O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 marca 2018

Komisarz Maigret


W dobie wieluset stronicowych, siedemnastotomowych powieści kryminalnych, z dwudziestoma wątkami, taką samą liczbą podejrzanych, komentarzem społecznym, specyficzną wiedzą, retrospekcjami i malutkim geranium, konsternację budzić może coś co jest malutkie, króciutkie i skupia się tylko i wyłącznie na zbrodni. Coraz trudniej nam uwierzyć, że 150 stron dobrze napisanej powieści kryminalnej może zawierać w sobie pełną i satysfakcjonującą historię.

Za wyjątkiem powieści Agathy Christie nigdy nie przejawiałam upodobania w takich właśnie kryminałkach, aż do niedawna. Udało nam się bowiem wybrać na targ staroci Pod Halą, gdzie można również kupić książki, a tam natrafiłam na pana polecającego mi powieści o komisarzu Maigrecie autorstwa Georgesa Simenona. I tym sposobem odkryłam mojego kolejnego ulubionego detektywa.

Na razie mam za sobą lekturę trzech tytułów: Maigret i widmo, Tajemnica komisarza Maigret i Pomyłka Maigreta. Przed sobą – jeszcze około 30 kolejnych. Nie wiem sama, co najbardziej mnie w nich ujęło: czy elegancki, dystyngowany ale i doświadczony pan komisarz, czy kryminalne zagadki, które pomimo niewielkich gabarytów książki są zawsze dobrze skonstruowane i dosyć skomplikowane, czy wreszcie atmosfera Paryża w tle, który choć już zna już niektóre techniczne udogodnienia XX wieku, to jednak wciąż jest tym samym Paryżem – z kawiarniami, kabaretami i konsjerżkami w kamienicach. Jednocześnie, co odróżnia francuskie powieści Simenona od brytyjskiej Agathy Christie, to pewna frywolność na którą królowa kryminałów sobie nie pozwalała. Seks jest tu nie tylko napominany mimochodem, ale obecny w rozmowach bohaterów bez większego skrępowania.

Co ciekawe, na tych 150 stronach, które średnio ma każdy tom, udało się autorowi zmieścić te wszystkie elementy: intryga, śledztwo, opis Paryża i jego mieszkańców, prywatne życie komisarza, i jeszcze czasem dodać komentarz społeczny. I jednocześnie nie miałam wrażenia, żeby czegoś była za dużo bądź za mało. I chociaż lubię opasłe współczesne powieści kryminalne, to wydaje mi się, iż niektórzy autorzy obecni na rynku mogliby się wiele od Simenona nauczyć.

poniedziałek, 7 września 2015

To NIE jest najlepszy romans wszech czasów


Gdybym miała wymienić jeden gatunek, z którym w tym roku bliżej się zapoznałam, którego do tej pory nie czytałam prawie w cale, to byłyby to na pewno młodzieżówki. Ostatnio nawet rozmawiałam z przyjaciółką, że za tzw. „naszych czasów” literatura młodzieżowa nie była aż tak licznie reprezentowana, jak to widać dzisiaj: Nienacki, Niziurski, Musierowicz i może jeszcze kilka nazwisk, oraz trudna nieraz do zidentyfikowania granica między dziecięcą a młodzieżową. A z drugiej strony jakaś taka większa uniwersalność tych książek, do których po 40 latach można wrócić i się dalej zachwycać (opinia z drugiej ręki, ja jeszcze nie miałam okazji sprawdzić).

Z drugiej strony tak bogata oferta dla młodego czytelnika, dostosowana do jego zainteresowań, musi cieszyć, bowiem coraz więcej na rynku autorów i serii, które jak niegdyś Potter – wypadało znać, gdy się było w gimnazjum czy liceum. Może nie jest to jeszcze to, o co Polska walczyła, ale jest fajnie. Zwłaszcza, że te pozycje są naprawdę różnorodne (o czym moja skromna, dinozaurza osoba miała okazję się przekonać w ostatnich miesiącach): nie tylko bowiem lekka fantastyka i SF wchodzą w grę, nie tylko kryminały, ale i wszelkiej maści obyczajówki, od tych bardzo sympatycznych i łatwych, poprzez cięższe gatunkowo, ale wciąż pozytywnie nastrajające do życia, aż po gruby kaliber, który mnie szczególnie cieszy: homoseksualizm, samobójstwa, odtrącenie, opuszczenie, choroby. Dobrze, że autorzy i wydawcy nie czynią z młodego pokolenia kretynów, którym można opowiadać tylko o miłych rzeczach.

