O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradnik. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 czerwca 2015

Jak nie sprzątać

Ostatnio cały świat oszalał na punkcie Magii sprzątania. Dosłownie – każdy blog, każdy vlog, każde czasopismo, boję się otworzyć konserwę… Nie będę ukrywać, strasznie się na tą książkę cieszyłam, długo miałam ją w angielskiej wersji w schowku na Amazonie, ale kiedy ukazała się u nas, zainwestowałam. Zwłaszcza, że jest tak ładnie wydana. I powiem Wam, że to jest chyba ten przypadek, kiedy marketing robi robotę.

Powiedzieć, że bardzo mi się ta książka nie podobała, to nic nie powiedzieć. Wymęczyłam ją (bo skoro już kupiłam, to chociaż przeczytam), nie wyciągnęłam z niej ani jednej pożytecznej nauki, autorka swoim sposobem pisania doprowadzała mnie niejednokrotnie do irytacji. Owszem, na początku Marie Kondo mówi jedną sensowną rzecz – nikt nikogo nie uczy teraz sprzątać, ludzie uczą się gotować, szyć, ale nie sprzątać. A jest to jednak ważna kwestia w codziennym życiu, umiejętność uporządkowania przestrzeni wokół nas na pewno wpływa na poprawę jakości życia – szybciej znajdujemy rzeczy, nie niszą się one tak bardzo, nie irytujemy się, gdy nie możemy odnaleźć potrzebnego przedmiotu. Jednak drogi, jakimi Kondo dochodzi do idealnych metod sprzątania – tu już się zupełnie nie zgadzamy.

Ponieważ są to idealne metody sprzątania, ale dla niej. Zapewnie również dla wielu innych osób, jednak przedstawianie metody KonMarie (czy można było nadać temu bardziej pretensjonalną nazwę? Czy nadawanie kilku trikom miana metody nie jest już przesadą?) jako prawdy objawionej, jedynego słusznego sposobu na życie, to impertynencja i egocentryzm. I tym mi ta książka zieje od początku do końca. Jeśli do tej pory składałeś koszulki inaczej – robiłeś to źle. Nie rozpakowywałaś torby codziennie po powrocie do domu – też źle. Co jednak znacznie gorsze, wąskie horyzonty i zainteresowania autorki, i może osób z którymi się styka, prowadzą ją bezpośrednio do stwierdzeń typu „ja tak nie robię, więc nikt tak nie robi” albo „nie znam nikogo, kto by tak robił”. Serio, Marie, weź się ogarnij.

Nie przemówiła do mnie rada, aby wyrzucić wszystkie instrukcje, bo przecież „lepiej zadzwonić na infolinie i zapytać, niż samemu próbować zrozumieć”. Nie, akurat uważam, że lepiej samemu zrozumieć, z instrukcją czyż bez, niż zadawać głupie pytania na prawo i lewo. Ludzie na infolinii też mają lepsze rzeczy do roboty niż tłumaczyć idiotom, do czego służy ten wielki, czerwony guzik. Dalej – nikt nie używa monet ze skarbonki. Ja używam. Od kilku lat zbieram tzw. „resztę”, a po uzbieraniu pewnej kwoty może zrealizować jakieś swoje małe marzenie, kiedy na przykład kupiłam książki na kurs włoskiego. Co jeszcze? Nikt nie czyta książek, które leżą na półce od lat. Nie muszę się tu chyba wypowiadać. (OK, może nie trwa to szybko, ale jednak czytam książki, które mam na półce już kilka lat).

I na pewno nie zamierzam dziękować rzeczom, za to, że robią co do nich należy. Wystarczy, że gadam do psa, nie potrzebuję jeszcze prowadzić ożywionych dyskusji z moją torebką, butami czy kleistą rolką do usuwania sierści z płaszcza.

Dałam temu ocenę „2” tylko dlatego, że udało mi się jednak doczytać to do końca, i faktyczny sens ma dla mnie proponowana kolejność sprzątania rzeczy. Ale to wszystko. Możecie kupić lepsze książki o sprzątaniu.

Moja ocena: 2/6

Marie Kondo Magia sprzątania
Tłum. Magdalena Macińska
Wyd. Muza

Warszawa 2015

wtorek, 23 czerwca 2015

Jak ty się zachowujesz?

Coraz rzadziej przeglądam zapowiedzi wydawnicze, ale przyznam, że kiedy tylko ukazała się informacja o tej książce, łapki mnie świerzbiły, żeby ją dorwać. Nie tylko dlatego, że Liv Tyler to jedna z moich ulubionych aktorek, ale i przede wszystkim dlatego, że odczuwam pewne braki w mojej edukacji. W szkołach nikt nie uczy savoir-vivre’u, co coraz bardziej widać na ulicy, w urzędach, biurach, na uczelni. A jednocześnie dobre zachowanie w codziennych sytuacjach potrafi zdziałać więcej, niż wiedza i doświadczenie razem wzięte.

Dorothea Johnson jest założycielką Szkoły Etykiety w Waszyngtonie i światową ekspertką w kwestiach poprawnego zachowania, w której usług korzystają najmożniejsi tego świata. Zdziwiło mnie, że taką właśnie babcię ma Liv Tyler, której rodzice należą z kolei do raczej rozrywkowych ludzi. Obie postanowiły opublikować pozycję, która daje dokładnie to, co obiecuje – konkretną wiedzę jak zachować się w poszczególnych życiowych sytuacjach. To jeden z nielicznych znanych mi poradników, który zamiast bajdurzenia o banałach oferuje konkretne porady, możliwe do zastosowania już dziś. Pozycja podzielona jest na rozdziały, z których każdy dotyczy innej sfery życia, która wiele może zyskać na przyswojeniu zawartych w niej rad. Jest zatem mowa o sposobie prowadzenia konwersacji na przyjęciu, o tym, które widelce są do którego posiłku, jak ubrać się w zależności od adnotacji zawartej w zaproszeniu, jak korzystać z nowoczesnych technologii, nie zachowując się przy tym jak dzikus.

