O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SF. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SF. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2015

"Marsjanin" Andy Weir

Najlepszy przykład na to, że czasem warto wyjść ze swojej strefy komfortu i dać się ponieść powieści, po którą co do zasady by się nie sięgnęło.

Zetknęłam się z tylko jedną recenzją Marsjanina Andy’ego Weira ale to wystarczyło, bym wybrała ją na jedną z moich wakacyjnych lektur (tak, przeczytałam ją już prawie miesiąc temu, tempo recenzowania mam zabójcze); mianowicie, recenzentka określi tą książkę jako niesamowicie zabawną. Nie wiem, czy wy też tak macie, ale mnie coraz trudniej rozbawić. Nie wiem, czy to kwestia tego, że już dużo zabawnych rzeczy, przeczytałam, czy humor autorów jest coraz częściej nastawiony na prymitywnego odbiorcę, czy ja się zwyczajnie stara robię, ale ostatnio wiele z tego, co miało być zabawne, jakoś mnie nie bawi. A Marsjanin rozbawił, i to tak prawdziwie. A przy okazji poduczył i wciągnął w przygodę, której na pewno nie chciałabym sama przeżyć.

Wbrew temu, co narzuca tytuł, nie jest to powieść SF o ufoludku. Mark Watney jest jak najbardziej ziemianinem, astronauta, inżynierem, botanikiem, zabawnym gościem. I jest pierwszym mieszkańcem planety Mars, czyli jakby nie patrzeć, Marsjaninem. Nie, żeby planował to ostatnie, ale stało się. W trakcie burzy pisakowej zostaje oddzielony od reszty załogi, która przekonana błędnymi odczytami ze skafandra Watney’a iż ich kolega postradał życie, odlatuje z Marsa bez niego.  Tymczasem Mark pozostał cały i zdrów na powierzchni planety, zdeterminowany, by przeżyć na niej kolejne 4 lata, zanim ktoś będzie mógł po niego przylecieć.

Powiem wam, że z początku, po przeczytaniu blurba, podejrzewałam, że będzie to kolejna powieść o dzielnym Amerykaninie, który robi rzeczy niemożliwe ze słowami hymnu narodowego na ustach, taki kosmiczny MacGayver. Autor bardzo mnie więc zaskoczył, kiedy jego bohater okazał się nie tylko wesołkiem, ale i goście w stylu „jeśli coś jest głupie, ale działa, to znaczy, że nie jest głupie”. Mark na bowiem do dyspozycji nie tylko pozostawiony przez załogę sprzęt, ale przede wszystkim sporą wiedzę (ktoś go do tej misji jednak wybrał) i olbrzymie pokłady dobrego humoru. Nie wiem, co sprawia, ze jego dziennik z Marsa czyta się tak świetnie: czy jego niesamowita pomysłowość (chociaż tutaj moja ograniczona wiedza naukowa nie pozwalała docenić wszystkich idei) czy właśnie żartobliwy, lekko ironizujący, czasem odrobinę wulgarny, pełen dystansu do siebie styl Marka. Większość znanych  mi ludzi (w tym moja skromna osoba) w jego sytuacji położyłaby się i czekała na śmierć. Mark tez ma chwile zwątpienia, ale przede wszystkim przywraca nadzieję w ludzkość. Wiedzą bowiem można uratować się z najgorszej nawet sytuacji.

To, co mnie przekonało do tej powieści tak na 100% to „akredytacja NASA". Autor korzystał z wielu źródeł informacji, dzięki czemu jego pomysły, chociaż osadzone w niedalekiej przyszłości, są jak najbardziej realistyczne i zgodne z prawami fizyki. Co więcej, gdzieś nawet wyczytałam, iż Marsjanin to dokładna wizja NASA na najbliższe kilkadziesiąt lat, minus cała dramaturgia z zostawieniem astronauty na Marsie.

Jest więc przygoda, jest humor, jest spora dawna wiedzy. Jest też fajna dynamika grupy, kiedy do akcji dołącza reszta trefnej załogi, jest mechanizm działania public relations, social media i polityki, kiedy Ziemia dowiaduje się o Marsjaninie. To wszystko tworzy jedną z najlepszych powieści tego roku. Mogę jedynie polecić i czekać na film.

Moja ocena:  5/6

Andy Weir Marsjanin
Tłum. Marcin Ring
Wyd. Akurat

Warszawa 2015

sobota, 8 grudnia 2012

Nowy straszny świat



Jak już kiedyś pisałam, trudno napisać coś mądrego i nowego o książce, o której napisano już wszystko. Dlatego zamieszczam tutaj kolejny post z cyklu „moje wolne refleksje bez ładu i składu” licząc, że uda mi się zainteresować tych z was, którzy jeszcze z Aldousem Huxley’em nie mieli do czynienia.

Nowy wspaniały świat to druga antyutopia, którą zdarzyło mi się przeczytać. Pierwszą był Rok 1984 Orwella, którym zaznajomiłam się wiele lat temu, mimo to wciąż pamiętam, jak olbrzymie wrażenie na mnie zrobił. Dlatego siłą rzeczy nie mogłam się powstrzymać by przy lekturze Huxley’a nie porównywać stworzonego przez niego świata do tego orwellowskiego.

Przede wszystkim z zaskoczeniem odkryłam, że Nowy wspaniały świat został opublikowany na długo przez Rokiem 1984 – były to odpowiednio lata 1932 i 1949 (dane pochodzą z Wikipedii), gdyż zawsze to Orwella kojarzyłam z twórcą gatunku. W obu powieściach poznajemy społeczeństwa przyszłości, których członkowie nie tylko mają sposobność korzystania z wygód, jakie przyniosła im nauka, ale które jako takie są z góry zaprojektowane, by stłamsić jednostkę i wskazać na społeczność jako najwyższe dobro. Przy czym u Orwella ludzie byli stale śledzeni, inwigilowani, nawet gdy byli sami, to tak naprawdę sami nie byli. U Huxley’a pozornie każdy jest wolny, nikt nikogo nie śledzi. Nie ma obowiązku meldowania się władzom, nie ma wszechobecnych zakazów, właściwie dozwolone jest wszystko, na co ma się ochotę. Cóż z tego, skoro zadbano, by właśnie te ochoty były stricte zaprojektowane?

Autor, tworząc społeczeństwo przyszłości, tak naprawdę porusza niezwykle ważne tematy, pod kołderką ciekawej powieści SF każe się czytelnikowi zastanowić, czy to, do czego ludzkość dąży, dążyła i dążyć będzie, byłoby tak naprawdę szczęściem. Bo niby każdy z nas w pewnych chwilach marzy, jak dobrze byłoby, gdyby nie było chorób, śmierci, samotności, moralnych dylematów. Ale Huxley pokazuje, jak straszne i puste jest życie bez smutku po stracie najbliższych czy bez złamanych serc.

W Nowym wspaniałym świecie te wszystkie kwestie podane są przez zaprzeczenie – autor usunął z życia stworzonych przez siebie ludzi wszystkie troski, nieprzyjemności, kłopoty. Każdy element naszego życia, który rodził negatywne emocje, został przebudowany tak, aby nie rodzić żadnych.  I wtedy okazuje się, że nic z tego życia nie pozostaje. Ten nowy wspaniały świat powinien być ucieleśnieniem naszych marzeń, a jednak przeraża. Przeraża tym bardziej, że powoli zaczynamy w nim żyć. To, co dla czytelnika w 1932 roku było sferą bardzo odległego gdybania, dla nas jest już niestety codziennością – czytając tą powieść, z zaskoczeniem odkryjecie wiele znajomych wynalazków.

Fascynująca wierzchnia warstwa powieści i ukryte pod nią małe wielkie prawdy przekonują mnie, że miałam do czynienia z Literaturą przez duże L. Zdecydowanie jest to książka, do której będę w życiu wracać.

Moja ocena: 5,5/6

Aldous Huxley Nowy wspaniały świat
Tłum. Bogdan Baran
Wyd. Muza
Warszawa 2010

Książka przeczytana w ramach listopadowej Trójki e-pik oraz wyzwania Z półki.