Zdarzyło mi się w tym roku czytać kilka naprawdę świetne młodzieżówki, ale zdarzyły się i takie, które ewidentnie nie zostały przeznaczone dla mojej grupy wiekowej. Niestety, taką powieścią okazała się jedna z moich wakacyjnych lektur: Anna i pocałunek w Paryżu, bardzo polecana szczególnie przez amerykańskiej youtuberki książkowe (wiem, nudna jestem). Wydawca reklamuje ją jako „Jedną z najlepszych powieści o miłości wszech czasów”. Serio?

Pokrótce książka ta opowiada o nastolatce Annie, którą ojciec wysyła na rok do prywatnej, amerykańskiej szkoły w Paryżu, by ta się trochę okrzesała (Bóg mi świadkiem, że jej to potrzebne). Ta oczywiście nie chce wyjeżdżać, ale gdy przybywa na miejsce zdobywa od razu paczkę wiernych przyjaciół, zakochuje się i generalnie, och ten Paryż, taki piękny!

To nie jest książka dla dorosłych osobników. Anna jest infantylna, totalnie niewykształcona (nie mówię o edukacji szkolnej czy uniwersyteckiej, tylko o rzeczach, które chyba każdy wiedzieć powinien), jej wewnętrzne monologi ociekają głupotą (też byłam nastolatką, i to naprawdę nie było tak, że nie miałam mózgu), zaś sama historia miłosna jest oklepana, standardowa do bólu, a nawet bulu, jej tzw. ukochany traktuje Anne tak, jak żaden mężczyzna nie powinien nigdy traktować kobiety, i jeśli ktoś twierdzi, że to co on wyprawiał było romantyczne, to powinien się pilnie skontaktować ze specjalistą. A zakończenie, cóż, zanim do niego dotarłam musiałam urządzić przerwę na rzyganie tęczą, takie to było słodziutkie i w ogóle urocze.

Będę się trzymać z dala od kolejnych książek Stephanie Perkins. Ewidentnie nie jestem targetem tych powieści, nie zakumałam romantyzmu, ale też nikt mi nie powie, że ta historia, na tle wszystkich literackich romansów wszech czasów, jest w jakikolwiek sposób wyjątkowa.

Moja ocena: 2,5/6 (bo skończyłam czytać i bo Paryż)

Stephanie Perkins Anna i pocałunek w Paryżu
Tłum. Małgorzata Stefaniuk
Wyd. Amber

Warszawa 2013

poniedziałek, 23 lutego 2015

Paryż w czasach belle epoque

Paryż nigdy nie był moim największym podróżniczym marzeniem, zaś Francja jako taka kojarzyła mi się (poza oczywistościami, jak moda i wino) z miejscem niezbyt przyjaznym, a ludzie z zapatrzonymi w siebie bufonami. Nie wiem, czy jest tak naprawdę, gdyż nie miałam jeszcze okazji odwiedzić tego kraju, jednak Paryż jako taki zaczął powoli acz zdecydowanie wykupywać sobie odrobinę miejsca w moim sercu i coraz bardziej zachęcać do wizyty. Najpierw dzięki książce Jennifer L. Scott Lekcje madame Chic włączyłam w swoją codzienność kilka paryskich zwyczajów, następnie wraz ze Stephenem Clarkiem wybrałam się na dosyć dogłębne zwiedzanie miasta. Kryminał Brat krwi pozwolił mi poznać Paryż z punktu widzenia loży wolnomularskiej, a Pani komisarz nie znosi poezji dał do zrozumienia, iż Francuzi również mają poczucie humoru. Teraz zaś bogata w informacje i ilustracje pozycja Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk i Marty Orzeszyny pomogła mi lepiej zrozumieć to fascynujące ale i trudne miasto.