Trudno mi wymienić wszystkie zalety, których charakteryzuje się ta książka. Oprócz wspomnianej wyżej praktyczności porad, jej treść silnie jest nastawiona na życie zawodowe, stąd szereg rozdziałów dotyczy sytuacji, w których znajdziemy się w związku z naszą praca, niezależnie od tego, czym się zajmujemy. Co za tym idzie, jest to książka na wskroś nowoczesna, co chyba nie jest oczywiste, gdy mowa o dobrych manierach, prawda? Odnoszę wrażenie, że coraz więcej osób utożsamia chamstwo z nowoczesnością, podczas gdy zasady etykiety wciąż obowiązują, co więcej, są stale dostosowywane do zmieniającego się świata. W przyswojeniu niektórych porad wydatnie pomagają grafiki (szczególnie, kiedy mowa o sztućcach!). Generalne zasady są też ilustrowane przez autorki przykładami z ich życia, niekiedy naprawdę zabawnymi. Pozycja jest dostosowana zarówno do kobiet jak i do mężczyzn.  A jako wisienka na torcie – jest cudownie wydana. Tak ładnej książki, dopracowanej, pięknie ilustrowanej, eleganckiej i wyrafinowanej dawno nie widziałam, oprócz zatem waloru informacyjnego będzie ona również stanowiła dekorację dla moich półek.

Okazało się, że mama dobrze mnie wychowała, i większość zawartych w książce zasad nie była mi obca, ale przyznam, że i mnie zdarzyło się w przeszłości nieświadomie naruszyć niektóre z nich. W szczególności przypadł mi do gustu rozdział dotyczący telefonów komórkowych, może dlatego, że większość naszego społeczeństwa zdaje się nie zauważać, że korzystanie z tej zdobyczy techniki też winno być ograniczone szacunkiem do innych. My jako społeczeństwo nie jesteśmy jeszcze nauczeni korzystania z komórek, ja nie jestem tu żadnym wyjątkiem. Na pewno też dużo skorzystałam z informacji dotyczących prowadzenia konwersacji na przyjęciach – to prawdziwa sztuka, którą muszę udoskonalić.
Współczesne maniery zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie, ta pozycja zdecydowanie towarzyszyć mi będzie przez kolejne lata. I myślę, że każdy, ale to każdy powinien poświęcić swoim manierom trochę uwagi – z książką czy bez, bo wtedy rzeczywistość wokół będzie może nie lepsza, ale przynajmniej uprzejma. A to już coś.

Moja ocena: 6/6

Dorothea Johnson, Liv Tyler Współczesne maniery
Wyd. Literackie
Kraków 2015


niedziela, 21 czerwca 2015

Minimalizm i co dalej

Od kilku miesięcy dzielę z Magdą ze Stulecia literatury kolejną (obok czytania) pasję, mianowicie – minimalizm i ogólne ogarnianie życia. I chociaż u każdej z nas objawia się to w różny sposób i w różnym tempie, to siłą rzeczy sięgamy po te same książki. Których, swoją drogą, jest ostatnio bardzo dużo na naszym rodzimym podwórku. Amerykanie, Japończycy, Francuzi, Polacy – każdy pisze o zmniejszaniu ilości posiadanych dóbr i organizowaniu tego, co pozostało po porządkach. I co ciekawe, mimo, iż sam temat wydaje się uniwersalny, każda narodowość podchodzi do niego nieco inaczej, każdy, w zależności od kultury, w jakiej żyje, uzbierał trochę odmienny barłóg śmieci, wydaje niepotrzebnie pieniądze na innego rodzaju towary nie-pierwszej-potrzeby, ale i korzysta z przestrzeni o innych rozmiarach, typów szaf popularnych w ich otoczeniu (od szaf-pokojów, poprzez szafy wnękowe aż do szaf wolnostojących). Dlatego lektura każdej kolejnej pozycji daje zupełnie nowy ogląd zbieractwa, ale i między wierszami sporo mówi o tym, co zbierają poszczególne nacje.

Fale wyrzucania niepotrzebnych rzeczy mam już za sobą – co jakiś czas przeglądam swoje zbiory i zwykle kończy się to kilkoma workami ubrań, papierów i cosiów, których nie używałam, i których nieobecności dotąd nie odczułam jako przykrej. Co nie znaczy, że nie mam już nic do wyrzucenia, oddania, sprzedania, zrecyklingowania. Mam, ale zauważyłam, że niektóre rzeczy potrzebują czasu i odpowiedniego nastawienia, aby móc się z nimi bezboleśnie rozdzielić. Teraz jednak, kiedy sporo rzeczy zniknęło, zaczęłam się równie mocno interesować sensownym przechowywaniem tego, co zostało. Przechowywaniem w taki sposób, aby było łatwo dostępne, gdy zajdzie potrzeba, aby nie utrudniały codziennego życia i w miarę możliwości nie spadały mi na łeb, kiedy otworzę szafkę.

