O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 października 2015

"Szukając Alaski" John Green

Po przeczytaniu dwóch powieści Johan Greena, Gwiazd naszych wina i 19 razy Katherine, nie miałam już wątpliwości, że to jeden z najlepszych współczesnych autorów, jakich czytam. Teraz, po przeczytaniu Szukając Alaski, zaczynam się na poważnie zastanawiać, czy Green nie podpisał paktu z diabłem w zamian za taki talent.

Główny bohater powieści, Miles, postanawia zmienić swoje dosyć nudne życie, i w poszukiwaniu „Wielkiego Być Może” decyduje się na przeniesienie do szkoły z internatem gdzieś w Alabamie. Już w pierwszych dniach udaje mu się zawrzeć ciekawe znajomości z kilkoma „starymi” uczniami szkoły. Z nudziarza staje się częścią paczki, która specjalizuje się w kawałach, robionych innym uczniom i dyrektorowi szkoły. W międzyczasie Miles pozna smak przyjaźni, miłości, zabawy, życia… Powyższy opis do złudzenia przypomina fabułę niedawno przez mnie recenzowanej innej młodzieżówki, Anna i pocałunek w Paryżu. I wiecie co? Po tym można poznać talent autora, że z fabuły, której jedna pisarka nie podołała, ktoś inny potrafi uczynić dzieło sztuki. Ani paczka przyjaciół Milesa nie jest taka znowu super, każdy z jej członków ma swoje sekrety, swoje wady i zalety, relacje zaś między bohaterami pozbawione są sztucznej słodyczy, a czasem brak widocznych na pierwszy rzut oka emocji mówi więcej, niż ochy i achy i komplementy i deklaracje wielkiej przyjaźni. Z drugie strony John Green nie poszedł też w drugą stronę, nie uczynił z powieściowej szkoły piekła na ziemi, a z rodziców i nauczycieli wrogów publicznych numer jeden. Kiedy w życiu bohaterów dochodzi do pewnego traumatycznego wydarzenia, nie ma tu miejsca na „wzruszające” scenki i wyznania. Ale Green stworzył swoim bohaterom warunki, w których mogą bez przeszkód i bez nachalnej pomocy próbować sobie poradzić z życiem, każde na swój sposób. Bo każde z nich ma swój rozum i swoją wrażliwość.

Szukając Alaski to debiutancka powieść Johan Greena, dlatego miała wszelkie prawa nie dorównywać poziomem innym jego książkom. Tym razem jednak okazuje się, że już pierwsza książka potrafi w pełni zaprezentować zdolność autora do kreowania nietuzinkowych, jednak realistycznych bohaterów i tworzenia panoramy silnych emocji, pozbawionej patetycznych słów, lekko żartobliwej z formie, ale poważnej w treści. To wszystko razem wzięte sprawia, iż ilekroć widzę powieści tego autora stojące na tej samej półce co niektóre głupkowane młodzieżówki, czuję jakby ktoś wrzucił perły do chlewa. Chyba za niedługo zacznę je przenosić w inne części księgarni.

Moja ocena: 5/6

John Green Szukając Alaski
Tłum. Anna Sak
Wyd. Bukowy Las

Wrocław, 2013

poniedziałek, 7 września 2015

To NIE jest najlepszy romans wszech czasów


Gdybym miała wymienić jeden gatunek, z którym w tym roku bliżej się zapoznałam, którego do tej pory nie czytałam prawie w cale, to byłyby to na pewno młodzieżówki. Ostatnio nawet rozmawiałam z przyjaciółką, że za tzw. „naszych czasów” literatura młodzieżowa nie była aż tak licznie reprezentowana, jak to widać dzisiaj: Nienacki, Niziurski, Musierowicz i może jeszcze kilka nazwisk, oraz trudna nieraz do zidentyfikowania granica między dziecięcą a młodzieżową. A z drugiej strony jakaś taka większa uniwersalność tych książek, do których po 40 latach można wrócić i się dalej zachwycać (opinia z drugiej ręki, ja jeszcze nie miałam okazji sprawdzić).

Z drugiej strony tak bogata oferta dla młodego czytelnika, dostosowana do jego zainteresowań, musi cieszyć, bowiem coraz więcej na rynku autorów i serii, które jak niegdyś Potter – wypadało znać, gdy się było w gimnazjum czy liceum. Może nie jest to jeszcze to, o co Polska walczyła, ale jest fajnie. Zwłaszcza, że te pozycje są naprawdę różnorodne (o czym moja skromna, dinozaurza osoba miała okazję się przekonać w ostatnich miesiącach): nie tylko bowiem lekka fantastyka i SF wchodzą w grę, nie tylko kryminały, ale i wszelkiej maści obyczajówki, od tych bardzo sympatycznych i łatwych, poprzez cięższe gatunkowo, ale wciąż pozytywnie nastrajające do życia, aż po gruby kaliber, który mnie szczególnie cieszy: homoseksualizm, samobójstwa, odtrącenie, opuszczenie, choroby. Dobrze, że autorzy i wydawcy nie czynią z młodego pokolenia kretynów, którym można opowiadać tylko o miłych rzeczach.

