O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 stycznia 2019

"Labirynt duchów" Carlos Ruiz Zafon


Zabrzmi to może nieco oklepanie, ale moja przygoda z Cieniem wiatru Carlosa Ruiza Zafona zaczęła się wiele lat temu dosyć przypadkowo. Po prostu spodobała mi się okładka, i tak długo chodziłam wokół tej książki, aż wreszcie ktoś dał mi ją w prezencie (w owym czasie cena okładkowa takiego tomiszcza była dla mnie nie do przeskoczenia). I tak oto uwikłałam się w historię, która powracała do mnie co kilka lat, zaś kilka dni temu oficjalnie się zakończyła. Wcześniej te zaledwie 886 stron Labiryntu duchów porwało mnie w niemal dwutygodniową podróż.

To jedna z tych książek, które są tak dobre, tak piękne i tak przebogate, że cokolwiek by się o nich nie napisało, będzie to jedynie nędzna pisanina, grafomania niemalże. Ruiz Zafon w swoich powieściach nigdy się specjalnie nie ograniczał, ale przy okazji tworzenia czwartego i ostatniego tomu cyklu Cmentarza Zapomnianych książek sięgnął po wszystkie kredki, które miał w pudełku, i odmalował niesamowity finał przygód bohaterów znanych już wcześniej, jak i tych, którzy pojawili się dopiero teraz. Czytelnik powraca zatem po Barcelony lat 50., do księgarni Sempere i synowie, by sprawdzić jak radzi sobie Daniel, obecnie mąż i ojciec, poczęstować się sugusami od Fermina i zagubić się w labiryncie Cmentarza Zapomnianych książek. Szybko jednak zostaje wyrwany z tej sielanki, by w Madrycie spotkać chyba jedną z najbardziej fascynujących postaci kobiecych, jakie zdarzyło mi się znaleźć na kartach powieści. Alicja Gris znajduje się na usługach bezimiennej służby w Hiszpanii rządzonej przez generała Franco, i otrzymuje bardzo delikatne zadanie odnalezienia ministra, po którym słuch zaginął. Zaś na ręce będzie jej patrzył emerytowany policjant, kapitan Vargas. Jak nie trudno się domyślić, w powieściach Ruiz Zafona wszystkie drogi prowadzą do Barcelony, a tu już czeka na wszystkich – i bohaterów, i czytelników – jazda bez trzymanki.

Pisałam już, że autor się nie ogranicza? Zaczynamy zatem od plastycznych opisów bombardowanej Barcelony, potem stajemy się świadkami tajemniczych zajść, na scenę wkracza agentka i gliniarz Labirynt zamienia się w klasyczny kryminał noir, powoli przeradzający się w thriller, aż wreszcie w horror (łącznie z takimi chwytami jak dłoń w ciemnościach zamykająca za bohaterem drzwi...). Atmosfera z każdą kolejną stroną się zagęszcza, nic już nie jest takim, jakim się wydaje, nie wiadomo, kto tu jest zły, a kto dobry, i czy w ogóle ktokolwiek. Śledztwo w sprawie zaginięcia łączy się coraz bardziej z historią rodziny Sempere, i do samego końca nie wiadomo, jak to się wszystko ułoży w całość.

Jeśli uznamy, że koniec następuje około strony 750. Następujące po niej strony to już dopinanie wszystkich wątków, i to jest moja jedyna uwaga – prawie 150 stron zakończenia po zakończeniu to dla mnie dużo za dużo. Wprawdzie żegnamy się z bohaterami na zawsze, ale mogliśmy spędzić na tym pożegnaniu trochę mniej czasu. Wszak tyle ciekawych książek czeka na swojego czytelnika!

To byłą jednak ze wszech miar wspaniała przygoda, i najlepsza książka, jaką w tym roku przeczytałam (siłę tej deklaracji odbiera fakt, że mamy dopiero styczeń). Ze wstydem przyznaję, iż gdyby nie wyzwanie Sardegny, zapewne jeszcze długo nie sięgnęłabym po tego behemota – niespełna 900 stron! I po raz kolejny kazałabym wspaniałej opowieści czekać niepotrzebnie długo na swojego Strażnika.