I jedną z tych pozycji, które miały mi w tym pomóc, jest Sztuka porządkowania Dominique Loreau. Książki tej autorki przyciągały mnie od jakiegoś czasu – cieknie, białe, minimalistyczne, eleganckie, i obiecujące pomoc w kolejnych fazach ogarniania życia poprzez bezpośrednie tytuły: Sztuka sprzątania, Sztuka umiaru, Sztuka minimalizmu, ect. Czy była to lektura zmieniająca życie? Nie za bardzo, bowiem autorka nie zawarła w niej zbyt wielu odkrywczych patentów na porządkowanie; jeśli ma się za sobą kilka miesięcy żmudnego przekopywania się przez zawartość Internetu, większość z tych porad zdołał już przyswoić. Co nie znaczy, że nie okazała się zupełnie pozbawiona wartości. Po pierwsze Loreau ciekawie pisze o tym, dlaczego porządkowanie jest tak ważne. Na jakie sfery naszego życia wpływ mają nieuporządkowane lub źle przechowywane rzeczy, ile czasu można zaoszczędzić, znajdując rzeczom miejsce i trzymając je w nim, jak spada poziom stresu, gdy łatwo możemy odnaleźć klucze czy rajstopy, jak wpływa to na oszczędność pieniędzy (ile razy zdarzyło się wam kupić coś w drugim egzemplarzu, po pierwszy leży nie wiadomo gdzie? No właśnie). Te informacje, bardziej niż same praktyczne wskazówki, zmotywowały mnie do dalszej pracy nad zajmowanym przez mnie terytorium  w domu, w pracy, na wakacjach. Dlatego ta pozycja zdecydowanie ze mną zostaje, przynajmniej na razie, ze względu na ten motywujący charakter jej pierwszej części.

W części drugiej znajduje się zatrzęsienie praktycznych porad dotyczących porządkowania. Jak pisałam, mnie tu nic szczególnie nie wbiło w fotel, ale wydaje mi się, że dla osoby, która nie chce się doktoryzować przez kilka miesięcy z tego tematu, czytając blogi, story internetowe, przeglądając Pinteresta i subskrybując logi na YouTube, Sztuka porządkowania będzie idealnym rozwiązaniem. Cienką książeczkę można przeczytać w jedno popołudnie, a pozytywne skutki będą odczuwalne przez następne kilka miesięcy.

Moja ocena: 5/6

Domique Loreau Sztuka porządkowania. Lepsze życie w zorganizowanej przestrzeni.
Tłum. Angelina Waśko-Bongiraud
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2015

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Kłamstwa, oszustwa, łgarstwa

Dobrze byłoby wiedzieć, kiedy ktoś kłamie, co nie? Przyznam szczerze, że zawsze uważałam się za osobę dosyć wyczuloną na łgarstwa, jednak z czasem zdałam sobie sprawę, że są ludzie, którzy lepiej ode mnie kłamią niż ja te kłamstwa wykrywam. Z resztą, nie jestem odosobniona w tym przypadku. Chyba nie istnieją osoby, które byłyby w stanie wychwycić każdy fałsz w drugiej osobie, chociaż hollywoodzcy producenci seriali takich jak Mentalista, Lie to me albo Zabójcze umysły usilnie starają się nas przekonać, że oni istnieją. Za to mam dla was złą wiadomość – postaci takie jak Frank Underwood z serialu House of Cards czy grany przez Benedicta Cumberbatcha Sherlock niestety sa wśród nas. Kłamcy, zdolni manipulować innymi i wykorzystujący to na każdym kroku by zdobyć to, czego pragną. Czasem idzie im to łatwo, czasem muszą się bardziej postarać. Czasem to znajomi z pracy, zwykli znajomi – wtedy jest wrednie. Ale czasem są to osoby, które spotykamy na swojej drodze na której pojawiają się tylko po to, by za chwilę zniknąć, sprzedając nam jakiś szajs. Innym razem kłamstwo może nas dosięgnąć nie ze strony psychopaty, ale co do zasady całkiem przyzwoitej osoby, która z jakiegoś powodu nie chce nam powiedzieć prawdy. Dziecko, współmałżonek, najlepsza przyjaciółka z jednej strony, klient, petent, współpracownik z drugiej. Innymi słowy – możliwości zostania ofiarą kłamstwa są nieskończone.

Przyznam, że odkąd mam pracę, w której osoby z definicji nie chcą powiedzieć mi prawdy, jestem na tym punkcie trochę bardziej wyczulona niż dotychczas. Głownie dlatego, że moja nieumiejętność wydębienia prawdy wpływa na jakoś wykonanej przez mnie pracy. Toteż gdy tylko natrafiłam na książkę o nęcącym tytule Anatomia kłamstwa” napisanej przez agentów CIA, od razu się w nią zaopatrzyłam. Kilku agentów CIA przez lata pracy zdobyli olbrzymie doświadczenie z kłamiącymi ludźmi, nie tylko tymi podejrzanymi o najgorsze zbrodnie, ale i z nieuczciwymi pracownikami, których rekrutowano na ważne nieraz stanowiska. Dzięki temu zdołali opracować metodę, której poznanie, na przykład poprzez uważne przeczytanie tej książki, znacznie pomoże wam poradzić sobie z kłamstwami, które inni będą chcieli wam sprzedać.

Od razu odpowiadam na zarzuty, które pewnie teraz (i słusznie) zalęgły wam się w głowie. To brzmi zbyt piękne, by było prawdziwe, więc pewnie jest zbyt pięknie, a autorzy i po trochu la usiłujemy wam wcisnąć jakiś kit. Jednak, mimo obietnic zawartych na okładce, autorzy tej książki uczciwie piszą, że metoda nie jest 100% pewna i nie gwarantują, że zawsze, ale to zawsze wykryjecie kłamstwo. To nie jest magiczna książka zwierzeń – opisane tu narzędzia wymagają, oprócz wnikliwej nauki symptomów kłamstwa, również rozwiniętej empatii i wielu ćwiczeń, gdyż w chwilach rozmowy z potencjalnym kłamcą wasz umysł musi działać na kilku płaszczyznach na raz. Przyznam się wam, że ja po przeczytaniu tej książki już wiem, ze konieczne będzie zapoznanie się z nią jeszcze kilka razy, by wreszcie móc skorzystać w pełni z tej wiedzy, którą zawiera.