Zdarzyło mi się w tym roku czytać kilka naprawdę świetne młodzieżówki, ale zdarzyły się i takie, które ewidentnie nie zostały przeznaczone dla mojej grupy wiekowej. Niestety, taką powieścią okazała się jedna z moich wakacyjnych lektur: Anna i pocałunek w Paryżu, bardzo polecana szczególnie przez amerykańskiej youtuberki książkowe (wiem, nudna jestem). Wydawca reklamuje ją jako „Jedną z najlepszych powieści o miłości wszech czasów”. Serio?

Pokrótce książka ta opowiada o nastolatce Annie, którą ojciec wysyła na rok do prywatnej, amerykańskiej szkoły w Paryżu, by ta się trochę okrzesała (Bóg mi świadkiem, że jej to potrzebne). Ta oczywiście nie chce wyjeżdżać, ale gdy przybywa na miejsce zdobywa od razu paczkę wiernych przyjaciół, zakochuje się i generalnie, och ten Paryż, taki piękny!

To nie jest książka dla dorosłych osobników. Anna jest infantylna, totalnie niewykształcona (nie mówię o edukacji szkolnej czy uniwersyteckiej, tylko o rzeczach, które chyba każdy wiedzieć powinien), jej wewnętrzne monologi ociekają głupotą (też byłam nastolatką, i to naprawdę nie było tak, że nie miałam mózgu), zaś sama historia miłosna jest oklepana, standardowa do bólu, a nawet bulu, jej tzw. ukochany traktuje Anne tak, jak żaden mężczyzna nie powinien nigdy traktować kobiety, i jeśli ktoś twierdzi, że to co on wyprawiał było romantyczne, to powinien się pilnie skontaktować ze specjalistą. A zakończenie, cóż, zanim do niego dotarłam musiałam urządzić przerwę na rzyganie tęczą, takie to było słodziutkie i w ogóle urocze.

Będę się trzymać z dala od kolejnych książek Stephanie Perkins. Ewidentnie nie jestem targetem tych powieści, nie zakumałam romantyzmu, ale też nikt mi nie powie, że ta historia, na tle wszystkich literackich romansów wszech czasów, jest w jakikolwiek sposób wyjątkowa.

Moja ocena: 2,5/6 (bo skończyłam czytać i bo Paryż)

Stephanie Perkins Anna i pocałunek w Paryżu
Tłum. Małgorzata Stefaniuk
Wyd. Amber

Warszawa 2013

środa, 17 czerwca 2015

Designated Ugly Fat Friend

Nie wiem dokładnie dlaczego, ale od chwili, kiedy o niej po raz pierwszy usłyszałam, uznałam, że powieść młodzieżowa o nastolatce, która za nic ma sobie najnowsze trendy, która zostaje określona jako DUFF (Designated Ugly Fat Friend – w wolnym tłumaczeniu – ta koleżanka z grupy, która jest najbrzydsza, gruba i inni trzymają ją tylko dla kontrastu), nawiązuje czysto seksualną relację z tym właśnie chłopakiem, który nadał jej to przezwisko, jest ciekawą książką. W każdym bądź razie ta książka okazała się być słabsza niż myślałam – jeden z tych przypadków, kiedy wyobrażenie o fabule nie znosi konfrontacji z rzeczywistą fabułą, a oczekiwania okazują się być ukierunkowane zupełnie gdzie  indziej niż podążył autor.

Mimo, iż sam schemat powtarza się w każdej młodzieżówce o liceum, Kody Keplinger stworzyła nową metkę, którą bohaterowie powieści zaczynają się posługiwać, i nadawać jej różne znaczenia. DUFF czyli „najsłabsze ogniwo” to z resztą bardzo wdzięczny temat, trudno zliczyć nie tylko książki, ale i seriale i filmy, gdzie to właśnie ta najbrzydsza koleżanka okazuje się być tą „najlepszą”, zwykle jednak poprzedzone jest to przemianą brzydkiego kaczątka w łabędzicę. Tutaj należy przyklasnąć autorce, że nie wybrała tej drogi na skróty. Fabuła w ogóle wydaje się na pierwszy rzut oka ciekawa – życie Bianki, siedemnastolatki, zaczyna się walić, gdy rozpada się małżeństwo jej rodziców, a dodatkowo tata zaczyna pić. Normalne, przyjazne środowisko niemalże z dnia na dzień staje się nie do zniesienia, ale coś w Biance każe jej udawać  przed wszystkimi, że nic się nie dzieje. Frustracja, smutek, rozczarowanie, niepewność muszą jednak gdzieś znaleźć ujście, i tym miejscem okazuje się być sypialnia największego Casanovy w szkole. W między czasie okazuje się, że życie żadnego z bohaterów nie jest usłane różami, i że każdy na swój sposób jest DUFFem.

Fabułę zniszczyło, moim zdaniem, spłaszczenie bohaterów, którzy praktycznie bez wyjątków są jednopłaszczyznowi, przewidywalni i nienaturalni. Każde ma od początku wyznaczoną rolę, i nic co zrobią czy powiedzą nie odkryje w nich dodatkowej głębi. Tam, gdzie można by pójść dalej, nadać opowieści więcej realizmu i wymiarowości, jest traktowane po łebkach, zamiast tego zaś są dosyć szczegółowe, biorąc pod uwagę target tej książki, opisy łóżkowych akcji. I chociaż czytało się to szybko, to bardziej siłą przyzwyczajenia niż z zaciekawienia. W dodatku irytowała mnie okładka filmowa, która nijak się ma do treści, ponieważ z tego co zdążyłam się zorientować, scenariusz dosyć mocno odbiega od oryginału i wprowadza nowe postaci. Po kiego kija wrzucać na okładkę (i podpisywać!) postaci, które w powieści nie występują?