Nie potrafię jednoznacznie sklasyfikować tej książki, z resztą ten sam problem napotkałam, pisząc przeszło rok temu o innej pozycji z tej samej serii (Nowy Jork zbuntowany.Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów) – poruszane są tu bowiem wszystkie sfery życia, jakie potrzebne są, by zyskać gruntowną wiedzę na temat miasta. Jest tu historia, są krótkie biogramy ludzi, z którymi do dziś kojarzymy Paryż, ale i tych, o których nigdy nie słyszałam, ale którzy w czasach belle epeque liczyli się najbardziej. Setki informacji o miejscach interesujących turystów w owych czasach, i takich, które do dziś turyście chętnie zwiedzają. Anegdotki i historie mrożące krew w żyłach. Paryż oczyma obcokrajowców i z punktu widzenia mieszkańców. Jest kultura, moda i seks.

Ale najważniejsze, to zrozumienie miasta, które widać na każdej stronie, w każdym akapicie, w każdym zdjęciu. Dzięki temu, mimo natłoku informacji, Paryż nie ginie gdzieś pod spodem, a jest żyjącym bohaterem opowieści, bohaterem zmiennym, o wielu twarzach, rozwojowym. Autorki biorą czytelnika za rękaw i delikatnie acz zdecydowanie prowadzą go przez kilka dziesięcioleci, które zwykło się określać jako belle epoque, a robią to tak zgrabnie, iż po przeczytaniu ostatniej strony pozostaje niedosyt i jakaś taka nostalgia za czasami, które nigdy nie wrócą. Nawet, jeśli na potrzeby chwili spróbujemy odegrać scenki rodzajowe. Bo tego Paryża już nie ma.

Znacie jakieś powieści o Paryżu w czasach belle epoque?


Moja ocena: 5/6

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Marta Orzeszyna Paryż. Miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque
Wydawnictwo Naukowe PWN

Warszawa 2012

środa, 9 lipca 2014

Kryminał masoński

Wszystko zaczyna się od trupa wiszącego na wieży Eiffla. A raczej na tym kończy…? Bo zaczyna się jednak od dwóch masonów zamordowanych w siedzibie jednej z paryskich lóż w trakcie rytuału. A tak naprawdę zaczyna się to wszystko w roku 1355 od spalenia na stosie człowieka podejrzewanego o czarnoksięskie zdolności. Skomplikowane? Straszne? Jedno i drugie, ale mimo to – fascynujące i trzymające w napięciu do ostatniej strony.

Powieść, określana przez wydawcę jako „kryminał masoński” przerzuca czytelnika płynnie od czternastowiecznej Francji, gdzie niejaki Nicolas Flamel, kopista, zostaje trochę przypadkiem, trochę na własne życzenie wplątany w poszukiwania księgi, gdzie zapisany ma być  sekret wiecznego życia i pozyskiwania złota z innych metali. Ponad sześćset lat później Antoine Marcas, paryski policjant i mason w jednej osobie, prowadzi prywatne śledztwo mające ujawnić zabójcę jego przyjaciela z loży oraz młodego kandydata. Wiele wskazuje na to, że należy go szukać również wśród wolnomularzy. Nie wie natomiast, że podczas poszukiwań, które z Paryża zabiorą nas aż do Nowego Jorku, będzie nieustannie śledzony przez członka tajemniczej grupy Aurora, której zadaniem jest nieustanne monitorowanie rynku złota na świecie. Z czasem wątki te połączą się w jedną całość, sekrety ujrzą światło dzienne, a my wraz z bohaterami powieści znajdziemy się na Polach Marsowych i…

Gdyby trzeba było określić ten kryminał krótko i zwięźle, powiedziałabym, że jest to połączenie Kodu Leonadra da Vinci Browna w mocno ambitniejszym wydaniu, z cyklem Królowie przeklęci Maurice’a Druona. O ambitniejszym charakterze świadczy nie tylko fakt, iż jeden z autorów jest dziennikarzem śledczym, ale przede wszystkim to, że drugi z nich jest masonem. Stąd zamiast powielania starych schematów i bzdurnych legend czytelnik ma szansę dowiedzieć się co nieco o współczesnym wolnomularstwie, o historii tego ruchu, o jego organizacji i o tym, skąd wzięły się niektóre mity, którymi przez wieki obrośli masoni. Oczywiście, dla celów rozrywkowych niektóre legendy znajdują odzwierciedlenie w fabule, jednak na końcu powieści znajduje się aneks, a w nim wyjaśnienie pochodzenia masońskich elementów w historii budowy wieży Eiffla, Statuy Wolności, co nieco o samym Nicolasie Flamelu i wolnomularstwie. Tak że poza rozrywką jest i trochę rzetelnej wiedzy z pierwszej ręki.

