O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarne. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 listopada 2018

Wojciech Chmielarz "Farma lalek"


Jesień to czas na czytanie kryminałów, prawda? Halloween'owe dekoracje, Święto Zmarłych, coraz krótsze dni, ponura atmosfera za oknem, mgła i drzewa ogołocone z liści – późna jesień to okres mroczny, i wtedy wielu z nas chętnie zagrzebuje się pod kocykiem i spędza kolejne długie wieczory w towarzystwie powieści kryminalnych. Wydaje mi się, że nie tylko tematyka nas do nich przyciąga o tej porze roku, ale często też fakt, iż zaspani i pozbawieni energii nie mamy ochoty na zawiłe epopeje pisane z dziesięciu rożnych perspektyw. A nawet najlepsze kryminały oferują poniekąd powrót do tego, co dobrze znane.

Co nie znaczy, że czytam tylko znajomych autorów, chociaż nie przeczę, że w przeciągu ubiegłych tygodni udało mi się nadgonić zaległości z niektórymi znanymi cyklami kryminalnymi. Ale dziś będzie o moim nowym odkryciu (z naciskiem na moim) – powieści Wojciech Chmielarza, której bohaterem jest komisarz Jakub Mortka – Farma lalek. Leżała w osiedlowej bibliotece, a sięgnęłam po nią po tym gdy koleżanka wspomniała o autorze na ostatnim spotkaniu biblionetkowym w Krakowie. Postanowiłam spróbować, i chyba przepadłam.

Komisarz Mortka trafia na zesłanie z Warszawy do kotliny jeleniogórskiej, a konkretnie, do małej miejscowości Krotowice, w wyniku zdarzeń opowiedzianych w pierwszej części tego cyklu. Której, z racji tematyki pożarowej, raczej nie zamierzam czytać (kłania się lęk przed ogniem; słowo daję, gdybym to ja była człowiekiem pierwotnym i ode mnie zależałoby ogarnięcie ognia dla ludzkości, to do dziś siedzielibyśmy zmarznięci na drzewach). W każdym razie pan komisarz planuje się nie wychylać, odpocząć, przetrwać okres zesłania i przy okazji zadecydować, co dalej zrobi ze swoim życiem. Nie jest tutejszy, zatem nie wtrąca się w pracę lokalnych policjantów. Do czasu, gdy zaginięcie małej dziewczynki na początek śledztwu w sprawie brutalnych zabójstw, które z kolei doprowadzi nas do nieoczekiwanego finału.

Podobał mi się sposób pisania pana Chmielarza. Dawno już nie płynęłam tak płynnie prze kolejne strony. Konstrukcja fabuły nie dawała chwili wytchnienia ani powieściowym gliniarzom, ani czytelnikowi, a jednak nie miałam wrażenia przesady i przeciążenia zdarzeniami, jak to się czasem zdarza, szczególnie w powieściach kryminalnych. Szczególnie bliska jest mi okolica, w której autor umiejscowił akcję – w okolicach Szklarskiej Poręby i Jeleniej Góry spędziłam jedne z najlepszych wakacji w życiu. A i miejscowość, na bazie której narodziły się powieściowe Krotowice, jest mi dosyć dobrze znana. I wreszcie sam komisarz Mortka – długo nie mogłam sobie uzmysłowić, co mnie ujęło w tym smutnym, rozwiedzionym pracoholiku w depresji, aż wreszcie to do mnie dotarło – jesteśmy starymi znajomymi. Miewał inne imiona, działał w różnych regionach Polski, bywał wdowcem, ale to jednak on – typowy główny bohater kryminałów. I nie myślcie, że to wada. Trzeba nie lada kunsztu, by tego bohatera ożywić w kolejnych powieściach, by nie stał się parodią samego siebie. Ale Wojciechowi Chmielarzowi się to udało.

To byłą jedna z tych lektury, dla których wracałam szybciej do domu, by tylko móc się znów zagłębić w lekturę. I jedna z tych, po których zakończeniu biegnie się do biblioteki po kolejny tom. Osiedle marzeń już na mnie czeka.

Moja ocena: 5/6

Wojciech Chmielarz Farma lalek
Wyd. Czarne
Wołowiec 2017

sobota, 18 lutego 2017

Magdalena Rittenhouse "Nowy Jork"

Nie wiem kiedy czytanie książek o Nowym Jorku przekształciło się u mnie w zwykłe zbieractwo książek o Nowym Jorku. Kiedy potrzeba poszerzenia wiedzy o Wielkim Jabłku spłycona została do potrzeby zbudowania nowojorskiej biblioteczki. Fakt jednak pozostaje faktem – mam na półce jeszcze 4 nieprzeczytane, nowojorskie książki. Mój projekt czytania własnych półek dotarł i w te rejony regału, a na pierwszy ogień poszła pięknie wydana książka Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero Magdaleny Rittenhouse, sprezentowana mi na urodziny trzy, cztery lata temu?

To powinna być lektura, o której zaczyna się swoją przygodę z Nowym Jorkiem. Chociaż autorka skupia się tu wyłącznie na Manhattanie, to wszak od tej małej wyspy zaczyna się wielka kariera tego cudownego miasta. Nie ma fragmentu, nie ma dzielnicy, ulicy czy charakterystycznego punktu, któremu pani Magdalena nie poświęciłaby tutaj odpowiednio dużo miejsca. Zaczynamy od dołu wyspy, sprzedanej, jak głosi legenda, przez Indian Holendrom w zamian za kilka paciorków. Obserwujemy jak powolutku kształtuje się Nowy Amsterdam, jak pokojowo zmienia nazwę i władze w wyniku przejęcia przez Anglików. Na naszych oczach Wall Street zmieni się wkrótce w światowe centrum handlu, a my, po krótkim przystanku na wyspie Ellis rozpoczniemy nasz Amerykański Sen.

Kiedy patrzyłam na tą piękną okładkę, nie przypuszczałam, że kryje ona takie bogactwo. Autorka przede wszystkim podjęła tytaniczną pracę zbierając materiały. Nie tylko sama wielokrotnie rozmawiała z nowojorczykami, ale i sięgnęła po olbrzymią bibliografię, do której co i rusz się odwołuje. Nic tu nie jest przypadkowe, niedopatrzone czy oparte na niczym. Każdy akapit jest wypełniony po brzegi informacjami , dlatego podczas lektury warto zwolnić, by móc zapamiętać jak najwięcej z fascynującej historii miasta. Mimo tej obfitości nie sposób się oderwać od Nowego Jorku. Wrażenie bowiem jest podobne do tego z Opowieści tysiąca i jednej nocy, kiedy to z jednej historii wyrasta kolejna, i kolejna, od małej holenderskiej osady do muru granicznego, od muru do Wall Street, od Wall Street do giełdy i kończymy w XXI wieku. I tak cała książka.

