O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztokholm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztokholm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 października 2016

"Testament Nobla" Liza Marklund

Nie od dziś wiadomo, że na czytelniczą depresję i niechciejstwo najlepiej działają kontynuacja ulubionych serii. A że ostatnio dopadło mnie takie właśnie niechciejstwo, po 4 innych rozpoczętych książkach stwierdziłam, że czas na starą znajomą Annikę Bengtzon. Z powieściami Lizy Marklund znamy się od kilku lat, i zawsze staram się mieć na półce kolejny tom czekający na czas, gdy tylko jej książki jestem w stanie przeczytać.

Testament Nobla to szósta powieść z serii o dziennikarce, pracującej dla tabloidu i poszukującej sensacji by opisać je na łamach swego czasopisma. Tym razem autorka wzięła na tapetę obchody z okazji wręczenia kolejny raz nagród Nobla, najbardziej prestiżowych nagród na świecie. Aż dziw bierze, że po tylu latach świetnej passy szwedzkich kryminałów, z których lwia część ma osadzoną akcję w Sztokholmie, dopiero Marklund, i to w kolejnej części cyklu, podejmuje ten temat, i waży się zbudować wokół tej chwały Szwedów bogatą, wielowątkową aferę polityczno-kryminalną, z wielką nauką i wielkimi pieniędzmi w tle. I tym razem, obok śledztwa, autorka wdraża czytelnika w życie prywatne bohaterki, które jak zwykle budzi we mnie olbrzymie emocje.

Prawdziwy skandynawski kryminał to taki, który mówi o ważnych tematach i pozostawia nas wykończonych emocjonalnie. I chociaż szereg nowszych kryminałów z tej części świata przestaje przypominać swoich poprzedników, to dobrze wiedzieć, że na rynku wciąż dostępna jest klasyka gatunku, a do niej na pewno zalicza się Liza Maklund. Skorumpowane welfare state plus układy rodzinne rodem z czasów Wikingów i tym razem nie pozwoliły mi się oderwać od przygód bohaterki, której na początku nie lubiłam. Teraz, po tych wszystkich latach, jesteśmy wiernymi przyjaciółkami.

Moja ocena: 5,5/6

Liza Marklund Testament Nobla
Tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2011

wtorek, 9 września 2014

Sztokholmskie metro nie tak bezpieczne

Kiedyś skradziono mi w autobusie dokumenty. Na komisariacie wydawało mi się, że dokładnie pamiętam, gdzie siedziałam i jak przebiegała podróż. Jednak, kiedy kilka tygodni później pokazano mi nagranie z tego autobusu, trudno mi było uwierzyć, że na nim jestem ja. Poznałam siebie, oczywiście, ale zapamiętałam całą trasę zupełnie inaczej. Trudno się dziwić, jeździłam tym samym autobusem przez kilka miesięcy pod rząd, prawie codziennie. Wszystkie moje podróże zlały się w jedno, a umysł spłatał mi figla.

Pasażerowie Carla Jonasa również mieli problem z określeniem, gdzie siedzieli i dlaczego tam. A przynajmniej ci z nich, którzy przeżyli. Carl Jonas to potoczna nazwa ostatniego wagonu sztokholmskiego metra, linii zielonej, w którym wybucha bomba. Po niedawnych zamachach w Londynie i Madrycie stosunkowo niewielka eksplozja powodująca śmierć dziewięciu sztokholmczyków stawia na nogi całą policję. Z emerytury ponownie zostaje wezwany Jan-Olov Hultin, pierwszy dowódca Drużyny A, który oficjalnie namawia wszystkie jednostki do współpracy w celu wyjaśnienia tej bombowej sprawy. W rzeczywistości jednak zleca przeprowadzenie pełnego śledztwa Drużynie A, która po wpadce opisanej w poprzednim tomie znów działa w pełnym składzie. I jak zwykle doprowadza sprawę do końca.

Po trochę słabszej Ciemnej liczbie Arne Dahl powraca do gry ze świetnymi Wstrząsami wtórnymi. Po raz kolejny tworzy fascynującą fabułę, gdzie kilka na pozór niezwiązanych ze sobą wątków łączy się w pewnym momencie w grubszą sprawę, i wpasowuje ją idealnie w aktualne w czasach powstania powieści wydarzenia. Znów na tapetę bierze problemy, z którymi boryka się szwedzkie społeczeństwo, pobudza nas do myślenia nad wieloma kwestiami, jak wielonarodowość, fundamentalizm i terroryzm, i porusza serca tych z nas, którzy już od lat kibicują Drużynie A w ich zawodowych i prywatnych perypetiach. Autor zaserwował w tym tomie wiele emocjonalnych scen, pozbawiając je patosu i okraszając czarnym humorem.

Nie ma dłużyzn. Tym razem jest jak u Hitchcocka – na początku eksplozja, a potem już tylko napięcie rośnie. Wiemy, że jeden z członków Drużyny A znalazł się w kręgu zainteresować Wydziału wewnętrznego, ale rozwiązanie tego wątku nas zaskoczy. Sama sprawa wybuchu w metrze okaże się wielokrotnie bardziej złożona, niż bylibyśmy w trakcie przypuszczać. A obok zwykłej policyjnej roboty – papiery, przesłuchania, papiery, rozpytania, papiery znajdzie się i miejsce na efektowne sceny akcji – strzelaniny, pościgi i zasadzki. Nie zraźcie się tylko – niektóre z nich ocierają się o nieprawdopodobieństwo, a nawet leciutko wychodzą poza tą linię, ale tak właśnie pisze Arne Dahl i za to go uwielbiam.

Po tej lekturze podroż metrem w Sztokholmie nigdy nie będzie taka sama (ale i tak chcę się jeszcze kiedyś nim przejechać).

Moja ocena: 5,5/6

Arne Dahl Wstrząsy wtórne
Tłum. Ewa Wojciechowska
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2014

Dla łatwiejszego wczucia się w atmosferę - kilka zdjęć sztokholmskiego metra:









sobota, 31 maja 2014

Zorza polarna, Bóg, śmierć i tajemnice czyli kolejny szwedzki kryminał

No i zapoznałam się z kolejną skandynawską autorką kryminałów. Po sztokholmskiej Marklund i fjallbackiej Lackberg, gotlandzkiej Jungstedt i norweskiej Fossum przyszedł czas na podbiegunową Larsson. I muszę powiedzieć, że panie z północy też potrafią pisać, może nawet lepiej niż panowie – do tej pory bowiem na żadnej autorce ze Skandynawii się nie zawiodłam.

Burza słoneczna to pierwszy tom cyklu kryminałów, których główną bohaterką jest prawniczka specjalizująca się w podatkach, Rebeka Martinsson, która stara sobie ułożyć życie w stolicy Szwecji, jednak niezałatwione sprawy z przeszłości ciągną ją z powrotem do rodzinnej Kiruny. Gdy tu przybywa wplątana zostaje w kryminalną sprawę, a jej rozwiązanie wymagać będzie nie tylko współpracy z lokalną policją i odwagi, ale przede wszystkim rozprawienia się z demonami z przeszłości, które wygoniły ją z miasta, oraz specjalistycznej wiedzy prawniczej.

Kiruna to miasto na północy Szwecji, gdzie w czasie nocy polarnej jasno robi się raptem na chwilę, jednak wszechogarniające ciemności nie wpływają jednakowo na charakter i nastrój wszystkich – są tu i ludzie dobrzy, i źli, słabi i silni, opanowani i szaleni. Gdy miasto staje się ośrodkiem religijnego przebudzenia, dochodzi do połączenia kilku samodzielnych kościołów chrześcijańskich, a jednym wspólnym zborem zawiadują naraz trzej pastorzy. Jednak najważniejszą postacią, przyciągającą wiernych, jest młody Wiktor Strandgard, który przeżywszy śmierć kliniczną odnalazł Boga i stał się charyzmatycznym duchowym przywódcą. Od pobożności do obsesji i szaleństwa droga nie jest jednak tak daleka, a rozbieżność celów do których dąży zbór oraz zazdrość i strach, prywatne porachunki i tajemnice mogą doprowadzić do eskalacji działań. Kiedy Wiktor zatem zostaje brutalnie zamordowany, policja, prokuratura i Rebeka będą mieli niełatwe zadanie, by odkryć przyczyny i sprawcę jego śmierci.

Czytało mi się Asę Larsson bardzo szybko, przyjemnie i płynnie. Chociaż miałam kilku podejrzanych, do samego końca nie mogłam jednoznacznie określić, kto i dlaczego zabił. To niewątpliwa zaleta – jeśli po tylu przeczytanych kryminałach autorowi udaje się mnie zaskoczyć, to znaczy, że to była dobra książka. I na pewno nie ostatnia z tego cyklu, po którą sięgnę.

Burzę słoneczną wybrałam do mojego Wyzwania Miejskiego jako lekturę sztokholmską, jednak okazało się, że stolica Skandynawii pojawia się zaledwie na paru kartkach. Jednak z braku czasu zaliczam ją do edycji majowej (dowód na to, że czasem jednak warto czytać blurby z tylnej okładki do końca).

Moja ocena: 5,5/6

Asa Larsson Burza Słoneczna (Burza z krańców ziemi)
Tłum. Beata Walczak-Larsson
Wyd. Literackie

Kraków 2013

sobota, 22 lutego 2014

Sztokholm prawdziwy i Sztokholm wymyślony

Jednym z główny problemów, przed jakimi stanęłam przeszło rok temu planując wyjazd do Sztokholmu, był brak przewodnika. Nie tyle, że brak pieniędzy na zakup takowego, tylko ogólny brak podobnej pozycji na rynku. Gdyby Wojciech Orliński opublikował Sztokholm Stiega Larssona wcześniej, dalej nie miałabym w ręku klasycznego przewodnika turystycznego, ale przynajmniej nie przegapiłabym paru fascynujących miejsc. Ale co się stało to się nie odstanie.

Orliński w tej niewielkiej książeczce połączył analizę trylogii Larssona, społeczny i polityczny komentarz do współczesnej Szwecji z przewodnikiem turystycznym. Połączenie dosyć karkołomne, gdy nieudolnie wykonane, tutaj jednak o nieudolności mówić nie sposób. Autor od początku wiedział, co chce osiągnąć, nie zmienił planu w międzyczasie, a pisanie poprzedziło bardzo skrupulatne badanie adresów, wielogodzinne włóczenie się po mieście i zapewne kilkakrotne przeczytanie powieści, by w gąszczu kawiarenek odkryć tą jedną która opisem odpowiada powieściowej, prześledzić najkrótszą drogę, jaką bohaterowie pokonaliby idąc z niej do domu (gdyby istnieli), w którym budynku mógł się mieścić biurowiec Dragana Armanskiego, a gdzie znajduje się kompleks budynków policji. Z jednej strony można by się zastanowić, jak mu się chciało, a drugiej widać, że ma facet pasję, a ja takich ludzi szanuję.

Mimo mojej niewiedzy o śladach zostawionych w mieście przez bohaterów książki (i niepamięci, wszak minęło już kilka lat odkąd czytałam Millenium) udało mi się przypadkowo znaleźć w kilku miejscach mniej lub bardziej istotnych dla fabuły i przez to opisanych w przewodniku. Zdarzyło mi się jeść cheeseburgera w tym samym McDonaldzie, w którym to mało szlachetne danie konsumowali niezależnie od siebie Bloomkvist i Salander, włóczyłam się po parku popularnym wśród szwedzkich neonazistów (i to w listopadzie, kiedy ponoć organizują tam manifestacje), a na moim cover photo na Facebooku  widać fragment kamienicy, w której mieścił się apartament Wennerströma. Przegapiłam za to plac, przy którym mieścił się bank, w którym w 1973 narodził się termin „syndrom sztokholmski” – dla mojej pasji do kryminologii jest to cios prosto w serce, zwłaszcza, że nie było daleko.


Przeczytałam tą książę jednym tchem, mimo, że do Sztokholmu mam trochę daleko. Strasznie żałuję, że nie miałam jej wtedy na mojej krótkiej wyprawie, ale zdecydowałam już dawno temu, że do Wenecji Północy powrócę, a wtedy książeczka Orlińskiego na pewno znajdzie się w moim bagażu. Wam również polecam się w nią zaopatrzyć, nawet jeśli nie jesteście fanami Larssona, gdyż poza informacjami o książce oferuje też genialną opowieść o współczesnym Sztokholmie. To jest po prostu świetnie, zabawnie napisana książka o jednym z moich ulubionych miast. Bardzo polecam!

Moja ocena: 6/6

Wojciech Orliński Sztokholm Stiega Larssona
Wyd. Pascal
Bielsko-Biała 2013

Książka przeczytana w ramach wyzwania Z Półki 2014.


A mój drugi tekst o tej książce możecie przeczytać na blogu Tramwaj nr 4.
To nie tylko ulica imienia premiera Palmego, ale i miejsce, gdzie zginął

Pięć Fanfar - w ostatnim wieżowcu pracował Larsson

W tej kamienicy najprawdopodobniej mieszkał Wennerstrom


Prawdopodobny widok z okna mieszkania Lisbeth Salander

czwartek, 14 listopada 2013

Zbrodnia z Mozartem w tle

O tym, że szwedzkie kryminały czyta się głównie dla tego społecznego komentarza w tle, nie trzeba nikomu przypominać. O tym, że w tychże kryminałach zbrodnia zwykle bierze swe początki w problemach nękających współczesnych Szwedów, to też już banał. Tym razem jednak Arne Dahl poszedł o krok dalej – i wylądował jedną nogą w Iraku, a drugą w Stalingradzie.

W siódmym tomie cyklu o Drużynie A nieco zmieniona w składzie, ale wciąż niezawodna śmietanka szwedzkiej policji otrzymuje szczególne zadanie – wraz z przełożonymi i ekspertami wchodzą w skład sztabu kryzysowego, gdy dwaj zamaskowani mężczyźni barykadują się w banku z zakładnikami, grożąc wysadzeniem całej dzielnicy. Dodatkowym elementem, czyniącym zadanie jeszcze trudniejszym, jest fakt, iż jednym z zakładników jest osoba bliska niektórym członkom drużyny. W trakcie działań grupy szybkiego reagowania ma miejsce incydent, który włącza w obręb działań wydział spraw wewnętrznych i byłego członka Drużyny – Paula Hjelma. Drużyna A i BSW muszą razem rozwikłać szaradę, która początkowo zdawała się być zwykłym rabunkiem.

Dahl w Mszy żałobnej prowadzi bardzo ciekawe rozważania na temat wojny. Wojna jest obecna wszędzie, jest obserwowana w telewizji, czytamy o niej w dzienniku z czasów drugiej wojny światowej, zaś wojny można zaobserwować nawet między tymi, którzy winni stać po tej samej stronie prawa. W powieści będą też mniej lub bardziej odległe w czasie historie rodem z zimnej wojny, i wreszcie będą małe wojny małżeńskie. Wszystko, co się tutaj wydarzy, związane jest z jakąś wojną, a wszystkie polityczne wojny toczą się o jeden i ten sam surowiec – ropę.

Autor bardzo zmyślnie łączy wszystkie pozornie poszarpane wątki, romansując całkiem udanie z powieścią sensacyjną i szpiegowską, nie zatracając dobrze znanego z poprzednich tomów kryminalnego charakteru. I mimo iż całość pokryta jest szwedzkim, marcowym mrokiem, jest tu też miejsce na trochę humoru, trochę miłości i trochę przyjaźni. I to czyni tą powieść wyjątkową.

Moja ocena: 5/6

Arne Dahl Msza żałobna
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013-11-14

Cykl o Drużynie A:
1.       Misterioso
2.       Zła krew
3.       Na szczyt góry
4.       Europa blues
5.       Wody wielkie
6.       Sen nocy letniej

7.       Msza żałobna

sobota, 5 października 2013

"Ja bogini miotłą służę:/ Lecąc przodem zmiatam kurze"



Trudno jest pisać o kolejnym tomie serii, gdy się wie, że czytelnik tego tekstu może nie znać poprzednich. Bo nawet opis emocji, jakie mi towarzyszyły na samym początku lektury może zdradzać odrobinę na dużo fabuły. A emocją tą był smutek, gdy się widzi zmiany – to znaczy, nie każdy tak ma, ale ja na jakiekolwiek zmiany reaguję alergią. Zaraz potem pojawił się jednak podziw dla odwagi autora, który nie wtacza się na te same tory z każdą kolejną powieścią, a decyduje się właśnie na zmiany. Tak jak to w życiu bywa, ktoś odchodzi, na jego miejsce przychodzi ktoś nowy, ktoś awansuje, ktoś odchodzi na emeryturę, ktoś inny dopiero zaczyna karierę, a inny dorasta.

Poprzedni tom zakończył się dokładnie 11 września 2001 roku. Dahl podejmuje swoją opowieść w zmienionym świecie, dostrzega ta zmianę ale też pozostawia ją bez szerszego komentarza, którego nie potrzeba. Skupia się zaś na tematach, które istniały już w przestrzeni publicznej, ale właśnie teraz, na początku lat dwutysięcznych, zaczynają wychodzić z cienia i stają się publiczne. Wiele też miejsca poświęca prywatnym perypetiom bohaterów, które stanowią doskonałą kanwę dla szerszego, społecznego komentarza, zawartego w każdej powieści Dahla. I jak to zwykle u niego bywa, do połowy książki akcja powoli się snuje, oplata czytelnika, wprowadza w odpowiedni klimat, koncentruje się na postaciach. Wątki kryminalne dopiero się zarysowują, ale jakby mimochodem, na drugim planie. Nagle wszystko przyspiesza i druga połowa Snu to już jazda bez trzymanki w kierunku wielkiego finału, który ponownie, jak w poprzednich tomach, wciska w fotel. I tylko sam koniuszek pozostawia jakiś niedosyt – jakby nie wszystko zostało domknięte jak na kryminał powstało. Tylko czy to w ogóle był kryminał?

Co mnie najbardziej zaskoczyło, to wątek poznański w Śnie nocy letniej. Tak właśnie, poznański. Widać, że Arne Dahl mocno się podszkolił z tematyki sąsiadów przez Bałtyk od czasów Europa Blues, i nie popełnia już takich błędów jak wtedy. Wręcz przeciwnie – jego znajomość topografii wielkopolskiej stolicy, ale i umiejętność docenienia rozwoju, jaki Polska zaliczyła przez te kilkanaście lat od transformacji, oraz szczegółowa wiedza o słynnej swego czasu aferze „łowców skór” z Łodzi świadczy o dogłębnym zbadaniu tematu. Kiedy akcja przenosi się do Poznania, zmienia się też styl pisania i przez chwilę czułam się, jakbym czytała nie Dahla, a Krajewskiego, Czubaja czy Miłoszewskiego. Bardzo mi się ten zabieg spodobał.

Czytanie kolejnych tomów przygód Drużyny A to jak powrót do starych przyjaciół. Znamy się z tymi gliniarzami już kilka lat, poznałam ich życiorysy, widziałam, jak się zmieniają, towarzyszyłam im w trudnych chwilach, ale i cieszyłam się ich radością. I chociaż istnieją tylko na kartach powieści, to i tak przy następnej bytności w Sztokholmie podążę ich śladem.

PS Powrócił poprzedni tłumacz, i to niestety widać. Na niekorzyść.

Moja ocena: 5,5/6

Arne Dahl Sen nocy letniej
Tłum. Dominika Górecka
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013

Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytamy Literaturę Skandynawską i Czytamy Kryminały (ofiara – kobieta). Można tez śmiało zaliczyć to jako zaległa powieść o Poznaniu w Wyzwaniu Miejskim. Przypadkowo załapałam się też na Wyzwanie Book-Trotter.




poniedziałek, 25 marca 2013

Sztokholm, Skania, Monte Carlo czyli Drużyna A znów na tropie



Ciężko byłoby mi powiedzieć, kto jest moim ulubionym autorem, ale gdybym miała wymienić 5 najulubieńszych, Arne Dahl na pewno znalazłby się w tej grupie. Na każdy kolejny tom cyklu o Drużynie A czekam z wytęsknieniem. Od ostatniego, czwartego, minął już ponad rok, i gdy powoli traciłam nadzieję na dalszy ciąg przygód sztokholmskich policjantów, Czarna Owca przyszła mi z pomocą i wydała tom piąty. Jak dotąd chyba najlepszy ze wszystkich.

Drużyna A to tak naprawdę Specjalna Jednostka Policji ds. Zwalczania Przestępczości Międzynarodowej. W jej skład wchodzi 7 policjantów i ich przełożony, Jan-Olov Hultin. Drużyna A to nieformalna nazwa nadana im jeszcze w tomie pierwszym (właściwie nikt nie wie dlaczego), powołana do przejmowania spraw, w których występuje wątek międzynarodowy. W tym tomie część z bohaterów, Paul i Kerstin, zostaje poproszona przez wydział wewnętrzny o przesłuchanie policjanta uwikłanego w tajemniczą strzelaninę, w której zginął nielegalny uchodźca z RPA. Okazuje się, że policjant ten był niegdyś narzeczonym Kerstin. Z kolei pozostali członkowie Drużyny zajmują się sprawą tajemniczego seryjnego mordercy, który w liście samobójczym wyznaje, że od lat zajmował się zabijaniem ludzi w całej Europie. Wkrótce obie sprawy znajdą swój wspólny mianownik.

Od początku mojej przygody z Arne Dahlem zastanawiam się, co jest takiego szczególnego w jego książkach, że tak bardzo je lubię. Wiele z tych przyczyn wyklarowało się teraz, w czasie lektury Wód wielkich. Przede wszystkim wielość głównych bohaterów. Dahl nie poszedł drogą wybraną przez większość autorów, i nie stworzył jednego, wiodącego bohatera i pomocników wokół niego. Poszedł raczej drogą nowoczesnych seriali kryminalnych, gdzie poznajemy od razu kilku równoprawnych bohaterów, ich historie, zdolności, charaktery, którzy nawzajem się uzupełniają. Dzięki temu powieść jest wielowymiarowa i wielowątkowa, nie ma miejsca na nudę. Każdy z bohaterów bowiem jest zupełnie inny, mamy tu galerię postaci tak odmiennych, że aż cud, że są w stanie pracować razem. I mimo iż każdy z nich ma wady, to polubiłam ich wszystkich (wyobraźcie sobie moje rozczarowanie, gdy okazało się, że mieszkałam w hostelu oddalonym o kilka przecznic od domu Kerstin Holm, i o tym nie wiedziałam!).

Drugim elementem jest sama fabuła. Książki Dahla to nie są po prostu kryminały, nie można ich zamknąć w ramach jednego gatunku. Dostajemy zatem coś, co jest jednocześnie kryminałem, sensacją, czasem horrorem, czasem groteską, trochę książkę przygodową, czasem historyczną, czasem psychologiczną, z komentarzem społecznymi i politycznym. Dahl umiejętnie żongluje tymi gatunkami w ramach każdego tomu, tworząc wrażenie, że zbrodnia nigdy nie jest po prostu oderwanym od rzeczywistości zjawiskiem, jest połączona z każdą sferą życia współczesnego społeczeństwa.

Z tym wiąże się język, który czasem służy tylko do raportowania, innymi razem tworzy barwne opisy miejsc, by przerodzić się w głęboki, psychologiczny opis, sprowadzić ciemność na umysł czytelnika, tylko po to, by następnie oświetlić go żartem, którego nikt by się nie spodziewał. Za ten język Dahl jest z resztą czasem krytykowany, jednak zauważyłam, że przez fakt iż „Wody wielkie” są tłumaczone przez kogoś innego niż poprzednie tomy, język powieści jest bardziej zrozumiały. W poprzednich książkach były momentami urwane myśli, czy gry słów, których nie rozumiałam. Myślałam, że to taki styl autora, ale teraz widzę, że był to chyba niedostatek tłumaczenia. Ze względu na liczne gry słów, półsłówka, idiomy, przysłowia i cytaty, książki te są pewnie fatalne do tłumaczenia, ale wydaje mi się, że pan Kędzierski wyszedł z tego z tarczą, a nie na  tarczy.

Polecam wszystkim zapoznanie się z serią od początku, gdyż wiele wątków znajduje swój początek w poprzednich tomach, a tych, którzy już znają Drużynę A, mogę zapewnić, że i tym razem nie będziecie się nudzić.

Moja ocena: 6/6

Arne Dahl Wody Wielkie
Tłum. Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013

O tomie czwartym można poczytać tutaj.

środa, 14 listopada 2012

Łosie i trzy korony - parę słów o Sztokholmie



Jak zapewne niektórzy zauważyli, przez kilka ostatnich dni byłam nieobecna w blogowym świecie, gdyż postanowiłam wybrać się na kilka dni do Sztokholmu na zasadzie „akcja spontan” – takie są chyba najlepsze. :)



Sztokholm leży na 14 wyspach, które łączy 53 mosty. Jest to stolica Szwecji, a przez niektórych Sztokholm nazywany jest też stolicą Skandynawii. Jest to siedziba władz państwowych oraz rodziny królewskiej oraz scena wielu szwedzkich kryminałów. Praktycznie na każdym kanale zacumowane są różnej wielkości łodzie, robiąc wrażenie że miasto to jeden wielki port.

Typowy widok w Sztokholmie


Spędziłam w stolicy Skandynawii niecałe 3 dni, toteż trudno o porządne podsumowanie prawie nie poznanego miasta – Sztokholm jest olbrzymi i w trakcie mojego krótkiego pobytu zaledwie udało mi się liznąć jego atmosfery i poznać kilka najważniejszych miejsc. Mimo skrupulatnego planowania nie udało nam się z kumpelą zobaczyć wszystkiego, co planowałyśmy, gdyż poza sezonem większość muzeów i atrakcji otwarta jest tylko kilka godzin dziennie i fizyczną niemożliwością było zdążyć wszędzie. Mimo to, z pomocą Karty Sztokholmskiej, odwiedziłyśmy 7 muzeów (sensu largo) i pojeździłyśmy świetnie zorganizowanym metrem. Szczerze polecam tą Kartę, to jedna z lepszych tego typu, na jakie natrafiłam.

Zamek królewski
Udało nam się zwiedzić przede wszystkim Zamek Królewski. Skarbiec robi wrażenie, o wiele większe niż ten na Wawelu, głównie dlatego, że Szwedom nikt nie ukradł koron i mieczów koronacyjnych – przed wizytą na tej ekspozycji nawet nie przypuszczałam, że istnieją takie wielkie diamenty. Niesamowite jest też to, że te korony wciąż są używane – wprawdzie Szwedzi zarzucili zwyczaj koronacji, ale przy każdej większej okazji korona leży obok króla na poduszce i świadczy swoją obecnością. Z kolei po wyjściu z podziemi i udaniu się na zwiedzanie komnat królewskich gość może się lekko zdziwić widząc… niebieskiego Indianina. Ot, lokalne kuriozum, żaden zamek się bez niego nie obejdzie. Sam Zamek robi wrażenie rozmiarem – w końcu gdzieś trzeba pomieścić te 608 komnat! Ponieważ zamek jest wciąż siedzibą króla i ważniejszych urzędów i instytucji, tylko niewielka część sal była dostępna dla zwiedzających, ale nawet te kilka wystarczyło, by przekonać zwiedzających, że król Szwecji wielkim królem jest.

