O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki o książkach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki o książkach. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2015

Całodobowa nudziarnia pana Penumbry

Nie raz już była mowa o tym, że zbytnie napalanie się na daną książkę i rozpoczynanie lektury z listą oczekiwań zwykle prowadzi do rozczarowania. Co nie zmienia postaci rzeczy, że czasami zwyczajnie niemożliwym jest takich oczekiwań w sobie nie mieć – czy to pozytywnie kojarząca się nam okładka lub tytuł, czy to liczne pozytywne opinie, czy to sprawnie prowadzona akcja marketingowa, która po kilku tygodniach nacisków powoduje, że jednocześnie znasz książkę na wylot i chcesz ją wreszcie poznać. Co by to nie było, problem z nastawieniem przed lekturą jest dwojaki: możesz mieć za wysokie oczekiwania, a książka zwyczajnie będzie słaba, lub gorzej – książka będzie świetna, ale nie taka, jak myślałeś. I i tak ci się nie spodoba.

Nie wiem, co zaszło w tym przypadku, naprawdę nie wiem. Wiem, że o Całodobowej księgarni pana Penumbry słyszałam sporo dobrego na YouTube, wiem, że oczekiwałam na jej pojawienie się w Polsce z wytęsknieniem, wiem, że klimatyczna okładka z regałami pełnymi książek i magiczne słowo „księgarnia” w tytule wzbudziły szereg oczekiwań. Co ciekawe, nie miałam zielonego pojęcia o czym jest ta powieść – coraz rzadziej zdarza mi się sięgać po lektury, o których nic nie wiem w kwestii treści. Myślałam zatem, że to kolejna obyczajówka o księgarni, tylko dobrze napisana. A teraz naprawdę nie wiem, co to, u licha, jest.

Zaczyna się od tego, że główny bohater znajduje posadę w rzadko odwiedzanej przez klientów całodobowej księgarni. Z czasem okazuje się, że do owego przybytku najczęściej udają się bardzo dziwne typy, jakby szaleni naukowcy, pożyczający dziwne książki z Zaplecza, w których to książkach znajduje się niezrozumiały bełkot. Potem okazuje się, że te dziwne osoby wraz z właścicielem są członkami pewnego tajnego stowarzyszenia. W międzyczasie autor wprowadza do tej nie tak znów pokaźnej książki cały Google, firmę produkującą software do cycków, gościa budującego małe miasto w salonie i jeszcze kilka innych drobiazgów. Dodaje do tego intrygę, tajemnicę, starą księgę, Nowy Jork i wychodzi z tego eksplozja w fabryce motywów literackich. Kończy się to wszystko tak rozczarowująco i nijako, że w sumie nawet nie bardzo mogę sobie przypomnieć jak, a skończyłam lekturę dwa dni temu. Bohaterowie okazali się bezbarwni, żaden  nich nie wzbudził jakichkolwiek emocji. Jest książka, a jakoby jej nie było.

Zwykle książka mi się nie podoba z jakiegoś konkretnego powodu. Tutaj mi się po prostu nie podobało. Całokształt. Nie wiem, o czym jest tak książka, nie wiem, po co ją przeczytałam, i co z nią teraz zrobić. Daję „2” za kilka śmiesznych tekstów, ale szczerze odradzam. Zamiast ją czytać, posprzątajcie kuchnię, będzie więcej emocji.

Moja ocena: 2/6

Robin Sloan Całodobowa księgarnia pana Penumbry
Tłum. Danuta Górska
Wyd. Albatros

Warszawa 2015

środa, 4 marca 2015

Historia pana A.J. Fikry

To była jedna z tych książek, o których, gdy tylko się usłyszy, naraz pragnie się je przeczytać. Stosunkowo krótka, o oryginalnie brzmiącym tytule oryginalnym, który dosłownie można przetłumaczyć jako „Zbeletryzowana biografia A.J.’a Fikry”, dotyczy tego, co miłośnicy książek kochają najbardziej – książek.

