O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 listopada 2015

"Panie z Cranford" Elizabeth Gaskell

Przeżywałam swego czasu egzystencjalną pustkę po Jane Austen. Przeczytałam po prostu wszystkie jej powieści, nawet te niedokończone, czytać po raz drugi tego samego – nie przepadam, sporadycznie mi się zdarza. A więcej nie było… potem przyszedł czas na siostry Bronte. Tak wiem, to nie to samo, ale jednak bliższe niż cokolwiek innego, a co więcej, równie dobre, ze swoim klimatem. Tutaj już stąpam ostrożnie, bo bałam się, że jak i to mi się skończy, to już nic mnie nie uratuje… A tu pojawia się na horyzoncie Elizabeth Gaskell i ratuje sytuację.

Recenzję Pań z Cranford przeczytałam jakiś czas temu na jednym z blogów (zabijcie mnie, nie pamiętam na którym) i była to jedna z tych recenzji, kiedy po prostu wstajesz od komputera i idziesz kupić i przeczytać. Szybko nabyłam i w tempie ekspresowym, kilka tygodni później (każdy, kto za dużo kupuje, wie, że to ekspresowe tempo) przeczytałam

To jest zdecydowanie najbardziej urocza książka, jaką czytałam w tym roku. Króciutka, składająca się raczej z opowiadań powiązanych ze sobą niż stanowiąca powieść pełną gębą, książeczka, której bohaterkami są, a jakże, mieszkanki angielskiego miasteczka Cranford, które tak się składa zasiedlają głównie panie – wdowy lub stare panny, a obecność mężczyzn jest sporadyczna i taktownie przemilczana przez towarzystwo. Opowiada nam o nich panna Smith, sama niebędąca panią z Cranford, ale mająca tam wystarczająco dużo przyjaciółek i przebywająca tam tak często, iż z powodzeniem może ona wprowadzić czytelnika  w ten świat, zachowując jednocześnie dystans, na który stać tylko osobę z zewnątrz. Chociaż nie stroni ona od wspominania o rzeczach smutnych, chociaż niektórzy bohaterowie w między czasie odchodzą na niwa zielone, w ich miejsce pojawiają się kolejne barwne postaci, życie toczy się dalej, a po deszczu zawsze wychodzi słońce, zwykle pod postacią jakiegoś czy to wesołego, czy też humorystycznego, czy też po prostu sympatycznego wydarzenia.

Połknęłam Panie z Cranford w niecałe dwa dni, i od razu zaczęłam pożądliwie patrzeć w kierunku innych książek tej autorki. Teraz już wiem, co jest w stanie w pełni zaspokoić moją pustkę po Jane Austen, zachowując jednocześnie swój unikalny styl.

Moja ocena: 6/6

Elizabeth Gaskell Panie z Cranford
Tłum. Aldona Szpakowska
Wyd. Świat Książki

Warszawa 2015

niedziela, 31 maja 2015

Classics Book Tag

Klasyka była mi o wiele bliższa, kiedy chodziłam do szkoły. Nie tylko czytałam każda zadaną lekturę, w których kanon niektóre klasyki wchodzą, nie tylko starałam się nadrabiać czytanki zawarte w strasznie kiepskim podręczniku czytaniem całych pozycji (serio, jak można wymagać znajomość i wszystkich części „Dziadów” albo dosłownie każdej pozytywistycznej nowelki, a jednocześnie ograniczyć omawianie Roku 1984, Mistrza i Małgorzaty czy Makbeta do fragmentów?), ale i t z tyłu głowy siedziało mi, że jak już skończę szkołę, będę dojrzalsza, uda mi się docenić klasyczne pozycje bardziej niż w wieku nastu lat. Było już a późno, kiedy zorientowałam się, że jeśli był czas na czytanie opasłych dziewiętnastowiecznych tomiszcza, to właśnie  w liceum, bo wymagające olbrzymiej ilości przeczytanych stron studia prawnicze i bardzo męcząca praca raczej nie sprzyjają kontemplacji. W tym roku rzuciłam wyzwanie czytaniu na ilość (nie, żebym się kiedykolwiek świadomie ścigała, ale jednak gdzieś to w czeluściach umysłu tak właśnie działało), co ma przynieść ze sobą więcej przeczytanych klasyków, zwłaszcza tych grubszych i trudniejszych w odbiorze. Taki był w każdym bądź razie plan, mamy czerwiec, a ja go jeszcze nie wprowadziłam w życie.

Ale ostatnio trafiłam na posta na blogu Skarbnica Książekpod tytułem Classics Book Tag, i przegląd pozycji wymienionych przez autorkę natchnął mnie to podobnych zwierzeń, które dodatkowo mają na celu skomponowanie listy klasyków do przeczytania, przypomnieć parę tytułów i zmotywować mnie do częstszego sięgania po nieco starsze pozycje.

