O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Ruta Sepetys "Szare śniegi Syberii"


Szare śniegi Syberii czytałam dwa dni – jeden dzień ponad miesiąc temu, drugi –wczoraj. W międzyczasie zaś wzięłam udział w spotkaniu z autorką – Rutą Sepetys – zorganizowanym przez wydawnictwo Nasza Księgarnia na krakowskich Targach Książki. W rezultacie pierwsze sto stron powieści i pozostałe dwieście odebrałam diametralnie inaczej.

Jest to oparta na faktach powieść opowiadająca o jednym z najstraszniejszych epizodów z trudnej historii Litwy – jakże podobnej do polskiej, by tak często o niej zapominać, szczególnie w naszych szkołach. Szesnastoletnia Lina wraz z matką i bratem zostają wywiezieni do obozu pracy w głąb Syberii. Nie wiedzą, co stało się z ich ojcem i mężem, usiłujący przeżyć dzięki temu, co w pośpiechu spakowali w chwili aresztowania, przez sześć strasznych tygodni są do transportowani tam, gdzie teoretycznie nie powinno być w ogóle życia i zmuszeni do ciężkiej pracy. Gdy książka ta trafia w ręce polskiego czytelnika, historia nie zaskakuje – może trochę fakt, że nie tylko Polacy padli w czasie II wojny światowej podobnym praktykom, może spadają niektórym z nas klapki z oczu, ale jednak samo zachowanie Sowietów wobec ludów bałtyckich jest nam już tak dobrze znane z wielu powieści, opowiadań i reportaży oraz filmów, że naprawdę trudno mówić o nabyciu nowej wiedzy. Co nie znaczy, że nie robi wrażenia – w czasie czytania po raz kolejny przechodzimy przez to piekło z kolejnymi bohaterami, a w sercach budzą się te same emocje, co w czasie czytania polskiej literatury wojennej i obozowej.

Przez pierwsze sto stron coś mi nie grało. Nie byłam w stanie określić tego dokładnie, coś jakby historia była zbyt wygładzona, zbyt uproszczona, wypełniona zbyt wieloma Wielkimi Słowami i przez to mniej realistyczna. A potem wysłuchałam tego, co opowiedziała autorka. Co się wtedy zmieniło? Zdałam sobie sprawę, dlaczego te pierwsze sto stron nie grało. Otóż – wydawca amerykański nakazał pani Rucie zmienić powieść szesnaście razy, aż wreszcie uznał ją za odpowiednią dla amerykańskiego czytelnika. Wcześniejsze wersje były zbyt okrutne, mroczne i smutne. Bo Amerykanie wprawdzie słyszeli o Holokauście, może mają też jakąś podstawową wiedzę o Polsce i jej wojennej historii, ale o Litwie, Łotwie i Estonii nie słyszeli nawet tamtejsi historycy. Te historie, na których wychowały się tysiące młodych Słowian, dla Amerykanów są jak okrutna opowieść fantasy, i tylko wygładzenie fragmentów miało szansę przekonać ich, że opowieści zawarte w Szarych śniegach Syberii są prawdziwe. Dziś ta wypolerowana wersja jest lekturą obowiązkową w wielu stanach. Można się zżymać, że dostali okrojoną wersję, albo dziękować, że powstają takie książki, które choć trochę przybliżą Zachodowi historię tego regionu i jego Narodów.

Wiedząc o tych modyfikacjach treści, o osobistej historii autorki i jej rodziny, o błędach, które przyznaje, że sama popełniła zbierając materiały do książki, pozostałe dwieście stron przeczytałam z zupełnie innym nastawieniem – przestałam się denerwować na uproszczenia i górnolotne sformułowania, a skoncentrowałam się na potwornej, smutnej, acz niosącej nadzieję na honorowe wyjście z najgorszego koszmaru historii Liny , jej rodziny, przyjaciół i wielu bezimiennych ofiar sowieckiego reżimu.