Moja ocena – 5/6

Carlos Ruiz Zafon Labirynt duchów
Tłum. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas
Wyd. Muza
Warszawa 2017


Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka E-pik.

sobota, 3 listopada 2012

Cmentarzysko Zapomnianych Pomysłów



Więzień nieba to jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie książek tego roku (co nie przeszkadzało jej odleżeć swoich kilku miesięcy na półce ;)) i chyba, mimo niezłej końcowej oceny, największe rozczarowanie tego roku.

Jest to trzeci tom cyklu Cmentarz Zapomnianych Książek. Cykl zainicjował lata temu Cień wiatru, opowiadający o przygodach młodego pracownika księgarni – Daniela Sempere – próbach uratowania od zapomnienia pewnej książki i jednocześnie wysiłkach zdobycia serca ukochanej dziewczyny. Były to czasy P. B. – przed blogami, toteż kupiłam ją zupełnie w ciemno, a była jak na owe czasy strasznie droga (39,90 zł za powieść nieznanego autora to wtedy był majątek!). I pamiętam, że przepadłam z kretesem. Kilka lat później wyszła Gra Anioła, która bardzo luźno była powiązana z Cieniem, a której główny bohater jest David Martin, który otrzymuje zadanie napisania powieści, i który również uwikłany zostaje nie tylko w książkową intrygę i miłosną historię. I ta powieść również mnie zachwyciła. Dlatego po Więźniu nieba spodziewałam się podobnych fajerwerków.

W trzecim tomie cyklu na scenie spotykają się bohaterowie dwóch poprzednich – palmę pierwszeństwa otrzyma ponownie Daniel Sempere, już stateczny mąż i ojciec. Ponownie spotkamy również jego ojca, pana Sempere, właściciela księgarni, Fermina Romero de Torres, Beę, Davida Matina, Isabelę, oraz, oczywiście, smętnego strażnika Cmentarzyska Zapomnianych Książek, Isaaka Montforta. I właściwie – to tyle. Bo powieść ta prawie zupełnie pozbawiona jest fabuły. Chyba, że ja jej nie zauważyłam.

Więzień nieba zaczyna się czasowo dwa lata po wydarzeniach opisanych w Cieniu wiatru, by następnie cofnąć się w czasy po Grze anioła, ponownie wrócić do Cienia wiatru, by na końcu książki Więzień nieba wypłynęła powieść Gra anioła. Czyli mamy coś w stylu powieściowej incepcji – książka w książce o książce. I niby sporo się dzieje, niby pojawiają się kolejne postaci, niby wypływają kolejne wątki, które jednak nie łączą się w jedną całość, a po kolei, same z siebie, rozwiązują się w różnych dziwnych miejscach, i wydają się zupełnie bez znaczenia dla całej książki. Niby wyjaśniają się tajemnice sprzed lat, ale te tajemnice ją przez autora tworzone już na potrzeby ostatniej powieści. Niektóre wątki w ogóle nie doczekają się rozwinięcia, pewni bohaterowie pojawiają się nawet na końcu powieści i w sumie niewiele z tego wynika. Kończąc czytanie Więźnia nieba miałam wrażenie, że autor nie tyle napisał kolejną cześć cyklu, ile preludium do następnej części. Na końcu wyraźnie wskazuje, że zabawa dopiero się zacznie. Odnoszę wrażenie, że o ile pierwsze dwa tomy były napisane z pasją, o tyle trzeci został opublikowany tylko pod naciskiem wydawnictwa – Ruiz Zafon wydał po prostu to, co już miał napisane. Więzień nieba w mojej opinii jest Cmentarzem Zapomnianych Pomysłów autora, które z różnych przyczyn nie znalazły swojego miejsca w poprzednich powieściach.