A.J. prowadzi księgarnię w niewielkim miasteczku na wyspie, gdzie poza sezonem turystycznym klienci nieczęsto zaglądają w poszukiwaniu lektury. W ogóle kiedy go poznajemy, A.J. jest w raczej kiepskim momencie swojego życia – niedawno został wdowcem, po stracie żony nie tylko on sam kiepsko sobie radzi z rzeczami takimi jak jedzenie i ogarnianie świata, ale i jego księgarnia kiepsko przędzie – to Nicole radziła sobie z klientami. Ponadto ktoś kradnie drogocenny egzemplarz książki Edgara Allana Poe, za to kilka dni później w swojej księgarni znajduje porzuconą dziewczynkę, Maję. A potem lata lecą…

Między książkami to jedna z tych sympatycznych obyczajówek o książkach i księgarniach, czytelnikach i mocy słowa pisanego, które świetnie działają na zmęczenie, stres lub okresy nieczytania. Nie wiem dlaczego, ale księgarnia z mrukliwym właścicielem i społeczność, która powoli acz konsekwentnie zaczyna się wokół niego kształtować, działała jak kompres. Ktoś mógłby powiedzieć, że chwilami powieść ta jest nieprawdopodobna, i może tak jest, a może po prostu za bardzo stąpamy po ziemi, by uwierzyć, ze świat nie jest tak do końca logiczny. Na pewno przeszkadzała mi tutaj tylko jedna rzecz – zbyt duża ilość wątków, które autorka wcisnęła na te 260 stron, przez co chwilami akcja musiała przyspieszać, by kosztem szczegółów z życia jednych opisać chociaż trochę życie innych bohaterów. Z drugiej strony liczbę odniesienia do innych książek to właśnie to, czego trzeba, by na powrót wrócić na tory czytania, i powiększyć trochę swoją listę „Do przeczytania” (między innymi dzięki autorce wróciłam do książki, którą kiedyś miałam na półce, ale oddałam, bo mi się nie podobała. Teraz pożyczyłam ją z biblioteki i podoba mi się bardzo).

Nie jest to jedna z pięciu, ani nawet dziesięciu najlepszych książek jakie przeczytałam  w życiu, ale wniosła ona w moje życie sporo ciepła, magii i książek do przeczytania. Była jak człowiek, niepozbawiony wad, czasem nawet wielu, ale przez to bardziej ludzki i bliski. I cieszę się, że mam ją na półce, bo wiem, że będzie mi kiedyś jeszcze służyła jako kompres.

Moja ocena: 4,5/6

Gabrielle Zevin Między książkami
Tłum. Łukasz Witczak
Wyd. WAB

Warszawa 2014

niedziela, 7 grudnia 2014

Książka o książkach

To, jak książka do mnie trafiła, ma dla mnie przeważnie takie samo znaczenie jak to, czy mi się podobała. Większość czytanych przeze mnie tytułów to wynik polecenia mi ich przez znajomych książkoholików, przeważnie blogerów. Czasem zdarzy mi się zainspirować recenzją znalezioną poza Internetem, jeszcze rzadziej jest to rekomendacja od osoby postronnej, zawsze zaś sięgam po książkę zanim obejrzę film na jej podstawie (chyba, że nie wiem, iż film jest na podstawie książki). Z tego wszystkiego niezwykle rzadko biorę się za książki, o których nie wiem zupełnie nic. Mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce, ale właśnie takie wybieranie lektur daje to drobne ukłucie niepewności i przygody. Inne mamy odczucia wobec znajomego naszego znajomego, a inne wobec zupełnie obcej osoby, o której nasi przyjaciele nic nam nie powiedzą.

Przed erą blogów zwykle wybierałam książki właśnie metodą chybił-trafił – okładka, blurb na tylnej okładce, nic więcej nie było. Dzięki temu trafiłam na wiele bzdurnych pozycji, ale i na wiele perełek. Mimo to wybieranie książek ot tak wiąże się z ryzykiem, i dlatego zwykle sięgam po polecone mi tytuły. Nie tym razem. Na targach Książki w Krakowie chwilę przed opuszczeniem hali porwałam z półki pozycję, o której nic nie wiedziałam, opis z tyłu książki obiecywał powieść obyczajową, tytuł zacny, a w portfelu jeszcze coś się z funduszu targowego kołatało. To wzięłam, mając jednocześnie świadomość tego, że ostatnia pozycja z książkami w tytule, którą o mało co nie nabyłam, okazała się, sądząc po jednolicie negatywnych recenzjach, skokiem na kasę (mowa o Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę). Okazało się, że zupełnie przypadkiem trafiłam na jedną z najwspanialszych książek o książkach, jakie kiedykolwiek czytałam.

