O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 września 2017

"Herbatka o piątej" Bill Bryson

Każdy z nas ma takich autorów, którzy stanowią dla nas kwintesencję wysokiej jakości, i którzy nigdy nas nie zawodzą. Dla mnie jednym  z nich jest Bill Bryson, bo chociaż nie wszystkie jego książki lubię jednakowo mocno, nie zdarzyło mi się do tej pory nie docenić jego olbrzymiej wiedzy i ciętego dowcipu, niezależnie od tego, czy przemieszczał się z plecakiem po Europie, usiłował nie dać się zabić w Australii czy popijał herbatkę w Wielkiej Brytanii. A skoro już mówimy o herbatce… Niedawno wydana Herbatka o piątej, będąca niejako kontynuacją lekko leciwych Zapisków z małej wyspy” zachwyciła mnie do tego stopnia, że niemalże wpadłam po niej w czytelniczą depresję, bowiem nic nie mogło się równać w tym przezabawnym raportem ze współczesnej Brytanii.

Dwadzieścia lat po ukazaniu się Zapisków z małej wyspy, do tej pory mojej ulubionej książki Brysona, autor ponownie odbywa podróż przez swoją drugą ojczyznę, odwiedzając po drodze miejsca wcześniej opisane, ale i zupełnie dla niego nowe. I teraz mam nową ulubioną książkę. Dużo tu wspomnień, znanych mi już innych książek, jednak na pierwszy plan przebija się Wielka Brytania dzisiejsza, zarówno pod względem udogodnień, które się pojawiły w niektórych sferach życia, jak i degrengolady w innych. Ponownie odżyło we mnie pragnienie powrotu do Anglii, jednak tym razem celem udania się śladami autora do tych wszystkich małych miejscowości, pięknych lasów, ciekawych muzeów i klimatycznych pubów, o których miałam okazję poczytać.


Nie śmiałam się tak głośno i tak często przy czytaniu książki od bardzo, bardzo dawna. Bill Bryson jest już, powiedzmy to głośno, dojrzałym jegomościem, ze swoimi upodobaniami, przyzwyczajeniami i przywarami, co zwykle wikła go w dziwne sytuacje i rozmowy, a cyniczne i jakże celne komentarze wywoływały autentyczne łzy i ból brzucha ze śmiechu. A przy tym nie sposób nie docenić olbrzymiej wiedzy, jaką ten zabawny pan posiada, i którą wciąż zdobywa, przedstawionej w zdroworozsądkowy i zrozumiały dla zwykłego zjadacza chleba sposób. Teraz po cichu liczę na to, że ukarzą się kolejne Zapiski z wielkiego kraju, bo jednak świat się zmienia, Ameryka razem z nim, więc na pewno materiału na taką książkę nie zabraknie. A na razie zadowolę się nowym wydaniem Krótkiej historii prawie wszystkiego”, a Was po raz kolejny zachęcam do sięgnięcia po Billa Brysona.

Bill Bryson "Herbatka o piątej"
Wyd. Zysk i S-ka
Poznań 2016

sobota, 11 lipca 2015

Droga, która nie istnieje

Dziś trochę odchodzę od minimalistyczno-organizacyjnych tematów (ale nie lękajcie się, jeszcze mam dwie książki w tym typie do opisania). Zrobiłam sobie ostatnio przerwę od sprzątania i udałam się tam, gdzie muszę wylądować kilka razy do roku, aby zachować zdrowie psychiczne. Tym miejscem są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, a podróż, jak zwykle, odbyła się tylko w wyobraźni, z pomocą kolejnej lektury traktującej o moim wymarzonym miejscu do odwiedzenia.

Prawda jest taka, że Ameryka pociąga mnie z jednakową siłą, niezależnie od tego,  czy akurat zawitałam do Nowego Jorku, Chicago, na Alaskę, Hawaje, czy też w okolice południowego Kentucky. Nie ma też znaczenia, czy siedzę w jednym miejscu, czy też podróżuję wzdłuż, wszerz, po skosie czy wokół całego kraju. Niedawno maszerowałam z północy na południe, poczynając od Kanady, a kończąc w Meksyku. Tym razem trochę po skosie wyruszyłam z Chicago, i szlakiem nieistniejącej już w oryginalnej odsłonie Route 66 dojechałam aż do Los Angeles.