Wskazuje też na to objętość powieści – zaledwie 400 stron, wielkimi literami, z dużymi odstępami i marginesami, zamiast odpowiednio 500 - 600 stron drobniejszym drukiem. Przy czym w ramach tych 400 stron mamy kilka stron świetnych recenzji poprzednich tomów (jakby kogokolwiek trzeba było przekonywać, że warto), zdjęć z Barcelony, stron tytułowych, stron pustych… Na marginesie należy wspomnieć, że cena wszystkich trzech tomów jest taka sama.

Jednak wciąż w Więźniu nieba można dostrzec ten tajemniczy, a jednak płynny styl Ruiza Zafona, postaci wciąż są nietuzinkowe, a atmosfera Barcelony udziela się czytelnikowi od pierwszych stron. Tym razem byłam już po swojej wizycie w tym pięknym mieście, dlatego lepiej mi się czytało o znajomych miejscach – Ramblach, Placu Catalunya, placu Real. Dzięki temu wspomnienia mogły pracować razem z wyobraźnią na lepszy odbiór powieści. To i fakt, że książkę szybko się czyta ostatecznie zadecydowały, że daję czwórkę, ale trochę po starej znajomości. Po prostu szkoda, że nie dali autorowi więcej czasu na skończenie powieści. Tak pozostaje tylko niedosyt i lekkie rozczarowanie.

Moja ocena: 4/6

Książka czytana w ramach wyzwania Trójka e-pik (październik).

Carlos Ruiz Zafon Więzień nieba
Wyd. Muza
Warszawa 2012

wtorek, 29 maja 2012

Powrót do Barcelony


Barcelona jest od niedawna moim prywatnym rajem na ziemi. Do tego raju przenoszę się z każdą wolną chwilą, niestety nie zawsze czas i fundusze pozwalają na fizyczne obcowanie ze stolicą Katalonii. W takich chwilach ludzkości z pomocą przychodzi literatura. Tak, dobra książka potrafi zabrać nas w odległe miejsca równie szybko i skutecznie, co Boeing. I taką książką niewątpliwie jest „Włada Barcelony” Chufo Llorensa.

Ta monumentalna powieść historyczna (ponad 700 stron!) przenosi czytelnika do XI-wiecznej Barcelony, jednego z najważniejszych miast portowych w basenie Morza Śródziemnego, ale i liczącego się ośrodka miejskiego, którego wpływy sięgają praktycznie na cały Półwysep Iberyjski. Już na wstępie poznajemy głównych bohaterów powieści, których losy będziemy mogli poznać już do końca (ich lub książki). „Władca” dzieli się na krótkie rozdziały, dzięki którym możemy śledzić opisywane wydarzenia z perspektywy kilku wiodących postaci – raz władców, innym razem zwykłych śmiertelników. Poznajemy zatem przede wszystkim Almodis z Marchii – kobietę piękną i silną, jednego z najzdolniejszych polityków, jakich widziała Katalonia, oraz jej ukochanego – Ramona Berenguera I, których połączy zakazana miłość, i którzy wbrew wszelkim prawom ludzkim i boskim poprowadzą to piękne miasto – ku zgubie czy ku potędze? Przekonajcie się sami. Jednocześnie poznajemy młodego chłopca, Martiego Barbany, który do Barcelony przybywa praktycznie bez grosza przy duszy, i dzięki otrzymanemu spadkowi, wiernym przyjaciołom i niewątpliwej smykałce do biznesu w ciągu kilku lat urośnie na jednego z czołowych obywateli miasta. Losy tych trzech postaci przeplatać się będą przez całą powieść, tworząc nie tylko niesamowitą historię ludzi ambitnych i odważnych, ale i panoramę stosunków panujących w Europie w XI wieku.
Groby Almodis i Ramona Berenguera I - bohaterów powieści