Po pierwsze, nie jest to powieść, bardziej eseje wspomnieniowe opowiadające historię autorki, Wendy Welch, i jej męża Jacka, którzy zmęczeni wyścigiem szczurów kupują dom w niewielkim mieście w Virgini, i zakładają tam księgarnię używanych książek. Brzmi jak najbardziej oklepany scenariusz ze wszystkich, jednak tą historię kupuję w całości z  przyległościami. Wendy opisuje z humorem nie tylko finansowe problemy, walkę między miłośnikiem książek a przedsiębiorcą, trudności ze znalezieniem wystarczająco dużej klienteli, ale i drobiazgi związane z prowadzeniem księgarni, o których nawet byśmy nie pomyśleli. Ludzie z Big Stone Gap nie byli wobec nich wrodzy, ale też nie przyjęli Jacka i Wendy z otwartymi ramionami – stosunki między mieszkańcami a nowoprzybyłymi można określić jako ostrożne. Księgarzom zajęło trzy lata, by zostać zaakceptowanymi przez lokalną społeczność, i pięć lat, by faktycznie stać się ich częścią. W międzyczasie z księgarni Opowieści Samotnej Sosny musiały stać się centrum rozrywki, kawiarnią, gabinetem psychoterapeutycznym, ośrodkiem wymiany książek, zamiejscowym klubem weteranów wojennych, składem bibliotek ludzi zmarłych i źródłem u którego pogorzelcy odbudowują swoje spalone kolekcje. Pod kołderką ciepłej, zabawnej i sympatycznej opowiastki o książkach i małych miasteczkach Wendy dotyka też, a może przede wszystkim ludzi, z ich problemami, słabościami, trudnymi charakterami. Pisze o ukochanych książkach i ukochanych klientach, którzy stali się częścią rodziny, o tym jak dwa kot i dwa psy pracują ramię w ramię w przemyśle używanych książek, i o wpływie ebooków na małe i duże księgarnie (bardzo zaskakujące jest to, że rozwój książki elektronicznej doprowadza do plajty wielkie, bezosobowe sieci sklepów, jak Barnes&Noble, ale jednocześnie małe, prywatne księgarenki notują wzrost sprzedaży).

Czytając Wendy Welch nie sposób mi było nie przypomnieć sobie o esejach Ann Fadiman. Jeśli zatem podobały wam się teksty tej drugiej pani, o Księgarenka w Big Stone Gap was zachwyci.

Moja ocena: 5,5/6

Wendy Welch Księgarenka w Big Stone Gap
Tłum. Paweł Lipszyc
Wyd. Black Publishing

Wołowiec 2014

niedziela, 20 lipca 2014

Kocham Jacka Dehnela

A raczej kocham książki Jacka Dehnela. Na razie konkretnie jedną książkę. Młodszy księgowy: o książkach, czytaniu i pisaniu to ten typ książek, które lubię czytać najbardziej. Ok., uwielbiam kryminały, współczesne powieści, reportaże i wiele więcej. Ale książki o książkach i czytaniu traktuję szczególnym sentymentem, szczególnie te w których autor opowiada o swoich przeżyciach z literaturą, książkami, czytaniem, regałami i targami książki, dla niebibliofilskiej reszty świata zwanym „całym tym nudziarstwem”. Po Lekturach nadobowiązkowych Szymborskiej, Ex libris Fadiman i Polska mistrzem Polski  Vargi i zapewne co najmniej kilku kiepskich pozycjach zdałam sobie sprawę, że lektury takie należy wybierać bardzo starannie, że takie perełki nie trafiają się często, że temat „książka i czytanie” stał się powoli oklepany i wykorzystywany przez wydawców i autorów jako łatwo sprzedający się towar. Ale kiedy już trafi w moje ręce pozycja z gatunku tych prawdziwych, nie skrojonych dla niezrozumianej przez autora grupy dziwolągów, który tu niby pisze, jak to kocha książki, a potem wraca do domu i opowiada żonie, że zupełnie nie kuma, czym się ci ludzie zachwycają. Bo książki o książkach muszą być pisane przez bibliofilów, wtedy czytelnik od razu, od pierwszej strony, wie: „swój człowiek”. I ja tak właśnie miałam, gdy przeczytałam pierwszą stronę Młodszego księgowego.

Ta książka to zbiór felietonów, które autor opublikował był wcześniej na Wirtualnej Polsce. I tu już zwracam uwagę szanownych czytelników – na WP. Dawniej, to się takie zbiory brały z czasopism, bo ja wiem z czego, a teraz, patrz panie, z Internetów. Czyli w tych Internetach, panie, coś porządnego się jednak może trafić. Bo poza nietypowym trochę  miejscem pierwszych publikacji, felietony te są aż konserwatywnie piękne, poprawne (to o polszczyźnie), napisane przez człowieka wykształconego, człowieka z pasją i człowieka z własnym zdaniem, które potrafi wyrazić, nie obrażając przy tym nikogo (no, może kogoś tak lekutko pstryknie w nos, ale to przeważnie tacy adresaci, co się i tak nie zorientują, że to o nich ta mowa).  Czytając kolejne teksty, nie mogłam wyjść z podziwu, że autor, niewiele ode mnie starszy, może mieć tak szeroką wiedzę, tak wiele w życiu przeczytać, wysłuchać, zobaczyć. I aż mi się autentycznie wstyd siebie samej zrobiło, i szybciutko popędziłam na Wolne Lektury i legalnie ściągnęłam kilka klasyków, które już dawno powinnam była poznać.  Że nie wspomnę o liście innych pozycji, które dzięki Dehnelowi zyskały priorytet w czytaniu (czyli już za dwa, trzy lata…). A jednocześnie czytałam o tym wszystkim, co i mnie, i każdemu z Was, znane jest nie od dziś: jak zmieścić te wszystkie książki, jak wyrzucić książkę, co się stało z czytelnictwem w Polsce,  jaką przyjemność sprawia otwarcie woluminu, o którym się od tak dawna marzyło…

Przyznam się Wam, że pierwszy raz piszę recenzję z obawą. Dostało się bowiem i domorosłym recenzentom od autora, który starannie wylicza przewiny takich jak ja i wielu innych, i wstyd się przyznać, zobaczyłam tam swój utarty schemacik, i faktycznie nie wygląda to dobrze. Zatem mam nadzieję, że autor nigdy na tego bloga nie trafi, ale gdyby jednak trafił, to żeby nie złapał się za głowę i nie zakrzyknął: „czytałaś ty babo tą moją książkę czy tylko blurba z okładki?!” (uczciwie mówię, że nie mam pojęcia, czy ta książka ma blurba, bo czytałam w formie ebooka. Pozwijcie mnie.)

Powiedziałabym Wam, czy polecam, czy nie, ale na to Dehnel też psioczył, więc sobie sami dośpiewajcie.

Jacek Dehnel Młodszy księgowy: o książkach, czytaniu i pisaniu
Wyd. WAB
Warszawa 2013
Ebook: Virtualo


Moja ocena: 6/6

niedziela, 8 grudnia 2013

Dobre, bo polskie - czyli felietony Krzysztofa Vargi

Najciężej jest pisać recenzje książek wybitnie dobrych, i to jeszcze nie tyle powieści ile takich krótkich publicystycznych form jakimi są między innymi felietony. Bo skoro Krzysztof Varga potrafi takie genialne w swojej wymowie i formie teksty pisać – o książkach, o filmach, o płytach, artykułach, które przeczytał, sztukach, które widział, to spaprać to teraz słabym postem byłoby hańbą. Ale z drugiej strony trzeba się podzielić wrażeniami z lektury, może ktoś jeszcze zdecyduje się sięgnąć i zobaczyć, jak wygląda dobry felieton kulturalny (w sensie że o kulturze, a nie że sam felieton jakiś bardzo szarmancki jest, bo nie zawsze).