Nie spieszyłam się z lekturą. Dałam sobie i jej czas, by w pełni odsłoniła przede mną bogactwo historii i kultury Nowego Jorku. Wydawało mi się, że dużo wiem o tym mieście, tymczasem okazało się, że nie wiem prawie nic. A proces przyswajania wiedzy okazał się najprzyjemniejszym procesem, jaki można sobie wyśnić, również dzięki poetyckiemu językowi i obłędnej zdolności autorki do snucia opowieści. Do tej pory jedynie Filipowi Springerowi udało się wycisnąć ze mnie łzę przy opisie wznoszenia lub burzenia budowli. Teraz do tego wąskiego grona zaliczam też Magdalenę Rittenhouse.

Moja ocena: 6/6

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero
Wyd. Czarne
Wołowiec 2013


czwartek, 24 listopada 2016

"Czerwony rynek" Scott Carney

Za każdym razem kiedy wydaje mi się, że jako tako zdaję sobie sprawę z obecności wszelakiego zła na naszym globie, trafia mi do rąk kolejny reportaż obnażający inny jeszcze rozdział z historii wyzysku jednych przez drugich. Nie inaczej było, gdy z biblioteki pożyczyłam Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci. O handlu żywym towarem i nieetycznych zachowania przy okazji przeszczepów różnych organów wiedziałam już wcześniej. Nie wiedziałam jednak, że istnieje aż tyle odmian tego biznesu, i że jest o kolejny przykład wykorzystywania bidy w krajach Trzeciego Świata.

Scott Carney zainteresował się tematem traktowania ciała zmarłego jako towaru, gdy w trakcie jego pracy w Indiach zmarła jedna z jego studentek, a jemu przypadł w udziale smutny obowiązek zajęcia się wszystkim związanym z jej śmiercią. Po kolei autor przeprowadził dziennikarskie śledztwa, w wyniku których odkrywa przed nami szereg dziedzin biznesowych, o których istnieniu nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć: handel organami, kośćmi zmarłych, komórkami jajowymi. Nielegalnych więzieniach, w których przetrzymuje się porwanych, którym pobiera się krew, lub ciężarne kobiety, które mają donosić cudze ciąże. Wreszcie o zasadach panujących w świecie ludzkich królików doświadczalnych, i historii transplantologii w kontekście prawnym.

Przeraża ilość odmian przedsiębiorczości skupionej wokół ciała ludzkiego. Nie ma właściwie elementu naszej ziemskiej powłoki, którego nie dałoby się spieniężyć: włosy, krew, narządy, kości, oczy, skóra, odporność… Carney pozostawia czytelnika z ważnymi pytaniami, między innymi o to, który system pobierania narządów i tkanek jest w rzeczywistości bardziej humanitarny i mniej podatny na przestępcze działanie: bezpłatny czy płatny? Opowiada o biedzie, która zmusza ludzi w krajach Trzeciego Świata do sprzedaży wszystkiego, bez czego da się żyć, ale też o zachłannym świecie zachodnim, który to wszystko zagarnia, chociaż zarzuty pod adresem tego ostatniego odnoszą się bardziej, moim zdaniem, do Amerykanów niż do reszty Zachodu. Zwyczajnie, ich system finansowania procedur medycznych przez prywatne firmy ubezpieczeniowe, które poszukują oszczędności, wydaje się w dużym stopniu odpowiedzialny za szereg kryminogennych zachowań np. w Indiach. Bo bez popytu nie byłoby podaży.

Jest to trudna, porażająca i miejscami makabryczna książka, jednak bardzo ważna. Po przeczytaniu jej bowiem nie możemy już powiedzieć „Nie wiedzieliśmy”. I to jest właśnie powód, dla którego ludzie powinni czytać takie reportaże.

Moja ocena: 4,5/6

Scott Carney Czerwony rynek
Tłum. Janusz Ochab
Wyd. Czarne

Wołowiec 2014

piątek, 5 lutego 2016

"Wszystko za Everest" Jon Krakauer

Niedawno oglądałam z rodziną film Everest, opowiadający o jednej z największych katastrof na największej górze świata, kiedy to podczas zejścia ze szczytu dwie wyprawy komercyjne zostały zaskoczone przez burzę śnieżną, zabijając osiem osób, w tym obu kierowników wyprawy: Roba Halla i Scotta Fischera. Przyznam, że temat wspinaczki wysokogórskiej nigdy jakoś nie należał do top pięciu najbardziej fascynujących mnie tematów (ani nawet do pięćdziesięciu), film został narzucony odgórnie, i sam w sobie nie był przesadnie szałowy, to samo wydarzenie pobudziło moją ciekawość. Zwłaszcza, że przez pół filmu bohaterowie chodzili okutani w kurtki i czapki, więc nie do końca zakumałam, kto, co i z kim. Dlatego krótko po seansie zakupiłam książkę Jona Krakauera, zatytułowaną Wszystko za Everest, by na spokojnie przybliżyć sobie tamto wydarzenie z roku 1996.

Jon Krakauer jest dziennikarzem, który w 1996 roku przyłączył się do ekipy organizowanej przez Roba Halla, uznawanego za pioniera organizowania wycieczek komercyjnych na najwyższe góry świata, aby zdobyć Mount Everest i materiał na reportaż o tym zdobywającym coraz większy rozgłos przedsięwzięciu. Gdy zapisywał się na wycieczkę, zdawał sobie sprawę, iż jest to niebezpieczna wyprawa, jednak na pewno nie podejrzewał, iż przyjdzie mu się zmierzyć z jednym z najgorszych wypadków w historii góry. Krakauer zabrał mnie wraz z sobą na tą nieszczęsną wyprawę, opisując przygotowania, poszczególne etapy wyprawy, i przybliżając postaci dramatu, ich wcześniejsze doświadczenia i relacje, jakie łączyły uczestników obu wypraw. To była pierwsza część, ta która pomimo iż interesująca, nie zafascynowała mnie przesadnie głównie z tego powodu, że jak już pisałam, wspinaczka wysokogórska to nie moja para kaloszy.