1.       Popularna klasyka, która ci się nie podobała
Klub Pickwicka – Charles Dickens. Właściwie nie przeczytałam tej powieści. Kilkakrotnie zaczynałam, owszem, ale już po kilkunastu stronach rzucałam ją w kąt. Nie wiem nawet, co było nie tak, po prostu po którymś razie zdałam sobie sprawę, że ja i ona nigdy się nie zaprzyjaźnimy. W końcu oddałam ją przyjaciółce. Jednocześnie wiem, że to jednak z najpopularniejszych książek tego autora.

2.       O którym wieku/okresie historycznym najbardziej lubisz czytać?
Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to przełom XVIII i XIX wieku w Anglii, czyli głównie powieści Jane Austen. Jednak chyba najbardziej lubię ten moment na przełomie wieku XIX i XX, już przed pierwszą wojną światową, kiedy stary porządek jeszcze istnieje, jednak widać już wyzierającą spod spodu zgniliznę, kiedy wiadomo, że za kilka lat, miesięcy, tygodni to wszystko runie i już nigdy nie będzie tak samo jak dawniej. Cesarstwa upadną, Stany Zjednoczone powoli wkroczą na swoją drogę ku światowej potędze, dwory i pałace zamienią się w szpitale i koszary, arystokracja przestanie znaczyć cokolwiek, a lud zamieni się w społeczeństwo.

3.       Ulubiona bajka
Wychowałam się na baśniach Andersena, Kraszewskiego, Pierraulta, braci Grimm. Ale czy byłą jedna, ulubiona? Pamiętam, że często prosiłam rodziców o przeczytaniu „Kwiatu paproci” w pięknym zbiorze baśni Kraszewskiego (ciekawe, gdzie one teraz mogą być?) i „Oślą skórkę” ze zbiorku baśni Pierrault.

4.       Klasyk, nieznajomości której wstydzisz się najbardziej
Tu można by pisać i pisać. Nigdzie nie doczytałam do końca Romea i Julii. Nie przeczytałam jeszcze niczego, co napisał Tołstoj, w szczególności, zaś chciałabym sięgnąć kiedyś po jego Annę Kareninę. Bracia Karamazow Dostojewskiego kłują mnie w oczy od kilku lat. Nie przeczytałam Quo Vadis. Obce są mi Wichrowe wzgórza. Kiedyś na pewno przeczytam Paragraf 22 Hellera. Po tym jak Padma z Miasta Książek stworzyła serię wpisów, Miasteczko Middlemarch wylądowało na liście do przeczytania. Wielki Gatsby nie podszedł mi w starym przekładzie, ale w nowym wciąż daję mu szansę. Na półce leżą też od dwóch lat Grona gniewu Steinbecka i przerażają rozmiarem.


5.       Pięć klasycznych powieści, które planujesz przeczytać w najbliższym czasie
Na pewno wreszcie złapię się na Braci Karamazow i Grona gniewu, bo zbyt długo już leżą na półce. W kolejce czeka również Sztukmistrz z Lublina. Chciałaby  wreszcie przeczytać  również Wichrowe wzgórza i pozostałe nieprzeczytane opowieści o Sherlocku Holmesie.

6.       Ulubiona współczesna powieść bazowana na klasyce
Kiedyś napisałam esej o tym, jak J. K. Rowling intensywnie czerpała z legend, baśni i mitów, tworząc serię o Harrym Potterze. Toteż odpowiedź jest prosta.

7.       Ulubiona ekranizacja filmowa/serialowa
Tu będzie baaardzo oryginalnie – mini serial BBC Duma i uprzedzenie z Colinem Firthem i Jennifer Ehle. I Sherlock z Benedictem Cumberbatchem. Obie te produkcje mogę oglądać w kółko, wszystko mi się w nich podoba, a na punkcie tego drugiego mam istną obsesję. Co poradzę?

8.       Najgorsza adaptacja klasyki
Duma i uprzedzenie w wersji z Keirą Knightley – rozczochrana, wymięta, niewychowana, huśtająca się tylko nad błotem panna Bennet plus pozbawiony jakiejkolwiek charyzmy pan Darcy. Ja wiem, że po wersji BBC już nic nie będzie nigdy tak dobre, ale uważam, że ta wersja jest poniżej wszelkiej krytyki.

9.       Ulubiona/ulubione szaty graficzne, których chcesz mieć więcej w swojej kolekcji
Penguin’s Clothbound Classics – zobaczyłam je kilka miesięcy temu w Empiku, i od tamtej pory na nie choruję. Kiedyś zapewne zacznę je kolekcjonować, na razie wrzucam na swoją wish listę i modlę się, żeby nie wyczerpał się nakład.

10.   Mało znana klasyka, którą chciałabyś każdemu polecić

Królowa Margot Aleksander Dumas (ojciec) – czytałam ją w liceum, zbiegło się to akurat mniej więcej z omawianiem rzezi niewiniątek na lekcjach historii. O niebo lepiej było uczyć się o tym okresie w historii, kiedy wcześniej zapoznało się z nim poprzez tą dosyć opasłą, ale fascynującą lekturę. Zdecydowanie chciałabym kiedyś przeczytać inne powieści tego autora, które podchodzą mi znacznie bardziej niż te stworzone przez jego syna.

niedziela, 21 września 2014

Bardzo wolno czytana książka - "Shirley"

Czytałam Shirley przez ponad pół roku. Normalnie taki początek oznaczałby, że książka mi się nie podobała, była słaba, niezbyt wciągająca, wręcz nudna.  Ale tym razem fakt wolnego czytania nie był spowodowany jakością książki. Po prostu – Shirley to książka do powolnego czytania.

Nie, nie macie deja vu, a ja nie wkleiłam drugi raz tego samego tekstu. Teraz już będzie sam konkret: co, kto, gdzie i po co. Mniej więcej. Kto? Charlotte Bronte. Co? Powieść pt. Shirley. Gdzie? W Wielkiej Brytanii, obviously. A po co? A po co się pisze książki?

Shirley to sporych gabarytów powieść obyczajowa, która z jednej strony wpisuje się w klimat czasów, w których powstała, a z drugiej strony jest niezwykle nowoczesna – wiele zdań z niej można by potraktować jak bardzo mądre feministyczne hasła – aż trudno uwierzyć, że autorka, która je stworzyła, żyła w XIX wieku. Obok zwyczajów i obyczajów epoki wiktoriańskiej mamy tu też komentarz gospodarczo-polityczny do aktualnych wydarzeń w Anglii i Europie – rewolucja przemysłowa pozbawia robotników pracy, ci z kolei swoją złość obracają przeciw właścicielom zmechanizowanych fabryk i przeciw samym maszynom. Sytuacji nie ułatwia blokada kontynentalna, a bohaterowie w przewie między lokalnymi wydarzeniami śledzą pochód Napoleona na Rosję i działania brytyjskiej floty, licząc na rychłe otwarcie portów. Charlotte Bronte nie staje tutaj po żadnej ze stron – arystokracja, duchowieństwo, fabrykanci i roto nicy – oni wszyscy mają wady i zalety, każde obarczone jest winą na zły stan rzeczy, ale i każde na swój sposób cierpi, zaś wśród nich są zarówno nicponie i nieroby, jak i ludzie uczciwi i prawi.

Shirley to tak naprawdę serial. Dziwnie to brzmi, ale tak właśnie jest. Powieść podzielona jest na rozdziały (WOW – szok, co nie?), z których większość opowiada jakąś oddzielną historię, która często nie ma później związku z główną fabułą. Od początku do końca pojawiają się na scenie nowy bohaterowie, a starzy odchodzą w cień, chociaż wciąż gdzieś tam przemykają w tle. Początkowo myślałam, że autorka celowo wprowadza tylu „głównych” bohaterów i że te wszystkie opowieści będą miały swój grande finale, zanim podłapałam konwencję, z jaką stworzona jest Shirley. Wiecie jak to jest w serialach obyczajowych – jest jakaś główna fabuła, która rozwija się z każdym kolejnym epizodem, ale głównym tematem za każdym razem jest co innego – raz Święta, raz czyjaś choroba, raz Caroline, raz przeszłość pana Yorka i pana Helsone’a, a jeszcze innym razem ugryzienie przez psa lub kościelna procesja.Tak, jakbym oglądała serial odcinek po odcinku - tu i tam kontynuacja losów głównych bohaterów, ale każdy odcinek ma też własną historię do opowiedzenia.


Zatem w niczym nie przeszkadza czytanie Shirley partiami, z przerwami, dużymi lub małymi. Powieść jest miejscami nierówna, i fascynujące fragmenty przeplatają się nieraz z nudniejszymi, w których nic właściwie się nie dzieje, zatem chwilami nawet wskazane jest, aby lekturę odłożyć na później. Jednak autorka potrafiła roztoczyć taki urok i czar nad doliną Hollow, że nawet po kilku miesiącach przerwy czytelnik wciąż myśli o pozostawionych bohaterach i powraca, choćby tylko na krótką chwilę. Ja zapewnie powrócę tam jeszcze raz za kilka lat.


Moja ocena: 5/6



Charlotte Bronte Shirley


Tłum. Magdalena Hume


Wydawnictwo MG


2011

wtorek, 19 sierpnia 2014

Zbrodnicze "Studium w szkarłacie"

Przeżywam ostatnio nową fascynację w życiu, a tą fascynacją jest Sherlock Holmes. Toteż nie zdziwcie się, jeśli w najbliższym czasie będzie się on pojawiał na tym blogu częściej niż inni literaccy bohaterowie. Sherlock, zaliczany do największych detektywów w literaturze (nie będzie przesada powiedzenie, że jest najsłynniejszym i największym detektywem, którego umysł ludzki stworzył i umieścił na kartach książki), został powołany do życia przez Arthura Conan Doyla w powieści Studium w szkarłacie wydanej w 1887 roku. Stał się w sumie bohaterem 4 powieści i 56 opowiadań (info – Wikipedia). Później zaś wielu twórców odnosiło się do tej postaci w swoich książkach (stosunkowo niedawno wydano chociażby Sherlockistę Grahama Moore’a czy Klub koneserów zbrodni, który w oryginalnym tytule odnosi się bezpośrednio do Holmesa, autorstwa Michaela Capuzzo). Żeby nie wspomnieć o filmach i serialach opartych na tekstach sir Conan Doyle’a.

Moje czytanie opowieści o Sherlocku Holmesie rozpoczęłam, jak to ja, od środka, zatem postanowiłam szybko wrócić do początku, do Studium w szkarłacie, by poznać pana Holmesa, doktora Watsona i okoliczności zawarcia ich jakże ciekawej znajomości, skutkującej rozwiązaniem kilkudziesięciu kryminalnych zagadek. Nie zawiodłam się, bowiem pierwsza powieść o znanym detektywie okazała się zachwycającą i wciągająca lekturą, łączącą w sobie zamglony Londyn i rozgrzane do czerwoności Utah, mroczny kryminał i dziki western, chłodną dedukcję i fanatyzm religijny. Na pewno wiele dobrego zrobił tutaj nowy przekład, faktycznie widać było różnicę pomiędzy tym, który czytałam dwa tygodnie temu, a tym dokonanym przez panią Ewę Łozińską- Malkiewicz. Scotland Yard nie radzi sobie ze śledztwem – w pustym domu znaleziono martwego mężczyznę, nie wiadomo, jak zginął, kiedy, dlaczego i kto pozbawił go życia. Na miejscu wprawdzie pełno jest śladów, ale niezbyt gramotni policjanci nie są w stanie ułożyć z tej szarady niczego sensownego. Udają się zatem po pomoc do jedynego na świecie detektywa-konsultanta, Sherlocka Holmesa. Od tej pory czytelnik będzie miał nie tylko okazję poznać zaskakujące motywy i wyrafinowane sposoby zadania śmierci, ale i pośmiać się z dwóch inspektorów SY.

Sporo też miejsca poświęcił autor w tej pierwszej powieści na charakterystykę obu panów – nie zapominajmy bowiem, że nie ma Sherlocka Holmesa bez doktora Watsona, dzięki którego uprzejmości jesteśmy w możności czytać pamiętniki, opisujące przygody obu panów. Okazało się, że postacie detektywa i doktora zostały przez popkulturę mocno spłaszczone – jakie fascynujące to są w rzeczywistości typy! Mimo, że powstali w XIX wieku, są na wskroś nowocześni, toteż nie dziwi mnie już pomysł zrobienia serialu o nich w realiach XXI-wiecznego Londynu. Naprawdę nie dziwi.

Mogę tu pisać dezyderatę na dwa tomy, mogę próbować lawirować w opisach, żeby nie zespoilerować fabuły tym, którzy jeszcze mają tę przygodę przed sobą, albo mogę żołnierskimi słowy napisać – czytajcie Holmesa! Bo naprawdę warto.

Moja ocena: 6/6

Arthur Conan Doyle Studium w szkarłacie
Tłum. Ewa Łozińska-Małkiewicz
Wyd. Algo

Toruń 2013

czwartek, 7 sierpnia 2014

Wciąż warto czytać klasyków

Mam zawsze problem z recenzowaniem takich klasyków, jak chociażby Przygody Sherlocka Holmesa. Z jednej bowiem strony odnoszę wrażenie, że są one jest tak przegadane na każdą możliwą stronę, że niepodobna napisać o nich nic nowego. Z drugiej jednak – na tym właśnie polega siła klasyków, że po stu latach, tysiącach recenzji, kilkunastu tłumaczeniach, niezliczonej ilości filmów, seriali, spektakli, gier,  komiksów i kart do Piotrusia opartych na książkach sir Arthura Conan Doyle’a opowieści o Detektywie Wszechczasów wciąż tak samo potrafią oddziaływać na wyobraźnię czytelnika, zaciekawić go i wzbudzić w nim wiele emocji – od pasji, poprzez przerażenie, złość po zdumienie i satysfakcję z naprawdę dobrej lektury. I może właśnie dlatego warto jednak o klasykach pisać.

