O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 października 2013

"Ja bogini miotłą służę:/ Lecąc przodem zmiatam kurze"



Trudno jest pisać o kolejnym tomie serii, gdy się wie, że czytelnik tego tekstu może nie znać poprzednich. Bo nawet opis emocji, jakie mi towarzyszyły na samym początku lektury może zdradzać odrobinę na dużo fabuły. A emocją tą był smutek, gdy się widzi zmiany – to znaczy, nie każdy tak ma, ale ja na jakiekolwiek zmiany reaguję alergią. Zaraz potem pojawił się jednak podziw dla odwagi autora, który nie wtacza się na te same tory z każdą kolejną powieścią, a decyduje się właśnie na zmiany. Tak jak to w życiu bywa, ktoś odchodzi, na jego miejsce przychodzi ktoś nowy, ktoś awansuje, ktoś odchodzi na emeryturę, ktoś inny dopiero zaczyna karierę, a inny dorasta.

Poprzedni tom zakończył się dokładnie 11 września 2001 roku. Dahl podejmuje swoją opowieść w zmienionym świecie, dostrzega ta zmianę ale też pozostawia ją bez szerszego komentarza, którego nie potrzeba. Skupia się zaś na tematach, które istniały już w przestrzeni publicznej, ale właśnie teraz, na początku lat dwutysięcznych, zaczynają wychodzić z cienia i stają się publiczne. Wiele też miejsca poświęca prywatnym perypetiom bohaterów, które stanowią doskonałą kanwę dla szerszego, społecznego komentarza, zawartego w każdej powieści Dahla. I jak to zwykle u niego bywa, do połowy książki akcja powoli się snuje, oplata czytelnika, wprowadza w odpowiedni klimat, koncentruje się na postaciach. Wątki kryminalne dopiero się zarysowują, ale jakby mimochodem, na drugim planie. Nagle wszystko przyspiesza i druga połowa Snu to już jazda bez trzymanki w kierunku wielkiego finału, który ponownie, jak w poprzednich tomach, wciska w fotel. I tylko sam koniuszek pozostawia jakiś niedosyt – jakby nie wszystko zostało domknięte jak na kryminał powstało. Tylko czy to w ogóle był kryminał?

Co mnie najbardziej zaskoczyło, to wątek poznański w Śnie nocy letniej. Tak właśnie, poznański. Widać, że Arne Dahl mocno się podszkolił z tematyki sąsiadów przez Bałtyk od czasów Europa Blues, i nie popełnia już takich błędów jak wtedy. Wręcz przeciwnie – jego znajomość topografii wielkopolskiej stolicy, ale i umiejętność docenienia rozwoju, jaki Polska zaliczyła przez te kilkanaście lat od transformacji, oraz szczegółowa wiedza o słynnej swego czasu aferze „łowców skór” z Łodzi świadczy o dogłębnym zbadaniu tematu. Kiedy akcja przenosi się do Poznania, zmienia się też styl pisania i przez chwilę czułam się, jakbym czytała nie Dahla, a Krajewskiego, Czubaja czy Miłoszewskiego. Bardzo mi się ten zabieg spodobał.

Czytanie kolejnych tomów przygód Drużyny A to jak powrót do starych przyjaciół. Znamy się z tymi gliniarzami już kilka lat, poznałam ich życiorysy, widziałam, jak się zmieniają, towarzyszyłam im w trudnych chwilach, ale i cieszyłam się ich radością. I chociaż istnieją tylko na kartach powieści, to i tak przy następnej bytności w Sztokholmie podążę ich śladem.

PS Powrócił poprzedni tłumacz, i to niestety widać. Na niekorzyść.

Moja ocena: 5,5/6

Arne Dahl Sen nocy letniej
Tłum. Dominika Górecka
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013

Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytamy Literaturę Skandynawską i Czytamy Kryminały (ofiara – kobieta). Można tez śmiało zaliczyć to jako zaległa powieść o Poznaniu w Wyzwaniu Miejskim. Przypadkowo załapałam się też na Wyzwanie Book-Trotter.




piątek, 5 października 2012

U nas na Roosevelta



„McDusią” pani Musierowicz powróciła w wielkim stylu. A ja wraz z nią powróciłam do magicznego świata Jeżycjady, do mieszkania na Roosevelta, gdzie każdego przyjmą z otwartymi ramionami.

