O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 września 2017

"Dziewięć kobiet, jedna sukienka" Jane L. Rosen


Cały czas twardo czytam moje zaległe książki, nie wiem, ile mi jeszcze zostało, ale wiem, że dużo. Jednak zaległości zaległościami, nie-kupowanie nie-kupowaniem a życie życiem – przychodzi taka chwila, gdy od popadnięcia w czytelniczą niemoc jest w stanie uratować mnie tylko konkretny typ książki. Czasem jest to kryminał, czasem reportaż, czasem o prostu seria o Potterze. Tym razem były to obyczajówki, a wręcz chick-lity i nawet, nie bójmy się tego słowa, romanse. I nie byłoby problemu gdyby takowe były zakurzone na półkach, ale niestety wyszły. I wtedy przypomniałam sobie, do czego służą księgarnie. O dziwno, nie do kupowania wszystkiego co na promocji a co chciałoby się przeczytać w okolicach emerytury, a do kupowania czegoś, co chce się przeczytać teraz. O nowo odkrytej przyjemności z kupowania będzie jednak kiedy indziej, dziś wolałabym opowiedzieć o uroczej powieści, która wyleczyła mnie z chandry.

Dziewięć kobiet, jedna sukienka Jane L. Rosen, poza koślawo przetłumaczonym tytułem ma wszystko, czego pragnę od babskiej, lekkiej obyczajówki. Kilka kobiet, których losy zazębiają się poprzez tę jedną sukienkę sezonu, oraz kilku mężczyzn, którzy za tymi kobietami szaleją, chociaż nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Piękna sukienka, która jest w stanie wydobyć pewność siebie z każdej kobiety, która ją założy. Humor i komedia pomyłek. Sprzedawca z Boomingdale’a z mieczem sprawiedliwości dziejowej niczym ostatni obrońca wiary. I Nowy Jork, mój Nowy Jork, taki sam a jednak inny w każdej kolejnej książce.


Jest to ciepła i zabawna opowieść o miłości, przyjaźni i modzie, idealna na wieczory po ciężkim dniu, kiedy zamiast przeżywać cudze dramaty człowiek pragnie się tylko odprężyć, zanurzyć w lekkiej lekturze, uśmiechnąć pod nosem, a potem, kto wie, może wyciągnąć swoją małą czarną z szafy? Jane L. Rosen oferuje dokładnie to, co obiecuje różowa okładka i atłasowa sukienna na niej umieszczona, napisane zgrabnym językiem i bez zbędnych dłużyzn. Mam nadzieję, że autorka uraczy nas w przyszłości opowieściami tak udanymi jak ten debiut.

Jane L. Rosen "Dziewięć kobiet, jedna sukienka"
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2017

sobota, 18 lutego 2017

Magdalena Rittenhouse "Nowy Jork"

Nie wiem kiedy czytanie książek o Nowym Jorku przekształciło się u mnie w zwykłe zbieractwo książek o Nowym Jorku. Kiedy potrzeba poszerzenia wiedzy o Wielkim Jabłku spłycona została do potrzeby zbudowania nowojorskiej biblioteczki. Fakt jednak pozostaje faktem – mam na półce jeszcze 4 nieprzeczytane, nowojorskie książki. Mój projekt czytania własnych półek dotarł i w te rejony regału, a na pierwszy ogień poszła pięknie wydana książka Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero Magdaleny Rittenhouse, sprezentowana mi na urodziny trzy, cztery lata temu?

To powinna być lektura, o której zaczyna się swoją przygodę z Nowym Jorkiem. Chociaż autorka skupia się tu wyłącznie na Manhattanie, to wszak od tej małej wyspy zaczyna się wielka kariera tego cudownego miasta. Nie ma fragmentu, nie ma dzielnicy, ulicy czy charakterystycznego punktu, któremu pani Magdalena nie poświęciłaby tutaj odpowiednio dużo miejsca. Zaczynamy od dołu wyspy, sprzedanej, jak głosi legenda, przez Indian Holendrom w zamian za kilka paciorków. Obserwujemy jak powolutku kształtuje się Nowy Amsterdam, jak pokojowo zmienia nazwę i władze w wyniku przejęcia przez Anglików. Na naszych oczach Wall Street zmieni się wkrótce w światowe centrum handlu, a my, po krótkim przystanku na wyspie Ellis rozpoczniemy nasz Amerykański Sen.