Ratusz
Odwiedziłyśmy również ratusz, który przypomina trochę latanię morską, trochę kościół, a od środka – pałac Dożów. Pełni funkcję nie tylko atrakcji turystycznej, ale i  miejskiego ośrodka władzy, dlatego wraz z przewodniczką prześlizgiwaliśmy się przez kolejne sale, próbując nie przeszkadzać. W sztokholmskim ratuszu możesz wziąć ślub w… 45 sekund. Nie musisz być Szwedem, musisz być natomiast cierpliwy, bo na termin czeka się tutaj rok. Coś dla ludzi nie cierpiących długich ceremonii. W największej sali budynku co roku odbywa się bankiet dla laureatów Nagrody Nobla – jako, że Unia otrzymała ostatnio Pokojową Nagrodę, można powiedzieć, że my również byliśmy w ratuszu honorowymi gośćmi :).

Vasa
Czym byłaby wizyta w Sztokholmie bez zobaczenia pięknego statku Vasa. Jest to wspaniały okręt, wybudowany w XVII wieku, kunsztownie ozdobiony i kiepsko zaprojektowany. Poszedł na dno w 20 minut od rozpoczęcia swego dziewiczego rejsu – nawet nie zdążył wypłynąć z portu. W całości przeleżał 300 lat na dnie sztokholmskiego portu, by w 1961 zostać wyciągniętym na powierzchnię, następnie zrekonstruowanym i udostępnionym zwiedzającym.  Wokół niego stworzono bardzo ciekawą wystawę, gdzie między innymi Szwedzi uznali za stosowne zadać sobie jedno, bardzo ważne pytanie: czy zatonięcie Vasy było wolą Boga czy efektem złośliwych działań Polski? Nie ma to jak wybudować lipny okręt a potem oskarżyć o jego zatonięcie państwo po drugiej stronie Bałtyku.

Gamla Stan

Choinka na rynku - Sztokholm jest gotowy na Boże Narodzenie
Ale obok zamkniętych ekspozycji na zwiedzanie Sztokholmu składa się również wałęsanie się po starym mieście – Gamla Stan – którego wąskie uliczki obsadzone są sklepikami z najpiękniejszymi pamiątkami, jakie kiedykolwiek widziałam. I świątecznie ozdobione. Całe miasto jest już jedną nogą w świątecznej gorączce – zewsząd mrugają do nas mikołaje, renifery, choinki, obłędnie piękne ozdoby choinkowe i śnieżynki. Przeważnie nie wpadam z zakupowy szał w sklepikach dla turystów, ale w tamtejszych sklepach można było stracić całą fortunę (i życie, bo mało mi serce nie pękło, że nie uda mi się przewieźć pięknej bombki w kształcie pegaza i nie mogę jej kupić).

Poza dekoracjami świątecznymi całe miasto krąży wokół kilku symboli – trzy korony, łosie, Vikingowie, łosie, koniki z Dalarny, łosie, statek Vasa, ło… no, wiecie. Poza tym, kończąc ten przydługi post, najbardziej zaskoczyła mnie atmosfera miasta. Czytając szwedzkie kryminały, odniosłam wrażenie, że Sztokholm jest dosyć ponurym, posępnym miastem – tymczasem biurowce, sklepy, jasno oświetlone ulice sprawiają, że jest to jedna z najpiękniejszych i nowoczesnych europejskich stolic, jakie widziałam. I na pewno nie była to moja ostatnia w niej wizyta.

Jedna z wystaw prezentująca kolekcję świeczek z dekoracją
W jednej z kawiarni serwowano caffe latte w misce