Miriam Singer.

We Frankfurcie nad Menem mają miejsce dwa niezwykle brutalne zabójstwa. Każde z nich nacechowane jest nie tylko okrucieństwem, ale też w pewnym sensie perfekcyjną reżyserką, a scenariuszem tych makabrycznych przedstawień mają być zaginione wersje opowiadań Kafki, potwierdzających teorię jakoby sam pisarz był w głębi duszy psychopatą. Za teorią tą stoi znany profesor literatury, który okazuje się być jednocześnie związany silnie z obiema ofiarami. Prokurator Singer i dwóch śledczych będą musieli rozwikłać nie tylko zagadkę potwornych zgonów, ale i ich związek z czeskim pisarzem.

Sam schemat poszukiwania rozwiązania sprawy morderstwa w zaginionych pracach znanych pisarzy nie jest  nowy. Co natomiast czyni tą serię w mojej ocenie dosyć wyjątkową to osoba głównej bohaterki. Jakby nie patrzeć, w większości kryminałów głównym śledczym jest policjant w średnim wieku, często rozwiedziony. Prokurator Miriam Singer jest dojrzałą lecz wciąż młodą i atrakcyjną kobietą, która w życiu zawodowym i prywatnym zawsze stawia zasady na pierwszym miejscu. Z tego powodu nazywana jest często przez współpracowników Żelazną Damą. Potrafi jednak wznieść się ponad paragrafy i wykorzystać intuicję i inteligencję by schwytać przestępcę, a następnie doprowadzić go przed sąd i za kraty. Poprzedni tom – Zimowy morderca – pozostawił bohaterkę w szczęśliwym związku z policjantem Henrim. W Podpisie mordercy autorka zaś każe jej zdecydować, czy Miriam chce przenieść ten związek na wyższy poziom, czy też wycofać się do strefy komfortu. Te prywatne perypetie nie zasłonią jednak czytelnikowi głównego nurtu wydarzeń, który już na początku powieści jest bystry, a pod koniec galopuje ku zaskakującemu rozwiązaniu.

Podsumowując – fabuła nie zaskakuje oryginalnością, ale jest to jeden z lepszych kryminałów tego typu jaki zdarzyło mi się czytać. Wciąga, przeraża – innymi słowy – polecam!

Moja ocena: 4,5/6

Krystyna Kuhn Podpis mordercy
Tłum. Małgorzata Słabicka
Wyd. Dolnośląskie
Wrocław 2013


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

środa, 20 marca 2013

Niemiecki kryminał z krakowskim wątkiem



Zimowy morderca to pierwsza znana mi książka traktująca o Krakowie, która nie została napisana przez polskiego autora. Jako, że w tym miesiącu w ramach Wyzwania Miejskiego czytamy książki o Krakowie, a ja z racji pochodzenia powieści o moim mieście gromadzę i czytam chętnie, nie mogłam się długo oprzeć tej lekturze.

Znana i bogata rodzina frankfurcka, właściciele prężnie działającej firmy budowlanej, w czasie jednej doby zostaje poważnie naznaczona zbrodnią. Najpierw zamordowana zostaje babcia Henrietta, prawdziwa głowa rodziny, rządząca wszystkim i wszystkimi żelazną ręką. Kilka godzin później zaś jej wnuk, Frederik, zostaje uprowadzony na drodze do szkoły. Od początku śledztwa wszystko wydaje się dziwne – nie dość, że sposób zabójstwa (dosyć okrutny) wskazuje na prywatne porachunki, to jeszcze porywacz nie żąda od rodziny okupu. Zostawia natomiast nietypowe wskazówki, które prowadzą śledczych w głąb historii rodziny, ale i historii całego kraju. Tej części historii, która wiąże się z Generalnym Gubernatorstwem i Krakowem jako jego stolicą.