Jednak druga część autentycznie wbiła mnie w fotel. Krakauer minuta po minucie opisuje wydarzenia 10 i później 11 maja 1996 roku, tak jak on to zapamiętał, i jak udało mu się zrekonstruować wydarzenia na podstawie wspomnień swoich rozmówców, którzy przeszli przez to co on. Każda wątpliwa decyzja, każda zmiana planów, każde zdawałoby się błahe wydarzenie, wreszcie walka ze śnieżycą, mrozem i niedotlenieniem. Odmrożenia, utrata świadomości, wreszcie śmierć. Bohaterskie postawy jednych, ludzkie zachowania innych, potworność tego, do czego zdolni byli pozostali. Krakauer poświęca oczywiście większość swojej książki wyprawie w której brał udział, jednak opisuje również pozostałe grupy, które tego dnia i chwilę wcześniej i później usiłowały zdobyć szczyt. Podsumowuje ofiary ze wszystkich tych przedsięwzięć.

Krakauer był wielokrotnie krytykowany, głównie przez przewodnika z konkurencyjnej wyprawy Fischera, Anatolija Bukriejewa, który poczuł się dotknięty sposobem, w jaki Krakauer go opisał, i opublikował własne wspomnienia tamtego feralnego dnia, podobnie jak kilku innych członków wyprawy. Co jednak ujęło mnie w tej książce, to szacunek autora, obiektywizm tam, gdzie dało się go zastosować, i brak wyraźnej krytyki jednej osoby. Krakauer podjął się ciężkiego wyzwania podsumowania tamtych wydarzeń, korzystając ze swojej niepewnej pamięci i wspomnień innych, przedstawiając każde wydarzenie, każdą decyzję w różnych światłach, pozostawiając każdemu pole do własnej oceny, czy i kto zawinił wtedy na Evereście. Autor bardzo realistycznie i plastycznie opisał też warunki panujące na górze (na pewno w dodatkowym odczuciu pomogło mi przeraźliwe zimno za oknem, które uparcie wdzierało się do środka przez nieszczelne okna), jak również przybliżył całą technologię wyprawy wysokogórskiej, co szczególnie przydało się takiemu amatorowi jak ja.

Jest to książka nie tylko fascynująca, ale pod wieloma względami przerażająca, z drugiej zaś strony dowodząca, jaką siłą dysponuje czasem człowiek, w jakie sytuacje jest w stanie się wpakować na własne życzenie, i z jakich jest w stanie wyjść dosłownie na własnych nogach. Zdecydowanie polecam.

Moja ocena: 5/6

Jon Krakauer Wszystko za Everest
Tłum. Krystyna Palmowska
Wyd. Czarne

Wołowiec 2015

środa, 11 listopada 2015

"13 pięter" Filip Springer

Jak często łapiecie deprechę po przeczytaniu książki? Albo inaczej: jak często zdarza się Wam płakać w trakcie lektury lub po jej zakończeniu? I jakiego typu książki wywołują w Was taką reakcję? Przyznam się, że ja nie należę do osób płaczących na okoliczność dóbr kultury – moje łzy w tym temacie ograniczają się właściwie do sceny, w której umarł Mufasa i do zakończenia trzeciego tomu Harrego Pottera. Aha, i do książek Filipa Springera. Tak, dobrze widzicie. Nie płaczę na najbardziej wzruszających scenach w historii literatury, ale płaczę na reportażach tego konkretnego autora.

Tak mi się zdarzyło po raz pierwszy w trakcie czytania Źle urodzonych. Kto by pomyślał, że opis wyburzania Dworca w Katowicach sprawi, że oczyska zaczną mi się pocić? A teraz w trakcie lektury 13 Pięter doszło do podobnego zjawiska. Kto normalny ryczy przy reportażach o architekturze? Zwłaszcza, że się tą architekturą nigdy dotąd nie interesował? (Dla zabieganych na tym można zakończyć ten wpis – po książki Filipa Springera warto sięgać.)

Springer tym razem wypuścił na rynek coś, co jeszcze przed premierą zyskało opinię kontrowersyjnego i co zdołało spolaryzować nie tylko grono czytelników tejże książki, ale, co ciekawe, a może nie tak bardzo – grono tych, którzy nie czytali, ale wiedzą, o czym to jest. Autor wychodzi od początku wieku w Warszawie, by krok po kroku prześledzić przyczyny, dla których nasza dzisiejsza sytuacja mieszkaniowa w kraju jest taka a nie inna, a konkretnie – raczej tragiczna. Dowiadujemy się zatem najpierw skąd w ogóle pomysł spółdzielni mieszkaniowych. Potem jest, wiadomo, wojna, potem PRL, kiedy wolny rynek mieszkaniowy nie za bardzo istniał, i wypływamy z powrotem w wolnej Polsce. O dziwo, z problemami tymi samymi co w XX międzywojennym. Springer porusza się coraz wyżej, piętro po piętrze, omawiając wszelkie prawem dozwolone lub nie, sposoby na zdobycie dachu nad głową. Pisze o koszmarnych metodach czyszczenia kamienic, o braku mieszkań socjalnych, o sposobach ominięcia przepisów, o kredytach hipotecznych: w złotówkach i we frankach, o katastrofalnej sytuacji na rynku mieszkań pod wynajem, po rządowych programach Rodzina na Swoim, MdM i wcześniejszych kredytach preferencyjnych dla Towarzystwa Budownictwa Społecznego. O mieszkaniach podarowanych przez rodzinę, i o mieszkaniach odebranych przez rodzinę. O tym, ile przeciętny Polak płaci za możliwość nie-mieszkania pod mostem (zdecydowanie za dużo). O ubogich-pracujących – tych z nas, którzy pracując na pełen etat, nie są w stanie zapewnić sobie minimum egzystencjalnego, do którego łapie się przecież zapewnienie sobie miejsca do życia.