„Władca Barcelony” oferuje praktycznie wszystko, czego potrzeba dobrej powieści historycznej – fascynujące losy bohaterów zespolone w jedno z wydarzeniami politycznymi, dyplomacja przeplatana wojnami, miłość, zdrada, ambicja, odwaga, przebiegłość, nikczemność, ale i wierność przyjaciołom i ideałom – a wszystko to na barwnym tle Barcelony, gdzie bycie Obywatelem znaczy więcej, niż bycie bogatym. Autor z detalami odtworzył społeczeństwo ówczesnej Katalonii, jego problemy i jego chwałę, stworzył pełnokrwiste postacie, o których czasem trudno powiedzieć, czy je lubimy, czy nienawidzimy, ale jedno wiemy na pewno – nie można obok nich przejść obojętnie. Czytelnik z zaciekawieniem śledzi postępy Almodis na jej drodze do potęgi, a jednocześnie gorąco kibicuje Martiemu w jego staraniach, by z chłopca znikąd stać się mężczyzną z Barcelony. Obok tych dwóch charyzmatycznych postaci przewijają się dziesiątki innych, które mimo, iż nie pierwszoplanowe, są równie śmiało i szczegółowo odmalowane. Jest i sprytny bankier Baruch Benvenist, i porywczy syn hrabiego Pedro Ramon, i władcza, wiekowa hrabina Ermesenda z Carcassone, i młoda, słodka Laia, i rozsądna Ruth, i nikczemny Bernat Moncusi (niech go piekło pochłonie!), i dobroduszny ojciec Llobet, i sprytny karzeł Delfin.

W tej powieści nic nie jest przypadkowe, nic nie jest na wyrost, każda, nawet najdrobniejsza informacja ma kolosalne znaczenie dla całej fabuły. Autor niejako mimochodem zamieszcza też szereg ciekawostek dotyczących tamtych czasów. Chociaż nieraz naciąga fakty, robi to tylko w celu uczynienia akcji powieści jeszcze bardziej fascynującą i spójną. Bohaterowie stają przed wieloma przeciwnościami losu, nieraz wychodząc obronną ręką z najcięższych tarapatów, ale i ulegających problemom które ich spotykają. Fabuła jest dynamiczna, do samego końca czytelnik nie przeczuwa, jak ta historia się skończy. Dlatego warto zabrać się za tą powieść, gdy ma się dużo czasu, gdyż w natłoku zdarzeń trudno jest się oderwać od lektury, a po przerwie, z powodu wielowątkowości, trudno wgryźć się powrotem. Jednak warto, naprawdę warto sięgnąć po „Władcę Barcelony”, by choć na kilka godzin przenieść się w niezwykłe czasy średniowiecza i poprzez karty książki pooddychać śródziemnomorskim powietrzem. A już czytanie tej powieści z samej Barcelonie to jak jeść tort Sachera w Wiedniu. :)


Książka została przeczytana w ramach majowego wyzwania Sardegny Trójka e-pik (chociaż to oszukaństwo z mojej strony, bo książkę zaczęłam czytać w marcu).



Moja ocena: 5/6

Chulfo Llorens „Władca Barcelony”
Wyd. Albartos
Warszawa 2009

sobota, 24 marca 2012

"Teleny" Oscar Wilde

Zdjęcie wzięte z Wikipedii

W podróż do Hiszpanii zaprałam ze sobą między innymi powieść „Teleny” domniemanego autorstwa Oscara Wilde’a. Kupiłam ją pod koniec zeszłego roku i czekałam na odpowiednią sposobność, żeby się za nią zabrać. Dodatkowym plusem był fakt, że książkę zdeklarowałam do wyzwania „Z półki”, i że byłby to w końcu jakiś „klasyk”, którą to literaturę od jakiegoś czasu sromotnie zaniedbywałam. No i oczywiście postać autora, którego uwielbiam, też miała ważkie znaczenie – co jak co, ale Wilde mnie nie zawiedzie. No i w końcu rozmiary i niewielka waga tej książki zadecydowały, że na pokład Boeinga pójdzie ze mną „Teleny”. Nastawiałam się na wspaniałą lekturę, oj nastawiałam…