Myślę, że to dobra pozycja zwłaszcza dla tych osób, które w pracy stykają się z osobami, które raczej nie będą z wami szczerzy. Od razu na myśl przychodzą mi tutaj policjanci, ale również prawnicy, nauczyciele, pracownicy banków. Wiele zawodów implikuje fakt, że napotkani ludzie w swoim najlepszym interesie będą próbowali was okłamać, a jeśli można  chociaż część tych kłamstw wykryć, to chyba warto?

Moja ocena: 4,5/6

Philip Houston, Michael Floyd, Susan Carnicero, Don Tennant Anatomia kłamstwa
Wyd. Sine Qua Non

Kraków 2015

środa, 29 października 2014

Po polsku.

Od kilku miesięcy w moim życiu zachodzą pewne zmiany. Nie wynikają one z żadnych czynników zewnętrznych, chodzi bardziej o zmianę psychiczną i emocjonalną, o moje nastawienie do świata, ludzi i przedmiotów. Szczególne o tym ostatnim będzie dzisiejszy post, bowiem coraz bardziej zwracam się w kierunku minimalizmu i posiadania mniej. Nie, żebym została minimalistką (patrz: stos post niżej), ale nie ukrywam, że jest to mój, niedościgniony na razie, ideał. Mało ciuchów, ale takich, które nie znoszą się po dwóch użyciach, książki na półkach – tylko takie, które mają dla mnie szczególne znaczenie, reszta na czytniku, pliki na komputerze – jedynie takie, które są niezbędne, a nie „śmieszne” obrazki ściągnięte trzy lata temu. Biurko, którego kolor znam i widzę na co dzień, a nie tylko wtedy, gdy poprowadzę w tym celu wyprawę archeologiczną. Ważne papiery skatalogowane w segregatorze. Jeden tusz do rzęs. Wydaje się to wszystko proste i zdroworozsądkowe, jednak szalejąca wokół nas konsumpcja, zżerająca nie tylko nasze społeczeństwo, sprawia, iż mamy w domu zdecydowanie więcej, niż jesteśmy w stanie ogarnąć. I to mi zaczęło ostatnio przeszkadzać.

Jak już kiedyś pisałam, kiedy tylko coś mnie zainteresuje, od razu poszukuję na ten temat źródeł – przede wszystkim książek, ale i blogów, artykułów, czasem filmów. Niecały rok temu odkryłam blog Styledigger, którego autorka w ciekawy sposób opisuje nie tylko tzw. slow fashion, ale i odnosi się do innych sfer życia, gdzie zastosowanie znajduje zasada „mniej znaczy więcej”. Pierwszym moim spotkaniem z takim podejściem była książka Jennifer L. Scott „Lekcjemadame Chic” która początkowo nie zrobiła na mnie wrażenia, ale już kanał autorki na YouTube to dla mnie rzecz niemal kultowa. Poza dziesięcioelementową garderobą Jennifer opisuje też w swojej książce generalne podejście Francuzów do zagracania swoich mieszkań niepotrzebnymi stosami takich samych rzeczy. Niedawno natrafiłam w sieci na wyzwanie „Project 333” polegające na noszeniu 33 sztuk odzieży i akcesoriów przez trzy miesiące, które to wyzwanie znalazło wielu zwolenników, i musze przyznać, że i ja od miesiąca staram się trzymać moich 33 rzeczy. Następnie w moje ręce (a konkretnie na mojego Kindla) trafiła urocza „Książeczka minimalisty”, gdzie amerykański guru minimalizmu opisuje swoją drogę ku zmniejszeniu ilości rzeczy wokół siebie i wpływ tych zmian na jego życie wewnętrzne.  Kiedy zatem natknęłam się w Empiku na pozycję „Minimalizm po polsku” po raz pierwszy od niewiadomo kiedy nabyłam ją za okładkową cenę. Na dzień dzisiejszy to niestety najgorzej wydane 34,90 zł w tym roku.

Nie miałam wobec tej książki szczególnie wygórowanych oczekiwań, ale byłam pozytywnie nastawiona, bo jak wyjaśniłam, temat mnie ostatnio bardzo ciekawi i inspiruje. Poza tym „Minimalizm” jest niezwykle ładnie wydany, a z autorką poczułam podwójną solidarność „zawodową” – po pierwsze obie parałyśmy się zawodem przewodnika po Krakowie, po drugie obie jesteśmy blogerkami. Więc trochę źle mi pisać, że to niezwykle słaba książka. Nie do końca wiem, co autorka usiłowała osiągnąć, pisząc ją – czy miał to być poradnik, czy książka filozoficzna, czy chodziło bardziej o wytworzenie poczucia bycia beznadziejnym wśród czytelników-nieminimalistów, czy bardziej zachwytu nad zajebistością pani Mularczyk-Meyer. Na poradnik wskazywałby podtytuł „czyli jak uczynić życie prostszym”, jednak więcej jest tutaj skupiania się na definicjach i etiologia zjawiska oraz jego wyjątkowości na tle historii gospodarczej Polski, niż chociażby odrobinę konkretniejszych rad, jak się do tego zabrać. Brakuje mi tu również więcej informacji z życia autorki, nie w sensie szczegółów osobistych, ale jej przeżyć i doświadczeń w konkretnych przypadkach, bardzo dużo jest za to opisów, jak to po dokonaniu pewnych zmian w światopoglądzie i otoczeniu jej życie się zmieniło. No fajnie, ale CO KONKRETNIE. Pani Mularczyk skupia się głównie na tym, jak wszystko jest teraz wspaniale, i jednocześnie stara się umniejszyć jakość życia osób, które minimalistami nie są. Nie zrozumcie mnie źle – zaczęłam czytać tą pozycję, bo ja chcę ten minimalizm powoli osiągać, ale razi mnie aroganckie odnoszenie się do czytelnika w stylu „chcesz być nieszczęśliwym małym człowieczkiem otoczonym betami, to sobie bądź”. Nie do pomyślenia u amerykańskich autorów. Każdy ma prawo do własnego wyboru, czytać tez mu wolno, chociażby dla informacji o innych stylach życia, ale autorce kilkakrotnie zdarzyło się wytknąć konsumpcjonistom ich beznadziejność. I chyba to jest właśnie ta „polskość” w tytule.