Kiedy patrzyłam na tą piękną okładkę, nie przypuszczałam, że kryje ona takie bogactwo. Autorka przede wszystkim podjęła tytaniczną pracę zbierając materiały. Nie tylko sama wielokrotnie rozmawiała z nowojorczykami, ale i sięgnęła po olbrzymią bibliografię, do której co i rusz się odwołuje. Nic tu nie jest przypadkowe, niedopatrzone czy oparte na niczym. Każdy akapit jest wypełniony po brzegi informacjami , dlatego podczas lektury warto zwolnić, by móc zapamiętać jak najwięcej z fascynującej historii miasta. Mimo tej obfitości nie sposób się oderwać od Nowego Jorku. Wrażenie bowiem jest podobne do tego z Opowieści tysiąca i jednej nocy, kiedy to z jednej historii wyrasta kolejna, i kolejna, od małej holenderskiej osady do muru granicznego, od muru do Wall Street, od Wall Street do giełdy i kończymy w XXI wieku. I tak cała książka.

Nie spieszyłam się z lekturą. Dałam sobie i jej czas, by w pełni odsłoniła przede mną bogactwo historii i kultury Nowego Jorku. Wydawało mi się, że dużo wiem o tym mieście, tymczasem okazało się, że nie wiem prawie nic. A proces przyswajania wiedzy okazał się najprzyjemniejszym procesem, jaki można sobie wyśnić, również dzięki poetyckiemu językowi i obłędnej zdolności autorki do snucia opowieści. Do tej pory jedynie Filipowi Springerowi udało się wycisnąć ze mnie łzę przy opisie wznoszenia lub burzenia budowli. Teraz do tego wąskiego grona zaliczam też Magdalenę Rittenhouse.

Moja ocena: 6/6

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero
Wyd. Czarne
Wołowiec 2013


wtorek, 9 sierpnia 2016

"Dziewczyna z rewolwerem" Amy Stewart

Lubię powieści retro. Lubię powieści o silnych postaciach kobiecych. Lubię czytać bloga Pauliny Surniak. I wprost uwielbiam Nowy Jork. Zatem, czy książka o Constance Kopp, jednej z pierwszych kobiet – szeryfów, osadzona w Nowym Jorku w czasach I wojny światowej, tłumaczona przez Paulinę, mogła zostać przeze mnie pominięta? Nie, nie mogła.

„Zamordowano austriackiego następcę tronu, w Meksyku trwała rewolucja, a w naszym domu nie działo się kompletnie nic”. Panny Constance, Norma i Fleurette Kopp wiodą spokojne życie w swoim domu na farmie. Pewnego dnia udają się powozem do miasta, kiedy z impetem wjeżdża w nie samochód lokalnego przedsiębiorcy i niszczy doszczętnie ich jedyny środek transportu. Coś, co zaczęło się jako uprzejma, lecz stanowcza wola uzyskania odszkodowania zmieni się wkrótce w pełne akcji i napięcia życie w oblężonej twierdzy, zaś najstarsza z sióstr będzie musiała wziąć sprawy w swoje ręce i uratować rodzinę przed pewnymi siebie łotrzykami. W między czasie okaże się niezwykłą, jak na owe czasy, pomocą w zaprowadzaniu porządku, nie tylko domowego.

Sama nie wiem, co bardziej mi się podobało w tej powieści: silne postaci, nie tylko kobiece, z których każda, nawet najdrobniejsza, skonstruowana została z olbrzymią szczegółowością; Nowy Jork początku wieku, kiedy emancypacja kobiet zatacza coraz szersze kręgi, a jednocześnie na porządku dziennym są hotele tylko dla dam; czy misterna plecionka zdarzeń historycznych i fikcyjnych, składających się na tę barwną i fascynującą opowieść.

To drugi raz, kiedy sięgam po powieść tłumaczoną przez osobę, którą znałam do tej pory poprzez jej wpisy na blogu. I powiem to samo co wtedy: dla mnie dobre tłumaczenie jest wtedy, kiedy nie widać tłumaczenia. I tak właśnie było w tym przypadku, z resztą nie dziwota, wiedząc, iż literatura angielska to nie tylko praca ale i pasja tłumaczki. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zarówno nie jest to ostatnia praca autorki, jak i tłumaczki. I polecić tą książkę każdemu, kto lubi retro klimaty, Nowy Jork i silne kobiety.

Moja ocena: 4,5/6

Amy Stewart Dziewczyna z rewolwerem
Tłum. Paulina Surniak
Wyd. Czwarta Strona

Poznań, 2016

niedziela, 22 maja 2016

"Nocny film" Marisha Pessl

Dawno już nie czytałam tak zakręconej książki.