No i się rozczarowałam. Ale od początku. Powieść opowiada o młodzieńcu żyjącym w XIX-wiecznej Anglii, w sferach, nazwijmy to, wyższych. Chłopiec w pewnym momencie zaczyna się orientować, że kobiety jakoś szczególnie go nie pociągają. Co innego mężczyźni… Poznajemy całą drogę seksualną Kamila – od budzącego zainteresowania się fizycznością, poprzez erotyczne sny i masturbację, pewne zabawne sytuacje związane z pierwszym zakochaniem, poprzez budzące się uczucie do mężczyzny, próby jego zwalczenia, w końcu wdanie się w ognisty romans z węgierskim muzykiem. Generalnie mamy tu wszystko, co tylko ludzka wyobraźnia wespół z poszukiwaniem rozkoszy kiedykolwiek stworzyła. Na początku powieść ma sporo wspólnego z „Portretem Doriana Graya” – ta sama atmosfera, te same rozrywki wyższej klasy, te same sztywne zasady postępowania, w których to główny bohater czuje się coraz mniej komfortowo. Zdarzają się też sytuacje zabawne, przy czytaniu których musiałam uważać, by nie śmiać się na cały regulator – współpasażerowie mogliby poczuć się zgorszeni lub nawet przestraszeni takim wybuchem entuzjazmu.

Jednak książka okazała się powoli napędzająca się machiną – jakby została napisana przez kilka osób (co jest domniemywane przez specjalistów), które postanowiły się nawzajem prześcignąć w tworzeniu coraz bardziej wymyślnych obrazów. Od erotyki mamy tu płynne przejście do pornografii, a stamtąd do przemocy i okrucieństwa. I na tym okrucieństwie skończyłam – jakieś 30 stron przed końcem przerwałam lekturę i chyba już do niej nie wrócę. Przeczytawszy opis pewnej koszmarnej sceny, przez dwa dni nie mogłam się otrząsnąć, a do dziś pozostał mi niesmak. Wrażenia nie udało się zatrzeć nawet nocnym spacerem pod kościołem Sagrada Familia, a nie można powiedzieć, że było to małe przeżycie. O tym, jak mną wstrząsnęła lektura, najlepiej świadczyć może fakt, że do dziś książka leży grzbietem do tyłu, i nie zamieściłam zdjęcia okładki na blogu – za każdym razem jak ją widzę, od razu mi się przypomina treść. A nie jestem osobą przesadnie wrażliwą – bez mrugnięcia powieki czytam  nieraz rzeczy, które innych przyprawiają o palpitację serca. Więc sami sobie wyobraźcie, czego trzeba, żeby mnie odrzuciło.

Moja ocena książki zaraz po lekturze – 1/6. Teraz zastanawiam się jednak, czy nie pozostawić książki w ogóle bez oceny. Ocena powinna przynajmniej pretendować do jakiegoś tam obiektywizmu, a w tym przypadku nie jestem do tego zdolna. Na pewno fakt, że książka wzbudziła we mnie takie silne, emocje (w XXI wieku! A mówią, że w XIX to był skandal!), świadczy o talencie, z jakim została napisana. Sam  styl w jakim ją napisano, też jest bardzo dobry – wszak Wilde przynajmniej przyłożył do niej rękę, jeśli nawet całej nie napisał. Ale jestem na ta książkę po prostu zła, bo trochę zniszczyła mi wyjazd – moje myśli co chwilę powracały do tej jednej sceny, i nie mogłam się jej pozbyć z głowy (znacie to? – uparte kierowanie wzroku na coś, co nas obrzydza – ludzki łeb tak już działa). Dlatego kto się nie boi i chce sobie wyrobić własne zdanie – odsyłam do lektury.

Książkę usiłowałam przeczytać w ramach wyzwania „Z półki”.  Można powiedzieć, że cel został osiągnięty – z półki zniknęła kolejna nie ruszona pozycja. A że nie dam rady skończyć to już nie moja wina.