Nie mówię, że było źle w stu procentach, ostatnie rozdziały, szczególnie ten o wygaszaniu pragnień były ciekawe i coś wnosiły w moje życie. Ale generalny niesmak do tej książki mi pozostał, dlatego zdecydowanie nie mogę polecić tej pozycji. Chyba, że lubicie, jak was ktoś lży. Bo ja się trochę tak poczułam.

Moja ocena: 2/6

Anna Mularczyk-Meyer Minimalizm po polsku
Wyd. Black Publishing

Wołowiec 2014

sobota, 27 września 2014

Jak wykształciłam swój nawyk samodyscypliny

Prokrastynacja, nicmisięniechcizm, matowdupizm, odkładanie działania. Zwane również „brakiem czasu” lub „byciem zagonionym”. Jak byś nie nazwał, kończy się to wszystko na wciąż rosnącej kupce rzeczy do zrobienia, skrzynce mailowej czarnej od nowych maili, wyciszaniem telefonu tylko po to, by nie odbierać połączeń od osób, które wymagają od nas jakiejś decyzji czy działania. A potem nieprzespane noce, bo coś leży niezrobione, tłumaczenie znajomym, że nie wpadnę, bo piszę pracę i obniżone poczucie własnej wartości jako nowoczesnego człowieka, kiedy nieużywane książki do włoskiego od dwóch lat leżą i patrzą się na mnie z pogardą.

Tak to niestety wygląda u wielu z nas. Czasem faktycznie nie mamy czasu na coś więcej, ale nie potrafimy delegować zadań i ustalić priorytetów – chcemy zrobić wszystko, ale to nas obezwładnia, więc w rezultacie nie robimy nic. A okazuje się, że można coś z tym zrobić. Książka Nawyk samodyscypliny Neila Fiore została stworzona przez doświadczonego w pracy z odwlekającymi pacjentami  psychologa i przedstawia coś, co autor (może trochę zbyt szumnie) przedstawia jako „program Nawyk samodyscypliny”.

Fiore w kompleksowy i przystępny sposób prezentuje szereg narzędzi, które poprawnie wykorzystane pozwoliły mi zorganizować sprawy zalegające ostatnio w moi  pudle w pracy (nie mylić z pracą w pudle). Urok aplikacji (jeśli masz tyle szczęścia co ja, a nie wszyscy mają) polega na tym, że jednocześnie pracujesz, chodzisz na zajęcia i dużo się uczysz w wolnym czasie. Rzecz absolutnie do zrobienia, ale nie w sytuacji, gdy ma się słabą wolę, jest się niezorganizowanym i takim trochę rozlazłym, jak ja. Wprawdzie wiele pomysłów autora na organizację pracy nie była dla mnie nowością, jednak z ciekawością poczytałam o tym, jak można te pomysły wykorzystać razem w celu zwiększenia swojej produktywności bez całkowitej rezygnacji z rozrywek. Nie wszystko też wykorzystam – cały rozdział o technice koncentracji i medytacji praktycznie pominęłam.

Najciekawsze w tej książce jest jednak wyjaśnienie mechanizmu opóźniania działania – jakie powody kryją się za zwlekaniem, co sprawia, że czasem niewielki wysiłek staje się murem, przez który nie można przejść dalej, i jakie triki wykorzystać, by oszukać swój własny mózg i wypracować nawyki działania w miejsce odwlekania. Muszę stwierdzić, że właśnie ta część Nawyku samodyscypliny okazała się dla mnie najbardziej pomocna. Czasem wystarczy tylko zrozumieć dlaczego, by zmienić swoje zachowanie.

Chociaż miejscami męczyła mnie klasyczna nowomowa amerykańskich mówców motywacyjnych, lektura ta okazała się bardzo przydatna i pełna zarówno rzetelnej psychologicznej wiedzy, jak i praktycznych wskazówek. Przez ostatnie tygodnie z racji zmniejszonej chwilowo kadry nagromadziło mi się w pracy trochę zaległości, a dzięki Nawykowi czytanemu co dzień rano w tramwaju udało mi się zorganizować swoje sprawy i przemóc w wykonywaniu trudniejszych zadań. Trudno o lepszą rekomendację.

Moja ocena: 4,5/6

Neil Fiore Nawyk samodyscypliny
Tłum. Małgorzata Głogowska
Wyd. Helion
Wersja ebook – Ebookpoint.pl


niedziela, 26 stycznia 2014

Nie jestem wystarczająco bystra by pracować w Google (i trochę mi z tym źle)

Znacie ten syndrom, kiedy w pewnym momencie zaczyna was interesować jakiś temat, i to taki, który teoretycznie zupełnie nie powinien zwrócić waszej uwagi? Kiedy świetny film prowadzi do poszukiwań czegoś w tym stylu, a jednocześnie każe błądzić po bibliotece w poszukiwaniu tematycznej literatury, albo na odwrót – to książka pcha was w kierunku kina czy DVD, żeby zobaczyć to samo, ale inaczej opowiedziane? Mnie w każdym bądź razie takie szajby okresowo ogarniają, a jakimś dziwnym zrządzeniem losu takim tematem na styczeń okazały się korporacje.

Tym razem zaczęło się od filmu Wilk z Wall Street, który w z kolei przypomniał mi o innym obrazie, Margin Call, obracającym się w tym samym światku, ale inaczej osadzonym w innym klimacie. Te dwa filmy zaś zaprowadziły mnie trochę krętą drogą do książki, którą normalnie ominęłabym wzrokiem i poszła dalej: Czy jesteś wystarczająco bystry żeby pracować w Google?

Odpowiadając na to pytanie prosto i szczerze – nie. Tak po prawdzie, po przeczytaniu tej pozycji zastanawiam się, czy jestem wystarczająco bystra, żeby chodzić na dwóch nogach a nie zwisać z gałęzi. Ale to już osobna historia. Czym jest sama książka? Trudno jednoznacznie ocenić – powiedziałabym, że to coś pomiędzy bardzo porządną literaturą popularnonaukową a repetytorium z nauk ścisłych. William Poundstone prowadzi czytelnika przez meandry procesu rekrutacji stosowanego w wielkich firmach, takich jak Google, Apple czy Intel. Dowiemy się od niego, skąd wzięły się dziwaczne pytania zadawane w trakcie rozmów kwalifikacyjnych (i jakich odpowiedzi oczekują rekruterzy), co te pytania mają zbadać i czy spełniają swoją rolę, przeczytamy o początkach korporacji które mają wpływ na nasze codzienne życie, dlaczego tak wielu najlepszych chce dla nich pracować i co korporacje oferują pracownikom. Przy okazji autor przywołuje też kilka znaczących, choć wydawałoby się nieprawdopodobnych anegdot z cudzych rozmów o pracę – zarówno z życia zwykłych śmiertelników, jak i noblistów.

Dużą część tej pozycji zajmują odpowiedzi na pytania z rozmów kwalifikacyjnych w korporacjach. I nie są to odpowiedzi proste. O ile część książki poświęcona psychologicznym, socjologicznym i historycznym podstawom dzisiejszej rekrutacji była napisane lekkim i ciekawym językiem, o tyle odpowiedzi na pytania wymagają poważnej wiedzy z fizyki, matematyki, chemii i logiki. Ergo, osobie z tak potężnymi brakami w wykształceniu jak ja (kochane Ministerstwo Oświaty, jedna godzina fizyki i trzy matematyki w szkole średniej to za mało, byśmy byli w stanie rekrutować się do Google nawet na stanowisko kelnerki) te odpowiedzi niewiele mówią. Czy to oznacza jednak, że nic z nich nie wyniosłam? Nie, bo uzmysłowienie sobie takich braków zmotywowało mnie, by we własnym zakresie, na tyle na ile to możliwe, te braki uzupełnić. Dalej nie będę w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania zawarte w książce (i im podobne), ale nie będę błądziła jak dziecko we mgle.

Pozycja, jakby nie było,  mocno hermetyczna. Co stanowi o jej największą zaletę to obiektywizm z jakim została napisana. Sporo literatury podchodzi do tematu korporacji bardzo negatywnie, z kolei niektórzy opowiadają o nich jak wyznawcy o swojej sekcie. Poundstone nie usiłuje nas Dio niczego przekonać, nie demonizuje, ale i nie gloryfikuje Google i innych. Polecam osobom, które interesują się rekrutacją, które chciałyby kiedyś startować w wyścigu o pracę w korporacjach, i które interesują zagadki logiczne i zadania naukowe  – zapewniam, że zmierzenie się z niektórymi będzie dla was wyzwaniem, a szczegółowe odpowiedzi pozwolą na prześledzenie toku rozumowania osób je układających. A ci, którzy jak ja są ofiarami ostatniej reformy edukacji i chodzili do tzw. humanistycznych klas, przez zapoznaniem się z Czy jesteś wystarczająco bystry żeby pracować w Google? - idźcie razem ze mną po podręczniki Operonu dla gimnazjum. I omijajcie rekrutację w Google szerokim łukiem.

Przykładowe pytania:
Opracuj plan ewakuacji dla miasta San Francisco.
Posłuż się językiem programowania, żeby opisać kurczaka.
Opisz najpiękniejsze równanie, jakie kiedykolwiek widziałeś. Odpowiedź uzasadnij.

Moja ocena:
Część I książki: 5/6
Część druga: (odpowiedzi na pytania):


 (Nie wszystkie przeczytałam, i nie wszystko z tego, co przeczytałam zrozumiałam, więc trudno tu o obiektywną ocenę).

William Poundstone Czy jesteś wystarczająco bystry żeby pracować w Google?
Tłum. Krzysztof Mazurek
Wyd. Sine Qua Non

Kraków 2013

czwartek, 26 grudnia 2013

"Ludzie to idioci"

Niedawno pisałam o pierwszej przeczytanej przez mnie książce Larrego Wingeta – Zamknij się, przestań narzekać i zacznij żyć, która jest typowym poradnikiem. Przynajmniej w sferze formy, bo już język i niekiedy treść dosyć sporo się od zwykłych poradników różni. Teraz zaś zabrałam się za kolejną pozycję tego autora – Ludzie to idioci, czyli jak rujnujemy sobie życie na własne życzenia i jak to zmienić. I tutaj już nic nie jest typowe.

W pierwszej części książki, z typową sobie wrażliwością, Larry udowadnia nam, że ludzie to idioci. Dla niektórych z nas ten fakt jest oczywisty, jednak już to, że sami się do tych idiotów zaliczamy, to niekoniecznie. Czytamy, czytamy, i z jednej strony nie można nie przyznać gościowi racji, bo faktycznie – wiemy, że coś jest szkodliwe, widzimy nawet efekty naszego działania, ale i tak robimy to, co robimy, dalej i bez próby poprawy. Ale z drugiej strony – właśnie magiczne, sakramentalne ALE. Na wszystko znajdujemy wymówki, które z kolei Larry nam wytyka i dalej udowadnia, że jesteśmy idiotami w niektórych sferach naszego życia. I że w tych sferach się nam nie polepszy, jeśli nie przestaniemy być idiotami.