Oprócz spędzenia (albo nawet zamieszkania na stałe) kilku dni w Nowym Jorku, moim największym marzeniem jest odbycie samochodowej podróży w poprzek Stanów Zjednoczonych. W ogóle nic mnie tak w życiu nie cieszy, jak bycie z podróży, chociażby to były tylko dwie godziny na Zakopiance, albo dwie doby w autokarze w drodze do Grecji. Sam fakt przebywania w środku lokomocji już dodaje mi energii. Uwielbiam obserwować zmieniający się krajobraz, uciekające kilometry i poczucie, że wszystkie kłopoty zostawiłam za sobą, na starcie. Kocham wszystko, co jest z tym związane – łącznie z niezdrowym jedzeniem, kawą ze stacji benzynowej i parkingami w samym środku niczego. Jedynym, czego nie lubię, to brudnych toalet, ale to też jest część atrakcji, co nie? A w myślach dodaję teraz do tego wszystkiego obserwowanie jak swojski krajobraz Massachusets zamienia się powoli w Dziki Zachód Oklahomy i Teksasu, pustynną Nevadę i Arizonę, kończąc na brzegu oceanu gdzieś w metropolii LA. A po drodze – typowe amerykańskie burgery, burze pisakowe, lokalne atrakcje typu największy przydrożny hot-dog, obskurne motele. Możecie nazwać mnie wariatką, ale to mnie właśnie najbardziej kręci.

Na razie taka podróż jeszcze nie wchodzi w  grę (ale zaczęłam zbierać, mam już 230 zł), więc muszę się zadowolić faktem iż komuś innemu udało się na koszt wydawcy odbyć taką podróż, porobić zdjęcia, a następnie opublikować książkę, która we wciągający, zabawny i przemawiający do wyobraźni sposób mentalnie mnie w taką podróż zabierze. Olińskiemu się udało (podziwiam zwłaszcza za wydębienie pieniędzy od wydawcy). Chociaż przeczytałam ją ciurkiem, to jest to taki rodzaj lektury, do której można wracać po wielokroć, otworzyć w dowolnym miejscu, i na chwilę przenieść się gdzieś na Route 66, kwintesencję zmotoryzowanej Ameryki.

Moja ocena: 5/6

Wojciech Orliński Route 66 nie istnieje
Wyd. Pascal

Bielsko-Biała 2012

wtorek, 28 kwietnia 2015

Piechotą przez USA

Niezależnie od tego, ile takich książek przeczytam, chyba nigdy mi się one nie znudzą. Tak samo jak nigdy chyba nie wyleczę się z marzenia, aby kiedyś te książki zamienić na rzeczywistość, i podążając ich śladami przemierzyć Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Osobista wizyta jest na dzień dzisiejszy tak odległa, pod wieloma względami, że ocean to naprawdę mój najmniejszy problem. Więc pozostają mi książki. Niezależnie  czy to żartobliwy styl Brysona w Zapiskach z wielkiego kraju, czy polski punkt widzenia Marka Wałkuskiego w Wałkowaniu Ameryki, czy uroki życia na prerii opisywanej przez Cejrowskiego w Wyspie na prerii – każdą z tych Ameryk chciałabym zobaczyć. Bo im więcej czytam, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że to państwo o wielu twarzach, w zależności od tego, kto patrzy.

Tym razem było mocno nietypowo. Po pierwsze, moim przewodnikiem był Niemiec, Wolfgang Buschner. Pierwszy raz czytałam reportaż niemieckiego autora, początkowo trudno mi było się przyzwyczaić do nieznanego mi dotąd stylu, niemalże porzuciłam książkę zaraz na początku. Na szczęście, nie zrobiłam tego, bo już za pierwszym zakrętem zrobiło się ciekawie. I tu pojawia się po drugie – autor przebył Stany Zjednoczone, ale na piechotę! Każdy, kto wie cokolwiek o USA, wie również, iż tam nikt, ale to nikt nie chodzi na piechotę. Mimo wielu różnic, w tej kwestii wszyscy wyżej wymienieni autorzy są zgodni. Może poza Nowym Jorkiem i kilkoma innymi metropoliami z rozwiniętym transportem publicznym, w Ameryce możesz nie mieć domu, ale samochód musi być. Wprawdzie mój współtowarzysz podróży trochę „oszukiwał” będąc po drodze podwożonym przez przejeżdżających akurat kierowców, i zdarzyło mu się przejechać kawałek pustyni autobusem, ale po podróżowaniu trasy jaką pokonał z drogą z Krakowa do Gdańska trudno nie poczuć szacunku dla wytrzymałości tego podróżnika. I tak dochodzimy do po trzecie – najczęściej podróże po Stanach odbywają się poziomo – ze Wschodu na Zachód, rzadziej odwrotnie. Buschner schodził „w dół” – przekroczył granicę z Kanadą i udał się przez obie Dakoty, Nebraskę, Kansas, Oklahomę i Teksas aż do Meksyku. Stany raczej marginalizowane w literaturze podróżniczej tego kraju (może poza Teksasem).