Skończyłam czytać 13 Pięter i zaliczyłam takiego doła, jakby osobiście z tego 13. Piętra skoczyła na fragment trawniczka przed klatką. A potem w płacz. Bo faktycznie, jeśli ktoś nie ma takiego farta jak ja, że jakieś tam puste mieszkanie w rodzinie było, to wyjścia nie ma albo jest żadne. Albo koszmarki do wynajęcia, z meblościanką Hejnał w roli głównej, za dzikie pieniądze, albo 30-letni związek z bankiem i środki uspokajające za każdym razem, gdy szef wspomni o zwolnieniach, ale szukanie luki w przepisach by zamieszkać w gminnym mieszkaniu, które formalnie mieszkaniem nie jest. Co dodatkowo boli, to fakt, iż próby powolnego uzdrowienia sytuacji, nawet jeśli już się pojawiają, to następna ekipa „robi lepiej” i znów lądujemy wszyscy w XX-leciu międzywojennym.

 Springer otwiera oczy na sytuacje mieszkaniową w naszym kraju. Można się burzyć, można się z czymś nie zgadzać, można mieć jeszcze inne doświadczenia niż te opisane w książce. Ale przeczytać trzeba.

Moja ocena: 5/6

Filip Springer 13 Pięter
Wyd. Czarne

Wołowiec 2013

wtorek, 28 kwietnia 2015

Piechotą przez USA

Niezależnie od tego, ile takich książek przeczytam, chyba nigdy mi się one nie znudzą. Tak samo jak nigdy chyba nie wyleczę się z marzenia, aby kiedyś te książki zamienić na rzeczywistość, i podążając ich śladami przemierzyć Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Osobista wizyta jest na dzień dzisiejszy tak odległa, pod wieloma względami, że ocean to naprawdę mój najmniejszy problem. Więc pozostają mi książki. Niezależnie  czy to żartobliwy styl Brysona w Zapiskach z wielkiego kraju, czy polski punkt widzenia Marka Wałkuskiego w Wałkowaniu Ameryki, czy uroki życia na prerii opisywanej przez Cejrowskiego w Wyspie na prerii – każdą z tych Ameryk chciałabym zobaczyć. Bo im więcej czytam, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że to państwo o wielu twarzach, w zależności od tego, kto patrzy.

Tym razem było mocno nietypowo. Po pierwsze, moim przewodnikiem był Niemiec, Wolfgang Buschner. Pierwszy raz czytałam reportaż niemieckiego autora, początkowo trudno mi było się przyzwyczaić do nieznanego mi dotąd stylu, niemalże porzuciłam książkę zaraz na początku. Na szczęście, nie zrobiłam tego, bo już za pierwszym zakrętem zrobiło się ciekawie. I tu pojawia się po drugie – autor przebył Stany Zjednoczone, ale na piechotę! Każdy, kto wie cokolwiek o USA, wie również, iż tam nikt, ale to nikt nie chodzi na piechotę. Mimo wielu różnic, w tej kwestii wszyscy wyżej wymienieni autorzy są zgodni. Może poza Nowym Jorkiem i kilkoma innymi metropoliami z rozwiniętym transportem publicznym, w Ameryce możesz nie mieć domu, ale samochód musi być. Wprawdzie mój współtowarzysz podróży trochę „oszukiwał” będąc po drodze podwożonym przez przejeżdżających akurat kierowców, i zdarzyło mu się przejechać kawałek pustyni autobusem, ale po podróżowaniu trasy jaką pokonał z drogą z Krakowa do Gdańska trudno nie poczuć szacunku dla wytrzymałości tego podróżnika. I tak dochodzimy do po trzecie – najczęściej podróże po Stanach odbywają się poziomo – ze Wschodu na Zachód, rzadziej odwrotnie. Buschner schodził „w dół” – przekroczył granicę z Kanadą i udał się przez obie Dakoty, Nebraskę, Kansas, Oklahomę i Teksas aż do Meksyku. Stany raczej marginalizowane w literaturze podróżniczej tego kraju (może poza Teksasem).

Można się sporo dowiedzieć o państwie z takiej podróży, głównie o ludziach. O tym, jak brak plecaka drastycznie zmniejsza zaufanie, jak bardzo uprzedzeni są mieszkańcy stanów północnych w stosunku do Teksasu i Oklahomy, jak trudno jest nieraz żyć w „raju na ziemi” i ilu Amerykanów tak naprawdę ma niemieckie korzenie. Idąc, Buschner opowiada czytelnikowi historię Indian, i skąd Karol May (prawdopodobnie) miał taką rozległą wiedzę na ich temat.

Wróciłam z tej wyprawy lekko zmęczona, mimo iż spędziłam ją w moim fotelu (rosnący rozmiar jeansów każe pomyśleć o podobnej wyprawie, tym razem nie-literackiej). Wbrew początkowym obawom autorowi udało się wciągnąć mnie w swoją podróż, zainteresować, opowiedzieć fragment historii fascynującego mnie kraju tak, że nawet nie zauważyłam, kiedy śniegi Dakoty przeszły w prerię, a następnie w upalną pustynię Teksasu. Innymi słowy – przekonał mnie. Jadę! (tylko jeszcze nie wiem kiedy…)

Moja ocena: 5/6

Wolfgang Buschner Hartland
Tłum. Katarzyna Weintraub
Wyd. Czarne

Wołowiec 2013

niedziela, 14 grudnia 2014

Ostatni przystanek świata

Nie potrzebuję jechać na Spitsbergen aby zrozumieć czym jest noc polarna. Wychodzę rano do pracy – ciemno, wychodzę po pracy – ciemno. W pracy światła zapalone cały czas, kawałek dnia zobaczę czasem przez paski żaluzji. I trwa to kilka miesięcy. Co jednak nie znaczy, że życie na tej zimnej, białej wyspie mnie nie fascynuje. Bo chociaż nie lubię zimna, bo chciałabym choć raz ujrzeć ten nieprzyjazny człowiekowi krajobraz i poczuć atmosferę ostatniego przystanku świata.

Ilona Wiśniewska od kilku lat mieszka na wyspie, która podlega administracyjnie Norwegii, ale dostępna jest dla wszystkich obywateli świata. Która przez pół roku pokryta jest kołdrą nocy, a drugie pół stale oświetlona dziennym światłem. Gdzie najwyższa rejestrowana temperatura to 8 stopni Celsjusza. Gdzie populacja niedźwiedzi polarnych przewyższa populację ludzi. Gdzie nic nie rośnie. Gdzie nikt się nie rodzi – ciężarne chwilę przed porodem muszą udać się na stały ląd, i gdzie nikt nie umiera – znaczy, umrzeć, owszem, umiera, ale potem odbywa swoją ostatnią podróż na ląd na najbliższy cmentarz.