Kiedyś bardzo chętnie sięgałam po takie masońsko-templariuszowskie tematy, jednak zmęczenie materiału spowodowało, że przez ostatnie lata unikałam takiej literatury. Stąd też moje obawy przed sięgnięciem po tą powieść, cieszę się jednak, że znalazłam odwagę na wyjście z kokona przyzwyczajeń. Bo miałam prawdziwą frajdę w trakcie czytania Brata krwi. Już dawno nie miałam w rękach kryminału, gdzie fabuła pędziłaby tak zawrotnie i nawet po wyjściu poza ramy prawdopodobieństwa dalej nie pozwalała się odłożyć na później. Jedyne, co mi się nie do końca podobało, to powielony schemat głównego bohatera – gliniarz w średnim wieku, rozwiedziony, usilnie próbujący utrzymać dobre relacje z synem. Takich panów w literaturze, zwłaszcza kryminalnej, mamy już wielu. Jednak to dla mnie niuans, który na pewno nie powstrzyma mnie przed sięgnięciem po poprzedni tom cyklu (tak, to też jest cykl) – Rytuał ciemności. Jeśli lubicie takie tajemnicze, trochę szalone śledztwa, do szczerze zachęcam do lektury.

Moja ocena: 5/6

Eric Giacometti, Jacques Ravenne Brat krwi
Tłum. Bożena Sęk
Wyd. Książnica
Poznań 2014


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawcy.

sobota, 5 lipca 2014

Być jako Coco

Nieco czego innego spodziewałam się po książce Księga stylu Coco Chanel Karen Karbo, jednak zamiast rozczarowania spotkało mnie bardzo przyjemne zaskoczenie. Przypuszczałam bowiem, że będzie to raczej pozycja w stylu Lekcji madame Chic Jennifer L. Scott – poradnikowo-life-stylowa, tymczasem Karbo w przeuroczy, lekki, zabawny i roztrzepany opisała biografię królowej mody – samej Coco. A jak zapewnie pamiętacie, niedawno zaczęłam się rozglądać właśnie za pozycją o tej postaci. Jak widać, książki czasem zaskakują nas i wpadają nam w ręce w najbardziej odpowiednim momencie.

Gabrielle Chanel, szerszej publiczności znana jako Coco, jak wielu sławnych miała ciężkie życie. Autorka wprowadza nas w żywot projektantki, poczynając od dnia urodzin, poprzez młodość, pierwsze romanse, pierwsze znajomości, pierwszy sklep, pierwsze perfumy… Bo głównym przesłaniem książki jest pokazanie, że Coco szereg rzeczy zrobiła pierwsza, i że często było to kłamstwo stworzone przez samą Coco, ale cóż, historię piszą zwycięzcy. Księga stylu nie jest jednak monotonną, ani nawet kanoniczną biografią – wydarzenia z wczesnego dzieciństwa przeplatają się z późniejszymi etapami życia Coco, ujawniając, gdzie swój początek miały nieraz najbardziej kontrowersyjne w owych czasach pomysły. W charakterze przykładów cech charakteru królowej mody Karbo umieszcza anegdoty, powiedzonka i epizody z życia Chanel, takie jak historia powstania najlepiej się sprzedających perfum świata – Chanel No 5, najsłynniejszej torebki – 2.55, czy romans z nazistą, za który projektantka została skazana na ostracyzm społeczny i niemal na karę więzienia.