Można się sporo dowiedzieć o państwie z takiej podróży, głównie o ludziach. O tym, jak brak plecaka drastycznie zmniejsza zaufanie, jak bardzo uprzedzeni są mieszkańcy stanów północnych w stosunku do Teksasu i Oklahomy, jak trudno jest nieraz żyć w „raju na ziemi” i ilu Amerykanów tak naprawdę ma niemieckie korzenie. Idąc, Buschner opowiada czytelnikowi historię Indian, i skąd Karol May (prawdopodobnie) miał taką rozległą wiedzę na ich temat.

Wróciłam z tej wyprawy lekko zmęczona, mimo iż spędziłam ją w moim fotelu (rosnący rozmiar jeansów każe pomyśleć o podobnej wyprawie, tym razem nie-literackiej). Wbrew początkowym obawom autorowi udało się wciągnąć mnie w swoją podróż, zainteresować, opowiedzieć fragment historii fascynującego mnie kraju tak, że nawet nie zauważyłam, kiedy śniegi Dakoty przeszły w prerię, a następnie w upalną pustynię Teksasu. Innymi słowy – przekonał mnie. Jadę! (tylko jeszcze nie wiem kiedy…)

Moja ocena: 5/6

Wolfgang Buschner Hartland
Tłum. Katarzyna Weintraub
Wyd. Czarne

Wołowiec 2013

niedziela, 19 kwietnia 2015

Na marginesie globu

Co wiecie o Australii? Ja do niedawna bardzo niewiele: Australia jest daleko, do góry nogami, mówi się tam po angielsku, urodził się tam Simon Baker i praktycznie każde zwierzątko chce cię zabić. Założę się, że wiedza większości z was na temat tego kontynentu jest niewiele bogatsza. I trudno się dziwić – ponieważ to spokojny kraj, nie urządzający burd w stosunkach międzynarodowych, medialne doniesienia stamtąd należą do rzadkości, i nie jest to tylko problem polski. Bill Bryson, którego książki uwielbiam, rozpoczynając swoją fascynującą podróż po Australii zaczyna od sprawdzenia, ile razy a anglojęzycznych mediach pojawiła się o niej wzmianka. Wystarczy powiedzieć, że częściej usłyszymy o Albanii, Kambodży i Burundi. A przecież to miejsce tak bogate w wyjątkowe zjawiska, że mogłoby obdzielić tym bogactwem całą Afrykę i trochę Europy, bez uszczerbku na swojej atrakcyjności.

Bryson to człowiek orkiestra, który jednocześnie z pokonywaniem setek kilometrów wzdłuż i wszerz Australii zdołał poczytać kilka interesujących pozycji na temat zwiedzanego kraju, setek informacji uzyskać z innych źródeł i jeszcze zaliczyć parę zabawnych sytuacji. Uwielbiam go czytać, bo pod płaszczykiem dowcipnego stylu znajduje się gruby pokład wiedzy, podanej w sposób tak lekki, że nawet nie wiesz, czytelniku, kiedy się uczysz. Uczysz przez zabawę, bo chwilami opowieści autora potrafią przyprawić o ból brzucha (nie należy tego czytać w środkach transportu publicznego!). W taki oto, przepełniony anegdotami sposób, odbyłam podróż przez Australię, odwiedzając Sydney, Melbourne, Perth, Adelaide, Darwin, zapuszczając się na pustynię, przemierzając kilkusetkilometrowe odcinku dróg wzdłuż australijskiego wybrzeża, prawie zupełnie niezamieszkanego przez ludzi, za to z wodą aż kipiącą od mieszkających tam stworzeń (a każde tylko czeka, żeby zabić niczego niepodejrzewającego turystę). Ponadto – tam jest piekielnie gorąco. Upał wylewa się z kartek książki, efekt jest absolutnie powalający – siedzisz sobie w fotelu w futrzanych papuciach ze Szklarskiej Poręby, za oknem pizga zimnem, a ty odcierasz z czoła pot sunąc przez out back.

Przeczytałam Śniadanie z kangurami i teraz mam dylemat. Z jednej strony chciałabym już dziś spakować plecak i wyruszyć do tego świata, tak innego od znanego mi zza okna. Poczuć gorący powiew wiatru znad pustyni, zobaczyć operę w Sydney, zrozumieć, co to znaczy być na drugim końcu świata. Z drugiej – ten kraj na marginesie przeraża mnie bardziej niż mogłabym to sobie wyobrazić, zanim przeczytałam tą książkę. Olbrzymie połacie ziemi na których nigdy nie stanęła ludzka stopa, albo stanęła i zaraz odeszła (ergo, awaria samochodu gdzieś w outbacku równa się śmierć), setki jadowitych stworzeń, świadomość, że to już naprawdę koniec świata, i że bilet do domu kosztuje majątek. Nie wsiądziesz w pociąg i za parę godzin nie znajdziesz się znów w domu. Co więcej, lecąc tutaj, już straciłeś, dosłownie, jeden dzień życia via zmiana czasu.