Stan wyzwania na dzień dzisiejszy – 3 z 20 założonych.

wtorek, 20 marca 2012

Zakochana w Barcelonie – raport i trochę zdjęć


Zgodnie z zapowiedzią, ostatni tydzień spędziłam w najwspanialszym mieście na świecie. Tak, proszę Państwa, na świecie i mówi to krakus zapatrzony w swoje rodzinne miasto jak dewotka w święty obrazek. Po dogłębnym przemyśleniu swych uczuć stwierdzam, że Kraków jest dla mnie jak najbliższa rodzina – nie wybierasz jej, ale i tak ją kochasz. Barcelona natomiast to miłość od pierwszego wejrzenia – początkowo bezkrytyczna, jednak powoli dojrzewająca w hiszpańskim słońcu. Miłość na odległość, bo niestety ze stolicy Małopolski do stolicy Katalonii jest dokładnie tak samo daleko jak z Katalonii do Małopolski, o czym boleśnie przekonały się moje kości  w samolocie ;).

Nie da rady opisać wrażenia, jakie zrobiło na mnie to miasto, więc nawet nie będę próbować. Przewodnika też nie będę przepisywać, bo po co. Postaram się tylko wspomnieć o kilku rzeczach, które zapadły mi w pamięć (oczywiście poza wspaniałymi zabytkami).

 
Lotnisko. Barcelona ma olbrzymie lotnisko, jedno a porządne, składające się w dwóch terminali, obsługujące rocznie około 30 mln. pasażerów.  Nie było to pierwsze duże lotnisko jakie widziałam, i nie dziwi fakt, że tak wielkie miasto ma taki porządny port lotniczy. Jednak kiedy je zobaczyłam chwilę po lądowaniu, mając jeszcze przed oczami chwalone szeroko i wysoko Katowice-Pyrzowice, lub dobrze mi znane Kraków-Balice, poczułam Kompleks Pipiduwy vel Syndrom Ubogiej Krewnej. Grupa klaskających rodaków też mi nie pomogła. Samo lotnisko jest tak wspaniale zorganizowane, że właściwie samo prowadzi do pociągu, gdzie obsługa sama prosi się o to, by pomóc ci kupić odpowiedni bilet, a sam pociąg jedzie do Barcelony, uwaga, co 20 minut! Szok, kiedy w Kraku spóźnisz się na strefowy na lotnisku, to kaplica, następny masz za 50-60 minut. I kij z tym, że ktoś ma samolot. Nie że teraz będę na każdym kroku kalać własne gniazdo, ale okazuje się, że pewne idee do nas jeszcze nie dotarły.

Infrastruktura. Po całej Barcelonie poruszałam się metrem, poza miasto wyruszałam różnorakimi pociągami i kolejkami, oprócz tego oczy moje widziały niezliczone porządne drogi, czyste chodniki, tunele nie śmierdzące moczem, połączenia między jednym a drugim środkiem transportu, automaty biletowe. Barcelona ma wspaniała infrastrukturę – nowe pociągi, liczne połączenia, wszystko zorganizowane tak jasno i klarownie, że nawet średnio rozgarnięty szympans po jednym dniu bezproblemowo porusza się po tym wspaniałym mieście. I tylko dziw bierze, że oni tez mieli II wojnę, mieli wojnę domową i generała Franco, mieli i mają kryzys. I u nich się da, a u nas nie.

 
Czytanie. Tak, oczywiście, na blogu o książkach nie mogło zabraknąć tego tematu. A jest o czym pisać, bo mieszkańcy Barcelony czytać lubią i to dużo. Spędzają w końcu sporą część swojego życia w metrze, toteż wielu z nich ma ze sobą książkę. Nie jest to nic dziwnego, u nas też ludzie czytają w środkach transportu. Tyle, że w Barcelonie przybrało to rodzaj masowego ruchu, nieraz ponad połowa współpasażerów jednego wagonu czyta. I to nie malutkie pockety, czy cieniutkie nowelki. Barcelończycy wolą opasłe tomiska, 500 stron w górę, najlepiej w twardej oprawie. I dźwigają to chętnie ze sobą po schodach i w tunelach. A co czytają? Ano różnie – literaturę lokalną – autorów których nawet nie znam, bestsellery jak książki Barbary Wood, Kena Folletta czy Georga Martina. Ale też rzeczy ambitniejsze – jeden pan w pociągu czytał „Podróże Herodota” Kapuścińskiego! Oczywiście po hiszpańsku. ja natomiast czytałam "Władcę Barcelony", jednak czasu na to miałam niewiele i przede mną jeszcze połowa tej fascynującej powieści.
Atmosfera. Barcelona, jak wiele innych miast, ma swoją własna, niepowtarzalną atmosferę. Piękne secesyjne budynki, obłędne zapachy owoców, kawy i słodkich bułeczek, muzyka grana na każdym kroku przez ulicznych grajków. Europejska architektura i tropikalne palmy. Szaleństwo kolorów, zapoczątkowane przez Gaudiego i powielane aż do dziś na każdym kroku. Ale też, co mnie osobiście zaskoczyło, porządek, punktualność i organizacja. Jadąc do Hiszpanii, spodziewałam się, że jej mieszkańcy, podobnie jak Włosi, będą trochę niezorganizowani, ospali, nigdzie się niespieszący. Tymczasem Hiszpanie najwyraźniej nabrali nieco dobrych zwyczajów od przebywających tam wcześniej Habsburgów, ale nie przejęli pośpiechu i stresu z powodu braku czasu. Nikt tam nie leci na zbity pysk i nie patrzy nerwowo na zegarek, nie stresuje się upływającym czasem, a jednak wszystko zrobione jest wtedy, kiedy ma być – pociąg ma odjechać o 6 rano – odjeżdża punktualnie. Pan ma przyjść po klucze o 19.30 – nie przychodzi za wcześnie ani za późno. Mieszkańcy Barcelony najwyraźniej odkryli jakąś tajemnicę nieznaną reszcie świata – jak się nie spieszyć a mieć wszystko zrobione, i jeszcze czas na sjestę. To powoduje, że w tym mieście naprawdę chce się żyć, a nie tylko egzystować.
 
Architektura. Barcelona najbardziej słynie z budowli zaprojektowanych przez Gaudiego. Do tej pory ledwo ledwo kojarzyłam to nazwisko, ale niezbyt dokładnie łączyłam je z konkretnymi projektami. Ale po wielogodzinnych spacerach ulicami miasta zrozumiałam, jak olbrzymia wyobraźnię musiał mieć ten człowiek, aby z takim rozmachem projektować pałace, kamienice, park i kościół Sagrada Familia. Szczególnie ten ostatni sprawił, że literalnie kopara mi opadła. Na zdjęciach nigdy mi się nie podobał, ponieważ z daleka wyglądał, jakby, no przepraszam, został dość intensywnie pokryty ptasimi ekskrementami. Dopiero z bliska, przy porządnym zadarciu głowy zauważyłam, że jest to olbrzymia ilość misternie rzeźbionych elementów – postaci, roślin, zwierząt, czego dusza zapragnie, będzie jej dane. Inne dzieła Gaudiego też robią niesamowite wrażenie, przede wszystkim kolorami, którymi się mienią, jak chociażby pałac i park Guell. Ten styl był i jest wielokrotnie powielany przez innych artystów, co sprawia, że Barcelona mieni się wszystkimi barwami, jakie tylko człowiek i natura wespół stworzyli.

 
To tylko kilka impresyjek, które przychodzą mi do głowy zaraz po powrocie. Nie jest to może klasycznie raport z podróży, ale też mój styl zwiedzania świata to nie tylko koncentrowanie się na atrakcjach turystycznych (oczywiście głównie po to tam jadę, ale nie tylko). Staram się też zawsze patrzeć na miasto jako miejsce do życia, stąd później uwagi o czystym metrze czy dobrej kawie. Muszę wyznać, że żadne miasto do tej pory nie wywarło na mnie takiego wrażenia jak Barcelona, i już kombinuję, jakby tam wrócić. Toteż nie jest to na pewno jedyny o niej wpis na moim blogu, zaręczam, że Barcą będę jeszcze „pluła” przy wielu okazjach - do znudzenia.

Moja ocena w sześciostopniowej skali? Siedem!