Nie ma sensu opisywać fabuły – ci, którzy czytają Jeżycjadę, i tak przeczytają (to już dziewiętnasty tom!), ci, którzy jeszcze nie znają (są tacy?), gdyby postanowili się zapoznać – tych odsyłam do tomów najpierwszych. Tutaj zatem będzie parę tylko impresyjek z mojego spotkania z powieścią.

Po pierwsze – dawno już nie było tak dobrego tomu. Mam wrażenie, że ostatni taki to był „Język Trolli”, a każdy kolejny już troszkę słabszy. A tu bach – majstersztyk, perełka, powrót do starych, dobrych czasów.

O właśnie, powrót! Ten cykl ma coś, czym nie może się pochwalić większość „seryjniaków” – czytelnik tak dobrze zna już ten wykreowany świat, że nie czyta o nim, a w nim ląduje. Po kilki latach znów zasiadłam za stołem w pełnej, ciepłej kuchni Borejków, jakbym właściwie nigdy z niej nie wychodziła – i co z tego, że ta kuchnia jest w Poznaniu? Bohaterów znam od urodzenia, ba! wiem, co się działo burzliwego, zanim na te świat przyszli. Jeszcze zanim się przedstawią, po pierwszych słowach opisu już widzę, kto się pakuje do przedpokoju – a to szalona Ida, a to zakręcony Bernard Żeromski. Laura, jak to Laura – wdzięczy się przed lustrem, senior rodu – Ignacy Borecko czuwa nad poprawna polszczyzną dwuletniego Ziutka, Gabriela czuwa nad wszystkim jak anioł stróż, a młodzieńcy już – Józinek i Ignacy Grzegorz wciąż rywalizują. Czytając takie książki ma się wrażenie, że jednak pewne rzeczy są niezmienne.

„McDusia” jest jednym z tomów Jeżycjady, które ja nazywam bożonarodzeniowymi – czyli chyba tymi najlepszymi, bo oprócz ciepła i uroku członków rodziny Borejków udziela nam się również świąteczna atmosfera, aż chciałoby się wyjrzeć za okno i zobaczyć wirujące śnieżynki… Troszkę żałuję, że nie zostawiłam sobie lektury na pierwszy dzień świąt, ale i tak jest bliżej niż dalej do Bożego Narodzenia, więc mała strata. Oczywiście, w moim prywatnym rankingu nic nie przebije „Noelki”, jeśli chodzi o tę porę roku, ale najnowszy tom cyklu dzielnie podąża tym tropem.


I tylko smucą czasem niektóre rzeczy. Smuci śmierć starych (bardzo starych!) bohaterów. Smuci dorastanie – postaci znane nam z poprzednich tomów dojrzały, rozjechały się po świecie – Francja, Holandia, Japonia… i tęskno za nimi. Jest ich już tak wielu, że przyznaję – nie wszystkich dokładnie pamiętam. Gdy na dłużej pojawiali się na kartach ostatniej powieści, przypominałam sobie ich losy, jak to jest na spotkaniu dawno niewidzianych znajomych, ale szereg tych, o których tylko napomknięto, przykryła już pierzynka zapomnienia. Muszę kiedyś wrócić do poprzednich tomów, by poznać ich na nowo. Smuci też powolne starzenie się seniorów rodu – Ignacego i Mili  – wciąż są z nami, ale czytelnik zastanawia się – ile jeszcze wspólnych tomów jest nam dane? Czy zamykając „McDusię” pożegnaliśmy ich już na zawsze? Czy jeszcze dane nam będzie przewrócić wspólnie strony kolejnych Jeżycjad?


Moja ocena: 5,5/6


Małgorzata Musierowicz McDusia
Wyd. Akapit Press
2012


Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik.