O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2015

Magia w rytmie jazzu

Jeśli miałabym napisać „recenzję” cyklu powieści Bena Aaronovitcha składającą się z jednego zdania, brzmiałoby ono tak: Gdyby powstała kontynuacja powieści o hardym Potterze, w których Harry jest aurorem, ściga złych po ulicach Londynu i ma nieco większy dystans do siebie samego, to były by to właśnie książki o posterunkowym Peterze Grancie. Na szczęście, nie mam ograniczeń w ilości zdań, dlatego poniżej znajdziecie w miarę wyczerpujące uzasadnienie, dlaczego ten cykl stał się moją nową obsesją.

Żeby to miało ręce i nogi, należy przypomnieć, że pierwszą powieścią z tego cyklu są Rzeki Londynu, w której to posterunkowy Peter Grant dowiaduje się przypadkowo, że chociaż jako normalny gliniarz nie jest może najlepszy, ale jako gliniarz nienormalny jest pierwszym od pięćdziesięciu lat właściwym kandydatem. Znaczy, okazuje się, że Peter ma magiczne zdolności, zatem może dołączyć do elitarnej jednostki londyńskiej policji, zajmującej się ściganiem złoczyńców właśnie magicznych – duchów, wampirów, bóstw – podwajając jednocześnie jej skład. Do tej pory bowiem jedynym magicznym gliniarzem w mieście był jego szef – inspektor Nightingale.

Księżyc nad Soho to druga książka w tym cyklu, która poza przypomnieniem najważniejszych informacji z tomu pierwszego, wprowadza na scenę całkiem nowe potwory i spółkę, na tyle nowe, że nawet sam Nightingale nie bardzo chce wierzyć w ich istnienie. Nie tylko z tego powodu Peterowi będzie trudniej niż w pierwszej powieści uporać się z magicznymi przestępcami, ale więcej nie powiem, żeby nie spoilerować. Co jednak mogę powiedzieć, to że ta część podobała mi się nawet bardziej niż Rzeki Londynu.

Nie wiem dlaczego, ale tematyka wodnych bóstw z tomu pierwszych nie pociągała mnie aż tak bardzo jak tematyka Księżyca, który oddala się od Tamizy i reszty i skupia się na tytułowym Soho, a konkretnie – na scenie jazzowej Soho. Czytelnik dowiaduje się kolejnych ciekawych rzeczy na temat magicznego systemu stworzonego przez autora, dzięki czemu coraz bardziej zaczyna się to trzymać kupy, poznaje też nieco historii Nightingale i magii w Anglii. Ale przede wszystkim śmieje się jak głupi. To znaczy, ja się śmiałam, i to o wiele głośniej i częściej niż przy okazji pierwszej książki z cyklu. Humor głównego bohatera, przechodzący od lekko zrezygnowanego dowcipu, poprzez żart pełny, zahaczając o ironię i sarkazm, aż do klasycznej komedii sytuacyjnej sprawił, że po ile po lekturze Rzek Londynu wiedziałam, że będę chciała przeczytać kontynuację, o tyle teraz wiem, że muszę przeczytać dalsze tomy. I teraz tylko zależy od Wydawcy, czy dostarczy mi kolejne, czy też ja i Amazon Kindle zaprzyjaźnimy się jeszcze bardziej.

Moja ocena: 6/6

Ben Aaronovitch Księżyc nad Soho
Wyd. MAG

Warszawa 2014

piątek, 16 stycznia 2015

O czarodzieju, co Potterem nie został

Odkąd przeczytałam ostatnie zdanie siódmego tomu Harrego Pottera, nie ustaję w poszukiwaniach tego nieokreślonego „czegoś podobnego”, na co będę mogła czekać z takim samym wytęsknieniem i co zabierze mnie w tak samo fascynującą podróż do świata fantazji, jak wspomniana seria. Nie, żebym wierzyła, że coś takiego się zdarzy, ale nadzieja umiera ostatnia. Toteż na marketing „potterowopodobny” jestem, wstyd się przyznać, dosyć podatna, i zarówno opis z okładki Złej krwi, jak i cytat z jednej z recenzji (też umieszony na okładce) odwołujący się wprost do moich ukochanych książek – to wystarczyło, bym powędrowała do najbliższej księgarni i przytuliła tą powieść do serca.

Trochę mój zapał ostygł, kiedy obok cytatu o Potterze zobaczyłam drugi – porównujący Sally Green do Stephanie Mayer, autorki Zmierzchu. Zmierzch mi się, owszem, podobał, ale to jednak zupełnie inna bajka, inny kaliber – umieszczanie jej nazwiska obok mojej ukochanej J. K. Rowling kazało się zastanawiać, cóż to za dziwna hybryda wylądowała na mojej półce? No bo wybaczcie, ale gdzie Rowling, a gdzie Meyer…

Zła krew to pierwszy tom trylogii o angielskich czarodziejach. Podobnie jak w świecie Pottera, i tutaj czarodzieje żyją obok niemagicznych osób, w taki sposób, by ci drudzy nie dowiedzieli się o zdolnościach tych pierwszych. Mamy Radę Białej Magii, naczelną władzę nad czarodziejskim światem, i bardzo klarowny podział na białych i czarnych – biali to czarodzieje, czarni to czarnoksiężnicy, a by trafić do odpowiedniej kategorii wystarczy się urodzić w rodzinie białych lub czarnych. Chyba, że jest się bohaterem tej książki, Natanem, który jest synem białej czarodziejki i czarnego czarnoksiężnika, co od początku naraża go na ostracyzm społeczny i szczególne zainteresowanie Rady. By odnaleźć ojca i zrozumieć, kim jest, Natan będzie musiał ukryć się przed Radą i jej łowcami, gdyż podział na białych i czarnych jest tu jasny, ale na dobrych i złych, jak się wydaje, już nie tak bardzo.

Sporo miałam tej książce do zarzucenia. Bardzo wiele szczegółów przypomina do złudzenia powieści Rolwing, ale to powiedzmy, nie dziwi, zważywszy, że w fantastyce pewne motywy dosyć często się powtarzają. Jednak świat skonstruowany przez Green, moim  zdaniem, nie do końca trzyma się kupy. Nie, żebym stwierdziła jakieś rażące nieścisłości, po prostu zusammen do kupy nie kupiłam tego pomysłu. W dodatku autorka ma skłonność do wyjątkowego antagonizowania postaci i umieszczania ich na przeciwległych biegunach. Jej postaci są albo dobre, albo złe, właściwie tylko jeden, najbardziej interesujący, zachował jakieś odcienie szarości, i jeśli sięgnę po kolejny tom, to tylko dla niego.

Nie pomagało na pewno to, że powieść jest pisana nie tylko w pierwszej osobie, ale i w czasie teraźniejszym. Nie wiem, z czego to wynika, ale czas przeszły powoduje, że od razu „przenikam” do czytanej historii. Przy czasie teraźniejszym czuję, jakbym miała między opowieścią a sobą pośrednika, który nieco przeszkadza. I chociaż czytało się nadzwyczaj szybko i płynnie, to jednak ten czas teraźniejszy raził. Autorka rozkręciła się pod koniec, nie należy zapominać, że wszak jest to nie tylko pierwszy, wprowadzający tom trylogii, ale i debiut literacki Sally Green, niewykluczone, że dalej będzie lepiej, ja jednak spodziewałam się po tej książce czegoś lepszego.

Na pewno nie kupię kolejnego tomu w papierze, najwyżej ebooka w promocji. Możliwe, że sięgnę po ten drugi tom, by zobaczyć, jak to się dalej potoczyło, zainteresowana szczególnie jedną postacią, która pojawia się na ostatnich stronach powieści, bo tylko ona budzi jakieś emocje i zainteresowanie. Chyba, że kolejny tom będzie za rok, bo wtedy, hmmm, zapomnę już o tej książce.

PS Aha, porównanie zarówno do Rowling jak i do Meyer zdecydowanie przesadzone – z Harrego Pottera mamy kilka szczegółów, z Meyer dosyć słabo skrojony romas.

Moja ocena: 4/6 (wahałam się, czy nie dać 3,5, ale pod koniec się rozkręciło)

Sally Green Zła krew
Tłum. Dorota Knowrocka-Sawa
Wyd. Uroboros

Warszawa 2014