Moja ocena: 6/6

Ruta Sepetys Szare śniegi Syberii
Tłum. Joanna Bogunia i Dawid Juraszek
Wyd. Nasza Księgarnia
Warszawa 2011



Za możliwość przeczytania książki i wzięcia udziału w spotkaniu z panią Rutą Sepetys serdecznie dziękuję Wydawcy.

sobota, 20 października 2012

Otul się "Irlandzkim swetrem"



Książki o Irlandii, niezależnie od tego, przez kogo pisane, zawsze są takie same: ciepłe i pełne magii. Irlandzki sweter Nicole Dickson nie odbiega od tego przyjętego schematu. Co nie znaczy, że jest zły  – wręcz przeciwnie – sięgając po kolejną powieść, której fabuła osadzona jest w tej pięknej zielonej krainie, czułam się, jakby zawinęła do znajomego portu.

Główną bohaterką powieści jest Rebecca Moray, Amerykanka, która wraz z sześcioletnią córką, Rowan, przybywa na jedną z irlandzkich wysp, gdzie ma zamiar prowadzić badania odnośnie tutejszej tradycji robienia swetrów, tzw. gansejów. Zostaje od razu powitana i przyjęta do społeczności przez mieszkańców wyspy, nie jest bowiem osobą z zewnątrz, ale najlepszą przyjaciółką Sharon, mieszkanki wyspy. A kto jest przyjacielem jednego tubylca, jest przyjacielem ich wszystkich. Becky ma jednak nie tylko książkę do napisania – ma również masę złych wspomnień, z którymi przyjdzie się jej uporać – a obecność wielu życzliwych ludzi jej w tym pomoże.

Równolegle poznajemy Seana Moraghana, jednego z najstarszych tubylców, który z kolei egzystuje gdzieś na pograniczu społeczności, własną decyzją odsuwając się od innych ludzi, a przez swoje ponure usposobienie inni także nie pragną jego towarzystwa. Jest też specjalistą od pogody, jego obserwacje zawsze są celne i żaden szanujący się żeglarz nigdy nie ignoruje jego rad. Sean, podobnie jak Becky, ma też swoje tajemnice i przeżycia, które nie dają mu żyć.

Powieść osnuta jest wokół tych dwóch postaci, które na pierwszy rzut oka wydają się być zupełnie różne. Jedna  z czasem czytelnik przekonuje się, że ich doświadczenia są pod pewnymi względami bardzo podobne, a ich umysły osiadły gdzieś na mieliźnie wspomnień i nie pozwalają im rozwinąć skrzydeł. Czy Becky wreszcie zaufa innym, i przede wszystkim, czy zaufa sobie? Czy Sean nareszcie pozbędzie się poczucia winy i zamknie pewien rozdział swego życia? O tym właśnie jest ta powieść.

Równie ważne co przeżycia bohaterów są też inne kwestie, które czynią tą powieść bogatą i piękną. Przede wszystkim autorka zaserwowała nam opis typowej, wyspiarskiej społeczności, gdzie każdy zna każdego, gdzie każdy ma swój kąt, swoje zadania do wykonania, swoją rodzinę i przyjaciół. W niesamowity sposób pisze również o tradycyjnie wykonywanych tam swetrach. Dzięki temu powieść jest cieplutka i miękka jak gansej. Mamy tu też miłość, przyjaźń, wybaczanie. Słowem – autorka złapała kilka witek,  z których każda jest odrębną historią, i połączyła je, niczym wytrawna dziewiarka,  w przepiękny wzór, a powieść otula nas jak ukochany sweter, nie pozwalając przerwać lektury. Irlandzki sweter czyta się bardzo szybko, nie ma dłużyzn, płynnie przechodzi się od jednego wątku do drugiego. I niepostrzeżenie dopływa do końca.

Piękna, pełna magii, ciepła ale i smutku. Idealna na długie, jesienne wieczory.

Moja ocena: 5/6

Nicole R. Dickson
Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”
Warszawa 2011