A kto prowadzi śledztwo? Zimowy morderca to kryminał z gatunku prawniczych, gdyż główną bohaterką jest tutaj pani prokurator Miriam Singer, której w czynnościach pomaga komisarz Henri Liebler. Muszę przyznać, że polubiłam postać Miriam, autorka stworzyła pełnokrwistą, skomplikowaną kobiecą postać, która na zewnątrz wydaje się zimna i skupiona na przepisach, w duszy jednak czuje się często samotna i nie rozumiana. Miriam styka się z tym, z czym często muszą sobie radzić prawniczki – postrzeganiem przez otoczenie przez pryzmat wykonywanego zawodu. Otoczenie pani prokurator dostrzega w niej tylko urzędnika, rzadko człowieka. Na szczęście nie znam się na niemieckiej procedurze karnej, więc w czasie lektury nie czułam żadnych zgrzytów prawniczych, co przeszkadzało mi w czasie czytania Uwikłania Miłoszewskiego.

To, co najbardziej mnie uwiodło w tej powieści, to sposób, w jaki autorka zmierzyła się z kwestią nazistowskiej okupacji w Krakowie. Niemiecka pisarka, w niemieckim kryminale, umieściła wątek Hansa Franka i Generalnego Gubernatorstwa, oddając cały koszmar tego okresu w dziejach miasta i narodu, i zrobiła to z niesłychaną wręcz klasą i wiedzą. Pokazuje też coś, z czego chyba rzadko sobie zdajemy sprawę – iż dla naszych zachodnich sąsiadów mówienie o II wojnie światowej jest wciąż tematem tabu, z którym nie do końca sobie poradzili, i jedna wzmianka o wątku nazistowskim w śledztwie może kosztować kilka osób stanowisko.

Oczywiście nie obyło się bez pewnych drobiazgów, które trochę irytują. Po pierwsze, większość Polaków występujących w powieści ma złote zęby. Mieszkam tu od 25 lat i jeszcze nie widziałam u nikogo złotego zęba. Po drugie – system narracji, jak przyjęła autorka, kiedy to część opowieści poznajemy dzięki pamiętnikowi z czasów wojny, przez co czytelnik poznaje za dużo szczegółów i szybciej niż śledczy rozumie, o co w tym chodzi. Wprawdzie wciąż jeszcze zostaje sporo drobiazgów, które zaserwowane na końcu zaskakują, ale w czasie lektury chwilami nie mogłam się powstrzymać od szeptania do bohaterów – „czemu wy tego nie widzicie?”.

Podsumowując, Zimowy morderca to bardzo zgrabnie skonstruowany kryminał, z ciekawymi, nietuzinkowym postaciami, wątkiem historycznym i dosyć mrocznym tłem. A wyjątkowa znajomość przez autorkę historii i układu urbanistycznego Krakowa jest tu dodatkowym plusem, dlatego spokojnie mogę polecić tą pozycję wielbicielom miasta i kryminałów.

Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Miejskiego.

Krystyna Kuhn Zimowy morderca
Tłum. Małgorzata Słabicka
Wyd. Dolnośląskie
Wrocław 2013-03-20

Książka ukaże się w księgarniach z początkiem kwietnia.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Pani Natalii Twardy z Wydawnictwa Dolnośląskiego.

środa, 28 listopada 2012

I Niemcy mają poczucie humoru



Operacja Seegrund to chyba pierwszy niemiecki kryminał, jaki zdarzyło mi się przeczytać, i jedna z niewielu książek napisanych przez naszych zachodnich sąsiadów w ogóle (poza cierpiącym Werterem nic mi nie przychodzi do głowy). Dlatego mogę śmiało powiedzieć, że początek mojej przygody z ichniejszą literaturą zaliczam do udanych.

Poznajcie komisarza Kluftingera, typowego na pierwszy rzut oka Niemca, skąpego i lubującego się w tłustym jedzeniu. Powiedzieć, że komisarz miewa pecha, jest sporym niedopowiedzeniem. Jest to typ człowieka, przeciw któremu przedmioty namiętnie spiskują w celu jego poniżenia. Jest to jednocześnie jednak bardzo zdolny policjant, który w najważniejszych chwilach śledztwa potrafi się sprężyć, poukładać w głowie elementy układanki i rozwiązać zagadkę. A zagadka jest nie byle jaka, gdyż sięga swymi korzeniami czasów II wojny światowej i łączy tajemnicze jezioro z jeszcze bardziej tajemniczym skarbem.