Dochodzę do wniosku, że to mój ulubiony rodzaj reportażu – zaskakujące miejsce, o którym się kiedyś słyszało że jest, ale nie bardzo wiedziało, gdzie i po co. Najlepiej wyspa, i ludzie na niej żyjący. Bo pomimo wszelakich środków transportu, które stale dostarczają potrzebne dobra ze stałego lądu, życie na wyspie wciąż rządzi się swoimi prawami, a społeczność, która na wyspie się tworzy, zawsze będzie inna od tej ze stałego lądu. Wyspy fascynują. Przekonałam się już o tym, kiedy wraz z wydawnictwem Czarne zwiedzałam WyspyOwcze, następnie Pitcairn, a teraz Spitsbergen.

Na pierwszy rzut oka niewiele się w tej książce dzieje, ale jest to dokładne przełożenie sytuację na wyspie. Z wierzchu wydaje się być martwą, zmarzniętą ziemią, ale pod tą kołderką wyspa tętni życiem. W książce zaś obok statycznych opisów dosyć monotonnej przyrody czytamy o fascynujących losach mieszkających tam ludzi. Przybyli z wielu zakątków świata: Meksyk, Argentyna, Ukraina, Indie, Polska, każde szukając czegoś innego – spokoju, przygody, bezpieczeństwa, zagrożenia, życia, śmierci. I każde z nich znalazło to, czego szukało.

Ilona Wiśniewska Białe
Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2014

sobota, 3 maja 2014

Gdzieś na Oceanie Spokojnym

Dopiero co wpadłam z powrotem w sidła Internetów, myślałam nawet, by napisanie pierwszego posta po powrocie z Wiednia odłożyć na jutro, ale chwila skakania po cudzych wpisach i recenzjach zainspirowała mnie, by jednak coś skrobnąć dziś. A jest o czym, bo i zaległy post podsumowujący Wyzwanie Miejskie w kwietniu, i post o Wiedniu, i o ulubieńcach minionego miesiąca, no i recenzje – szykują się aż trzy, bo tyle udało mi się przeczytać przez ostatni tydzień.

Znacie to uczucie (pytanie głównie do posiadaczy czytników)? Masz w ręku urządzenie z dwustoma książkami na raz i nie masz co czytać. Co zaczynasz, to nie podchodzi. Za entym razem kliknęłam na tytuł, który mi się trochę przeleżał – Jutro przypłynie królowa Macieja Wasielewskiego. Chciałam przeczytać tylko parę stron przed snem, ale nie dało się. Nie dało się przestać czytać. Już na pierwszej stronie ten krótki reportaż wchłonął mnie i wypluł wymiętą następnego dnia po przeczytaniu ostatniego zdania.

Wyspa Pitcairn. Społeczność licząca kilkadziesiąt osób. Potomków buntowników z Bounty i niewolników z Thaiti. Miejsce trudnodostępnie nie tylko geograficznie (gdzieś na Oceanie Spokojnym), ale i mentalnie – społeczność niechętnie wydaje pozwolenie na przybycie, mieszkańcy niechętnie rozmawiają z przyjezdnymi, ale i miejsce to stało się źródłem zła, które normalnym ludziom nie mieści się w głowie. Z jednej strony sztywne reguły i prawa, dzięki którym tak niewielka grupa ludzi jest w stanie przetrwać, z drugiej patologiczne zwyczaje, dla których nie ma zrozumienia ani przebaczenia.

Przeraża w tej opowieści wszystko – historia Pitcairn, ludzie, którzy zamieszkują wyspę, rzeczy, które się tam wydarzyły. I atmosfera – kawałek ziemi mlekiem i miodem płynący, gdzie soczyste owoce same spadają z drzew, i gdzie ludzie ludziom gotują los, przy którym śmierć zdaje się być wybawieniem. A przy tym Wasielewski pisze tak, jakby to była powieść. Straszna powieść.

Po przeczytaniu pierwszej książki tego autora (napisanej wspólnie z Marcinem Michalskim) zamarzyła mi się podróż na Wyspy Owcze. Ale na Pitcairn nawet sam Diabeł bałby się jechać.

Moja ocena: 5/6

Maciej Wasielewski  Jutro przypłynie królowa
Wyd. Czarne
Wołowiec 2013

Wersja elektroniczna: Virtualo

sobota, 18 stycznia 2014

Przemyt kokainy w 5 krótkich lekcjach

Luca Rastello jest mistrzem kondensacji. Na 160 stronach zmieścił bowiem reportaż, historię przemytu, biznesplan i powieść akcji. A okrasił to wszystko rzucającym się w oczy podtytułem „Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie”. Efekt końcowy to najbardziej rzetelna, ciekawa i zaskakująca praca o handlu narkotykami na wielką skalę, z jaką zdarzyło mi się zetknąć.

Narkotyki to chwytliwy temat. Począwszy od prasy, szczególnie tej dla nastolatek i tej z deka szmatławej, poprzez politykę, kryminalne książki i filmy, pogadanki, odczyty, kazania, a kończąc na okołonarkotykowaym biznesie czyli tym wszystkim co ma rację bytu tylko, gdy narkotyki są na rynku – testy na obecność takich substancji w drinku czy w organizmie i metody zwalczania nałogu, by wymienić tylko kilka. Dlatego każdy średnio rozgarnięty szympans w dzisiejszych czasach uważa, że zna się na temacie. Błąd. Bajki, które opowiadają nam w wiadomościach o mułach złapanych na lotnisku czy kilku kilogramach tego czy owego zgarniętych z ulicy Los Angeles czy Wałbrzycha, to tylko czubek góry lodowej, który ma za zadanie odwrócić naszą uwagę od tego, co prawdziwe. A prawdziwe są wymyślne sposoby transportowania ton kokainy wartej kilka milionów dolarów pod okiem celników, zapłaty tylko w gotówce, gospodarki wielu państw południowo amerykańskich oparte w dużej mierze na produkcji tego narkotyku, co gorsza – uzależnienie systemów finansowych wielu zachodnich państw od wpływu gotówki z tego jakże dochodowego handlu. Wygląda bowiem na to, że całkowita likwidacja narkotyków podcięłoby gałąź na której siedzą nie tylko ubogie społeczeństwa Kolumbii i Wenezueli (innych państw regionu), ale i Florydy i Szwajcarii (i kilku innych, których o to nie podejrzewamy).