I chociaż było to do tej pory jedno z największych rozczarowań książkowych, i tak zamierzam obejrzeć film, bo sądząc po zwiastunie, scenarzystom udało się to, co nie udało się Kody Keplinger.

Moja ocena: 3,5

Kody Keplinger DUFF
Tłum. Martyna Bielik, Agata Żukowska
Wyd. Harlequin Polska

Warszawa 2015

wtorek, 7 kwietnia 2015

Tajemnicza wyspa

Z każdą kolejną książką jak ta coraz bardziej zaskakuje mnie różnorodność panująca wśród powieści młodzieżowych. Do niedawna młodzieżówki kojarzyły mi się jedynie z antyutopiami i Pretty Little Liars. Od początku tego roku zaczęłam częściej sięgać po ten gatunek, i chociaż czasem ewidentnie powieść nie była przeznaczona dla mojej grupy wiekowej, część z tych książek naprawdę mi się podobała, poruszyła mnie i zaskoczyła sięganiem przez ich autorów po elementy innych gatunków literackich. Tak było i w przypadku Byliśmy łgarzami.

Szlachetna rodzina Sinclairów. Posiadłość w Bostonie, prywatna wyspa, na której rodzicie wznieśli posiadłości dla każdej ze swoich trzech córek, i na której cała rodzina spędza każde wakacje. Służba, przyjęcia, golden retrivery – wszystko to brzmi jak z powieści Fitzgeralda, zatem dopiero po napomknięciu w powieści o meilach i smsach zdałam sobie sprawę, iż fabuła powieści osadzona jest jak najbardziej w czasach współczesnych, gdyż zachowanie bohaterów wcale na to nie wskazuje. Dziadek Sinclair to głowa rodziny, twardą ręką trzymający całą resztę. Babcia Sinclair urządzająca piękne przyjęcia charytatywne. Służba chyłkiem przemykająca między bohaterami. I trzy rozpieszczone córki z gromadą dzieci, czyniące wszystko, by zapewnić sobie udział w spadku.

A pomiędzy nimi najstarsze wnuki, Łgarze: Mirren, Johnny, Candence i Gat. Gat, Johnny, Mirren i Candence. Równolatkowie, wbrew tradycyjnemu wychowaniu w luksusie mający w sobie, poza właściwe piętnastolatkom nieposłuszeństwo, również serce na właściwym miejscu i zdolność do odczuwania prawdziwych emocji. Niechętni walce ciotek o spadek. Nagle zdarza się coś, co na zawsze zmieni oblicze rodziny. Candence zostaje znaleziona pół naga na plaży, nie pamiętając, co się wydarzyło. Lekarze orzekają: amnezja wsteczna. Candence nie może sobie przypomnieć szeregu zdarzeń sprzed wypadku oraz samego zdarzenia. Czuje, że przydarzyło się coś złego, ale nie wie co. Po dwóch latach przybywa ponownie na wyspę, która wygląda teraz inaczej. Nikt nie chce jej powiedzieć, co się wydarzyło, pozostali Łgarze coraz bardziej się od niej oddalają. A Candence czuje, że musi wyjaśnić tajemnicę swojego wypadku.

Mimo, że krótka, Byliśmy łgarzami zawiera w sobie mnóstwo emocji, wydarzenia są opisane przez autorkę wystarczająco szczegółowo, by nie sprawiać wrażenia prowizorki, ale nie na tyle, by pozwolić się czytelnikowi domyśleć, jakie czeka go rozwiązanie. Książka przepełniona jest realizmem magicznym, retrospekcje przeplatają się z wydarzeniami współczesnymi, a to, co wydaje się zwyczajne, okazuje się być najbardziej zaskakujące. No i  zakończenie, którego zupełnie się nie spodziewałam. Na które nic nie wskazywało.

To był chyba pierwszy thriller młodzieżowy, który przeczytałam, bo tak bym właśnie określiła tę książkę. Ale jest tu też ciekawy opis rodziny, która, chociaż bogata, wykształcona i z dobrą reputacją, okazuje się być do pewnego stopnia patologiczna. Chciałabym więcej takich książek.

Moja ocena: 5/6

E. Lockhart Byliśmy łgarzami
Wyd. WAB
Warszawa 2015


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

piątek, 27 lutego 2015

Gayle Forman koncepcja duszy (oraz jak ważne jest mieć chłopaka)

grafika - źródło www.empik.com
Jeden z tych przypadków, kiedy praktycznie bez żadnej wiedzy o książce zdecydowałam się ją kupić. Coś mnie do niej ciągnęło, ilekroć wchodziłam do księgarni, wreszcie nie wytrzymałam. Niestety, tym razem zamiast przypadkowego odkrycia roku nastąpiło lekkie rozczarowanie.