Co mi się w Polska mistrzem Polski tak spodobało? Po pierwsze – tytuł. Przyznam, że dla niego samego kupiłam i zaczęłam czytać tą książkę, nie wiedząc zupełnie, czego się po niej spodziewać. Bo w tym tytule jest wszystko – bycie bardziej papieskim niż sam papież, duma nasza narodowa i taka dawka ironii, że można spędzić długie minuty kontemplując te tylko trzy słowa na okładce, a potem używać ich przy każdej okazji jako idiom na codzienną głupotę.

Po drugie – styl. Varga ma własny, a to już jest dzisiaj coś, ma ten styl klarowny, ostry, ironiczny nieraz tak bardzo, że nieprzyzwyczajony czytelnik zastanowi się przez chwilę, czy to jaki poetycki hymn ku chwale omawianego produktu, czy wyrafinowany hejt. Przeważnie to drugie, i wierzcie mi, jest Varga na pierwszy rzut oka Pierwszym Hejterem Rzeczpospolitej. Kiedy się jednak wczytać w te teksty, prześledzić argumentację, Varga kojarzy mi się bardziej z postacią dziecka z baśni Andersena, pamiętacie, tego, który krzyknął „cesarz jest nagi!” – wywarza otwarte drzwi, ale wcześniej wszyscyśmy stali w progu i się zastanawiali, czy zapukać. Ktoś może stwierdzić, że jest autor zbyt tradycjonalistyczny na współczesną sztukę, zbyt spięty na polskie kino rozrywkowe, za dużo za to czyta i słucha. Ale on pisze po prostu to, co wielu z nas przeczuwa, ale do czego już czasem nie wiadomo, czy nie wstyd się przyznać – że coraz więcej tego, co nas otacza, to jest żenua zwyczajna, chamstwo, brak profesjonalizmu i zakłamanie.

Po wtóre – gość potrafi mieć fioła. Autentycznie, Krzysztof Varga potrafi dostać konkretnego hopla na punkcie książki, serialu czy płyty – serialowi „Lost” poświęcił dwa felietony i kilka razy wspomniał o nim w innych, podobne z „Californication”. Przesłuchał płyty zespołów, o których istnieniu nie miałam pojęcia i teraz dopiero widzę, ile tracę. Mamy tu też felietony bardziej  rodzajowe – o tym jak ważne dla czytelnika są lekko spleśniałe strony, dlaczego filmy i seriale kupuje tylko na płytach, a nie ogląda w telewizji czy ściąga z sieci. Jest trochę polityki w kontekście wytworów kultury, jest kultura wysoka i ta trochę niższa, jest wreszcie totalne błocko, w którym Varga się ku chwale ojczyzny i czytelników wytaplał by potem powiedzieć, że nie warto. Są niszowe zespoły i są hity zza oceanu. Ale jest za tym wszystkim też myśl przewodnia, jest sens. Nie ufam ludziom letnim, przekonują mnie tylko tacy, który na punkcje czegoś potrafią odlecieć, niby wiedza, że ma rzeczona książka czy serial wady, ale z pasją pożerają wszystko, co ma z tą rzeczą coś wspólnego. A biorąc pod uwagę, co widzę na spotkaniach książkowych blogerów czy na biblionetkowych, Varga to jest nasz człowiek.

Podsumowując – książka absolutnie zachwycająca, ciekawa, bogata i zabawna. Mimo, iż felietony pochodzą nieraz sprzed kilku lat, i dziś poruszane tam tematy są już trochę przykurzoną historią, to same tezy na aktualności nie tracą. Pod wpływem tej lektury już wyciągnęłam na stosik podręczny Etnologa w mieście grzechu Czubaja i… Akademię pana Kleksa. Wielu zachwyca się Kominkiem, tłumaczącym, jak tworzyć bloga, kiedy to my wszyscy powinniśmy wziąć do ręki Vargę i nauczyć się od niego, jak pisać krótkie a treściwe teksty.
A na koniec cytaty – „Na początek szokujący coming out: jestem czytelnikiem”. Czy nie macie wrażenia, że tak się teraz powinno mówić o sobie, gdy się lubi książki?
 „(…) one ze swoim Kirkegaardem czy innym Dostojewskim, na których stracił trzy dioptrie (…)”.

Moja ocena: 5,5/6

Krzysztof Varga Polska mistrzem Polski
Warszawa 2012
Wydawca: Agora S. A.

Konwersja i edycja publikacji: Publio

czwartek, 24 maja 2012

A niech mnie książka pochłonie!


Są książki, które się czyta.
Są książki, które się pochłania.
Są książki, które pochłaniają czytelnika.

Ten chyba jeden z najsłynniejszych cytatów z książki Marii Pruszkowskiej „Przyślę panu list i klucz” jest prawdopodobnie najlepszą recenzją, jaką można tej książce napisać. Bo zaraz po tym, jak przybyła do mnie z Poznania – w tym miejscu składam głębokie i pełne uszanowania i wdzięczności podziękowanie dla Renaty, która umożliwiła mi tę fascynującą lekturę, i która zgodziła się posłać swoją ulubioną książkę, której nie sposób dostać nigdzie, na drugi koniec Polski do obcej osoby – są jeszcze tacy ludzie na świecie! – otóż, kiedy już książka przybyła do mnie z Poznania, Paulinka, niepomna na egzamin z Bardzo Ważnego Przedmiotu, przystąpiła do natychmiastowej konsumpcji, która zakończyła się po jakiś 4 godzinach przekrwionymi oczyma i westchnieniem człowieka, który po tygodniu na pustyni dorwał się w końcu do sadzawki z wodą, wychłeptał ile się dało, a teraz z rozrzewnieniem wspomina tą chwilę ulgi, kiedy zaczynał pić…

A teraz stoję przed wyzwaniem napisania recenzji tej książki i to już jest spory problem. Bo jak tu dobrze wyrazić, że coś jest idealne, i nie uszczknąć ani odrobiny z tego ideału. I jak nie powielić tego, co już tylu przede mną napisało? Że to po prostu dobre jest.

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że większość z Was już ją czytała, a jeśli nawet nie, to czytała zapewne masę jej recenzji. Z tego co się orientuję, wszystkie entuzjastyczne. Wszystkie zachęcające. Wszystkie odsyłające do tej obowiązkowej lektury dla każdego „maniaka czytania”, jak to w dedykacji określiła autorka. Wróć, jak Nas w dedykacji nazwała autorka. Bo to jest książka o nas i dla nas – maniaków, książkoholików, bibliofilów, perwersyjnych wielbicieli słowa pisanego, literackich oszołomów. W skrócie pisząc (zgodnie z regułami sztuki pisania recenzji) – „Przyślę panu list i klucz” to opowieść o czytającej rodzinie. Tata czyta, czytają córki, czyta przekabacona w końcu mama, czytają wujowie, czytają kuzynki. I to czytają pasjami, nagminnie, wszystko jak leci, codziennie. To właściwie pochwała czytelnictwa i wszystkiego, co z nim związane. Czytanie przy jedzeniu. Czytanie na wakacjach. Trudny wybór lektury do pociągu. Wczuwanie się w postacie, o których się czyta. Turnieje z wiedzy o twórczości Sienkiewicza. Niezrozumienie otoczenia, kiedy chce się swoją pasją zainteresować innych. Osamotnienie, kiedy skończy się genialna książka genialnego autora, a następną ojciec przywiezie dopiero za tydzień… Któż z nas tego nie zna, moi drodzy? Kto z nas nie płakał chociaż raz nad niedolą bohatera literackiego? Kto nie okazał się gburem, gdy zamiast nawiązywać interakcje z otoczeniem zagłębiał się w lekturę? Kto z nas… a z resztą. Mogłabym opowiedzieć Wam całą książkę, ze szczegółami, a wy i tak musicie to przeczytać, aby poczuć klimat. Musicie, to jest wasz książkowy obowiązek. Wszystkie postacie literackie patrzą na Was, toteż ich nie zawiedźcie.

Podsumowując, pragnę, jak rzesza blogerów przede mną, wyrazić dziki wręcz entuzjazm i absolutną zachętę do sięgnięcia po „Przyślę panu list i klucz”. Wierzę, że się wam spodoba. Wróć, wiem, że tak.

Moja ocena: 6/6

Maria Pruszkowska „Przyślę panu list i klucz”
Wyd. Morskie
Gdańsk 1972



Książka przysłana mi przez Renatę i piękna poznańska pocztówka :) Dziękuję!