Wielką siłą książki jest, iż autor oddaje w całości głos facetowi, który całe życie poświęcił handlowi kokainą, i jest geniuszem w tym fachu. Do pewnego momentu zupełnie nieznany policjom świata, odpowiedzialny był za lwią część towaru wędrującego spokojnie po całym świecie. Oferuje nam szybki kurs, krok po kroku, jak zacząć na tym rynku, co jest najważniejsze, jakie są ceny i kto je kształtuje. Operuje przy tym częściej gadką, której spodziewamy się na Wall Street niż na kolumbijskich szlakach przemytniczych, bo i sposób działania tej osoby bardziej przypomina niezależnego menadżera wynajmowanego przez duże firmy do konkretnych działań, niż przemytnika zatrudnianego przez kartele narkotykowe.

Miałam ostatnio ochotę na coś latynoamerykańskiego z pochodzenia lub tematu, jednocześnie zaś (i zupełnie niezależnie) zainteresował mnie temat wielkiego biznesu i korporacji. Przypadkowo trafiłam na jedno i drugie połączone w tym krótkim, ale jakże gęstym reportażu. Jeśli więc lubisz reportaże, Amerykę Południową albo dać się zaskoczyć, to jest pozycja dla ciebie.

Moja ocena: 5/6

Luca Rastello Przemytnik doskonały
Wyd. Czarne
Wołowiec 2013


niedziela, 3 listopada 2013

Raport z polskiej brzydoty



Już dawno się przekonałam, że najbardziej przerażające są reportaże zza płotu. Owszem, wojny, kataklizmy i poczynania narkotykowych karteli w Ameryce Południowej są straszne, ale nasze współczesne społeczeństwo jest już do tej straszności przyzwyczajone. Prawdziwy strach został oswojony. To, co budzi grozę dziś, przynajmniej we mnie, to patologie życia codziennego. Nie musi być krwawe, nie musi być śmiercionośne, nie musi to być nawet widoczne na pierwszy rzut oka. Przypadkowy przechodzeń, zapytany o to stwierdzi, że ludzie mają większe problemy na głowie – głód, wojny, kartele narkotykowe - niż takie pier..ły. A jednak to powoli, niczym zatruta woda, drąży codzienność, rodzi niechęć, frustrację, obniża satysfakcję z życia. Co to jest to To? Samowola najbogatszych, niekompetencja urzędników, szarość (czy może pstrokatość) blokowisk, brak planu na przyszłość, brak gustu, wszechobecne reklamy. Pier..ły? Może i tak, ale brak ładu przestrzennego i demokracja w dekoracjach powodują, że przez ostatnie dwadzieścia lat przerobiliśmy szary, popeerelowski krajobraz w landszafcik porównywalny z jeleniem na rykowisku.

Filip Springer opisał polską brzydotę i jej przyczyny – tak w skrócie można podsumować Wannę z kolumnadą. Przejechał Polskę wzdłuż i wszerz, dokładnie obejrzał koszmarki budowlane, kicz, brak ładu i składu, widoczki z tonami reklam na pierwszym planie, pobrodził w błocie na nowych osiedlach, zdefiniował na nowo pastele na starych blokowiskach. I maluje przerażający obraz. Bo mimo cudownych zamków, pałaców, starówek, mostów, teatrów, gór i łąk, w Polsce jest brzydko. Bo jeśli tylko nie zagląda tam turysta, nie warto się starać. Ma być dach na głową, a ten kawał betonu z wystającym drutem, póki nie przeszkadza, niech leży. A jeśli już coś się robi aby było ładniej, to maluje bloki z wielkiej płyty w kolory tęczy, przęstko za radą pani Bożenki z sekretariatu. Na środku wsi sadzi się rzymski pałac a gdzieś na Śląsku – piramidę, w imię demokratycznego „bo ludziom się to podoba”.

Jednak pod otoczką opisów szkaradztwa Springer pisze o rzeczach ważnych – samowolkach budowlanych, które na zawsze przekształcają górski krajobraz w niewiadomoco, o tym jak miasta wypięły się (dosłownie) na rzeki, i ile kosztuje samorządy brak, a ile posiadanie planu zagospodarowania przestrzennego. I  z tych obserwacji wysuwa się mocno depresyjny obraz tego, co wokół nas – braku pomysłu na siebie, na okolicę, na państwo. I można, owszem, powiedzieć, że to nie jest najważniejsze. Ale ten okoliczny krajobraz, to, co widzimy na co dzień za oknem – czy są to chaszcze wokół magazynu na peryferiach, czy blokowisko, czy bita droga poprzez nowoczesne osiedle – to wszystko kształtuje nasz sposób myślenia o sobie, o naszej przyszłości, o naszym społeczeństwie. O naszych perspektywach. Trudno, by były bogate, gdy za oknem prowizorka.  To zaś, co myślimy kształtuje to, co robimy. Sami sobie tworzymy przestrzeń, w której siłą rzeczy musi umrzeć kreatywność, dobry gust i pozytywny stosunek do świata. A potem zakładamy na Facebooku stronę – „Polska – przyjedź i narzekaj”.


To jest porządnie napisany reportaż. Czyta się to szybko i gładko, chociaż ze zgrozą. Aby nie być gołosłownym autor opatrzył tekst licznymi zdjęciami zrobionymi w całej Polsce: jest Warszawa, Wrocław i Łódź, ale i Michałowice, Piła i Bolesławiec. I każde z tych zdjęć wygląda znajomo, bo na takie „cuda” natykamy się na co dzień po drodze do szkoły czy pracy. Zapewniam was, że po lekturze Wanny z kolumnadą zaczniecie inaczej patrzeć na okolicę.

Moja ocena: 6/6

Filip Springer Wanna z kolumnadą
Wyd. Czarne
Wołowiec 2013

środa, 12 czerwca 2013

Co ty wiesz o Gujanach?



Mam już nieco więcej czasu, i miałam nadzieję, że uda mi się nadrobić zaległości czytelnicze i trochę więcej o książkach popisać na moim blogu. Jednak dwa tygodnie temu złapałam się za dopiero co kupionego ebooka Dzikie wybrzeże, i cóż, posłuchajcie.