Po raz kolejny polecam Brysona. Po odbyciu wspólnej podróży po Wielkiej Brytanii i Europie, po uzbrojeniu mnie w kawał niekoniecznie-potrzebnej-wiedzy o Stanach Zjednoczonych, teraz zabrał mnie do Australii. I powiem wam, jedno – z żadnej z tych podróży nie wracam taka sama.

Moja ocena: 5,5/6

Bill Bryson Śniadanie z kangurami
Tłum. Tomasz Bieroń
Wyd. Zysk i S-ka

Poznań 2011

niedziela, 7 września 2014

A mnie ta Ameryka Cejrowskiego zachwyciła

O tym, że Cejrowskiego można kochać albo nienawidzić, a nawet odczuwać te dwie rzeczy jednocześnie, wie zapewne cała Polska. Bo są tacy, do których ja się zaliczam, którzy uwielbiają jego książki podróżnicze i program Boso przez świat, ale jednocześnie mają odruch wymiotny przy spotkaniu z jego poglądami politycznymi czy religijnymi. Są tacy, którzy książek nie trawią a poglądy jak najbardziej. Są też zapewne tacy, którzy lubią i jedno i drugie.

Ja tu dziś piszę o książce, nie o autorze. Wyspa na prerii mnie do siebie przyciągała od chwili, gdy na nią natrafiłam w księgarni (i tajemniczym zrządzeniem losu trafiła mi w rączki parę dni później). Bo po pierwsze – Cejrowski, a jego opowieści o Ameryce Południowej uwielbiam, a po drugie – USA, kraj, którzy fascynuje mnie odkąd pamiętam. Więc połączenie jednego i drugiego zapowiadało świetną lekturę.

I tak było. Cejrowski opowiada o swoim domku na prerii. Gdzieś w Arizonie najpierw dostał, potem wygrał, a wreszcie kupił sobie domek. Domek ów stał niezamieszkany przez dłuuugie lata, aż wreszcie właściciel postanowił się tam na pół roku wprowadzić. Reszta to historia… przezabawna, czasem straszna, klimatyczna, gorąca jak preria, a czasem złudna. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć w te opowieści o ojcu autora (kto czytał, ten wie, kto nie czytał, niech przeczyta). Z kolei inne wątki o jakości życia w Stanach, mimo, że dla Polaka nie do uwierzenia, mnie przekonały. Ameryka to wielki kraj, od początku kapitalistyczny, przez pewien czas zamknięty na resztę świata – trudno, aby obsługa klienta się nie rozwinęła na poziom, który w Europie jest niedostępny. Bo jeśli klient jest niezadowolony ze sklepu, pójdzie jutro do innego, bo musi być tanio, jeśli jesteśmy w Arizonie czy Montanie na wsi, a musi być drogo w Beverlly Hills. Z niektórymi szczegółami już się wcześniej spotkałam, dlatego nie były dla mnie tak nieprawdopodobne, jak mogą być dla innych. Bo Ameryka tak jest skonstruowana, że każdemu się wszystko należy. Czy to dobrze? Dla Amerykanów tak, ale reszty świata już niekoniecznie.

Ja bym na tej prerii Cejrowskiego nie zamieszkała. Nie przeżyłabym wszędobylskiego kurzu i dzikich os, zamieszkujących mój samochód. Z drugiej strony, będę czekać, aż wreszcie i u nas elektrownia sama z siebie za symboliczną opłatą podprowadzi mi prąd na działkę, a zwrot lampek choinkowych nie będzie walką, a zwykła procedurą.  Jednak mimo trudnych warunków chętnie się od czasu do czasu wybiorę na prerię  na wycieczkę. Nie muszę kupować biletu, wystarczy, że otworzę znów  tą przezabawną książkę, a dla realizmu usiądę w plamie słońca.

Moja ocena: 4,5/5

Wojciech Cejrowski Wyspa na prerii
Wyd. Zysk i S-ka

Arizona 2014 (tak napisali, co ja mogę?!)

środa, 12 czerwca 2013

Co ty wiesz o Gujanach?



Mam już nieco więcej czasu, i miałam nadzieję, że uda mi się nadrobić zaległości czytelnicze i trochę więcej o książkach popisać na moim blogu. Jednak dwa tygodnie temu złapałam się za dopiero co kupionego ebooka Dzikie wybrzeże, i cóż, posłuchajcie.