Zostań jeśli kochasz Gayle Forman opowiada o nastolatce Mii, która nagle w wypadku samochodowym traci rodziców i brata, zaś sama trafia w ciężkim stanie na OIOM. Podczas gdy lekarze i rodzina walczą o życie jej pokiereszowanego ciała, dusza czy może raczej duch Mii stoi tuż obok, niewidzialny, i musi zdecydować, czy zostanie, czy odejdzie. W między czasie czytelnik poznaje historię Mii, jej rodziny i jej związku z Adamem.

Tam koncept wydaje mi się niezwykle interesujący – w chwili, gdy balansujemy na linie pomiędzy życiem i śmiercią, to od nas zależy, czy będziemy żyć dalej, czy zdecydujemy się odejść. Jednak w wykonaniu Gayle Forman było to mało przekonujące, suche, naiwne i słabo dopracowane. Nie wiadomo nic, w jakim naprawdę stanie jest Mia, czy to jej dusza, czy umysł obserwuje reanimację z pozycji widza. Czy taki stan dotyczy tylko jej, czy też staje się to udziałem każdego pacjenta. Jeśli to drugie, to dlaczego ich nie widzi. Jakie ma możliwości? Jakie ograniczenia. Autorka wprowadziła pewien fantastyczny element do swojej opowieści, ale zupełnie nie zadbała o nadanie mu jakiegokolwiek kontekstu – ot, Mia leży na łóżku szpitalnym i jednocześnie niewidzialna chodzi po szpitalu.

Kolejne, co do mnie nie przemówiło w tej opowieści, to zachowanie tej niewidzialnej Mii. Jej rodzice i mały braciszek właśnie nagle i strasznych okolicznościach pożegnali się z życiem. Jej dalsza rodzina koczuje w poczekalni. A nasza bohaterka najbardziej przeżywa, że nie ma z nią jej chłopaka. Nie zrozumcie mnie źle, wiem, że prawdziwa miłość i tak dalej, ale gdybym ja miałam naście lat i zdała sobie sprawę ze śmierci rodziców, jednak trochę bardziej niż Mia bym się tym przejmowała. A tu mamy głównie wzdychanie Mii do jej chłopaka-muzyka. Kij z tym, że dziadek zaraz zejdzie na zawał widząc, w jakim jego wnuczka jest stanie.

Prawdopodobnie nie jestem targetem, z jakim autorka tworzyła swoją książkę. Zostań, jeśli kochasz to typowa młodzieżówka, a wiadomo, że gdy ma się te naście lat rodzina znaczy mniej niż chłopak, a każdy związek wydaje się być tym jedynym, na zawsze. Może jestem cyniczna, może, ale na pewno jestem za stara na takie historie. Toteż raczej daruję sobie dalszy ciąg.

Moja ocena: 2,5/6

Gayle Forman Zostań, jeśli potrafisz
Tłum. Hanna Pasierska
Wyd. Nasza Księgarnia

Warszawa 2014

wtorek, 3 lutego 2015

19 razy porzucony


Colina porzuciła Katherine. To smutne. Ale fakt, iż dziewiętnasta z rzędu dziewczyna o imieniu Katherine go porzuciła, jest jeszcze smutniejszy. Zwłaszcza, że wszystko wskazuje na to, iż była to TA Katherine. Toteż jedyne, co przychodzi mu teraz do głowy, to zwinąć się w kłębek na dywanie i czekać na śmierć.

Na szczęście Colin ma najlepszego przyjaciela Hassana, których połączyło w szkole chyba to, że obaj byli konsekwentnie odrzucani przez tych popularnych, i obaj mieli to zasadniczo gdzieś. Hassan jest leniwym, tłuściutkim, sympatycznym i dosyć religijnym chłopcem, a przy tym najlepszym kumplem, jakiego można sobie wymarzyć. W tym przypadku jest tą osoba, który zbiera zranione jestestwo Colina z dywanu i zabiera w samochodowa podróż po USA – z rodzinnego Chicago aż do Tennessee. Panowie mają zero planów na tą podróż, ale kiedy po drodze mijają znak prowadzący do grobu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, Colin nie jest w stanie się oprzeć. Bo musicie wiedzieć, że Colin jest wspaniałym dzieckiem, które nie wyrosło na geniusza, ale to mu nie przeszkodziło zgromadzić w swoim krótkim życiu pokaźnej wiedzy o wszystkim, włączając  w to żywot i śmierć arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Zastanawiacie się, co grób bratanka cesarza Austro-Węgier robi w Tennesse? A co powiecie na to, że w najbliższym sąsiedztwie znajduje się pokaźna fabryka sznurków do tamponów?

John  Green potrafi pisać mądre, piękne i jednocześnie zabawne powieści. Jeżeli taka jest literatura młodzieżowa obecnych czasów, to nie mamy się co martwić o przyszłość. Miło wielu humorystycznych akcentów, autor opowiadając historię Colina, Hassana i wielu innych pisze tak naprawdę o rzeczach wielkich i ważnych, nie nadając im niepotrzebnie pietyzmu. Jest o to historia o byciu innym, o graniu różnych ról, które wyznaczyli dla nas inni, ale i o „robieniu czegoś” – dla siebie, dla społeczności, dla rodziny. A przy tym jest absolutnie przezabawna.