W tym pomaga druga część książki – to już nawet nie poradnik, ale podręcznik, podzielony na listy, odnoszące się do różnych sfer życia, gdzie punkt po punkcie dostajemy gotowe rady i pomysły na to, by przestać być idiotą finansowym, idiotą zawodowym czy idiotą w związku. Pod każdą listą zaś jest wolnie miejsce do wpisania własnych problemów, potrzeb, sugestii i sposobów na ich rozwiązanie. Bo Ludzie to idioci to podręcznik do bycia lepszym. Nie da się chyba napisać książki z radami dla każdego, bo każdy jest inny, dlatego autor daje czytelnikowi tylko wskazówki, ale treść właściwą musimy wpisać sami. A kiedy już wypiszemy sobie wszystko ładne w listach, łatwiej nam będzie punkt po punkcie dojść tam, gdzie chcemy się znaleźć.

Jak już pisałam przy okazji poprzedniej książki – wiele z uwag Larrego Wingeta nie jest niczym odkrywczym, jednak czasem tak skupiamy się na pewnych skomplikowanych mechanizmach (lub sami je tworzymy), że niektórzy z nas potrzebują właśnie takiego kopa prostej wiedzy. Na pewno też niewiele osób potrzebuje wszystkich porad zawartych w tej książce. Bo iluż może być takich pechowców Brianów, którzy potrzebują pomocy w KAŻDEJ dziedzinie swojego życia? Ja osobiście ominęłam między innymi porady dotyczące bycia dobrym małżonkiem i rodzicem – nie jestem ani jednym ani drugim, na chwilę obecną taka wiedza jest mi zbędna, jeśli kiedyś odniosę na tych polach porażkę, to zwrócę się do Larrego, na razie nie ma takiej potrzeby. Ale kilka rozdziałów okazało się faktycznie pomocnych, dlatego mogę z czystym sumieniem polecić tą książkę poszukiwaczom dobrej pozycji self-helpingowej i motywacyjnej.

Moja ocena: 5/6

Larry Winget Ludzie to idioci. Czyli jak rujnujemy sobie życie na własne życzenie i jak to zmienić
Wyd. Druga Strona
Warszawa 2013


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy i Pani Natalii Kado z BookSenso.

niedziela, 24 listopada 2013

Life is brutal ale można sobie z tym poradzić

Z większością książek typu poradnikowego, samopomocowego czy motywacyjnego które miałam okazję w życiu przeczytać (nie było tego wiele, ale teraz to się zmieni) miałam dosyć zniechęcające doświadczenia. Nie, żeby były to pozycje zawierające niełatwe prawdy o mnie czy prezentujące zbyt skomplikowane koncepty i zadania. Po prostu te książki nic nie wnosiły do dyskusji. Były zbyt ogólnikowe, napisane pseudonaukowym językiem, luźno traktujące psychologię jako coś co się może przydać, a nie jako naukę. Bazowały na freudowskiej psychoanalizie w wersji odtłuszczonej i wskazywały wizualizację jako klucz do wszelakiego szczęścia i sukcesu. Ale nie ta książka, ta jest inna.

Larry Winget należy do licznej grupy osób, o których istnieniu jeszcze do niedawna nie miałam pojęcia – jest mówcą motywacyjnym, czyli osobą, którą wielkie koncerny zatrudniają by wygłosiła wykład dla ich pracowników na temat stresu, szczęścia, sukcesu itd. Winget napisał również kilka książek o tej samej tematyce, a Zamknij się, przestań narzekać i zacznij żyć, czyli kopniak ku lepszemu życiu  jest właśnie jedną z nich.

Larry to gość, który nie owija w bawełnę. Nie głaszcze czytelnika po główce, mówiąc mu, że to nie jego wina, że to świat jest zły, że nie trzeba nic robić tylko wizualizować sukces i już – o nie! Larry na początku cię zwymyśla, wskaże jedynego winnego, którym jesteś ty, a kiedy już zwiniesz się w kłębek na ziemi, podniesie się za kołnierz, otrzepie z kurzu i powiek KONKRETNIE co zrobić, by ulepszyć wszystkie ważniejsze i mniej ważne sfery naszego życia – pracę, małżeństwo, przyjaźń, stosunki z dziećmi, duchowość, rozrywkę. Pod płaszczykiem motywacyjnej gadki opowie nam o swoich problemach i procesie ich przezwyciężania (który nieraz trwa do dziś), pokaże, jak nasz stosunek do nas samych i do świata sabotuje nasze przedsięwzięcia. Tak naprawdę autor operuje bardzo prostymi, zdroworozsądkowymi prawdami, które dla poukładanych ludzi są oczywiste. Ta książka jest dla tych, który dopiero muszą sobie poukładać to i owo – i jeśli tylko otworzysz się na to, co Larry ma do powiedzenia i zaczniesz od drobnych zmian w sobie, możesz zobaczyć pozytywne różnice w swoim życiu.

Podobała mi się forma tej książki – krótkie rozdziały poświęcone konkretnym sferom naszego życia, dzięki czemu można wybrać tylko te rozdziały, które są nam potrzebne, albo po lekturze całości wrócić do tych fragmentów, które wymagają więcej pracy. Zawarte są tu również zadania dla czytelnika, a nawet wykropkowane miejsca na odpowiedź. Skoro repertorium do włoskiego z ćwiczeniami działa, to niby dlaczego poradnik sukcesu nie miałby korzystać z tych samych metod? Co może trochę irytować, to styl autora – luzaka, który na każdym kroku przypomina, jak to ma gdzieś co o nim myślisz, i z emfazą zapytuje, czy już jesteś zirytowany, bo to co mówi miało cię zirytować. Mnie nie zirytowało – może gdyby to słowo rzadziej się pojawiało w tekście, byłoby inaczej, a tak po prostu to po mnie spłynęło.