Rzadko zdarza mi się czytać książki, o których zupełnie nic nie wiem. Z jednej strony, dzięki temu nie kupuję już tyle nietrafionych rzeczy co kiedyś, z drugiej, portale i blogi książkowe czasem odbierają przyjemność z bycia totalnie zaskoczonym. I tą przyjemność z bycia zaskoczonym, i to pozytywnie, miałam teraz dzięki Johnowi Gimlette i jego reportażowi z podróży do Gujan.  Wzięło się to z tego, iż jak tylko zobaczyłam w podtytule „Ameryka Południowa”, od razu książkę kupiłam, myśląc, że opowiadać będzie o całym kontynencie. Okazało się, że mam w rękach dokładny, ciekawy, napakowany masą informacji reportaż  o historii, ludziach, wierzeniach, językach i zwyczajach Kooperacyjnej Republiki Gujany, Surinamu i Gujany Francuskiej.

Nie jest to książka łatwa, przeczytanie jej zajęło mi ponad dwa tygodnie. Gimlette opisuje bowiem dokładnie nie tylko swoją podróż po tych krajach, ale i ich historię. Książka zatem z podróżniczej zmienia się w reportaż o ważnych wydarzeniach z dziejów Gujan i Surinamu, potem w książkę typowo historyczną, czasem w biografię, by znów powrócić jako podróżnicza. Autor opisuje swoje przygody z miejscowymi hotelami i transportem, ale przeważająca część książki to gęsty raport z „pola walki”. Faktem jest, że Ameryka Południowa jest wciąż jeszcze marginalizowana przez Europejczyków, a o Gujanach prawdopodobnie mało kto wie więcej niż to, że istnieją (ale już co istnieje i ile tych Gujan jest, to mogłoby stanowić spory problem). Osobiście nie wiedziałam o tym rejonie nic, dlatego każda przeczytana informacja była dla mnie nowością, i stąd też pewnie dlatego czytanie szło mi chwilami opornie. Jest to jednak książka, której warto poświęcić sporo czasu, nawet przeplatając ją z czymś lżejszym.

Poza dokładną historią obu Gujan i Surinamu poznajemy też życie w Georgetown,  historię sekty Świątynia Ludu, odpowiedzialnej za największe masowe samobójstwo w historii, przedrzemy się przez dżunglę, przepłyniemy pirogą nie jedną rzekę, poznamy tubylców i ich wierzenia, udamy się w pogoń za małpą wodną, zahaczymy o Laos, potkniemy się o wątek polski, zwiedzimy jedno z najstraszniejszych więzień świata i przeżyjemy kilka innych przygód. A przede wszystkim dowiemy się czegoś nowego o kawałku wybrzeża Ameryki Południowej, pomiędzy Wenezuelą i Brazylią, zwanym do dziś Dzikim Wybrzeżem.

Moja ocena: 5/6

PS Bardzo podoba mi się nowa seria Wydawnictwa czarne, w której wyszła ta książka – „Orient Express”. Już sama nazwa nastraja do spakowania plecaka, a tytuły w niej proponowane tylko tą chęć podroży, choćby czytelniczej, we mnie wzmagają.  Czaję się teraz na Stary Ekspres Patagoński  Theroux oraz Hartland  Buschera. Wydaje się, że to ciekawa propozycja na wakacje. Czytaliście już coś z „Orient Ekspresu”? Jakie macie wrażenia?

John Gimlette Dzikie Wybrzeże
Tłum. Hanna Pistuła-Liwicka
Wydawnictwo Czarne, Seria Orient Express
Wołowiec 2013
Książka przeczytana w formie ebooka (fajnie, bo zdjęcia były większe niż w papierowej, nietajnie, bo trudno się wraca do map).

niedziela, 19 maja 2013

Mała Wielka Brytania na wesoło



Czytając blogi i rozmawiając z ludźmi którzy, tak jak ja, są zakręceni na punkcie książek, zauważyłam pewną zależność, która za pewno większości z Was również rzuciła się w oczy. Otóż, namiętni czytacze w rubryce „zainteresowania” obok „książek” bardzo często wpisują „podróże”. I ma to sens, jeśli się uzna, że dryfowanie, parcie, płynięcie czy galopowanie poprzez strony książki ma w sobie coś z podróży.

Jak wiemy, książki są drogie. Ale podróże jeszcze droższe, do tego stopnia, że w czasie przedwyjazdowych zakupów zakup książki na wyjazd jest już tylko drobnym wydatkiem (jakby ktoś z nas potrzebował kupować książkę na wyjazd, haha!). Dlatego, gdy portfel nie pozwala na tropikalną podróż (albo chociaż weekend we Wrocławiu), należy dobrać sobie książkę i wyruszyć z nią w podróż, która odbywa się w tylko w naszej głowie, co nie czyni jej ani odrobinę mniej rzeczywistą.