Wielu amerykańskich booktuberów określa tą powieść jako lepszą niż najpopularniejsze tego autora Gwiazd naszych wina. Ja bym tak nie powiedziała, dla mnie historia Gwiazd zawsze pozostanie na pierwszym miejscu. Jednak i w 19 razy Katherine odnalazłam to ciepło i spokój, którymi charakteryzuje się proza Johna Greena, a i m więcej czasu mija od przeczytania tej książki, tym bardziej czuję, jak wrasta ona w moje serce.  I wiem już na pewno, że te książki będą u mnie działały jak kompres na zbolałą duszę.

Moja ocena: 4,5/6

John Green 19 razy Katherine
Tłum. Magda Białoń-Chalecka
Wyd. Bukowy Las
Wrocław 2014



wtorek, 6 stycznia 2015

Szeptem o paranormalach

Szeptem to jedna z tych książek, które od premiery swej żyją u mnie w schowku, ale nigdy nie doczekały się awansu na listę ”muszę, bo umrę”. I tak sobie tam siedziała, potem ją wykasowałam, zaraz wsadziłam do innego schowka, aż pewnego zimowego dnia w bibliotece osiedlowej, ja i ona zetknęłyśmy się, że tak powiem, ontologicznie. Ja stałam na podłodze, a ona stała na półce. I myślę sobie „biorę!” co jak wiecie, nie zawsze jeszcze oznacza „przeczytam!”. Mam taką jednostkę chorobową, że czasem przynoszę z biblioteki książki, których potem nie zdążam przeczytać, i wiem, że nie zdążę, tylko lubię, jak mi tak leżą na półce (co jest złem, bo ktoś by to mógł  w tym czasie czytać, więc się leczę i właściwie od kilku miesięcy nie zaglądałam do bibliotek w ogóle). Ale to Szeptem szeptało do mnie: skoro już się spotkałyśmy, po tylu latach, a ja w sumie niewielką książką jestem, a ty jesteś za to w tym roku zajawiona na nie do końca realistyczną literaturę, to może? No to przeczytałam.

Szeptem to pierwszy tom cyklu autorstwa Becci Fitzpatrick, którego bohaterką jest Nora Grey, nastolatka, oraz Patch, nie-tak do-końca-nastolatek. Rzecz dzieje się na prowincji gdzieś w stanie Maine – pewnego dnia, w wyniku dziwnego pomysłu nauczyciela biologii, Nora zmuszona jest zamiast z przyjaciółką Vee dzielić ławkę z Patchem, nowym uczniem w szkole. Jednocześnie z Patchem w jej życiu zaczynają się dziać różne dziwne rzeczy, które kładą się cieniem na jej dotychczas względnie spokojnym życiu (pomijając fakt, że rok wcześniej zginął jej tata). Żeby jednak nie było nudno, na horyzoncie pojawia się kolejny nowy uczeń, Elliot, jak się okazuje nie taki znów aniołek, i zaczyna się robić straszno.

Jako typowy, młodzieżowy paranormal, Szeptem do złudzenia przypomina Zmierzch, najsłynniejszą chyba powieść tego gatunku ostatnich lat. Nora mieszka w zimnym, mrocznym zamglonym stanie Maine, niedaleko od wybrzeża oceanu. Stan Waszyngton, w którym mieszkała Bella, jest wprawdzie dokładnie po drugiej stronie kraju, ale klimat się zgadza. Do pierwszego spotkania bohaterów dochodzi na lekcji biologii, Nora sama zaczyna się po jakimś czasie domyślać, że Patch tak do końca normalny nie jest, i przy pomocy Google odkrywa prawdę. Oczywiście wpada w sam środek kłopotów z nadprzyrodzonymi siłami, ale daje radę (nie, to nie był spoiler, to prawa gatunku).

Co nie zmienia postaci rzeczy, że dobrze mi się tą książkę czytało. Fitzpatrick nieźle sobie radzi z kreśleniem bohaterów, trzyma się może za bardzo prawideł obowiązujących w świecie paranormalni, ale też sięgając po Szeptem nie szukałam zaskoczenia czy oryginalności. Potrzebowałam lekkiej lektury wspomagającej naukę na egzamin, czegoś, przy czym miło spędzę czas. I zostało mi to zapewnione. Kandydat do Nobla to nie jest, i o to właśnie chodziło. Akcja mknie tu sobie całkiem szybko, ogólne zasady panujące w stworzonym przez autorkę świecie są wewnętrznie spójne (aczkolwiek niepotrzebnie zagęszczone), a ponieważ jest to młodzieżówka, nic poważniejszego od elektryzującego pocałunku się nie pojawia. Czy przeczytam kolejne tomy? Jeśli wpadną mi w ręce, chętnie poznam dalsze losy Nory i Patcha, gdyż spędziłam z nimi dwa bardzo przyjemne wieczory.

Moja ocena: 4/6

Becca Fitzpatrick Szeptem
Wydawnictwo Otwarte

Kraków 2010

niedziela, 28 grudnia 2014

Czy to "Gwiazd naszych wina"?