Po pierwsze – jestem heretyczką, gdyż dopiero teraz doceniłam kunszt Conan Doyle’a i zaprzyjaźniłam się z Sherlockiem Holmesem, i to w dodatku pod wpływem serialu (który sam w sobie dorobi się niedługo odrębnego tekstu). Owszem, lata temu sięgnęłam o Psa Baskerville’ów, chyba najsłynniejsze opowiadanie tego autora, jednak wtedy czy to czas był nieodpowiedni, czy tłumaczenie słabe – grunt, że mnie nie rzuciło na kolana, by długo pozostawić w tej niewygodnej pozycji. I tak żyłam z przekonaniem że Sherlock Holmes nie jest dla mnie. Jednak ostatnio, jak już wspomniałam, pod wpływem serialu postanowiłam dać sobie i sir Arthurowi jeszcze jedną szansę i powędrowałam po książkę. W mojej osiedlowej bibliotece odnalazłam jedynie Przygody Sherlocka Holmesa, w dodatku na dziale dziecięcym i młodzieżowym (za moich czasów był to klasyk kryminałów, ale widzę, że coś się pozmieniało). Opowiadania zawarte w tym konkretnym tomie wcinają się już w środek historii o najsłynniejszym detektywie, kiedy to jego przyjaciel i pomocnik, doktor Watson, wyprowadził się z mieszkania na Baker Street 221B i jedynie od czasu do czasu wpada do starego znajomego. Jednak wcale mi to nie przeszkadzało rozkoszować się każdym kolejnym tekstem. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak skomplikowane a jednocześnie rozsądne zagadki był w stanie stworzyć autor, jak fascynującą postacią jest Sherlock, i jak bardzo uniwersalne są problemy jego klientów. Przyznam, że w żadnym przypadku nie byłam nawet w pobliżu rozwiązania, póki sam bohater nie naświetlił wyjaśnienia, a wiele razy czytając poczułam autentyczne przerażenie, co nie zdarza mi się nawet przy mrocznych i brutalnych kryminałach szwedzkich.

Sherlock, mimo, że powielany na setki smaków i sposobów od wielu już lat, wciąż pozostaje zatem świeży i fascynujący. Conan Doyle stworzył jedną z tych postaci, które nawet jeśli nie czytało się oryginału i nie oglądało filmów, funkcjonuje w popkulturze – każdy go zna, każdy słyszał, każdy wie. Warto jednak mimo to sięgnąć po opowiadania, by przekonać się, że nawet najlepsze współczesne kryminały to małe Miki w porównaniu do Niego.

No i teraz koniecznie muszę się wybrać na Baker Street w Londynie.

Moja ocena: 6/6

Arthur Conan Doyle Przygody Sherlocka Holmesa

Wydawnictwo Waza

czwartek, 3 października 2013

Z wdziękiem o menelach czyli klasyka amerykańskiej literatury



Jest to opowieść o Dannym, o przyjaciołach Danny’go i o domu Danny’ego. (…) Nie został tu również pominięty opis przygód przyjaciół Danny’ego i ich dobrych uczynków, a co najmniej ich dobrych myśli i dobrych intencji”. Po powieści, która zaczyna się właśnie tak, spodziewałam się ciepłej, sympatycznej historii o dobrych ludziach, coś w stylu 44 Scotland Street, tylko ambitniejsze. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Tortilla Flat okazało się być książką o menelach. I to chwilami takich spod naprawdę ciemnej gwiazdy. Ta krótka powieść jest jednocześnie jedną z najpiękniejszych jakie kiedykolwiek przeczytałam.

Wspomniany Danny to przedstawiciel lokalnego establishmentu ulicznego – najważniejsze dla niego to wino, wino, ewentualnie trochę wina, o które trudno, gdyż panuje prohibicja. Żeby nie wspominać o czymś tak prozaicznym jak fakt, że Danny nigdy nie skalał się jakąkolwiek uczciwą robotą. Podobnie jak przyjaciele Danny’ego. I chociaż niektóre (wszystkie?) zachowania bohaterów tej historii nie zaskakują, nie mamy tu przemiany w Matkę Teresę, to jednak między tymi włóczęgami i pijakami egzystuje coś na kształt prawdziwej przyjaźni, a w tych ciemnych sercach czasem pojawiają się iskierki człowieczeństwa.