W celu podróżowania bez opuszczania fotela można dobrać jakąkolwiek książkę – praktycznie każda powieść gdzie nas w końcu zabiera – czy to do Los Angeles, czy do Narnii. Ja osobiście jednak w takich celach preferuję reportaże, gdyż dzięki nim dowiaduję się czegoś ciekawego o danym miejscu (a to dla mnie synonim podróżowania), na drugim miejscu są oczywiście książki podróżnicze i powieści drogi. Tym razem miałam do czynienia z czymś z pogranicza pierwszego, drugiego i satyry.

O Billu Brysonie i jego książkach pisałam już tutaj i tutaj. Choć nie wszystko mnie u niego zachwyca, to jednak zawsze z przyjemnością sięgam po kolejną jego książkę, gdy mam ochotę na coś lekkiego, śmiesznego i jednocześnie zawierającego jakąś wartość (najlepiej dodatnią). Zapiski z małej wyspy to zapis podróży Brysona po Wielkiej Brytanii, którą odbył przed swoją wyprowadzką z powrotem do USA. Autor zaczyna ja we Francji (tak, dobrze czytacie, zaczęło się we Francji) by następnie kroczyć, jechać, truchtać czy zjeżdżać na zadku w kierunku północnym, zwiedzając po drodze tak znane miasta jak Londyn, Manchester, Liverpool i Edynburg, ale i tak mało znane jak Durham, Monmouth, Wigan czy Dunnet Head (najbardziej wysunięte na północ miejsce w Szkocji).  Po drodze odwiedza muzea, katedry, puby, dworce, kina, parki i różne dziwne miejsca. Opisuje atrakcje turystyczne danego regionu, legendy, ale i zabawne historyjki wyczytane w ulotkach i przewodnikach. Co mi się podobało, to faktyczne poczucie, że się podróżuje z Brysonem, a nie tylko o podróży czyta, a to dzięki licznym opisom przygód autora z hotelami, pensjonatami, środkami transportu i lokalami gastronomicznymi – niektóre śmieszne, inne straszne – czyli mniej więcej tak, jak to bywa, gdy się jest na wakacjach.

Nie jest to książka wybitna, na pewno nie najlepsza w dorobku autora, ale też nie zwyczajna i na pewno godna polecenia, gdy chce się spojrzeć na Wielką Brytanię przez pryzmat czegoś innego niż Agatha Christie i To właśnie miłość. Tym pryzmatem jest „turysta z Iowa”. A wszystko, co zawiera w sobie „turystę z Iowa”, po prostu musi być śmieszne.

Moja ocena: 4,5/6

Bill Bryson Zapiski z małej wyspy”
Tłum. Tomasz Bieroń
Wyd. Zysk i S-ka
Poznań 2009


czwartek, 22 listopada 2012

Trzech gości na łajbie z kundlem



Na początek muszę wyznać, że konieczną wkrótce okaże się dla mnie zmiana sposobu dostawania się do centrum miasta. Bowiem kolejny raz w ostatnim czasie zdarzyło mi się w autobusie głośno rechotać nad książką. Zawsze to jest ten sam autobus, możliwe, że częściowo ci sami pasażerowie, a jednego wariata ta linia już ma, więcej nie zdzierży.

W zeszłym tygodniu śmiałam się nad „Wątoślem”, w tym powodem do chichów była klasyka – „Trzech panów w łódce nie licząc psa”, powieść brytyjska napisana pod koniec XIX wieku. Co stwierdziłam ze sporym zaskoczeniem, ale o tym za chwilę. Narrator i główny bohater w jednym – Jerome, wraz z dwoma przyjaciółmi i foksterierem, udają się na wycieczkę w górę Tamizy. Łodzią, gdyby ktoś miał wątpliwości. Pokonują 123 mile pomiędzy Kingston a Pangbourne, zaszczycając okoliczne miejscowości swoją obecnością, siejąc chaos i zniszczenie. Nie tylko po drodze przeżywają niezwykle zabawne, ale i czasem mrożące krew w żyłach przygody, ale i korzystają z życiowego doświadczenia, które pomaga im uniknąć jeszcze większych, hmmm, strat.