Bo głównie jest to opowieść o tym, jaka Coco była, i jakie jej cechy doprowadziły ją do sukcesu. A co za tym idzie, co warto, oprócz żakietu, mieć z Coco, aby być jak Coco – przebojową, wyjątkową, pewną siebie kobietą z klasą. Zamiast podzielić książkę na tradycyjne rozdziały: Dzieciństwo, Młodość, Starość, Karen Karbo pogrupowała fakty i swoje obserwacje w  grupy zatytułowane np. O Stylu, O Życiu Chwilą, O Byciu Nieustraszoną. Czyli po trosze jednak spełniła moje pierwotne oczekiwania – jest to poradnik, tyle, że pisany przez Coco. I chociaż samą postać naprawdę trudno byłoby mi polubić, gdybym spotkała ją osobiście, to jednak z chęcią wykorzystam jej rady, gdyż niewiele jest w historii kobiet tak charyzmatycznych, a tylko jedna samym nazwiskiem definiuje klasę i styl.

Księga stylu Coco Chanel ląduje na półce tu obok Lekcji madame Chic. Obie są lekkie, zabawne, przesiąknięte stylem i bardzo inspirujące, dlatego mam nadzieję, że więcej takich pozycji zacznie się pojawiać na naszym rynku wydawniczym. Zdecydowanie polecam!

Moja ocena: 5/6

Księga stylu Coco Chanel Karen Karbo
Tłum. Joanna Dziubińska
Wyd. Literackie
Kraków 2014

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Miejskiego (Paryż)



środa, 10 lipca 2013

Amerykanka uczy, jak być paryżanką, czyli wielki świat w małej książce



Ostatnio skusiłam się na Lekcje Madame Chic. Zachęcona pozytywnymi recenzjami, uroczym wydaniem i trochę próżnością – bo poza książkami bardzo lubię te wszystkie „babskie” sprawy typu szminki, buty, torebki i podkłady. Staram się też ostatnio wychodzić poza swoją strefę komfortu i liznąć odrobinę wielkiego świata.

A wielki świat tu mamy w postaci Paryża. Młoda studentka wyjechała kiedyś na wymianę do tego pięknego miasta i zamieszkała z francuską rodziną przez 6 miesięcy. W tym czasie podpatrywała styl życia paryżan, w tym swojej gospodyni, madame Chic, a po powrocie do USA starała się wcielić elementy tego stylu w swoje codzienne życie. A potem to opisała. Na blogu. I w książce. I na YouTube.

Książka jest połączeniem wspomnień z podróży z poradnikiem. O ile to pierwsze wszyło Jennifer Scott bardzo dobrze, o tyle to drugie niczym się nie różni od tysiąca tego typu pozycji. Dlatego Lekcje rodzą we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, jest to bardzo inspirująca i ładnie napisana opowieść o Paryżu i o zmianie swojego spojrzenia na wiele spraw, takich jak jedzenie, rodzinę czy konsumpcjonizm. Czytało się to lekko i przyjemnie, a niektóre anegdotki powodowały wesoły uśmiech na mojej twarzy. Z drugiej jednak strony nie ma w tej książce nic, czego już bym gdzie nie przeczytała. Praktycznie wszystkie porady dotyczące mody i urody znalazły się już lata temu w miesięcznikach typu Glamour czy In Style, dlatego ta pozycja wydaje mi się bardziej odpowiednia dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z byciem chic, niż dla starych wyjadaczek. Odnosiłam wrażenie, że autorka nie do końca wiedziała, co chce osiągnąć ta książką, i chwilami rozmija się z powołaniem. Gdyby poprzestała na faktycznych naukach madame Chic, byłaby to świetna lektura, ale niektóre fragmenty, w moim odczuciu odbiegające zupełnie od tematu Paryża, drażniły trywialnością i typowym poradnikowym stylem a la rozkaz – zrób, wyrzuć, naucz się, zapisz się, wypisz się. Ponieważ jest to poradnik lifestylowy, Scott dotyka w nim praktycznie każdej sfery życia – od wyglądu, poprzez urządzanie mieszkania, wystawianie przyjęć, szeroko pojętą kulturę, zainteresowania, sposób wysławiania i wakacje. O ile pojedyncze rady są niekiedy ciekawe i inspirujące, o tyle całościowo miałam wrażenie, że próbuje mi się narzucić pewną wersję mnie-paryżanki. Wiem, że powinnam zadbać o niektóre sfery mojego bytu, aby stał się on pełniejszy, ale konieczność przeorganizowania szafy, wymyślenia jednej fryzury do noszenia codziennie, celebrowanie każdego posiłku, czytanie określonej ilości książek, chodzenie do teatru, muzeów, wystawianie przyjęć, słuchanie muzyki klasycznej, i to wszystko jednocześnie, napawa mnie obawą, czy po wcieleniu tych rad w życie jeszcze zostanie jakaś Viv. A fakt, że Scott ze swoimi poradami powtarza się w różnych środkach przekazu robi wrażenie, że chce sprzedać nam pewien gotowy produkt, do zaaplikowania w całości.