Co mnie zachwyciło w Tortila Flat to przede wszystkim język – poetycki, wysublimowany, który sprawia, że każde słowo, każde zdanie rozsmakowuje się chwilę w myślach, nim przejdzie się do następnego. A nie jest to rzecz u mnie częsta, zwykle bowiem pędzę przez książkę i nie zastanawiam się nad takimi rzeczami. Z pewnych względów czytałam tą książkę przez cały miesiąc, i dzięki językowi, jakim została napisana, naprawdę doceniłam uroki wolnego czytania.

Steinbeck oprócz poetyckości zawarł tu jednak również sporą dawkę ironii, i to takiej, na którą stać tylko najlepszych. Spójrzcie raz jeszcze na cytat otwierający powieść – spodziewalibyście się, że to może dotyczyć panów żulów? Czytamy o pijakach, prostytutkach, przemytnikach alkoholu, przestępcach i dezerterach jakby autor starał się o poprawność polityczną, a jednocześnie nie chcąc się ugiąć pod naciskiem otoczenia postanowił swym poprawnym wypowiedziom nadać ton prześmiewczy i nieraz sarkastyczny – kto wie o co chodzi, ten zrozumie, a cenzor się odczepi.

Zachwyciła mnie ta książka nieprzeciętnie, a Steinbeck jest moim prywatnym odkryciem roku – zdecydowanie zapoznam się z jego pozostałymi dziełami. Na półce od dawna leżą pożyczone Grona Gniewu, a po bibliotekach pogrzebię za Myszy i ludzie. Dla takich przeżyć właśnie czyta się klasykę.

Moja ocena: 6/6

John Steinbeck Tortilla Flat
Tłum. Jan Zakrzewski
Kolekcja Gazety Wyborczej
Wyd. Mediasat Poland

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Sardegny oraz Wyzwania Z Półki.

wtorek, 25 grudnia 2012

Klasyka na Święta: "Agnes Grey"



Każdego roku w okresie Świąt sięgam po coś z szeroko rozumianej klasyki. Atmosfera dawnych czasów i bogaty, piękny język przemawia do mnie wtedy jak nigdy. Tym razem mój wybór padł na Agnes Grey Anne Brontë.

Kilka miesięcy temu zachwycałam się Jane Eyre autorstwa siostry Anne – Charlotte. Pisałam wtedy, że trudno wypowiadać się z klasą o czymś, co jest idealne. Z Agnes Grey mam podobny kłopot, gdyż ta powieść podobała mi się nawet bardziej niż dzieło starszej z sióstr. Autorka wprowadza czytelnika w smutną rzeczywistość posady guwernantki, którą to pracą parała się sama Anna. Mimo początkowych wyobrażeń na temat wspaniałości tej pracy i łatwości, z jaką Agnes ma nadzieję nawiązać więzi ze swoimi podopiecznymi, przyjdzie się jej zmierzyć z przykrościami i niesprawiedliwością, ignorancją i pychą zarówno swoich pracodawców, jak i ich latorośli.

Anne Brontë stworzyła postać dobroduszną, rozsądną, prawdomówną i uczciwą, która od samego początku zjednała sobie moją sympatię i szacunek. Dzięki tym cechom i pierwszoosobowej narracji miałam wrażenie, że doskonale ją poznałam i kibicowałam jej losom aż do ostatniej strony. Agnes rzucona została w towarzystwo, które nie docenia jej wartości, zalety traktuje jak wady, ogranicza jej możliwości, by następnie karać za te ograniczenia. Zarówno mocodawcy panny Grey, ich dzieci, jak i dalsza rodzina i znajomi jawią się jako banda zepsutych, pysznych ignorantów, pragnących na każdym kroku zaznaczyć swoją przewagę nad ubogą guwernantką, którzy za nic mają uczucia innych. Każda z tych postaci jest jednak wielowymiarowa, ciekawa, a obserwowanie ich wzajemnych interakcji nieraz budziło mój sprzeciw, ale i pokrętnie rozumiany zachwyt (który można chyba porównać z przyjemnością, jaką widzowie mają w czasie walki byka z torreadorem).