Nie można powiedzieć, aby Kluftinger był postacią jakich wiele – absolutnie nie przypomina ani Mankella, ani Poirota, ani nikogo pomiędzy. Panowie Kobr i  Klüpfel stworzyli ciekawą, nietuzinkową, pełnokrwistą postać, którą miło mi było poznać. Podobała mi się również atmosfera małomiasteczkowości panująca w powieści, oraz przeplatanie elementów komicznych z elementami grozy. A to wszystko okraszone ciekawymi uwagami na temat niemieckiej kuchni, i rzadziej, kultury.

Łyżką dziegciu w tym obrazie jest fakt, że ponownie polski wydawca (jako gatunek) postanowił wydawać obcą serię od środka. Z związku z tym w trakcie lektury pojawiały się niewielkie pytajniki, które z czasem udało się zniwelować, co jednak trochę irytowało. To i przewidywalność niektórych zdarzeń sprawiła, że ostatecznie daję 5 a nie 6.

Ponieważ regularnie odwiedzam bloga tłumaczki tej powieści, Agnieszki, pozwolę sobie na parę słów na ten temat, mimo, że nie jestem ekspertem. Mój prywatny test na dobre tłumaczenie polega na tym, że jeżeli książkę czyta się tak, jakby była książką napisaną przez Polaka, to znaczy że jest dobrze przetłumaczona. W skrócie – niewidoczne tłumaczenie to dobre tłumaczenie. I takie wrażenie miałam czytając Operację Seegrund, może poza okrzykami „Szczęść Boże” ale tu akurat tłumaczka oddała specyfikę regionu, i to jest fajne, oraz przy słówku „prymuśnie” – bo pierwszy raz je na oczy widziałam. :) Natomiast brawa należą się za gwarę szefa Kluftingera, bo to już był majstersztyk!

Agnieszko, mam nadzieję, że rychło i prymuśnie przetłumaczysz pozostałe części serii!

Moja ocena: 5/6

Michael Kobr, Volker Klüpfel Operacja Seegrund
Tłum. Agnieszka Hofmann
Wyd. Akcent
Warszawa 2012

Za pożyczenie książki dziękuję Oisaj.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik.



czwartek, 2 lutego 2012

Rzecz o prawie karnym

Jakiś czas temu odkryłam, że dobre książki popularnonaukowe, historyczne lub reportaże z zakresu kryminologii i kryminalistyki podobają mi się równie bardzo, co dobre kryminały. Dlatego gdy tylko trafiam na coś z szeroko pojętego gatunku true crime, chwytam za to pazurami i nie puszczam. „Przestępstwo” Ferdinanda von Schiracha wypatrzyłam na półce w księgarni chyba na początku listopada ubiegłego roku, i „dyskretnie” wskazałam mojej przyjaciółce na okoliczność zbliżających się urodzin. I był to zdecydowanie jeden z najlepszych prezentów, jakie dostałam.

„Przestępstwo” to niewielki zbiór opowiadań (czy może należałoby powiedzieć: reportaży?; może zapisków?) autorstwa niemieckiego adwokata. Von Schirach opowiada w nim o najciekawszych przypadkach ze swojej wieloletniej praktyki prawniczej. Niektóre  z nich są zabawne, niektóre przerażające, jeszcze inne tajemnicze. Niesamowite były dla mnie zwłaszcza sposoby, jakie stosował sam autor, jak również oskarżeni i świadkowie, by przedstawić morderstwo w innym, lepszym świetle i tym samym uchronić się od kary. Bohaterami tych opowiadań są ludzie  z różnych warstw społecznych: od japońskiego biznesmena, przez rodzinę przestępców, po prostytutkę, i to właśnie na nich i na ich losach skupia się autor. Z całej książki, moim zdaniem, wyziera przekonanie, że przestępstwo nie bierze się tylko z psychiki sprawcy, ale często również z sytuacji, że wiele rzeczy mogłoby się potoczyć inaczej, gdyby nie niefortunny układ zdarzeń. Jak również i to, że prawdziwym jest powiedzenie: „Prawo jest jak płot. Wąż się prześlizgnie, tygrys przeskoczy, a bydło nie rozłazi się tam gdzie nie trzeba”. Trochę smutne.

Książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie, choć zdarzają się dosyć krwawe opisy, toteż nie polecam jej osobom o słabych nerwach. Zdecydowanie zaś polecam tym, którzy interesują się kryminologią, i którzy chcieliby zrozumieć, jak działa prawo.

Moja ocena: 5,5/6