Jest to książka niesamowicie trudna do zaszufladkowania. Z jednej strony funkcjonować mogła, i do dziś jeszcze może, jako przewodnik po najciekawszych miejscach nad Tamizą. Trzech panów odwiedza między innymi wyspę, gdzie ponoć podpisano Magna Carta Libertatum, miejsce, gdzie Henryk VIII i Anna Boleyn urządzali swe schadzki, i liczne pola bitewne. Jednak sama opowieść o pływaniu łajbą po Tamizie zajęłaby pewnie około 70 z 300 stron. Pozostałe strony wypełnione są natomiast przezabawnymi anegdotami z życia Jerome’a i jego koleżków, nie pomijając psa. Jerome jest mistrzem dygresji, połączonych z głównym tematem cienką, symboliczną nitką, która następnie dygresję ową łączy z kolejną, do niej dokłada się jeszcze jedną historyjkę, by po chwili wrócić do tematu wiodącego. A zrobione jest to wszystko z taką gracją, że czasami masz ochotę wyskoczyć na ulice o pokazać obcym ludziom – patrz! Patrz, co on tu zrobił!  A wszystko to okraszone jest starym, dobrym, angielskim humorem, przez co nie sposób nieraz powstrzymać się od śmiechu. Poważnie – momentami, gdyby nie uszy, cieszyłabym się dookoła głowy. A wystarczyło po kilku dniach przypomnieć sobie jakiś fragmencik, by dostać banana na gębie w trakcie wykładu czy w sklepie.

Przy tym jest to książka bardzo aktualna. Stąd wzięło się moje zaskoczenie, kiedy odkryłam, że po dzieło ma XIX wieczny rodowód. Otóż pewne sytuacje mogą się nam przydarzyć, tak samo ja przydarzały się 100 lat temu, i wciąż będą bawić. Na mojej prywatnej liście „Trzech panów w łódce” ląduje na czele listy rozwesela czy.

Ponadczasowa, przezabawna, świetnie się czyta. Absolutnie nie w środkach transportu.

Moja ocena 5,5/6

Jerome K. Jerome Trzech panów w łódce nie licząc psa
Tłum. Kazimierz Piotrowski
Książka i Wiedza, Seria „Koliber”
Warszawa 1988

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik oraz Z półki.

czwartek, 25 października 2012

Czy to ptak? Czy to samolot?



Nie, to Amerykański Turysta w Europie…

Po zachwycających „Zapiskach z Wielkiego Kraju” Billa Brysona zabrałam się za kolejną książkę tego autora dostępną na polskim rynku – Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych, która stanowi  relację z jego podróży dookoła Starego Kontynentu. Yyyyyyy, cóż…

Książka o Ameryce zaskoczyła mnie nie tylko olbrzymim poczuciem humoru, świetnym piórem, masą ciekawostek, świadczących o elokwencji i ciężkiej pracy autora, ale i niesamowitą umiejętnością śmiania się z własnych, amerykańskich przywar. I tego też spodziewałam się po książce o Europie. Miałam nadzieję na ciekawe informacje, których nie znajdę w przewodnikach, ale i na celne obserwacje na temat samych Europejczyków i ich krajów. Wszak nie od dziś wiadomo, że z bliska Amerykanie i Europejczycy są tak samo różni jak ogień i woda.

Bryson odbył swoją wielką podróż po Europie  w 1990 roku. Jego uwaga skupiła się głównie na zachodniej części kontynentu – Francji, Niemczech, krajach Beneluxu, przeniosła się następnie na Skandynawię, by szybkim skokiem przesunąć się na południe – Włochy, Bałkany, Turcja. I od razu, po pobieżnej lekturze spisu treści, zauważyłam, że Bryson w sposób systemowy ominął centralną i wschodnią część Europy. Nie ma mowy Polsce, Czechach, Słowacji, Litwie, Łotwie, Estonii, Ukrainie, Węgrach. Upadek ZSRR i rodzące się dopiero demokracje  w tej części kontynentu mogłyby być dobrą wymówką, gdyby nie wizyta autora w Jugosławii i Bułgarii. Z naszego kręgu kulturowego nie ma w książce żadnego reprezentanta.

Bryson odwiedził kilkanaście wielkich miast Europy, w każdym zatrzymując się na jeden lub kilka dni. Opisuje zabytki, które widział, głównie muzea, które z lubością odwiedza, i widoki, które go zachwyciły, jak chociażby krajobraz jeziora w Hamburgu czy życie na Capri. Często też wspomina o ciekawych zwyczajach czy przywarach tubylców, oraz zamieszcza zaskakujące informacje o odwiedzanych miejscach, głównie statystyki kryminalne. I niby fajne, ciekawie, z polotem, humorem. Tylko, że z całej książki wyziera taki wielki, tłusty, zapatrzony w czubek własnego nosa, tępy, niedouczony, irytujący Amerykański Turysta. Każdy, kto pracuje lub pracował w szeroko pojętej turystyce, wyjechał kiedyś na zagraniczne wakacje lub oglądał amerykańskie programy podróżnicze (słowem: każdy) wie, co oznacza Amerykański Turysta. Niezależnie od tego, skąd jesteś i gdzie pojechałeś, kiedy widzisz AT, uciekasz. Albo zostajesz i potem masz co opowiadać na imieninach przez 10 lat. Bardzo lubię Amerykanów, ale ich podejście do turystyki i zwiedzania jest jakie jest i nikt tego nie zmieni.