 Jednak nie można wspomnieć również o wątku miłosnym, który mnie osobiście przypominał te z powieści mojej ukochanej Jane Austen. Jednak mimo tych podobieństw, jak i porównań do powieści Charlotte Brontë, Anne Brontë  ma swój własny styl, bardzo wyrazisty i piękny. Nie znajdziemy tu tak dużych pokładów ironii, jaką raczyła nas Jane, ale i atmosfera powieści, mimo smutnych elementów, nie jest mroczna, jak to było w Jane Eyre. Anne wybrała sposób niemalże reporterski, by zaznajomić czytelnika z zaletami i wadami posady guwernantki, i opisując kolejnych bohaterów, nie narzuca swojego zdania. Pozwala mu samemu zdecydować, z jaką to osobowością ma do czynienia, choć przy opisywanych zachowaniach trudno mówić o zdobywaniu sympatii w stosunku do większości z nich. Zachwyciła mnie osobiście biegłość Anne w cytowaniu Biblii, z której wielokrotnie przytacza wersety idealnie wpasowujące się w konkretna sytuację – jednak trudno się dziwić, wszak była córką duchownego!

Olbrzymie brawa dla wydawnictwa MG za danie polskiemu czytelnikowi możliwości przeczytania i zachwycenia się tymi dziełami sióstr Brontë, które do tej pory, nie wiedzieć czemu, pozostawały nieprzetłumaczone. Teraz nie tylko mamy do czynienia z dobrym przekładem, ale i pięknym, eleganckim wydaniem, które doskonale się czyta (mówta, co chceta, ale czcionka też jest ważna!).

Przy Jane Eyre zdarzały mi się chwile przerwy, dwie, trzy strony, przez które trzeba było „przebrnąć” by móc dalej rozkoszować się opowieścią. W Agnes Grey wsiąka się na całego, gdyby nie mnóstwo pracy kuchenno-sprzątającej przed Wigilią, zapewne połknęłabym ją w kilka godzin. W sytuacji przedświątecznej gorączki zajęło mi to dwa dni. I już zacieram ręce, by pozyskać kolejne powieści sióstr Brontë.

Moja ocena: 6/6

Anne Brontë Agnes Grey
Tłum. Magdalena Hume
Wydawnictwo MG
Kraków 2012


sobota, 8 grudnia 2012

Nowy straszny świat



Jak już kiedyś pisałam, trudno napisać coś mądrego i nowego o książce, o której napisano już wszystko. Dlatego zamieszczam tutaj kolejny post z cyklu „moje wolne refleksje bez ładu i składu” licząc, że uda mi się zainteresować tych z was, którzy jeszcze z Aldousem Huxley’em nie mieli do czynienia.

Nowy wspaniały świat to druga antyutopia, którą zdarzyło mi się przeczytać. Pierwszą był Rok 1984 Orwella, którym zaznajomiłam się wiele lat temu, mimo to wciąż pamiętam, jak olbrzymie wrażenie na mnie zrobił. Dlatego siłą rzeczy nie mogłam się powstrzymać by przy lekturze Huxley’a nie porównywać stworzonego przez niego świata do tego orwellowskiego.

Przede wszystkim z zaskoczeniem odkryłam, że Nowy wspaniały świat został opublikowany na długo przez Rokiem 1984 – były to odpowiednio lata 1932 i 1949 (dane pochodzą z Wikipedii), gdyż zawsze to Orwella kojarzyłam z twórcą gatunku. W obu powieściach poznajemy społeczeństwa przyszłości, których członkowie nie tylko mają sposobność korzystania z wygód, jakie przyniosła im nauka, ale które jako takie są z góry zaprojektowane, by stłamsić jednostkę i wskazać na społeczność jako najwyższe dobro. Przy czym u Orwella ludzie byli stale śledzeni, inwigilowani, nawet gdy byli sami, to tak naprawdę sami nie byli. U Huxley’a pozornie każdy jest wolny, nikt nikogo nie śledzi. Nie ma obowiązku meldowania się władzom, nie ma wszechobecnych zakazów, właściwie dozwolone jest wszystko, na co ma się ochotę. Cóż z tego, skoro zadbano, by właśnie te ochoty były stricte zaprojektowane?

Autor, tworząc społeczeństwo przyszłości, tak naprawdę porusza niezwykle ważne tematy, pod kołderką ciekawej powieści SF każe się czytelnikowi zastanowić, czy to, do czego ludzkość dąży, dążyła i dążyć będzie, byłoby tak naprawdę szczęściem. Bo niby każdy z nas w pewnych chwilach marzy, jak dobrze byłoby, gdyby nie było chorób, śmierci, samotności, moralnych dylematów. Ale Huxley pokazuje, jak straszne i puste jest życie bez smutku po stracie najbliższych czy bez złamanych serc.