Rzadko zdarza mi się czytać książki, o których zupełnie nic nie wiem. Z jednej strony, dzięki temu nie kupuję już tyle nietrafionych rzeczy co kiedyś, z drugiej, portale i blogi książkowe czasem odbierają przyjemność z bycia totalnie zaskoczonym. I tą przyjemność z bycia zaskoczonym, i to pozytywnie, miałam teraz dzięki Johnowi Gimlette i jego reportażowi z podróży do Gujan.  Wzięło się to z tego, iż jak tylko zobaczyłam w podtytule „Ameryka Południowa”, od razu książkę kupiłam, myśląc, że opowiadać będzie o całym kontynencie. Okazało się, że mam w rękach dokładny, ciekawy, napakowany masą informacji reportaż  o historii, ludziach, wierzeniach, językach i zwyczajach Kooperacyjnej Republiki Gujany, Surinamu i Gujany Francuskiej.

Nie jest to książka łatwa, przeczytanie jej zajęło mi ponad dwa tygodnie. Gimlette opisuje bowiem dokładnie nie tylko swoją podróż po tych krajach, ale i ich historię. Książka zatem z podróżniczej zmienia się w reportaż o ważnych wydarzeniach z dziejów Gujan i Surinamu, potem w książkę typowo historyczną, czasem w biografię, by znów powrócić jako podróżnicza. Autor opisuje swoje przygody z miejscowymi hotelami i transportem, ale przeważająca część książki to gęsty raport z „pola walki”. Faktem jest, że Ameryka Południowa jest wciąż jeszcze marginalizowana przez Europejczyków, a o Gujanach prawdopodobnie mało kto wie więcej niż to, że istnieją (ale już co istnieje i ile tych Gujan jest, to mogłoby stanowić spory problem). Osobiście nie wiedziałam o tym rejonie nic, dlatego każda przeczytana informacja była dla mnie nowością, i stąd też pewnie dlatego czytanie szło mi chwilami opornie. Jest to jednak książka, której warto poświęcić sporo czasu, nawet przeplatając ją z czymś lżejszym.

Poza dokładną historią obu Gujan i Surinamu poznajemy też życie w Georgetown,  historię sekty Świątynia Ludu, odpowiedzialnej za największe masowe samobójstwo w historii, przedrzemy się przez dżunglę, przepłyniemy pirogą nie jedną rzekę, poznamy tubylców i ich wierzenia, udamy się w pogoń za małpą wodną, zahaczymy o Laos, potkniemy się o wątek polski, zwiedzimy jedno z najstraszniejszych więzień świata i przeżyjemy kilka innych przygód. A przede wszystkim dowiemy się czegoś nowego o kawałku wybrzeża Ameryki Południowej, pomiędzy Wenezuelą i Brazylią, zwanym do dziś Dzikim Wybrzeżem.

Moja ocena: 5/6

PS Bardzo podoba mi się nowa seria Wydawnictwa czarne, w której wyszła ta książka – „Orient Express”. Już sama nazwa nastraja do spakowania plecaka, a tytuły w niej proponowane tylko tą chęć podroży, choćby czytelniczej, we mnie wzmagają.  Czaję się teraz na Stary Ekspres Patagoński  Theroux oraz Hartland  Buschera. Wydaje się, że to ciekawa propozycja na wakacje. Czytaliście już coś z „Orient Ekspresu”? Jakie macie wrażenia?

John Gimlette Dzikie Wybrzeże
Tłum. Hanna Pistuła-Liwicka
Wydawnictwo Czarne, Seria Orient Express
Wołowiec 2013
Książka przeczytana w formie ebooka (fajnie, bo zdjęcia były większe niż w papierowej, nietajnie, bo trudno się wraca do map).

wtorek, 12 marca 2013

Nowa stara Polska w reportażach Mariusza Szczygła



Dawniej wyobrażałam sobie, że jedyny sensowny reportaż może zostać napisany o kraju bardzo odległym, tropikalnym, niezwykłym, zupełnie innym niż nasz, a nawet nie będącym w naszym kręgu kulturowym. I dobrze byłoby gdyby trwał tam właśnie jakiś konflikt zbrojny, przejęcie władzy, transformacja. Idealne tematy: kartele narkotykowe w Ameryce Łacińskiej, Bliski Wschód, głód i choroby w Afryce, ewentualnie Bałkany. Potem zaczęłam czytać reportaże i inne książki non fiction o krajach rozwiniętych: Japonii, Szwecji, USA, i okazało się, że o nich też można pisać jak o innej planecie. Teraz dowiedziałam się, że i o własnym kraju, ba, o własnym podwórku można napisać wstrząsający tekst. I że przez pryzmat dobrego reportażu można dostrzec to, na co się patrzy od zawsze, a czego mimo to się nie widzi.

Niedziela, która zdarzyła się w środę to zbiór reportaży zamieszczonych w Gazecie Wyborczej w pierwszej połowie lat 90.; zapis pierwszych lat po upadku komuny i rodzącego się dopiero kapitalizmu. Teksty te, choć dotykają różnych sfer życia, budują spójny obraz Polski dzień po transformacji ustrojowej. Temat prywatyzacji przeplata się z onanizmem, zmiany językowe z obrazem przestępczości. Jest disco polo i jest Licheń. Pan Szczygieł pisze o bezrobociu, ale i o beznadziei i bezradności. A czasem również o bezmyślności i bezmyślnym okrucieństwie. Takie książki jak ta powinny być chyba obowiązkowe w szkołach (ale wtedy nikt by ich nie czytał), bo w tych reportażach odczarowano obraz kapitalistycznej, demokratycznej Polski zaraz po upadku ZSRR. Mam wrażenie, że w mediach demonizuje się niepotrzebnie już i tak straszny komunizm, ale i gloryfikuje to, co nastało po nim. A pierwsze lata nowego ustroju to nie była taka sielanka, jak niektórzy lubią myśleć. Trudno czasem pamiętać, że mimo, iż teraz jest nam pod wieloma względami lepiej, to jednak całe pokolenie Polaków zostało wtedy na lodzie, że wielu z nich nie pozbierało się po tej zmianie, czasem – bo nie mogli, czasem – bo nie potrafili, czasem – bo nie chcieli. I o tym pisze pan Mariusz, i o tym też trzeba czasem pamiętać.