Są tematy, o których pisać jest wyjątkowo ciężko, co nie znaczy, że wielu się na to nie porywa. Do takich tematów na pewno należy starość, i tutaj zwykle trudno jest autorom odejść od schematu człowieka-babci lub człowieka-dziadka. Inną kwestią poruszaną w wielu książkach jest choroba nowotworowa. Tutaj szkoły są dwie – albo depresyjna, kiedy diagnoza „rak” automatycznie prowadzi do planowania pogrzebu, albo optymistyczna walka, ze zwycięstwem na końcu. Rodzajów nowotworu jest wiele, niektóre prawie zawsze niosą śmierć, inne są operowalne, ale oferują życie z wyrokiem w zawieszeniu, jeszcze inne nie przeszkadzają w długim życiu. Jest ich coraz więcej w naszym życiu – zapewne każdy z nas znało co najmniej kilka osób, które przedwcześnie odeszły z tego właśnie powodu. Ale mimo to wciąż niewielu pisarzy potrafi o tym pisać bez patosu, ale pięknie, wzruszyć, nie popadając w demagogię. John Green jest jednym z niewielu, którzy potrafią.

Bohaterami powieści Gwiazd naszych wina jest Hazel, która ma przed sobą nieograniczoną ilość życia, jako, że nowatorski lek zahamował rozwój jej nowotworu płuc, oraz Augustus, NEC (No evidence of cancer – brak oznak raka), któremu ognisko choroby usunięto wraz z nogą. Jest jeszcze jeden bohaterpowieść Czas udręki – która zafascynowała oboje nastolatków i która odegra olbrzymie znaczenie w tej historii. Green pisze z humorem, ironią, bez demagogii i patosu, a jednak wzbudza w czytelniku szereg silnych emocji: smutek, gniew, nadzieję. Pomaga docenić życie takie, jakim jest. Nie ma w tej powieści nic na wyrost, nic niepotrzebnego, jest to chyba jedna z niewielu powieści, jakie w życiu czytałam, które byłyby tak starannie obmyślane.

Gwiazd naszych wina jest zaliczana do powieści młodzieżowych, co każe mi się zastanawiać nad kryteriami, jakie są używane przy takich okazjach. Czy powieścią młodzieżową jest każda, w której bohaterami są nastolatki? Czy bardziej chodzi o sposób pisania, właściwy dla nastoletniego czytelnika? Trudno powiedzieć, bowiem opisywana tutaj powieść jest dla mnie naprawdę świetnym przykładem współczesnej amerykańskiej literatury, i zastanawiam się ile jeszcze takich genialnych książek ukrywa się przede mną, gdyż zwyczajnie nie zaglądam na regały z literaturą dla młodzieży, postawione przeważnie z dala od tej dla dorosłych. Jednocześnie cieszę się, że książki przeznaczone przez wydawców dla młodszych odbiorców to nie tylko wampiry i Pretty Little Liars, ale i tak głębokie i pięknie napisane historie. Ja dzięki niej nauczyłam się zaglądać na te wzgardzane zwykle półki w księgarni.

Moja ocena: 5,5/6

John Green Gwiazd naszych wina
Tłum. Magda Białoń-Chalecka
Wyd. Bukowy Las

Wrocław 2013

poniedziałek, 11 lutego 2013

Osobliwa książka, osobliwe dzieci, osobliwy dom



Osobliwy dom pani Peregrine to jedna z tych książek, które pojawiają się nagle i od razu święcą triumfy na blogach i serwisach książkowych. Ponieważ peany na jej cześć dochodziły do mnie z różnych kierunków, książka nie mogła długo grzać miejsca na półce.

Na pierwszy rzut oka mamy tu do czynienia z typową powieścią młodzieżową, łamane na kryminał, łamane na fantastykę. Poznajemy Jacoba, nastolatka, syna bogatych rodziców, który jednak nie potrafi odnaleźć się w otaczającej go rzeczywistości. Nie ma przyjaciół, dziewczyny ani żadnych szczególnych talentów. Ma za to niezwykłego dziadka, który od dziecka karmił wyobraźnię Jacoba opowieściami o osobliwych dzieciach i potworach, które na nie czyhają, ilustrując te opowieści starymi zdjęciami. Z czasem, gdy Jacob dorósł, fascynacja tymi historiami przemieniła się w nieufność i bajanie dziwaczejącego staruszka. Kiedy jednak dziadek Abraham ginie w makabrycznych okolicznościach, coś, co Jakob widział, coś, czego  nie mógł dostrzec nikt inny, wskazuje, że opowieści te mogły nie być tak zmyślone jak do tej pory sądził.  Bohater wyrusza zatem na małą angielską wyspę, gdzie dziadek ukrywał się przez hitlerowcami w czasie wojny, by poznać prawdziwą historię swego przodka i zrozumieć jego śmierć. Okaże się jednak, że przybycie na wyspę to dopiero początek jego przygód.