W Nowym wspaniałym świecie te wszystkie kwestie podane są przez zaprzeczenie – autor usunął z życia stworzonych przez siebie ludzi wszystkie troski, nieprzyjemności, kłopoty. Każdy element naszego życia, który rodził negatywne emocje, został przebudowany tak, aby nie rodzić żadnych.  I wtedy okazuje się, że nic z tego życia nie pozostaje. Ten nowy wspaniały świat powinien być ucieleśnieniem naszych marzeń, a jednak przeraża. Przeraża tym bardziej, że powoli zaczynamy w nim żyć. To, co dla czytelnika w 1932 roku było sferą bardzo odległego gdybania, dla nas jest już niestety codziennością – czytając tą powieść, z zaskoczeniem odkryjecie wiele znajomych wynalazków.

Fascynująca wierzchnia warstwa powieści i ukryte pod nią małe wielkie prawdy przekonują mnie, że miałam do czynienia z Literaturą przez duże L. Zdecydowanie jest to książka, do której będę w życiu wracać.

Moja ocena: 5,5/6

Aldous Huxley Nowy wspaniały świat
Tłum. Bogdan Baran
Wyd. Muza
Warszawa 2010

Książka przeczytana w ramach listopadowej Trójki e-pik oraz wyzwania Z półki.

czwartek, 22 listopada 2012

Trzech gości na łajbie z kundlem



Na początek muszę wyznać, że konieczną wkrótce okaże się dla mnie zmiana sposobu dostawania się do centrum miasta. Bowiem kolejny raz w ostatnim czasie zdarzyło mi się w autobusie głośno rechotać nad książką. Zawsze to jest ten sam autobus, możliwe, że częściowo ci sami pasażerowie, a jednego wariata ta linia już ma, więcej nie zdzierży.

W zeszłym tygodniu śmiałam się nad „Wątoślem”, w tym powodem do chichów była klasyka – „Trzech panów w łódce nie licząc psa”, powieść brytyjska napisana pod koniec XIX wieku. Co stwierdziłam ze sporym zaskoczeniem, ale o tym za chwilę. Narrator i główny bohater w jednym – Jerome, wraz z dwoma przyjaciółmi i foksterierem, udają się na wycieczkę w górę Tamizy. Łodzią, gdyby ktoś miał wątpliwości. Pokonują 123 mile pomiędzy Kingston a Pangbourne, zaszczycając okoliczne miejscowości swoją obecnością, siejąc chaos i zniszczenie. Nie tylko po drodze przeżywają niezwykle zabawne, ale i czasem mrożące krew w żyłach przygody, ale i korzystają z życiowego doświadczenia, które pomaga im uniknąć jeszcze większych, hmmm, strat.

Jest to książka niesamowicie trudna do zaszufladkowania. Z jednej strony funkcjonować mogła, i do dziś jeszcze może, jako przewodnik po najciekawszych miejscach nad Tamizą. Trzech panów odwiedza między innymi wyspę, gdzie ponoć podpisano Magna Carta Libertatum, miejsce, gdzie Henryk VIII i Anna Boleyn urządzali swe schadzki, i liczne pola bitewne. Jednak sama opowieść o pływaniu łajbą po Tamizie zajęłaby pewnie około 70 z 300 stron. Pozostałe strony wypełnione są natomiast przezabawnymi anegdotami z życia Jerome’a i jego koleżków, nie pomijając psa. Jerome jest mistrzem dygresji, połączonych z głównym tematem cienką, symboliczną nitką, która następnie dygresję ową łączy z kolejną, do niej dokłada się jeszcze jedną historyjkę, by po chwili wrócić do tematu wiodącego. A zrobione jest to wszystko z taką gracją, że czasami masz ochotę wyskoczyć na ulice o pokazać obcym ludziom – patrz! Patrz, co on tu zrobił!  A wszystko to okraszone jest starym, dobrym, angielskim humorem, przez co nie sposób nieraz powstrzymać się od śmiechu. Poważnie – momentami, gdyby nie uszy, cieszyłabym się dookoła głowy. A wystarczyło po kilku dniach przypomnieć sobie jakiś fragmencik, by dostać banana na gębie w trakcie wykładu czy w sklepie.

Przy tym jest to książka bardzo aktualna. Stąd wzięło się moje zaskoczenie, kiedy odkryłam, że po dzieło ma XIX wieczny rodowód. Otóż pewne sytuacje mogą się nam przydarzyć, tak samo ja przydarzały się 100 lat temu, i wciąż będą bawić. Na mojej prywatnej liście „Trzech panów w łódce” ląduje na czele listy rozwesela czy.

Ponadczasowa, przezabawna, świetnie się czyta. Absolutnie nie w środkach transportu.

Moja ocena 5,5/6

Jerome K. Jerome Trzech panów w łódce nie licząc psa
Tłum. Kazimierz Piotrowski
Książka i Wiedza, Seria „Koliber”
Warszawa 1988

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik oraz Z półki.