Czasem te teksty mają walor czysto historyczny – strach się bać, ale w naszej epoce 20 lat temu to już czasy odległe jak średniowiecze. Czasem zabawnym było pomyśleć, jak od tego czasu się pozmieniało, jak niektóre proroctwa z tych reportaży się spełniły, jak budowy zostały ukończone. Miło też stwierdzić, że od tamtych chwil trochę się u nas polepszyło, choć, wiadomo, nie wszystkim. Na pewno ta książka powinna zostać przeczytana przez osoby z mojego pokolenia – dwudziestokilkulatków, którzy już wprawdzie byli na początku lat 90. na świecie, ale niewiele z tego czasu pamiętają. Bo Niedziela pomaga zrozumieć to, co dzieje się teraz, dlaczego jest tak jak jest, dlaczego wciąż jeszcze jesteśmy jako naród smutni, rozgoryczeni, trochę źli.



Ostatni tekst w tej książce opowiada o tym, jak autor był postrzegany przez telewidzów w czasach, gdy prowadził program w TV. Że ludzie nie kojarzyli go jako dziennikarza czy reportera, ale właśnie jako postać z telewizora, i jak był proszony o wstawiennictwo u najwyższych władz, bo taką gwiazdę na pewno posłuchają. Tekst miał dla mnie szczególny wydźwięk, gdyż kilka dni temu w ostatnim numerze „Książek” przeczytałam felieton pana Mariusza. Otóż dla mnie ten pan jest kojarzony głównie z książkami reporterskimi Gottland i Zróbmy sobie raj. Lecz kiedy pan Szczygieł pojawił się ostatnio na jednej z imprez telewizyjnych, dawni znajomi zapytywali go gdzie się podziewał i czy nie potrzebuje aby przypadkiem pieniędzy. Na odpowiedź, że pisze książki, które są wydawane w kilkunastu krajach, jeden z Ważnych Panów odrzekł, że trzeba te książki koniecznie wydać w Polsce, niech u nas też poczytają! I tak to się właśnie zmienia nasza rzeczywistość.

Moja ocena: 6/6


Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę
Wyd. Czarne
Wołowiec 2011

czwartek, 27 grudnia 2012

Szalony to kraj, Szwecja



Polski hydraulik to zbiór reportaży ze Szwecji. Czy można napisać dobry reportaż na temat państwa, w którym nic się praktycznie  nie dzieje? Nie ma ruchów separatystycznych, zamachów, wojny domowej, przewrotów pałacowych, trzęsień ziemi, powodzi? Przestępczość  i bezrobocie mają najniższe współczynniki w świecie, każdy obywatel objęty jest szerokim pakietem socjalnym, waluta jest silna? Otóż można, gdyż wprawny obserwator życia społecznego, jakim niewątpliwie jest Maciej Zaremba, potrafi nawet w raju zdemaskować patologie życia społecznego. I potwierdzić to, co od lat próbują nam przekazać autorzy szwedzkich powieści (Mankell, Marklund, Larsson) – że źle się dzieje w państwie szwedzkim.

Zaremba urodził się i spędził młodość w Polsce, by w wieku osiemnastu lat wyjechać na stałe do Szwecji. Włada biegle językiem szwedzkim, a mieszkając tam zaznajomił się doskonale z zasadami działania państwa opiekuńczego. Dlatego teksty z tej książki napisane są z perspektywy „Ja, Szwed”, z drugiej jednak strony urodzenie z innym państwie daje reporterowi możliwość spojrzenia na otaczający go świat z innej jeszcze perspektywy – „Ja, Obcy”. Dzięki temu każdy fragment książki zyskuje unikatowe, podwójne spojrzenie na opisywane problemy, jednocześnie obiektywne, ale i wynikające z głębokiego, genetycznego wręcz zrozumienia problemu. A problemów jest wiele: zdemoralizowane związki zawodowe ustanawiające i egzekwujące prawo samodzielnie, bez nadzoru z góry, kulawy wymiar sprawiedliwości, muszący radzić sobie z brzemienną w skutki zmianą prawa, służb zdrowia przegniła do imentu. Choć, jak przystało na profesjonalnego dziennikarza, Zaremba przywołuje do mównicy obie strony konfliktów, to nie obawia się nieraz nazwać po imieniu patologii, których nie da się rozsądnie wyjaśnić. Posługuje się obiektywnym językiem reportażu z rozmachem, jakiego pozazdrościć mu by mogło wielu powieściopisarzy. Dzięki temu Polskiego hydraulika czyta się jak naukową fantastykę, mimo, że opisywane rzeczy wciąż dzieją się 2 godziny lotu od nas. I czytając tą książkę, zastanawiam się, jak ktokolwiek zdołał przeżyć, by o tym opowiedzieć.

Po lekturze Polskiego hydraulika, tatami kontra krzesła i Zapisków z wielkiego kraju dochodzę do wniosku, że w tzw.  krajach dobrobytu ludzie poszaleli. Bo czy normalne są milionowe procesy odszkodowawcze za siedmiosekundowe spóźnienie japońskiego pociągu? I zanik pasów dla pieszych na amerykańskich ulicach, gdyż tam każdy wszędzie podjeżdża samochodem pod same drzwi? A to, że jedna trzecia szwedzkiej służby zdrowia jest na stałe na zwolnieniu lekarskim, gdyż  jej pracownicy są smutni i zestresowani i muszą przejść psychoterapię? Chociaż często narzekamy na nasz kraj, i często mamy prawdziwe powody, to jednak po przeczytaniu tych książek zastanawiam się, czy faktycznie jest do czego aspirować. Ironia losu rozwiniętych państw jest taka, że pokonanie większości żywotnych problemów doprowadziła do patologii i zaniku zdrowego rozsądku. Wygląda na to, że gdy brak prawdziwych społecznych kwestii do rozwiązania, takich jak bezrobocie, głodowe pensje minimalne czy kilometrowe kolejki do specjalisty, prawodawcy i urzędnicy zaczynają kombinować, a obywatelom przewraca się w głowach. Dlatego Japończycy całkiem poważnie traktują wybór muszli klozetowej z pozytywką, Amerykanie kupują samochód kierując się liczbą uchwytów na napój, a szwedzki pielęgniarz szpitala psychiatrycznego wzywa policję, gdy jego pacjentka rzuci w niego gazetą i brzydko nazwie. A zamiast państwa mamy dom, który czyni szalonym.

Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania trójka e-pik jako książka zaplanowana na ten rok.

Maciej Zaremba Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji
Wyd. Czarne
Wołowiec 2008