Inna sprawa, że akurat Paryż nie jest tym, do czego aspiruję, i to może wpłynęło na mój odbiór tej książki. Mimo oczywistego uroku Francuzek, celuję raczej w bycie Europejką – z rozsądkiem Niemek, szykiem z Paryża, kolorowym szalem z Barcelony, tajemniczością Szwedek i w butach z Mediolanu. Oraz oczywiście słowiańską fantazją. Tylko w kwestii kawy na wynos jestem nowojorczykiem i dobrze mi z tym.

Ani mnie ta książka nie zachwyciła, ani nie rozczarowała. Wydaje mi się dobrym pomysłem na prezent dla nastolatki, gdyż zawiera wiele porad dotyczących mody i urody, przydatnych, gdy ktoś dopiero zasmakowuje w tych klimatach. Inspiruje też to wprowadzenia drobnych zmian w swoim życiu (ja na przykład w piątek wybiorę się po raz pierwszy na wernisaż). Czuję jednak, że mogło być lepiej.

Moja ocena: 4/6

Jennifer L. Scott Lekcje Madame Chic
Tłum. Anna Sak, Agnieszka Sobolewska
Wyd. Literackie
Kraków 2013

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Pani komisarz nie znosi wielu rzeczy



Wypatrzyłam ten kryminał w zapowiedziach i już samo imię bohaterki sprawiło, że musiałam go przeczytać – Viviane Lancier ;) Muszę przyznać, że rzadko czytam powieści kryminalne, w których pierwsze skrzypce gra kobieta, a już kobiety policjantki, chociaż nie zupełnie nieobecne, wciąż jednak gubią się w tłumie panów komisarzy z różnych krajów. Nie mówię, panów bardzo lubię, ale jednak.

Takiej bohaterki jeszcze nie było. Metr sześćdziesiąt w kapeluszu. Twarda jak skała. Nie stara, ale pierwszą młodość też już ma za sobą. Jedyna kobieta w wydziale, nie zniesie żadnej innej – „od równouprawnienia jest ona”. Lubi znęcać się nad swoimi podwładnymi i oglądać gołe męskie trupy w towarzystwie innych mężczyzn. Nie lubi poezji i odchudzania. Taki przyjemniaczek w spódnicy. Baba z jajami. Ciekawy jest również jej asystent, Monot – naiwny, uroczy blondasek z loczkiem, zjadający dowody rzeczowe i referujący, jak smakowały. Literat i policjant.

Afera też przezacna, choć trąci nieco na pierwszy rzut oka oklepanym schematem – drogocenny rękopis sonetu, prawdopodobnie Baudelaire’a, wokół którego trup się ściele. Jednak Georges Flipo stworzył niebanalną intrygę, którą w dodatku opisał w kpiarskim, złośliwym i przezabawnym stylu. W efekcie dostajemy świetny kryminał, idealną lekturę rozrywkową na lato, który odczarowuje Paryż jako miasto nie tylko zakochanych, tworząc Paryż-wariatkowo.

Noir Sur Blanc obiecuje wydanie wkrótce kolejnego tomu przygód pani komisarz. Czekam na to z niecierpliwością, bo Viviane już została moją dobrą przyjaciółką, ale i równym kompanem pozostałych ulubionych detektywów – Wallandera, Knutasa, Hjelma i Holm czy Brunettiego. Nie myślcie sobie, że porównuję - każdy z nich ma odrębny styl - ale gdybym miała stworzyć swój dream team, na pewno wszyscy oni, wraz z Viviane, by się w nim znaleźli.