Z twórczością Marishy Pessl spotkałam się wiele lat temu przy okazji jej debiutanckiej powieści o bardzo intrygującym tytule Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof. Nie pamiętam już zbyt wiele z fabuły, jedynie swoje wrażenie po skończonej lekturze. Wrażenie, że gdyby ta ponad 600-set stronicowa książka skończyła się po czterystu stronach, byłaby to jedna z najlepszych powieści psychologiczno-obyczajowych, jakie przeczytałam. Ale autorka dodała kolejne dwieście, a w nich najbardziej szalone, zupełnie nie związane z pierwszą częścią książki, wątki, jakby usilną próbę stworzenia thrillera, jakby autorka w połowie pisania postanowiła zmienić gatunek. I zakończyła to, o ile dobrze pamiętam, niemalże brakiem zakończenia. A ja miałam naprawdę sporo trudności w ocenieniu przeczytanej książki, bo czułam się jakbym oceniała dwie różne powieści.

W Nocnym filmie wiele z tych trudności się nie pojawia. Przede wszystkim, od początku autorka zdecydowała się, że jednak thriller to jej ulubiony gatunek, i konsekwentnie szła w tym kierunku. Powieść została dobrze skonstruowana, każda postać pojawia się w niej w odpowiedniej chwili, i pozostaje  w niej tak długo, jak tego trzeba, by później bez żalu się z nami pożegnać. Ponad siedemset stron dało pole do popisu dla wyobraźni Pessl, która co raz bawi się z czytelnikiem konwencją, raz skręca w kierunku kryminału, innym razem horroru, dodaje szczyptę magii, rozbijającej się o zdrowy rozsądek. I sprawia, że Nowy Jork z centrum świata zmienia się w bardzo ponure miejsce.

Główny bohater powieści, Scott McGrath, jest dziennikarzem i reportażystą, niegdyś bardzo cenionym, który obecnie popadł w niełaskę. Kilka lat temu zajął się śledztwem nad niezwykle kontrowersyjną i tajemniczą postacią reżysera filmów grozy, Cordovą, a kiedy nagle wszyscy świadkowie wycofali się, pozostał sam na placu boju, z wyrokiem za oszczerstwo i wyczyszczonym do zera kredytem zaufania społecznego. Popada w coraz większą depresję, w czym nie pomaga rozwód i rzadkie widzenia z córeczką. Aż do chwili, gdy dowiaduje się o śmierci córki Corodovy, i znów czuje potrzebę zajęcia się tym tematem. W między czasie zyskuje dwóch pomocników, z którymi przemierza ulice Nowego Jorku i doświadcza coraz trudniejszych do wytłumaczenia przygód.

Biorąc pod uwagę, jak wiele jest do czytania (ponad 700 stron!) i jak ciekawa i wciągająca jest to lektura, zakończenie okazało się poniekąd płaskie i jałowe. Chociaż może to było tylko moje odczucie, jakby po szalonej kolejce górskiej przyszedł czas na wyhamowanie wagonika, a ja chciałabym, żeby zamiast tego wykonał kolejny piruet. Nie mniej nie mogę żałować czasu spędzonego na czytaniu Nocnego filmu, bo od czasu Cienia wiatru nie czytałam niczego, co tak płynnie poruszałoby się pomiędzy rzeczywistością a sennymi marami. A dołączone do powieści „przedruki” stron z gazet czy skany stron internetowych stworzyło wyjątkowe wrażenie czytelnicze. Dlatego, mimo pewnych „ale”, mogę szczerze polecić tę powieść jako świetną rozrywkę na lato.

Moja ocena: 4,5/6

Marisha Pessl  Nocny film
Tłum. Rafał Lisowski
Wyd. Albatros

Warszawa 2016

niedziela, 12 lipca 2015

Kocham Nowy Jork

Każdemu od czasu do czasu zdarza się taki okres, kiedy nie ma się ochoty czytać, albo niby ma się ochotę, ale na nic konkretnego. Sięgamy wtedy po jedną, drugą, czwartą książkę, czytamy kilka stron, odkładamy, szukamy czegoś innego. Myślę, że takie przestoje zdarzają się przy okazji każdego hobby, nawet najulubieńsza rzecz czasem wymaga, by ją na chwilę odłożyć, aby znów cieszyła nas w przyszłości.

Mimo to, za każdym razem kiedy zdarza mi się taki czytelniczy marazm, staram się jak najszybciej znaleźć na to remedium. Zwykle pomaga ukochana książka, taka, którą znam na pamięć, lub kolejny tom dobrze znanej serii. Tym razem jednak pomogła książka, która znajdowała się na mojej półce od roku, dwóch? Nie pamiętam. Kocham Nowy Jork to typowy chiclit, który stał się niezwykle popularny zaraz po premierze, i jak to często bywa, po kilku miesiącach wszyscy o nim zapomnieli. Głowna bohaterka, Catherine, jest prawniczką, która przez 6 lat ciężko pracowała w paryskim oddziale amerykańskiej kancelarii, i właśnie udało jej się przenieść do głównej siedziby firmy w Nowym Jorku. Nie mogę sobie wyobrazić, aby ktoś miał większe szczęście niż ona. Jednak mimo widoku na Manhattan, mieszkanka na Upper East Side i latania na wyprzedaże Diora, Wielkie Jabłko okazuje się nie być wcale tak cudownym miejscem. Właściwie, bardziej przypomina to scenerię powieści Diabeł ubiera się u Prady, tylko z kodeksami i francuską bohaterką. Współpracownicy knują za plecami, szefostwo wymaga dostępności 25 godzin na dobę 8 dni w tygodniu, nowi znajomi odrzucają snobizmem. A zacznie się robić jeszcze nieprzyjemniej.

Zdecydowanie nie jest to powieść na Nobla, ani nawet na powieść tygodnia w lokalnej bibliotece. Styl nie powalał na kolana, fabuła była miejscami nieco przewidywalna, a Catherine, mimo prawniczego wykształcenia i wieloletniej praktyki w branży, okazywała się często przerażająco wręcz naiwna. Nie wierzę, że ktoś tak prostolinijny, otwarty i ślepy na intrygi mógłby kiedykolwiek zarobić na awans do centrali. Momentami jen wpadki i nieogarnięcie były naprawdę irytujące.

A mimo to polecam tę powieść. To było lekkie, chwilami zabawne czytadło, takie, które nie zaskakuje, nie zawiera zbyt wielu wątków, opowiada konkretną historię, kończy się dobrze (żaden spoiler, jak niby miałaby się kończyć?). Dlatego będę teraz miała oczy otwarte na część drugą, Kocham Paryż. Bo czasem zwyczajnie trzeba sięgnąć po coś tak lekkiego i mieć z czytania czystą, niezmąconą głębszą myślą radochę.

Moja ocena: 4,5/6

Isabelle  Lafleche Kocham Nowy Jork
Tłum. Dorota Malina
Wyd. Literackie

2013

wtorek, 17 marca 2015

Romansidła kontra prawdziwe życie

Kiedy zaczynałam czytać Romans to moja praca, myślałam, że to typowy chick-lit, tymczasem okazało się, że sięgnęłam po autobiografię. No bywa.

Patience Bloom od liceum pasjami czyta romanse wydawnictwa Harlequin. Po latach zdobywa pracę, która poleca na… czytaniu romansów wydawnictwa Harlequin. To najbardziej znane wydawnictwo koncentrujące się na powieściach „dla pań” zatrudnia Patience, początkowo jako tymczasowego pracownika, później już jako pełnoetatowego członka zespołu.

Ale zanim do tego dojdzie, bohaterka (i jednocześnie autorka) przejdzie przez wszystkie stopnie edukacji, przeżyje nie jedną dobrą i nie jedną zła chwilę, kilkakrotnie zmieni pracę, i przede wszystkim – będzie uparcie, żywiołowo i stale poszukiwać Księcia z Bajki. Znanego również jako Ten Jedyny. Zaiste, miłosne perypetie Patience to materiał na niejedną powieść. Opowiedziana z humorem i sporym dystansem do siebie litania randek i nieudanych związków kryje jednak pod warstewką żartu gorzką prawdę o tym, jak trudno jest znaleźć miłość, jak wiele nieraz złych rzeczy musi nas spotkać, by na końcu zagrały fanfary i abyśmy potem żyli długo i szczęśliwie. Błyskotliwe porównania bohaterów romansideł z rzeczywistymi facetami bawiły mnie do łez.

Nie powiem, aby przeżycia narratorki były mi jakoś szczególnie bliskie czy znane z autopsji, osobowości mamy zupełnie inne, wiele rzeczy, które ona zrobiła, mnie nigdy nie przyszłyby do głowy. Ale mimo to bardzo ją polubiłam, i mimochodem w każdej wolnej chwili sięgałam po jej opowieść, by dowiedzieć się, co dalej. Pani Bloom ma olbrzymi dystans do samej siebie, a swojego uwielbienie dla romansów (i bądźmy szczerzy – literatury w ogóle) nie ukrywa, ale jednocześnie potrafi się z niego śmiać, przyznając jednocześnie, jak wiele te cieniutkie powieści dla niej znaczą, jak wiele pomogły jej przetrwać. Tego typu literatury wielu z nas się wstydzi  - w tym pisząca te słowa! Czytywałam harlequiny na studiach, i nie wykluczam, że poczytam w przyszłości (niedalekiej), ale chyba nie znalazłabym w sobie odwagi cywilnej, by czytać je w autobusie. Miałam nawet pewne opory w czytaniu tej pozycji z jej lekko cukierkową, błękitną okładeczką. Ale nie żałuję nawet chwili spędzonej na tej lekturze (no dobra, trochę żałuję, że część trzecia nie była nieco bardziej zwięzła, chociaż to może tylko moja wewnętrzna stara panna tak mówi) – to było dokładnie to, czego mi było teraz trzeba – zabawne, lekkie i z dużą ilością odniesień do literatury. A przy tym nie takie głupie.

Moja ocena: 4,5/6

Patience Bloom Romans to moja praca
Tłum. Marzenna Reyher
Wyd. WAB
Warszawa 2014


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Szaleństwo zwane Wielkim Jabłkiem

Jeśli jesteście tu wystarczająco długo, wiecie, że na punkcie Nowego Jorku mam absolutnego świra. Z tego powodu każda publikacja dotycząca tego miasta prędzej czy później musi trafić na moje półki, a stąd – na listę moich lektur. Nie inaczej było z pozycją wydaną niedawno przez PWN – Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów autorstwa Ewy Winnickiej.

Nowy Jork – miasto pełne przeciwieństw. Kolorowy mix kultur, religii, zwyczajów, bogactwa i biedy, sztuki i biznesu, ma równie fascynującą teraźniejszość jak i przeszłość. Chociaż każdy mniej więcej zna historię Stanów Zjednoczonych, procesy, które doprowadziły do powstania amerykańskiego społeczeństwa, to już nie wszyscy zdają sobie sprawę, jak wielkie znaczenie dla dzisiejszego obrazu tego państwa miały wydarzenia po wojnie secesyjnej. Jednym z najważniejszych było wprowadzenia na 13 lat prohibicji alkoholowej, która miała zapobiec popadaniu obywateli w pijaństwo i przedwczesnym zgonom, a przede wszystkim wzmocnić moralny szkielet protestanckiej części ludności przeciw złym wpływom ludności napływowej. Doprowadziła zaś do najprężniejszego w historii świata rozkwitu przestępczości zorganizowanej, korupcji i fali alkoholizmu – z którymi Amerykanie muszą sobie radzić po dzień dzisiejszy. Nowy Jork zaś stał się jedną z głównych scen tych wydarzeń.

Ewa Winnicka rozpoczyna swoją opowieść o tym pasjonującym mieście od wyjaśnienia, skąd  w ogóle pomysł prohibicji wziął się na obradach Kongresu. Poznajemy czołowych działaczy i działaczki ruchu prohibicyjnego, nastroje, jakie panowały w społeczeństwie tuż po I wojnie światowej, jednocześnie zaś jesteśmy świadkami rozbudowy miasta, powstawania słynnych drapaczy chmur, napływu nowej ludności ze Starego Kontynentu, ale i kształtowania się nowojorskiej elity. Potem zaś sunąć będziemy przez okres zwany roaring twenties, odwiedzać wyrastające przy Broadway’u teatry i spelunki, uczestniczyć w przyjęciach u boku Zeldy i Scotta Fitzgeraldów i obserwować narodziny mafii na terenie Wschodniego Wybrzeża. Chwilami Nowy Jork zbuntowany będzie książką historyczną, chwilami raportem socjologicznym, a czasem nawet pozycją biograficzną. Czytelnik styka się na jej stronach z najważniejszymi postaciami epoki: politykami, pisarzami, biznesmenami, i nie wiedzieć kiedy staje się częścią tej mozaiki ludzi i interesów, ląduje gdzieś na Time Square, z długim papierosem w ręku, i hasłem do nielegalnej meliny z alkoholem z przemytu. A w tej podróży w czasie pomagają zdjęcia tak wielkich jak i maluczkich tej epoki.

To nie tylko książka o mieście, ale i o kawałku historii Stanów Zjednoczonych. Autorka włożyła sporo pracy w odtworzenie tych kilkunastu lat, których piętno Ameryka dźwiga do dziś, eksperymentu, który do dziś budzi zainteresowanie kryminologów na całym świecie. Pozycja zdecydowanie obowiązkowa dla osób zainteresowanych tym miastem, i bardzo pouczająca dla całej reszty. Dzięki bibliografii i licznym odniesieniom zapełniła mi też następne pozycje na liście lektur „koniecznie do przeczytania”, więc zapewnie nie będzie o moja ostatnia literacka wizyta w NYC w tym roku.

Moja ocena: 5/6

Ewa Winnicka Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów
Wyd. PWN
Warszawa 2013



Książka przeczytana w ramach Wyzwania Miejskiego i Wyzwania z Półki 2014.

czwartek, 12 września 2013

Nowy Jork



Post nowojorski winien był ukazać się wczoraj, w 12. rocznicę ataków na WTC, jednak (jak zapewne widać) znowu nie ogarniam, co się wokół mnie dzieje, w tym bloga – chociaż staram się codziennie odwiedzać kilka waszych.

Nowym Jorkiem jestem zafascynowana od mniej więcej 15. roku życia, a podróż do tego miasta będzie zapewne tzw. Podróżą Życia. Jako, że finansowo nie mam na razie szans na taki wyjazd, pozostaje mi się otaczać gadżetami z NYC, oglądać filmy i seriale o NYC i oczywiście czytać o NYC. Udało mi się niedawno dorobić plakatu, który funkcjonuje jako moje okno na Manhattan, i postanowiłam podrasować ten kącik układając na stosiku pod nim wszystkie książki o moim ukochanym mieście, jakie posiadam.



Na samej górze znalazło się, nie-moje, 15 opowiadań nowojorskich. Miałam już kiedyś tą książkę pożyczoną z biblioteki, zachwyciła mnie, ostatnio trafiłam na nią znów (w tej samej bibliotece) i postanowiłam powtórzyć lekturę. Już nie mogę się doczekać, kiedy wam o nich opowiem.
Buszujący w zbożu przeczytałam w gimnazjum jako lekturę dodatkową i zawsze żałowałam, że ktoś w Ministerskie nie przehandlował tego tytułu za chociaż jeden dramat romantyczny. Ale widać się nie znam na lekturach szkolnych.
Kolejne dwa tytuły to typowe chick-lity, gatunek, który bardzo lubię, i którzy praktycznie nieodłącznie związany jest z NYC – większość powieści tego typu ma tam osadzoną fabułę, a dwie najpopularniejsze autorki – Lauren Weisberger i Candace Bushnell odpowiedzialne są za nasze wyobrażenie bogatych i sławnych w Wielkim Jabłku.
Strasznie głośno, niesamowicie blisko to bez dwóch zdań jedna z 10 najważniejszych i najukochańszych książek mojego życia. Trochę pisałam o niej tutaj. Jest to powieść trudna, zarówno w formie jak i treści, czasem nie zrozumiała, ale wzruszająca i piękna. Niesamowita i straszna.
Pocałunki na Manhattanie były dołączone do jednej z babskich gazet sporo lat temu. Szczerze mówiąc – nie zachwyciła mnie. Nie tyle, że była zła, ile jakaś nijaka, jednak trzymam ją ze względu na tytuł. Planuję spróbować przeczytać ją raz jeszcze, może tym razem mi podejdzie.
Teraz zaczynają się tytuły, których jeszcze nie czytałam. Kocham Nowy Jork to hit ubiegłych (niech spoczywają w spokoju w naszych sercach) wakacji, na który się czaiłam, ale nie zdążyłam przeczytać. Nowy Jork. Przewodnik subiektywny – z tą książką mam typowy związek typu love-hate – z jednej strony na pewno wiele się dzięki niej dowiem, ale z drugiej wolałabym SAMA  tam pojechać, niż czytać, jak ktoś to zrobił. Szaleństwa Brooklynu to jedyna powieść Paula Austera jaką posiadam. Nie znam jeszcze jego twórczości, ale skoro facet jest uznawany za jednego z najbardziej nowojorskich pisarzy, to muszę to zaakceptować i wreszcie przeczytać cokolwiek. Ta była akurat za 10 zł. w dyskoncie Empiku (kolejny poległy).

Co do oglądania, to NYC poznaję głównie dzięki serialom, w tym moim ulubionym – Third Watch i CSI:NY, oczywiście nie wspominając o kopie filmów katastroficznych (Nowy Jork jest statystycznie najczęściej niszczonym w filmach miastem). Planuję niedługo obejrzeć filmową wersję Strasznie głośno, niesamowicie blisko.

Z rzeczy różnych to praktycznie wszystko ze zdjęciem Manhattanu albo literkami NYC prędzej czy później ląduje w mojej jaskimi, niezależnie od tego, czy jest to koszulka, kubek, czy plastikowe pudło niewiadomego zastosowania. Pomijając zakupoholizm, fajnie mieć jakiegoś bzika, który nas napędza, prawda?

A wy macie jakieś miasto, które szczególnie działa na waszą wyobraźnię i o którym możecie czytać ciągle, zawsze i wszędzie?

PS Miałam być, a mnie nie ma – głównie dlatego, że zaczęłam odbywać staż w systemie 5 dni w tygodniu, 8 godzin dziennie, i muszę przywyknąć do tego stylu życia. Poza tym, jestem na ostatniej prostej przed egzaminem na aplikację, który odbędzie się 28 września, zatem każdą wolną chwilę poświęcam na przygotowania do niego. Dlatego proszę was bardzo o cierpliwość i nie zapominajcie o mnie!

środa, 21 sierpnia 2013

W pogoni za resztkami rozumu



Do tej pory powieści Lauren Weisberger bardzo lubiłam. Diabeł ubiera się u Prady swego czasu dorobił się pozycji powieści kultowej, po raz pierwszy obdzierając tzw. „Wielki Świat” z tandetnego uroku i ukazując zgniliznę, kryjącą się nieraz pod błyszczącymi stronami kolorowych magazynów. Druga jej powieść, w Polsce nieszczęśliwie przetłumaczona pod tytułem Portier nosi garnitur od Gabbany (oryginalny – People Worth Knowing – chyba najlepiej oddaje sposób życia w wielkim mieście), chociaż często krytykowana, podobała mi się nawet bardziej, i w chwilach zmęczenia to do niej właśnie wracam. Bohaterki obu wspomnianych książek to normalne dziewczyny, które w poszukiwaniu pracy dały się wciągnąć w świat bogatych i sławnych – wpierw obserwując go z boku i z niedowierzaniem, a czasem nawet rozbawieniem, później jednak internalizując prawa nim rządzące, by w reszcie dać sobie z tym spokój.

Tak było. Myślałam, że dalej tak będzie, dlatego od dawna polowałam na kolejną książkę tej autorki – W pogoni za Harrym Winstonem. Jednak to,  z czego Weisberger naśmiewała się ze swoimi postaciami w pierwszych dwóch książkach, w trzeciej już okazuje się być normalnością. Zamiast fajnych, pełnowymiarowych bohaterek, z którymi każda z nas mogłaby się do pewnego stopnia utożsamić, dostajemy trzy piękne, odnoszące sukcesy manekiny, które nie doceniają tego co mają, nie wiedzą po co żyją i w ogóle są jakieś takie tępe. Nie tyle, że głupie (choć to też) ile jakby stworzone „na odczep się”, jakby zamiast precyzyjnej rzeźby postaci Weisberger wzięła kawałki zmurszałego drewna i zardzewiały scyzoryk i kilkoma ruchami stworzyła prymitywne figurki, które tyle samo z człowieka mają z zebry. Może to dadaizm, może wypalenie zawodowe, ale trudno powiedzieć, o czym jest ta powieść.

Nie da się tego czytać. Zwykle jak już dojdę do drugiej połowy, to staram się dokończyć lekturę, ale jeśli po prawie 300 stronach dalej nic się nie dzieje, to nie ma się co męczyć. Chicklity to wprawdzie łatwa i niezobowiązująca do myślenia literatura dla kobiet, ale powiedzmy sobie szczerze – łatwa nie znaczy głupia.

Moja ocena (do momentu, w którym przestałam czytać): 1/6. Może później to dzieło na miarę Wojny i pokoju, ale wątpię.

Lauren Weisberger W pogoni za hardym Winstonem
Tłum. Hanna Szajowska
Wyd. Albatros
2009

piątek, 8 lutego 2013

O książce i serialu, Szmince i Nowym Jorku



Zwykle zanim decyduję się obejrzeć film czy serial na podstawie książki, sięgam po jego literacki pierwowzór. Prawdopodobnie dlatego, że czytanie powieści trwa dłużej niż oglądnięcie filmu, więc znając już daną historię najwyżej ponudzę się tylko 2 godziny a nie dwa tygodnie ;) A tak na serio – ekranizacja odbiera możliwość własnego wyobrażenia sobie bohaterów i sytuacji. Zwykle też okazuje się, że książka była lepsza – nie wszystko zmieści się w filmie, nie wszystkie sceny są właściwe dla serialu emitowanego w porze, gdy mogą to zobaczyć różne grupy wiekowe. Tym razem złamane zostały obie reguły – serial Szminka  w wielkim mieście widziałam już kilka lat temu w TV, na powieść zdecydowałam się dopiero teraz. I serial okazał się o niebo lepszy.

Candace Bushnell znana jest przede wszystkim jako autorka książki Seks w wielkim mieście, która sama w sobie wzbudziła we mnie limitowany zachwyt, natomiast stała się podstawą dla kultowego serialu i dwóch filmów kinowych, których i ja jestem fanką. Szminka w wielkim mieście oczywiście na pierwszy rzut oka ma odnosić się do swego słynnego poprzednika (oryginalny tytuł: Lipstick Jungle), jednak jest o wiele bardziej konserwatywny i skupiony raczej na kwestii robienia kariery niż na seksie. Opowiada o trzech przyjaciółkach: Nico O’Neilly – redaktorce naczelnej poczytnego magazynu, Wendy Healy – prezesce wytwórni filmowej, oraz Victory Ford – projektantce mody. Wszystkie trzy zamieszkują Nowy Jork i wszystkie starają się zrobić karierę, nie tracąc przy tym z oczu miłości, rodziny i przyjaźni.

Najpierw o książce. Sięgnęłam po nią, gdyż ostatnio miałam ochotę na chick lita – niezobowiązującą, sympatyczną powieść o bogatych i pięknych kobietach, najlepiej z moim ukochanym Nowym Jorkiem w tle. Dostałam przeciętną, depresyjną opowieść o trzech kobietach, które mimo iż mają wszystko, wciąż rozpamiętują swoje błędy i popełniają nowe, a godziny spędzone w taksówkach i limuzynach poświęcają na egzystencjalne przemyślenia o „girl power” i „przejmowaniu kontroli nad światem”. Serio, takie wyrażenia przewijają się przez całą powieść. I choć książka jest napisana lekko, kończy się happy endem i trzeba przyznać, że niektóre uwagi autorki na temat dzisiejszej roli kobiet są bardzo trafne, to nie miałam przyjemności podczas czytania tej powieści. Nie polubiłam żadnej z bohaterek, które, choć miały potencjał, nie wzbudzają sympatii, a towarzyszący im mężczyźni są sportretowani płytko i nijako – jako snoby, nieudacznicy lub idioci.



To, czego nie miała książka, oddał serial. Właściwie poza bohaterami i niektórymi scenami scenariusz  odszedł daleko od pierwowzoru, nadając historii Bushnell zupełnie nową, wysoką jakość. Dzięki trzem pięknym aktorkom Nico (Kim Raver), Wendy (Brooke Shields) i Victory (Lindsay Price) zyskały charakter, styl, urok, którego nie miały w książce. Również postacie drugoplanowe – mąż Wendy, kochanek Nico i partner Victory z przygłupów i zer wyrośli na pełnokrwistych bohaterów, z wadami, zaletami, z tym czymś, co sprawia, że cała opowieść o perypetiach tej szóstki jest interesująca i nietuzinkowa, chwilami zabawna, chwilami wzruszająca. Nawet osoby zupełnie epizodyczne, jak asystent Victory ( który moim zdaniem miał najlepsze teksty w całym serialu) czy córka Wendy zostały zagrane z jajem, urokiem i przekonaniem. Mamy tu piękne stroje, limuzyny, imprezy, blichtr i glamour, główne bohaterki nie są tak zakręcone na punkcie seksu, jak to było z Carrie i jej kumpelami, i moim skromnym zdaniem, miały też o wiele lepsze ciuchy. Dzięki temu wszystkiemu oglądając serial widz może liczyć na świetną rozrywkę. Jedynie z końcem może być problem, gdyż Szminka została skasowana po drugim sezonie, wprawdzie nie pozostawiła po sobie niedomkniętych scen (ach, ten ulubiony chwyt filmowców – ktoś umiera i za rok dowiemy się czy umarł), ale też większość wątków była rozwojowa, pozostawiła masę miejsca na domysły. Mimo to jednak warto było obejrzeć te 20 odcinków.

Podsumowując – książkę szczerze odradzam, chyba, że chcecie się zdołować. Nie jest to ani klasyczny chick lit, ani powieść obyczajowa pierwszej klasy, ani dosłowny romans, dlatego zostawię to fankom pisarki i jej specyficznego stylu. Z całego serca natomiast zachęcam do serialu, jeśli macie ochotę zanurzyć się w świecie, który znacie z Seksu w wielkim mieście i Diabeł ubiera się u Prady, gdyż Szminka w moim odczuciu może spokojnie stanąć w tym samym rzędzie.

Moja ocena książki: 3/6
Moja ocena serialu: 5/6

Candace Bushnell Szminka w wielkim mieście
Tłum. Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wyd. Znak
Kraków 2006

Szminka w wielkim mieście (Serial TV 2008-2009)
Stacja: NBC; w Polsce: TVP 1
Kim Raver, Brooke Shields, Lindsay Price
2 sezony, 20 odcinków