Czy to książka dla każdego? Niekoniecznie. Niektórzy nie potrzebują takich książek jak ta, by czuć się szczęśliwym i spełnionym. Niektórym natomiast dobrze jest w takim płaszczyki negatywnego myślenia – ci z kolei przeczytają taką pozycję z cynicznym uśmiechem i dalej będą niezadowoleni. Jednak jeśli akurat znalazłeś się na przysłowiowym rozdrożu, albo ilość wydarzeń w twoim życiu trochę cię przytłoczyła, może warto sięgnąć po Wingeta i spróbować zrobić z tym wszystkim porządek. Mnie na pewno ta książka potowarzyszy w najbliższym czasie i z jej pomocą będę pracować na swoje szczęście. Bo na to też trzeba pracować, samo nie przyjdzie.

Sukces nie oznacza, że na swojej drodze nie będziesz napotykał problemów i przeszkód. Jeśli tak myślisz, to jesteś naprawdę naiwny.”

Moja ocena: 5/6

Larry Winget Zamknij się, przestać narzekać i zacznij żyć czyli kopniak ku lepszemu życiu.
Wyd. Druga Strona
Warszawa 2013


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy i Pani Natalii Kado z BookSenso.

środa, 10 lipca 2013

Amerykanka uczy, jak być paryżanką, czyli wielki świat w małej książce



Ostatnio skusiłam się na Lekcje Madame Chic. Zachęcona pozytywnymi recenzjami, uroczym wydaniem i trochę próżnością – bo poza książkami bardzo lubię te wszystkie „babskie” sprawy typu szminki, buty, torebki i podkłady. Staram się też ostatnio wychodzić poza swoją strefę komfortu i liznąć odrobinę wielkiego świata.

A wielki świat tu mamy w postaci Paryża. Młoda studentka wyjechała kiedyś na wymianę do tego pięknego miasta i zamieszkała z francuską rodziną przez 6 miesięcy. W tym czasie podpatrywała styl życia paryżan, w tym swojej gospodyni, madame Chic, a po powrocie do USA starała się wcielić elementy tego stylu w swoje codzienne życie. A potem to opisała. Na blogu. I w książce. I na YouTube.

Książka jest połączeniem wspomnień z podróży z poradnikiem. O ile to pierwsze wszyło Jennifer Scott bardzo dobrze, o tyle to drugie niczym się nie różni od tysiąca tego typu pozycji. Dlatego Lekcje rodzą we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, jest to bardzo inspirująca i ładnie napisana opowieść o Paryżu i o zmianie swojego spojrzenia na wiele spraw, takich jak jedzenie, rodzinę czy konsumpcjonizm. Czytało się to lekko i przyjemnie, a niektóre anegdotki powodowały wesoły uśmiech na mojej twarzy. Z drugiej jednak strony nie ma w tej książce nic, czego już bym gdzie nie przeczytała. Praktycznie wszystkie porady dotyczące mody i urody znalazły się już lata temu w miesięcznikach typu Glamour czy In Style, dlatego ta pozycja wydaje mi się bardziej odpowiednia dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z byciem chic, niż dla starych wyjadaczek. Odnosiłam wrażenie, że autorka nie do końca wiedziała, co chce osiągnąć ta książką, i chwilami rozmija się z powołaniem. Gdyby poprzestała na faktycznych naukach madame Chic, byłaby to świetna lektura, ale niektóre fragmenty, w moim odczuciu odbiegające zupełnie od tematu Paryża, drażniły trywialnością i typowym poradnikowym stylem a la rozkaz – zrób, wyrzuć, naucz się, zapisz się, wypisz się. Ponieważ jest to poradnik lifestylowy, Scott dotyka w nim praktycznie każdej sfery życia – od wyglądu, poprzez urządzanie mieszkania, wystawianie przyjęć, szeroko pojętą kulturę, zainteresowania, sposób wysławiania i wakacje. O ile pojedyncze rady są niekiedy ciekawe i inspirujące, o tyle całościowo miałam wrażenie, że próbuje mi się narzucić pewną wersję mnie-paryżanki. Wiem, że powinnam zadbać o niektóre sfery mojego bytu, aby stał się on pełniejszy, ale konieczność przeorganizowania szafy, wymyślenia jednej fryzury do noszenia codziennie, celebrowanie każdego posiłku, czytanie określonej ilości książek, chodzenie do teatru, muzeów, wystawianie przyjęć, słuchanie muzyki klasycznej, i to wszystko jednocześnie, napawa mnie obawą, czy po wcieleniu tych rad w życie jeszcze zostanie jakaś Viv. A fakt, że Scott ze swoimi poradami powtarza się w różnych środkach przekazu robi wrażenie, że chce sprzedać nam pewien gotowy produkt, do zaaplikowania w całości.

Inna sprawa, że akurat Paryż nie jest tym, do czego aspiruję, i to może wpłynęło na mój odbiór tej książki. Mimo oczywistego uroku Francuzek, celuję raczej w bycie Europejką – z rozsądkiem Niemek, szykiem z Paryża, kolorowym szalem z Barcelony, tajemniczością Szwedek i w butach z Mediolanu. Oraz oczywiście słowiańską fantazją. Tylko w kwestii kawy na wynos jestem nowojorczykiem i dobrze mi z tym.

Ani mnie ta książka nie zachwyciła, ani nie rozczarowała. Wydaje mi się dobrym pomysłem na prezent dla nastolatki, gdyż zawiera wiele porad dotyczących mody i urody, przydatnych, gdy ktoś dopiero zasmakowuje w tych klimatach. Inspiruje też to wprowadzenia drobnych zmian w swoim życiu (ja na przykład w piątek wybiorę się po raz pierwszy na wernisaż). Czuję jednak, że mogło być lepiej.

Moja ocena: 4/6

Jennifer L. Scott Lekcje Madame Chic
Tłum. Anna Sak, Agnieszka Sobolewska
Wyd. Literackie
Kraków 2013