Moja ocena: 5/6

Georges Flipo Pani komisarz nie znosi poezji
Tłum. Krystyna Arustowicz
Noir Sur Blanc
Warszawa 2013

niedziela, 7 października 2012

Paris, Paris, Paris...



Takie książki powinno się pisać o miastach. Nie suche przewodniki – na prawo kościół, na lewo kościół, a środkiem rzeczka płynie. Nie pełne zachwytu impresyjni o tym,, jak tu wspaniale i że X to idealne miejsce na ziemi. Nie skupiające się tylko na zabytkach i historii, i niech sobie zwykły ludź radzi z korkami, grunt, że bratki rosną tam gdzie trzeba. Tylko  takie, jaką napisał Stephen Clarke – zabawną, trochę złośliwą, prawdziwą, bogatą w szczegóły, wprost zachwycającą.

Nie jest to typowy przewodnik po Paryżu. Książka podzielona jest na dwanaście rozdziałów, z których każdy rozprawia się z inną sferą życia w mieście. Tak, życia, bo autor książki nie przyjechał do Paryża na dwutygodniowe wakacje by następnie opublikować niedopracowaną książkę. Clarke tam mieszka, a pisząc Paryż na Widelcu, prowadził bardzo wnikliwe badania nad miastem. W rezultacie czytelnika zyskuje pełny opis układu urbanizacyjnego miasta i związanego z nim transportu, stosunku miasta do takich kwestii jak film, sztuka, seks, moda, czyli tego, z czego stolica Francji jest najbardziej znana, ale i historia metra oraz problemy z zamówieniem kawy i wynajmem mieszkania. W trakcie pisania autor spotyka się z wieloma osobami, które opowiadają historię Paryża, jakiej nie znajdziecie w podręcznikach do historii. Obok dyrektor departamentu zajmującą się wydawaniem zezwoleń na kręcenie filmów na ulicach miasta mamy założyciela bardzo seksownego muzeum, a opis chytrych agentów handlu nieruchomościami poprzedzony jest wizytą w luksusowym hotelu na godziny. Jest i historia miasta, umiejętnie wpleciona w podróż po nim i ilustrowana widoczkami z życia. Jest i sarkazm, i złośliwości, wszak autor jest Anglikiem, a niechęć Francuzów i Anglików jest już niemalże przysłowiowa. Ale jest i zachwyt nad miastem, nie tylko nad jego zabytkami czy kuchnią, ale nad Paryżem jako całością, która wady łączy z zaletami tworząc nową jakość.

Co najbardziej mi się tutaj podobało, to próba zrozumienia miasta i jego mieszkańców. Clarke, jako osoba z zewnątrz, nie zawsze rozumie, dlaczego coś jest tak a nie inaczej, ale akceptuje to jako lokalny koloryt, bez którego Paryż nie byłby Paryżem. Nie namawia przyszłych turystów, by robić po swojemu i mówić wolno po angielsku, bo wtedy głupi francuski kelner na obsłuży. On wyjaśnia, jak zachować się poprawnie we francuskiej kawiarni, a wtedy zamawianie kawy stanie się przyjemnością (no, może nie do końca, ale po szczegóły odsyłam do książki).

W przyszłym roku roboczo planujemy z mamą i siostrą wypad do Paryża i myślę, że ta książka powinna nam w niej towarzyszyć wraz z przewodnikiem Pascala, a wtedy odkrywanie stolicy Francji nabierze koloru i  smaku. Dlatego szczerze polecam wielbicielom miasta i tym, którzy kiedyś planują je odwiedzić.


Moja ocena: 5/6

Stephen Clarke
Wyd. WAB
Warszawa 2012

Myślicie, że można to zakwalifikować do trójkowego wyzwania Sardegny – literatura podróżnicza?

poniedziałek, 1 października 2012

Klasyk nie zawsze zachwyca



Damę Kameliową chciałam przeczytać już od jakiegoś czasu, konkretnie od ubiegłej jesieni, kiedy to byłam w operze na spektaklu La Traviata, którego treść oparta jest ściśle o powieść autorstwa Aleksandra Dumasa( syna). Wyczytałam sobie, że opera jest uproszczeniem tej książki i bardzo chciałam poznać jej pełną wersję. I trochę się zawiodłam, bowiem Dama Kameliowa  okazała się być prostą, krótką opowieścią, której właściwie skrócić już bardziej się nie da.

Powieść opowiada o pięknej kurtyzanie, Małgorzacie Gautier, będącej jedną z najbardziej pożądanych kobiet Paryża, oraz jej wielkiej miłości, młodym człowieku z, powiedzmy, wyższych sfer (choć nie najwyższych), Armandzie Duvalu. I tyle.

Wynudziła mnie ta książka i rozczarowała. Wiem, że nie wypada takich słów pisać o klasykach, ale takie właśnie mam odczucia. Cała książka to zapis rozmów i przemyśleń Armanda, który opowiada swoją historię przypadkowo poznanemu mężczyźnie, a przemyślenia te dotyczą, a jakże, miłości. Kochankowie przez całą książkę dokonują różnych działań w sekrecie przed tą drugą osobą, poświęcają się dla niej, ale rodzi to tylko nieporozumienia, głównie po stronie Armanda. Który, muszę to napisać, jest prawdopodobnie najgłupszą męską postacią literacką, jaką kiedykolwiek stworzono. Armand jest dziecinny, działa bez wyobraźni, bez polotu, jest niedomyślny, dlatego każde działanie Małgorzaty rozumie na opak i od razu się mści w najbardziej żałosny z możliwych sposobów. To co robi jest najlepszym dowodem prawdziwości słów, że zemsta najlepiej smakuje na zimno.  Ani razu nie domyślił się prawdziwych motywów działania ukochanej, nawet nie wziął pod uwagę, że może być inne wyjaśnienie, nie dostrzegał najbardziej oczywistych znaków. Z kolei postać Małgorzaty, choć moim zdaniem lepiej skonstruowana, to i tak nie przekonuje mnie, dlaczego Armand postanawia się zrujnować właśnie dla niej. Piękna, ale chorowita kurtyzana, która kilka lat wcześniej była niepiśmienną dziewką wiejską, którą miało pół miasta, która nie potrafi prowadzić kulturalnej rozmowy, która zawsze powie coś niestosownego, słowem – nic specjalnego. Nie jest to heroina, kobieta wyjątkowa, która mimo zawodu potrafi zachowywać się jak księżniczka i inteligencją i dowcipem rodzi powszechną sympatię, lub chociaż zrozumienie.

Dodatkowo irytowały mnie ciągłe wstawki finansowe w tej powieści. Większość bohaterów przynajmniej raz dokonuje wyceny, obliczeń, podaje konkretne liczby – ten ma 200 tysięcy rocznie, daje jej 40 tysięcy, ale ona potrzebuje co najmniej 100 tysięcy, więc inny daje jej pozostałe 60 tysięcy, żeby ona mogła rocznie wydać 120 tysięcy i mieć tylko 20 tysięcy długu. I jak tu się wczuwać w piękno nieszczęśliwej miłości?

Oczywiście, nie sposób nie docenić języka powieści, który jest piękny, plastyczny, wyrafinowany. Gdyby te dzisiejsze samozwańcze pisarki o miłości potrafiły TAK pisać, to mniej bym się dziwiła, że Zmierzch i 50 Shades of Grey są tak chętnie czytane. Nie można również przejść obojętnie nad obrazem Paryża XIX wieku, chociaż niewiele go jest, ukrytego w cieniu wzajemnych wzruszeń i zapewnień o miłości połączonych z rozmyślaniami Armanda, w których umysł jego kieruje go na manowce. Innymi słowy, forma wspaniała, treść rozczarowująca, nie pomaga nawet świadomość, że jest to historia do pewnego stopnia prawdziwa, zapis autobiograficzny samego autora i jego romansu. Romansu jak setki innych.

Moja ocena: 3/6

Aleksander Dumas (syn) Dama Kameliowa
Hachette Livre Polska, Świat Książki
Poessneck 2006

Książka przeczytana w ramach wyzwania trójka e-pik oraz wyzwania Z półki.