Książka jest strasznie schematyczna. W każdym odwiedzanym mieście Bryson szuka hotelu i jedzenia, i to jest normalne, ok, ale czytać co 20 stron o kolejnym hotelu i kolejnej restauracji, to trochę nudne. Często spędza w odwiedzanym mieście jeden dzień, albo nawet kilka godzin, a potem czuje się uprawniony do pisania o nim całego rozdziału. W kolonii ledwo wysiadł z pociągu, zobaczył śmieci i tłum ludzi, odwrócił się na pięcie i pojechał dalej. Tak samo potraktował Goteborg i Neapol. We Florencji i Kopenhadze był niezadowolony, że miasto nie posprzątało śmieci i nie postawiło donicy z kwiatkiem. Tonem, który wskazuje, że przecież on, Bill Bryson, łaskawie raczył tam przyjechać i zostawić pieniądze, więc należy mu się ten cholerny kosz naśmieci i kwiatek. O Sztokholmie napisał, że jest szary i brzydki, - „Tak wyobrażałem sobie Kraków lub Bratysławę” – nie wiem, co jest bardziej uwłaczające, czy obrażenie mojego miasta czy porównanie go z Bratysławą? W Norwegii prawie obraził się za to, że nie honorują tam koron szwedzkich, bo przecież to wszystko jest Skandynawia. A tak w ogóle, to z rozczulającą szczerością stwierdził, że zawsze postrzegał Europę jako jeden kraj i Europejczyków, jako jeden naród. Ale zupełnie nie rozumie naszej tendencji do zacierania granic – co to za pomysł, żeby między Danią a Niemcami nie było kontroli granicznej. Czyli jesteśmy jednym krajem, ale z granicami  w środku. Poza tym akurat Amerykanin mieszkający w Wielkiej Brytanii jest ostatnią osobą, która ma prawo wypowiadać się na temat sensu Unii Europejskiej, wykazując się przy okazji zupełnym brakiem zrozumienia tej instytucji. Słowo daję, akurat po tym panu spodziewałabym się czegoś więcej niż wybiórczych informacji z programu telewizyjnego.

Mimo tych wad książkę zaskakująco dobrze się czyta.  Kiedy już przebrniemy przez trudności autora ze spaniem i jedzeniem, i jeśli postanowi on zostać w danym miejscu dłużej niż godzinę, możemy dowiedzieć się naprawdę ciekawych rzeczy. Czyli  w jednej książce mamy otwartość umysłu na piękno i sztukę oraz zapatrzenie w siebie i swoje potrzeby toaletowe, zachwyt nad Europą i jednocześnie jej totalną krytykę. To sprawia, że książka jest bardzo nierówna, i właściwie trudno wyznaczyć jej jednoznaczną ocenę. Nie wiem też czy polecać czy nie – najchętniej poleciłabym wam fragmenty, a fragmenty spaliła na stosie razem z Fifty Shades of Grey i pismami heretyków. Jak chcecie, to czytajcie i się śmiejcie, jak nie chcecie, to zabierzcie się za inne dzieła Billa Brysona, a to konkretne omijajcie szerokim łukiem.

Moja ocena: 3,5/6 (głównie za ten Kraków – takiej obrazy się nie wybacza, zwłaszcza ze strony gościa, który nigdy tu nie był)

Kolejna książka podróżnicza przeczytana w ramach wyzwania trójka e-pik.

PS Sprofanowałam tą książkę. Pozaginałam jej rogi i podkreśliłam ołówkiem cytaty.  Oto dwa najlepsze (wydźwięk całych fragmentów sugerował ton „No popatrz ty się/nie uwierzyłbyś”):
„Ale najbardziej niedorzeczny, zgoła surrealistyczny przepis wymyślili Szwedzi: kierowcy muszą tam jeździć z włączonymi światłami przez całą dobę (…). Wiele bym dał za spotkanie z facetem, który to wymyślił”. No doprawdy.

O zakupach w Sofii: „Pewna kobieta wyszła z piekarni z małym bochenkiem chleba i od razu stanęła w długiej kolejce  do masarni. I tak dzień po dniu: niczego nie można było dostać bez stania w kolejce. Co za życie” Co ty nie powiesz? Dzięki Wam mieliśmy tak parę dobrych lat – z pozdrowieniami, byłe demoludy.

Bill Bryson Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średniozaawansowanych.
Wyd. Zysk i S-ka
Poznań 2010


A to mój setny post jest! Czyli mamy tu mały jubileusz :)