Patrząc tak na powyższy opis trudno nie zauważyć, że autor bazuje na dosyć tradycyjnym schemacie powieści dla młodzieży. Jest młody chłopak, który czuje, że nie przystaje do swojego świata, jest przewodnik w osobie dziadka, jest magia, która miesza się z rzeczywistością, i przygoda, która czeka na głównego bohatera po przejściu przez „magiczne wrota”. Jednak jest coś w tej powieści, co czyni ją wyjątkową na tle jej podobnych. Nie wiem, czy to przepiękny język powieści, ani zbyt wydumany, ani prymitywny, czy nietuzinkowe postaci, czy też może fakt, że świat stworzony przez Riggsa jest przemyślany do najdrobniejszego szczegółu, przez co czytelnik nie tyle czyta o wydarzeniach, ile bierze w nich udział. Może to sprawka niesamowitej atmosfery, która niczym mgła unosi się znad kart książki, mroczna jak noc na cmentarzu, a jednak fascynująca. Może to wszystko naraz sprawia, że Osobliwy dom jest powieścią, która zdarza się raz na kilka lat, i koło której nie można przejść obojętnie.

Trzeba dodać parę słów na temat samej książki jako przedmiotu, gdyż Osobliwy dom pani Peregrine został wydany w przepiękny wręcz sposób. Przede wszystkim cała historia narosła wokół osobliwych zdjęć, które Riggs zgromadził z kilku prywatnych kolekcji. Fotografie te są chwilami przerażające, ale nieodmiennie fascynują, jak to bywa ze zdjęciami z czasów, kiedy nie trzaskało się ich siedemdziesiąt przy byle okazji. To, plus czcionka, plus drobiazgi takie jak ozdobniki przy numerach stron powodują, że czytanie staje się bardzo sugestywnym aktem, a książka idealnym pomysłem na prezent.

Nie wiem tylko, czy ja przegapiłam to w cudzych recenzjach, czy coś jest ze mną nie tak, ale wydaje mi się, że książka nie ma zakończenia. Ergo, należy spodziewać się dalszej części. Szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej, bo może nie siedziałabym do trzeciej w nocy, czytając, czekając na rozwiązanie, którego nie będzie. Bo tak, będziecie siedzieć nad tą książką do trzeciej w nocy, nie wypuścicie jej tak łatwo z rąk.

Moja ocena: 5/6

Ransom Riggs Osobliwy dom pani Peregrine
Tłum. Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wyd. Media Rodzina
Poznań 2012

piątek, 5 października 2012

U nas na Roosevelta



„McDusią” pani Musierowicz powróciła w wielkim stylu. A ja wraz z nią powróciłam do magicznego świata Jeżycjady, do mieszkania na Roosevelta, gdzie każdego przyjmą z otwartymi ramionami.

Nie ma sensu opisywać fabuły – ci, którzy czytają Jeżycjadę, i tak przeczytają (to już dziewiętnasty tom!), ci, którzy jeszcze nie znają (są tacy?), gdyby postanowili się zapoznać – tych odsyłam do tomów najpierwszych. Tutaj zatem będzie parę tylko impresyjek z mojego spotkania z powieścią.

Po pierwsze – dawno już nie było tak dobrego tomu. Mam wrażenie, że ostatni taki to był „Język Trolli”, a każdy kolejny już troszkę słabszy. A tu bach – majstersztyk, perełka, powrót do starych, dobrych czasów.

O właśnie, powrót! Ten cykl ma coś, czym nie może się pochwalić większość „seryjniaków” – czytelnik tak dobrze zna już ten wykreowany świat, że nie czyta o nim, a w nim ląduje. Po kilki latach znów zasiadłam za stołem w pełnej, ciepłej kuchni Borejków, jakbym właściwie nigdy z niej nie wychodziła – i co z tego, że ta kuchnia jest w Poznaniu? Bohaterów znam od urodzenia, ba! wiem, co się działo burzliwego, zanim na te świat przyszli. Jeszcze zanim się przedstawią, po pierwszych słowach opisu już widzę, kto się pakuje do przedpokoju – a to szalona Ida, a to zakręcony Bernard Żeromski. Laura, jak to Laura – wdzięczy się przed lustrem, senior rodu – Ignacy Borecko czuwa nad poprawna polszczyzną dwuletniego Ziutka, Gabriela czuwa nad wszystkim jak anioł stróż, a młodzieńcy już – Józinek i Ignacy Grzegorz wciąż rywalizują. Czytając takie książki ma się wrażenie, że jednak pewne rzeczy są niezmienne.

„McDusia” jest jednym z tomów Jeżycjady, które ja nazywam bożonarodzeniowymi – czyli chyba tymi najlepszymi, bo oprócz ciepła i uroku członków rodziny Borejków udziela nam się również świąteczna atmosfera, aż chciałoby się wyjrzeć za okno i zobaczyć wirujące śnieżynki… Troszkę żałuję, że nie zostawiłam sobie lektury na pierwszy dzień świąt, ale i tak jest bliżej niż dalej do Bożego Narodzenia, więc mała strata. Oczywiście, w moim prywatnym rankingu nic nie przebije „Noelki”, jeśli chodzi o tę porę roku, ale najnowszy tom cyklu dzielnie podąża tym tropem.


I tylko smucą czasem niektóre rzeczy. Smuci śmierć starych (bardzo starych!) bohaterów. Smuci dorastanie – postaci znane nam z poprzednich tomów dojrzały, rozjechały się po świecie – Francja, Holandia, Japonia… i tęskno za nimi. Jest ich już tak wielu, że przyznaję – nie wszystkich dokładnie pamiętam. Gdy na dłużej pojawiali się na kartach ostatniej powieści, przypominałam sobie ich losy, jak to jest na spotkaniu dawno niewidzianych znajomych, ale szereg tych, o których tylko napomknięto, przykryła już pierzynka zapomnienia. Muszę kiedyś wrócić do poprzednich tomów, by poznać ich na nowo. Smuci też powolne starzenie się seniorów rodu – Ignacego i Mili  – wciąż są z nami, ale czytelnik zastanawia się – ile jeszcze wspólnych tomów jest nam dane? Czy zamykając „McDusię” pożegnaliśmy ich już na zawsze? Czy jeszcze dane nam będzie przewrócić wspólnie strony kolejnych Jeżycjad?


Moja ocena: 5,5/6


Małgorzata Musierowicz McDusia
Wyd. Akapit Press
2012


Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik.

piątek, 9 marca 2012

Słodkie małe kłamczuchy i dziewczę z piekła rodem


Pewnie nigdy nie zabrałabym się za czytanie tej książki, gdyby nie wyzwanie Trójka e-pik, które w tym miesięcy wymaga od uczestników przeczytania jednej książki z gatunku literatura młodzieżowa. Jeśli o mnie chodzi, to jest to prawdziwe Wyzwanie, bo sama z własnej woli dosyć rzadko sięgam to tego typu literaturę. Po „Kłamczuchy” sięgnęłam z dwóch powodów: oglądałam serial, który jest świetny, a książka na trochę ponad 200 stron (a ja mam niewiele czasu na czytanie). Podejrzewałam, że może to być książka tak kiepska, że rzucę nią po kilku stronach, ale okazało się, na szczęście, inaczej.

Jest to historia o pięciu przyjaciółkach pochodzących z amerykańskiej klasy wyższej, zamieszkujących niewielkie miasteczko na wschodnim wybrzeżu: Alison, Hannah, Aria, Emily i Spencer. Chociaż wszystkie są równe wiekiem i statusem społecznym, prym wiedzie, jak zwykle, jedna: Alison. Kiedy dziewczyna znika w  niewyjaśnionych okolicznościach, paczka przyjaciółek rozpada się i każda idzie w swoja stronę. Spotykamy je ponownie po 3 latach. Dziewczyny się zmieniły, ale w głębi siebie wciąż przeżywają swoją przyjaźń z Alison oraz jej zniknięcie. A okazuje się, że nie była to przyjaźń jak z bajki. Tak naprawdę Ali była, przepraszam za wyrażenie, „pomiotem piekieł”, a wiele wspomnień z nią związanych jest dla bohaterek niezwykle bolesna i nieprzyjemna. Ali lubiła bowiem kolekcjonować ludzkie sekrety, w tym sekrety przyjaciółek, i nigdy nie można było być pewnym czy ich nie wyjawi. Była tez prowodyrem złośliwych „akcji” przeciwko innym uczniom ich prywatnej szkoły. Po 3 latach od jej zaginięcia dziewczyny nagle zaczynają otrzymywać SMSy odnoszące się do ich sekretów – sekretów, o których tylko Ali wiedziała. A autor podpisuje się tajemniczym A…

Nie jest to zła książka. Dobrze napisana, świetnie się czyta, postacie są ciekawie skonstruowane, każda z bohaterek ma inny charakter, inny styl, zainteresowania.  Ale książka ma też jedną, sporą wadę – jest pusta.

Już wyjaśniam. „Kłamczuchy” to książka dla młodzieży, konkretniej – dla dziewczyn, mimo iż dorosłym też dobrze się ją czyta. Ale wydaje mi się, że taka książka powinna jednak zawierać jakiś morał, przesłanie, cokolwiek.  Nie mówię, że ma to być oda do przyzwoitości, powinno być jak najbardziej oparte na rzeczywistości, a w rzeczywistości młodzież niewinna nie jest. Jednak główne bohaterki „Kłamczuch” to bogate, rozpuszczone, trochę głupiutkie dziewczyny, które podrywają starszych facetów, kradną biżuterię w sklepie i spędzają długie godziny po lekcjach na dodatkowych zajęciach, których nie znoszą, ale które dobrze wyglądają na aplikacji na uczelnię.  Możliwe, że tak jest naprawdę w Ameryce, ale nie kupuję obrazu 18-latki siedzącej  w mini na lunchu, sączącej czerwone wino, albo siedzącej w barze i popijającej szkocką. Albo po szkole angażującej się w komitet tworzący księgę pamiątkową, samorząd szkolny, drużynę hokeja, dodatkowe zajęcia do egzaminów i jeszcze mającej czas podrywać narzeczonego siostry. Poza tym cała fabuła opiera się na usilnych staraniach bohaterek, aby pewna brzydka prawda nie wyszła na jaw. Dziewczyny wolą utrudniać śledztwo w sprawie zaginięcia ich przyjaciółki, niż pozwolić, aby ich sekrety nie wyszły na jaw.  Czytając książkę, miałam cały czas przed oczyma dziewczyny z serialu, który, choć wiernie oparty na książce, stworzył lepsze postacie. Dziewczyny z serialu nie były idealne, ale dały się lubić. Dziewczyn z książki lubić się nie da.

No i wyszło, że książka zła, a to nie prawda. Polecam na jedno lub dwa popołudnia, jako odpoczynek nieskalany głębszą myślą.

Moja ocena: 4,5/6 

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik.