O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 marca 2021

"Lista nieobecności" Michał Paweł Urbaniak

 

Kiedy dowiedziałam się, że „Lista nieobecności” istnieje, to już kilka godzin później była w moim posiadaniu – znając Michała, nic choćby odrobinę odstającego od perfekcji nie mogło mieć miejsca, więc obaw nie było żadnych. Pojawiły się, kiedy przeczytałam, o czym powieść traktuje, i dlatego na kilka miesięcy wylądowała na stosiku do przeczytania, a nie na tym z przeczytanymi książkami. Nie dlatego jednak, żeby coś było nie tak z samą „Listą”, tylko raczej z czytelniczką.


Trudno w skrócie opisać, o czym jest fabuła, aby nie zdradzić za dużo, a jest to na pewno lektura, w którą warto wejść nie wiedząc zbyt wiele. Z początku wydaje się, że poznajemy zwyczajną rodzinę, jakich wiele, których dotknęła tragedia. Jednak z każdym kolejnym rozdziałem dowiadujemy się o jej członkach coraz więcej i więcej, chociaż na początku wydawała się to bardziej przypadkowa zbieranina scenek rodzajowych, która jednak w miarę czytania przeobraża się w bardzo precyzyjnie skomponowany gobelin, złożony z ludzkich losów, a zwyczajna początkowo rodzina okazuje się być bardzo skomplikowanym organizmem. Aż sam narzucał się słynny cytat „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”.


W nieszczęścia tej rodziny wprowadzają nas naprzemiennie Zuzanna i Krzysztof, a że robią to z różnych poziomów czasowych, przez sporą część powieści czułam się, jakbym byłą na obiedzie u obcych ludzi, którzy niekoniecznie przejmują się, ile rozumiem z ich rozmowy, ale z których opowiadań powoli wyłania się obraz pełen smutku, żałoby, depresji i niezdrowej odmiany miłości, która bardziej niszczy niż buduje. Bohaterowie nie należą do takich, których można łatwo polubić, ale są napisani w takich sposób, że nie możesz przestać o nich czytać, i do pewnego stopnia, im kibicować. A przeplatające się ze sobą wątki tworzą meandry, z których nie można się wyplątać inaczej, jak doczytując „Listę” do końca.


Więc dlaczego tak długo po nią nie sięgałam? Dlaczego momentami byłam rozdarta między przeczytaniem kolejnych 100 stron i odłożeniem tej książki na wieczne niedokończenie? Przeraził mnie temat, jako że od dwóch lat z różnym skutkiem sama walczę z żałobą, więc muszę mieć szczególnie „silny” moment w życiu, aby poszukiwać tego tematu w literaturze. Ale chyba dzięki temu jestem w stanie jeszcze bardziej docenić, jakim kunsztem posłużył się autor, by opowiedzieć tą historię. Bo emocje, towarzyszące Zuzannie po śmierci męża, były wielokrotnie odbiciem moich własnych, zaś opisy depresji, na którą cierpi inny z bohaterów, również trafiły mnie prosto w serce. Dlatego przeczytałam „Listę obecności” w kilka ponurych lutowych wieczorów, ale przeżywam ją do dziś.


Zatem jeśli lubicie pięknie napisane, emocjonalne ale nie łzawe opowieści o nieszczęśliwych rodzinach, to właśnie znaleźliście swoją kolejną lekturę.



Michał Paweł Urbaniak „Lista nieobecności”

Wyd. Mova

Białystok 2020



środa, 23 stycznia 2019

Dwie Rudnickie - ta dobra i ta...


Tak bardzo, jak lubię sięgać po nieznanych mi autorów i debiuty, tak lubię mieć na podorędziu kolejne tomy znanych mi serii albo nieprzeczytaną jeszcze powieść ulubionych autorów. Jednymi z takich książek są te autorstwa Olgi Rudnickiej. Jej cykl o Emilii Przecinek pomógł mi przetrwać najczarniejsze czasy w pracy, a przy lekturze cyklu o Nataliach płakałam ze śmiechu. Było też kilka innych tytułów, które bardzo mi się podobały – pomiędzy nimi Diabli nadali, ale również kilka moim zdaniem mniej udanych – jak niestety najnowsza książka Byle do przodu.

Diabli nadali wydano kilka lat temu, i z zaskoczeniem skonstatowałam, że zupełnie mi ona umknęła w mojej pogoni za kolejnymi książkami Rudnickiej. Fabuła ma, wydawałoby się, dosyć przewidywalne założenie – młodziutka dziewczyna z prowincji przybywa do Wielkiego Miasta i zostaje osobistą asystentką zabójczo przystojnego Szefa, którego wszyscy podejrzewają co najmniej o luźne związki z Lucyferem. Uwodziciel mający na koncie setki dusz i niedoświadczenie głównej bohaterki powinno zaowocować płomiennym romansem. Otóż, nie. Pomiędzy tą dwójką rodzi się coś, co można roboczo nazwać przyjaźnią podszytą szyderą z jednej strony, i niechęcią z drugiej. Wybuchowe kombo? Dodajcie do tego trupa, który nie jest trupem, policjanta, który chce kariery i miłości, ale nie umie się zabrać ani za jedno, ani za drugie, i wachlarz postaci drugoplanowych, cudownie przerysowanych jak to u Rudnickiej, i wychodzi komedia kryminalna, którą czyta się z przyjemnością.

Czego niestety nie można powiedzieć o innej, przeczytanej przez mnie ostatnio w ramach Wyzwania Trójka E-pik, powieści tej autorki – Byle do przodu. Zalążek fabuły znów wydaje się obiecujący – dwoje trzydziestolatków dostaje od bogatego taty znaczną pomoc z otwarciu własnych biznesów. Jednak takie prezenty w przeszłości zawsze były zapowiedzią złych wiadomości, Dlatego przedsiębiorcze rodzeństwo postanawia wszelkimi dostępnymi środkami dowiedzieć się, co też takiego ojciec postanowił okrasić podarkami. Tutaj niestety fabuła zaczyna się trochę sypać. Nie można powiedzieć, że czytelnik spodziewa się wielkiego zwrotu akcji, bowiem ten zwrot akcji jet mu zakomunikowany na wczesnym etapie. Potem zaczyna się komedia pomyłek, która pewnie byłaby śmieszna i wciągająca, gdyby ją skrócić o jakieś 100 stron. Zamiast skrzących się specyficznym humorem dialogów, które znamy z innych książek autorki, mamy często przeplatające się dwa monologi bez ładu i składu, do niczego nie prowadzące konwersacje wciąż o tym samym, żarty i figury retoryczne powtarzające się kilkakrotnie, za zasadzie, że jak raz śmieszyło, to drugi raz też rozśmieszy. Pod koniec pojawia się wątek kryminalny, przyznam, że z ciekawością oczekiwałam na jego finał i powiązanie z główną fabułą. Tymczasem okazało się, że był to dodany na siłę element, o którego pochodzeniu lepiej nie mówić, żeby nie używać wulgaryzmu, a gdy przyszło go wyjaśnić, moją reakcją było tylko „Yyyyy, ok...”

I teraz nie wiem – z jednej strony wiele powieści Olgi Rudnickiej zapewniło mi solidną dawkę rozrywki i odskocznię od codzienności. Z drugiej, to już drugi tytuł wydany w ostatnim czasie, który nie przypadł mi do gustu. Nie chcę wierzyć, że formuła się wyczerpała, a że to tylko czasowa niedyspozycja, i jeszcze dostaniemy coś na miarę Natalii.

Olga Rudnicka Diabli nadali
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2015
Moja ocena – 4,5/6

Olga Rudnicka Byle do przodu
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2018
Moja ocena – 3/6
Książka przeczytana w ramach Wyzwania Trójka E-pik

poniedziałek, 16 lipca 2018

Marta Matyszczak "Tajemnicza śmierć Marianny Biel"


Jak zapewne widać, bardzo rzadko zdarza mi się publikować na tym blogu, jednak od czasu do czasu trafiam na pozycję, o której mimo braku czasu i ogólnych trudności z komponowaniem wewnętrznie spójnego tekstu, muszę napisać. Są to albo książki tak złe, że aż mnie boli moja czytelnicza dusza, albo tak zaskakująco dobre, iż koniecznie muszę obwieścić światu, jakie to było fajne. Nawet jeśli reszta świata już dobrze o tym wie, a ja wpadam spóźniona na imprezę na cześć. Dziś przeganiam mój wtórny analfabetyzm by opowiedzieć o wrażeniach z lektury Tajemniczej śmierci Marianny Biel autorstwa Marty Matyszczak.

Pozycja ta była na mojej liście „do przeczytania” już od chwili premiery, i przyszedł taki moment, że najbardziej na świecie potrzebowałam lekkiego kryminału, który nie miałby tysiąca stron. Tak na marginesie, zauważyliście, iż ostatnio publikuje się coraz więcej bardzo grubych książek każdego gatunku, a coraz trudniej znaleźć coś wartościowego poniżej 400 stron? Na szczęście wpadła mi w oko Tajemnicza śmierć i teraz wiem, że mam przed sobą jeszcze co najmniej trzy łatwe wybory kolejnej „krótkiej” lektury.

Trudno powiedzieć, kto jest w tej książce głównym bohaterem: czy były policjant Szymon Soliński, czy przygarnięty przez niego ze schroniska niezwykle elokwentny parówkowy skrytożerca Gucio, czy też może typowy budynek mieszkalny na Śląsku zwany familokiem, zamieszkany przez zgraję indywiduów. Soliński liże rany po tym, jak jego życie legło w gruzach, Gucio liże wszystko co potencjalnie da się zjeść, a familok prezentuje trupa pod postacią Marianny Biel. Wiele wskazuje na to, iż trup nie był opuścił tego łez padołu w sposób powszechnie uznawany za naturalny. Szymon wraz ze znajomą dziennikarką Różą oraz obrotnym kundelkiem rozpoczynają własne śledztwo, które oprócz mordercy odkryje też wszystkie brudy, które kryją się za fasadą śląskiego domostwa.

Nie sposób wymienić wszystkich elementów, które świadczą o wyjątkowości tej pozycji. Bohaterowie są realistyczni, ludzcy, niepozbawieni wad i jednocześnie dający się lubić. Nie ma tu kolejnego podstarzałego detektywa po rozwodzie. Gucio jest osobnikiem tak uroczym i zabawnym, a jednocześnie sarkastycznym i pomysłowym, że wprost nie można go nie pokochać już od pierwszej chwili. Autorka poświęca zresztą pieskiemu życiu w schronisku sporo uwagi, bez pietyzmu i wywoływania poczucia winy, ale z mądrością i humorem. W całej powieści tu i tak pojawiają się zresztą komentarze do sytuacji społeczno-politycznych, które są jak czterolistne koniczynki – nie czynią różnicy w krajobrazie ale człowiek się cieszy kiedy na nie natrafi. I po tych komentarzach mogę poznać, że chyba bym się mogła z autorką zaprzyjaźnić – nadajemy na tych samych falach. Jest też tutaj sporo humorystycznych akcentów, takich do lekkiego uśmiechu i takich do głośnych wybuchów rechotu (winda mówiąca po ślunsku to był absolutny hit!).

Lata temu ogłosiłam wyzwanie Miejsce Czytanie, które miało zachęcać do odwiedzania polskich miast poprzez książki, i chociaż wyzwanie umarło i zostało pogrzebane, to sam koncept jest mi wciąż bliski. Teraz z radością dołączam do moich miejskich podróży ten chorzowski kryminał, i planuję ponowne spotkanie z Guciem i jego właścicielem.


Moja ocena: 5/6 (punkt odjęty za kilka drobiazgów nad którymi zboczenie zawodowe nie pozwala mi przejść obojętnie; ogólnie za styl, bohaterów i fabułę dałabym 6 z plusem).

Marta Matyszczak Tajemnicza śmierć Marianny Biel
Wyd. Dolnośląskie
Poznań 2017

czwartek, 29 marca 2018

"Ślepy archeolog" Marta Guzowska


O książkach Marty Guzowskiej słyszała już wiele dobrego, nie raz natrafiałam na recenzje zachęcające do lektury, jednak jakoś nigdy nie było mi do nich po drodze. Zatem kiedy kilka dni temu wpadła mi w ręce najnowsza powieść autorki, Ślepy archeolog, po raz pierwszy miałam okazję przekonać się, czy opinie nie kłamały i czy to coś dla mnie.

Jak wskazuje tytuł, jest to książka o... ślepym archeologu. Przyznam, że trudno mi było się na początku przekonać do tej koncepcji, nie wiem, czy faktycznie istnieje możliwość tak dokładnego wykonywania pracy na wykopaliskach, mając do dyspozycji wszystkie zmysły poza wzrokiem. Jednak ani nie jestem archeologiem, ani nie mam problemów ze wzrokiem, zatem nigdy nie uda mi się zrozumieć w pełni tego fenomenu. Archeologiem natomiast jest sama autorka, uznałam zatem, że nie ma co jej nie wierzyć, i w pełni zatopiłam się w lekturze.

Poznajemy głównego bohatera, Toma, kiedy znajduje się w pokoju przesłuchań i ma opowiedzieć o tym, jak zabił dwie kobiety. Zaraz czytelnik przenosi się jednak kilka dni wstecz, i poznaje innych uczestników wykopalisk, centrum w którym pracują, ich zadania i rutyny. Poznajemy również przyszłe ofiary, a przede wszystkim uczymy się coraz więcej o Tomie i jego niesamowitych umiejętnościach. Tom nie tylko jest archeologiem, ale i kierownikiem wykopalisk i autorytetem w dziedzinie kultury minojskiej, co będzie miało olbrzymie znaczenie w rozwoju akcji.

Lekturę rozpoczęłam z przekonaniem, że jest to klasyczny kryminał, jednak w pewnym momencie akcja zagęszcza, zaczynają się dziać trudne do logicznego wyjaśnienia rzeczy, tak że bardziej niż kryminał książka zaczęła się rysować jako thriller. Mniej od tego, kto kogo zabił i dlaczego, znaczenie miała mroczna fabuła, której nie jest w stanie rozjaśnić nawet kreteńskie słońce. Kolejne wydarzenia zamiast tłumaczyć, powodują coraz większą konfuzję, a zwroty akcji w drugiej połowie powieści przywracają o zawrót głowy.

To jest ten typ książki, który bardzo lubię – do końca nie wiem, kto jest mordercą i jak się ułoży rozwiązanie zagadki (gdy udaje mi się tego domyśleć, czuję lekki niedosyt i rozczarowanie). Ciekawa sprawa miała miejsce z bohaterami – nikogo z nich nie polubiłam, a mimo to nie przeszkadzało mi to w lekturze. Nie byli sztuczni, byli zwyczajnie niesympatyczni, a to się przecież zdarza nagminnie w codziennym życiu. Pochłonęłam Ślepego archeologa w dwa wieczory, i zdecydowanie mogę go polecić każdemu, kto ma ochotę na literaturę rozrywkową, ale na poziomie. Ja zaś zacznę się rozglądać za innymi książkami pani Guzowskiej.



Moja ocena: 4,5/6

Marta Guzowska Ślepy archeolog
Wyd. Marginesy
Warszawa 2018

czwartek, 8 marca 2018

"Zbyt piękne" Olga Rudnicka


Z powieściami Olgi Rudnickiej mam doświadczenia na zasadzie hazardu – raz trafiam w dziesiątkę, a innym razem trafiam pudło. Z jednej strony – obie książki o Emilii Przecinek i jej szalonej rodzince oraz cykl o Nataliach – nie dość, że nie mogłam się oderwać, to jeszcze zaśmiewałam się do rozpuku podczas lektury. Z drugiej – Fartowny pech i Martwe jezioro. Pech zakończyłam na około 70 stronie i nigdy nie czułam potrzeby powrotu, Jezioro wprawdzie przeczytałam do końca, ale w sumie nie wiem po co.

Zbyt piękne uplasowało się dla mnie gdzieś pomiędzy. Zarys fabuły był bardzo obiecujący – dwoje głównych bohaterów pada ofiarą oszusta, który obojgu im sprzedaje ten sam dom. Zarówno Zuzanna jak i Tymoteusz znaleźli się chwilowo na życiowym zakręcie i pieniądze władowane w dom były jedynymi jakimi dysponowali, tymczasem szczęśliwy sprzedający ulotnił się gdzieś niby sen jaki złoty. Ponieważ policji, mimo wszelkich starań, nie udaje się namierzyć złoczyńcy, bohaterowie postanawiają sami go poszukać i doprowadzić za łachy przed oblicze sprawiedliwości.

Sam pomysł bardzo mnie zachęcił – jeśli idzie o komedie, to sytuacja gdy nieznane sobie osoby z jakiegoś powodu muszą razem zamieszkać zwykle żywo budzi moje zainteresowanie. Nie jest to zresztą pomysł nowy u Rudnickiej – dla znających jej twórczość od razu na myśl przychodzą Natalie. Również język w Zbyt piękne nie zawiódł, i wielokrotnie chichrałam się podczas lektury. Pewne poboczne wątki, jak choćby mamusia gangstera, nadawały powieści koloryt typowy dla najlepszych książek tej autorki.

Z drugiej strony nie mogłam podczas lektury pozbyć się wrażenia, że ta konkretna książka była pisana nie tyle pod natchnieniem muzy, co terminu. Świetnie się zapowiadało, a potem miejscami coś siadało, a niektóre dialogi byłyby śmieszne gdyby zakończyć je dwie strony wcześniej, zamiast sztucznie przeciągać. Wreszcie zakończenie było trochę... od czapy. Nie wiem dlaczego tak mam, ale lubię, gdy działania podejmowane przez bohaterów w przeciągu powieści jakoś się miało do finału, tymczasem tutaj działo się, działo a na koniec okazało się, że sprawa została rozwiązana swoją drogą i właściwie wszystko co Zuza i Tymek zrobili było niepotrzebne. To mi pozostawiło pewnie niedosyt. Podobnie odniosłam wrażenie, że autorka wprowadziła na scenę pewnych bohaterów z konkretnym zamiarem, a następnie zmieniła zdanie i miała miejsce niezapowiedziana niczym volta, której nie nazwałabym jednak zwrotem akcji. Plus za to, że pewne kwestie nie zostały kończone tak jakby się można spodziewać z samego zarysu akcji, ale ilość i szybkość zawiązanych romantycznych związków pod sam koniec książki zostawiła mnie w stanie lekkiego osłupienia.

Parę słów jeszcze o Zuzannie, ponieważ jest to pierwsza bohaterka autorstwa Olgi Rudnickiej, której szczerze nie polubiłam. Baba (Zuza, nie autorka) jest zwyczajnie głupia i arogancka, od razu zaczyna się na wszystkich wydzierać, wymyśla niestworzone rzeczy a następnie się obraża. W niewielkim natężeniu nieporozumienia tworzą komedię, ale jeśli powstają tylko dlatego, że ktoś nie ma podstawowej umiejętności prowadzenia dialogu, to to nie jest śmieszne tylko irytujące. I zbyt przypomina otaczającą rzeczywistość.

Jak widzicie, mam z najnowszą powieścią Olgi Rudnickiej wielki kłopot. Na pewno dalej będę czytać jej powieści, a nawet chętnie bym poczytała kontynuację, jeśli będą w niej niektórzy z bohaterów (aczkolwiek po tym, jak się skończyło to nie bardzo jest z czego zrobić drugiego tomu), ale było też tutaj mnóstwo problematycznych elementów, które nieco mi zepsuły przyjemność z lektury. Zdecydowanie nie jest to książka, od której należałoby zacząć przygodę z twórczością pani Rudnickiej, z drugiej wielbicielki jej książek na pewno sięgną i po ten tytuł.

Teraz pytanie do Was – czy czytaliście już Zbyt piękne? Czy ja się czepiam, czy faktycznie coś jest nie tak?


Moja ocena: 3,5/6

Olga Rudnicka Zbyt piękne
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2018

środa, 21 lutego 2018

"Komisarz" Paulina Świst

Zawsze z wielkimi nadziejami i oczekiwaniami podchodzę do pisarskich prób prawników. Może to zawodowa solidarność, a może świadomość, że poza pewnymi przypadkami prawnicy to bardzo łebscy ludzie i to mi się jakoś przekłada na przekonanie, że muszą świetnie pisać. Zwłaszcza, gdy bohaterami swoich powieści czynią właśnie prawników. Zwykle srogo się rozczarowuję. Tak było i tym razem.

Z mocnym zażenowaniem uzmysłowiłam sobie, że akurat tą pozycję wybraliśmy dla teścia na prezent pod choinką. Komisarz wyglądał na kolejny polski kryminał, w dodatku polecany jak Internet długi i szeroki. Tymczasem okazało się, że to 50 twarzy Grey'a, wersja polska. Nie jestem jakoś szczególnie pruderyjna, nie oczekuję też że na 300 stronach rozpisany zostanie na bogato rozwijający się związek. Czytałam Norę Roberts, wiem wiem co to znaczy „graficzny opis”. Tyle , ze to tutaj było zupełnie n ie do przełknięcia – bohaterowie nie wzbudzali żadnych emocji, nawet tych negatywnych. Zwyczajne drewniane marionetki. Sceny seksu wyskakiwały jak Filip z konopii. Ja rozumiem nagłą namiętność, ale dla mnie to wyglądało mniej więcej tak „Cześć, cześć. Bzykanie. A jednak Cię nie lubię”. Gdzieś w tle była jakaś kryminalna afera, ale z każdą kolejną stroną tak pokręcona, że przestałam śledzić co się tak w ogóle odpitala. Może jestem głupia, nie wiem, ale nie zrozumiałam połowy z tego, co się działo. Jak na 300 stronicową powieść, autorka mogłaby obdzielić ilością bohaterów i ich powiązać co najmniej pierwsze 600 odcinków Klanu, i jeszcze by zostało trochę na widownie w Rozmowach w toku.

Jedyne, co mogę napisać na obronę tej powieści, to język. Mimo absurdalności całej fabuły jakoś dało się to czytać. Szkoda że potencjał nie został wykorzystany na coś, co miałoby chociaż ręce i nogi. Bo naprawdę mogłoby być lepiej. Gdyby główna bohaterka nie była tak głupia, afera była mniej skomplikowana a bardziej przemyślana, durne teksty rodem z telenoweli lekko wygładzone... Tymczasem co 5 stron wywracałam oczami tak silnie, że zdołałam całkiem dokładnie obczaić swój tyłek, ale sensu tego co przeczytałam dalej nie widzę. W ogóle zastanawiam się, czy autorka nie jest przypadkiem autorem – sądząc po ilości samców alfa i kretynek które są piękne, bogate, z sukcesami, super niezależne i wygadane, ale gonią w czasie pracy dostarczyć swoim Misiom obiadek, trudno uwierzyć, że mogła to napisać kobieta. Możliwe, że odzywa się we mnie wojująca feministka?

Dawno już nie czytałam niczego tak złego. Chciałabym napisać, ze rozumiem, że komuś na powieść mogła się spodobać, ale nie rozumiem. Chciałabym napisać, że literatura rozrywkowa nie musi być super ambitna, ale uważam, że powinna trzymać jakiś poziom. Chciałabym nie czytać w kolejnej powieści, że prokurator jest zwierzchnikiem policjanta, a znowu musiałam.


Moja ocena: 2,5/6 (2 za to, że doczytałam do końca, 0,5 za kilka śmiesznych tekstów).

Paulina Świst Komisarz
Wyd. Akurat

Warszawa 2017

czwartek, 4 stycznia 2018

Cykl o Nataliach

Długo psioczyłam na sam zamysł, jaki leżał u podstawy tej powieści. Czytałam bowiem już kilka książek, w których główne bohaterki okazują się zupełnie sobie obcymi siostrami (jak to w ogóle brzmi!), z pewnych powodów zmuszone do zamieszkania pod jednym dachem. Ile razy można wykorzystywać ten sam wzór... Po kilku latach i kilkunastu pozytywnych recenzjach powieści Olgi Rudnickiej postanowiłam dać sobie i jej szansę. Pech chciał, że sięgnęłam po Fartowny pech, którego lekturę przerwałam mniej więcej w połowie żeby zrobić sobie herbatę, i jakoś tak nigdy do niej nie wróciłam. Innymi słowy – wiele wskazywało na to, że moja przygoda z tą autorką będzie krótka i mało owocna.

A kilka miesięcy temu długie oczekiwanie w poczekalni kazało mi grzebać w aplikacji do ebooków za czymś lekkim, i znalazłam inną powieść pani Rudnickiej. Obecnie mam już za sobą 6 jej powieści, i z niepokojem spoglądam w przyszłość – bo co to będzie, gdy zabraknie mi nieprzeczytanych tytułów?

Na razie zasmuca mnie tylko, że zakończyła się moja przygoda z siostrami Sucharskimi. Tak, przełamałam się, schowałam swoje „ale” do kieszeni i sięgnęłam po Natalii 5. A potem po Drugi przekręt Natalii. I zaraz potem Do trzech razy Natalie. I śmiałam się przy tej lekturze tak, jak już dawno mi się to nie zdarzyło. Odszczekuję więc wszystkie złe słowa, jakie z moich ust padły na te książki. Dostałam nauczkę, by nigdy nie oceniać nieprzeczytanej książki.

Chociaż sama fabuła zasadza się, jak już wyjaśniliśmy, na dosyć oklepanym pomyśle, to jednak pięć sióstr stworzonych przez Rudnicką jest jak pięć żywiołów tworzących Kapitana Planetę w kreskówce mojego dzieciństwa. Tylko zamiast Planety, 5 Natalii tworzy wokół siebie chaos, zniszczenie i mnóstwo zabawnych sytuacji. Naprawdę trudno mi powiedzieć, którą z nich polubiłam najbardziej, bo każda ma w sobie urok krokodyla Dundee, ale dopiero razem tworzą demolkę doskonałą.

Nie wiem, czy jest jeszcze w kraju ktoś, kto lubuje się w powieściach obyczajowo-humorystyczno-kryminalnych i jeszcze nie czytał powieści o Nataliach, ale jeśli jeszcze ktoś taki gdzieś się znalazł (chociaż podejrzewam, że jestem ostatnim okazem), to serdecznie polecam mu Natalii 5 i resztę.

piątek, 10 kwietnia 2015

A z czym Tobie kojarzy się "21:37"?


Znacie tą satysfakcję z przeczytania wreszcie książki, która czekała na półce już długo, całe lata, i kilkakrotnie była wcześniej typowana na „przeczytam w tym miesiącu”, „przeczytam w tym wyzwaniu”, „wezmę na wakacje”, ale nigdy się jakoś nie złożyło? Ja odczuwam ją niestety bardzo rzadko, gdyż sięganie po pozycje, które leżą na półkach, nie jest moją mocną stroną. Ale kiedy już do tego dojdzie, jestem w siebie dumna, a gdy dodatkowo książka mi się podobała, to już w ogóle pełnia szczęścia. Przynajmniej nie spędziła tego całego czasu na półce bez potrzeby.

Z książkami Mariusza Czubaja zetknęłam się poprzez innego polskiego autora kryminałów, którego twórczość wielbię, mianowicie poprzez Marka Krajewskiego, z którym to panem Czubaj popełnił dwa kryminały: Aleję samobójców oraz Różę Cmentarną, cykl dwóch kryminałów osadzonych nad polskim morzem. Obie książki mi się podobały (choć wiem, że Aleja nie wszystkich zachwyciła), toteż kolejnym etapem było sięgnięcie po powieści samodzielnie napisane. I tak oto w moje ręce wpadła książka 21:37, kryminał, którego głównym bohaterem jest komisarz Heinz, profiler z Katowic, który zostaje wysłany do Warszawy, by pomóc tamtejszej policji rozwiązać dosyć delikatną sprawę kryminalną. Na marginesie dodam, że w dniu, kiedy kupiłam tą książkę, ktoś ukradł mi wszystkie dokumenty (spokojnie, odnalazły się potem porzucone przez rozczarowanego złodzieja) i zamiast czytać spędziłam kilka upojnych godzin na komisariacie. Zaś dwa lata później Sam Autor złożył mi bardzo fajną dedykację i autograf na Targach Książki w Katowicach (za pośrednictwem znajomej blogerki). Czyli, jak widzicie, wszystko się zgadza.

Komisarz Heinz zajmuje się, z dużym powodzeniem, tworzeniem profili psychologicznych seryjnych morderców. I chociaż jego praca często pomaga w śledztwach, koledzy policjanci traktują go raczej jako ichniejszy odpowiednik wróżbity Macieja – dużo machania łapami ale zero konkretów. Nie żeby nasz bohater się tym przejmował – zaangażowanie w pracę, która rzuca się cieniem na jego własną psychikę (momentami go przytłaczając) okazuje, borykając się jednocześnie  z osobistą tragedią, trudnościami z dorastającym synem i wspomnieniami z najcięższego śledztwa w karierze. Wszystko wskazuje na to, że kolejny seryjniak zaczyna grasować po Katowicach, jednak na rozkaz z góry musi niechętnie udać się do Warszawy, gdzie znaleziono dwóch zamordowanych kleryków i napis „21:37”, który jednoznacznie kojarzy się chyba wszystkim Polakom. Kto dokonał tego makabrycznego czynu, jaki ma to związek z Papieżem i Czu ten ktoś znów zabije – to pytania, na które będzie trzeba znaleźć odpowiedzi. Możliwie szybko, zanim góra dobierze się komisarzowi do tyłka.

Powieść wciąga, nie ma tu dłużyzn, opisów przyrody i wielostronicowych głębokich przemyśleń bohatera. Jest za to ciekawie skonstruowana postać komisarza w średnim wieku – zwykle takie postaci w naszych rodzimych kryminałach przechodzą przez kryzys wieku średniego i zgrywają Brudnego Harrego. Heinz zaś jest profilerem – bardziej niż pięściami i glockiem pracuje głową, chociaż jego metody nie zawsze są traktowane poważnie. Wprawdzie było kilka drobiazgów, które zgrzytały w trakcie czytania – sytuacje w stylu „zapisałem sobie numery tego vana sprzed 10 lat, bo coś czułem, że będziecie pytać”, parę zbiegów okoliczności, które nie do końca przekonują. Ale i tak zakończenie zaskoczy, a zanim do niego dojdzie, przyjdzie się czytelnikowi zastanowić nad kilkoma sprawami.

Urocza dedykacja autora :D


Moja ocena: 4,5/6

Mariusz Czubaj 21:37
Wyd. WAB
Warszawa 2011



Kolejna pozycja ze stosika 12 książek na 1015 rok przeczytania. Półki, bójcie się!

niedziela, 20 lipca 2014

Kocham Jacka Dehnela

A raczej kocham książki Jacka Dehnela. Na razie konkretnie jedną książkę. Młodszy księgowy: o książkach, czytaniu i pisaniu to ten typ książek, które lubię czytać najbardziej. Ok., uwielbiam kryminały, współczesne powieści, reportaże i wiele więcej. Ale książki o książkach i czytaniu traktuję szczególnym sentymentem, szczególnie te w których autor opowiada o swoich przeżyciach z literaturą, książkami, czytaniem, regałami i targami książki, dla niebibliofilskiej reszty świata zwanym „całym tym nudziarstwem”. Po Lekturach nadobowiązkowych Szymborskiej, Ex libris Fadiman i Polska mistrzem Polski  Vargi i zapewne co najmniej kilku kiepskich pozycjach zdałam sobie sprawę, że lektury takie należy wybierać bardzo starannie, że takie perełki nie trafiają się często, że temat „książka i czytanie” stał się powoli oklepany i wykorzystywany przez wydawców i autorów jako łatwo sprzedający się towar. Ale kiedy już trafi w moje ręce pozycja z gatunku tych prawdziwych, nie skrojonych dla niezrozumianej przez autora grupy dziwolągów, który tu niby pisze, jak to kocha książki, a potem wraca do domu i opowiada żonie, że zupełnie nie kuma, czym się ci ludzie zachwycają. Bo książki o książkach muszą być pisane przez bibliofilów, wtedy czytelnik od razu, od pierwszej strony, wie: „swój człowiek”. I ja tak właśnie miałam, gdy przeczytałam pierwszą stronę Młodszego księgowego.

Ta książka to zbiór felietonów, które autor opublikował był wcześniej na Wirtualnej Polsce. I tu już zwracam uwagę szanownych czytelników – na WP. Dawniej, to się takie zbiory brały z czasopism, bo ja wiem z czego, a teraz, patrz panie, z Internetów. Czyli w tych Internetach, panie, coś porządnego się jednak może trafić. Bo poza nietypowym trochę  miejscem pierwszych publikacji, felietony te są aż konserwatywnie piękne, poprawne (to o polszczyźnie), napisane przez człowieka wykształconego, człowieka z pasją i człowieka z własnym zdaniem, które potrafi wyrazić, nie obrażając przy tym nikogo (no, może kogoś tak lekutko pstryknie w nos, ale to przeważnie tacy adresaci, co się i tak nie zorientują, że to o nich ta mowa).  Czytając kolejne teksty, nie mogłam wyjść z podziwu, że autor, niewiele ode mnie starszy, może mieć tak szeroką wiedzę, tak wiele w życiu przeczytać, wysłuchać, zobaczyć. I aż mi się autentycznie wstyd siebie samej zrobiło, i szybciutko popędziłam na Wolne Lektury i legalnie ściągnęłam kilka klasyków, które już dawno powinnam była poznać.  Że nie wspomnę o liście innych pozycji, które dzięki Dehnelowi zyskały priorytet w czytaniu (czyli już za dwa, trzy lata…). A jednocześnie czytałam o tym wszystkim, co i mnie, i każdemu z Was, znane jest nie od dziś: jak zmieścić te wszystkie książki, jak wyrzucić książkę, co się stało z czytelnictwem w Polsce,  jaką przyjemność sprawia otwarcie woluminu, o którym się od tak dawna marzyło…

Przyznam się Wam, że pierwszy raz piszę recenzję z obawą. Dostało się bowiem i domorosłym recenzentom od autora, który starannie wylicza przewiny takich jak ja i wielu innych, i wstyd się przyznać, zobaczyłam tam swój utarty schemacik, i faktycznie nie wygląda to dobrze. Zatem mam nadzieję, że autor nigdy na tego bloga nie trafi, ale gdyby jednak trafił, to żeby nie złapał się za głowę i nie zakrzyknął: „czytałaś ty babo tą moją książkę czy tylko blurba z okładki?!” (uczciwie mówię, że nie mam pojęcia, czy ta książka ma blurba, bo czytałam w formie ebooka. Pozwijcie mnie.)

Powiedziałabym Wam, czy polecam, czy nie, ale na to Dehnel też psioczył, więc sobie sami dośpiewajcie.

Jacek Dehnel Młodszy księgowy: o książkach, czytaniu i pisaniu
Wyd. WAB
Warszawa 2013
Ebook: Virtualo


Moja ocena: 6/6

czwartek, 5 czerwca 2014

Conf calle, workflowy, BHP czyli korpo-świat na wesoło (i trochę starszno)

Może to nie zbyt poprawne politycznie wyznanie, ale zawsze z dużą dozą ostrożności podchodzę do pozycji literackich wydanych przez małe, niszowe albo nowopowstałe wydawnictwa. Niby wiem, że bycie wydanym przez jednego z wielkich graczy rynku wydawniczego nie oznacza automatycznie, że książka jest świetna (każde z nas wielokrotnie miało do czynienia z gniotami ze znanych oficyn), jednak wciąż pokutuje we mnie to błędne myślenie. Co za tym idzie, z obawą sięgnęłam po powieść  Good morning korporacjo Radka Bielińskiego wydane przez Wydawnictwo Inspiracje. Okazało się, że obawy były niepotrzebne, a książka jakością nie odstaje od wielu bestsellerów.

MaxiMind to korporacja która podobnie jak szereg realnie istniejących zajmuje się księgowaniem dla innych firm. I podobnie jak w wielu innych, i tutaj panuje ściśle określona hierarchia – poznajemy zatem od samego dołu – Pana Eugeniusza, Senior Maintanance Specialist czyli ciecia, Kazika – szeregowego księgowego zajmującego się grą w piłkarzy ki, a w wolnych chwilach matchującego faktury do systemu, jego Team Leadera Włodka, stojących ponad Włodkiem Dedricka, Van Rattera i dopiero co awansowanego na Head of Strategy Rudolfa, oraz tajemniczego CEO – Rona. Wszyscy oni zajmują się tworzeniem nowych procedur zgodnych z BHP, uruchamianiem worflowów, sporządzaniem raportów i prezentacji w Power Point… czyli nikt tak naprawdę nie wie czym.

Autor stworzył bardzo sprawnie napisaną satyrę na korporacyjny świat. Wieloletnie doświadczenie zdobyte w tego typu firmach pozwoliło mu na biegłe opanowanie korpo-nowomowy, która często dla osoby spoza środowiska może być niezrozumiała. Jak się okazuje jednak, również dla samych bohaterów nie wszystko jest tak do końca jasne, jednak wzorem poddanych cesarza nikt nie ośmieli się krzyknąć, że „cesarz jest nagi”. MaxiMind to przejaskrawiony przykład tego, co w korporacjach bezsensowne i nieludzkie, ale jednocześnie jest to obraz bardzo śmieszny. Jednak pod tą powłoczką można dopatrzeć się ciekawego komentarza społecznego – porozumiewanie się specjalnym językiem, nadawanie wyszukanych tytułów, pranie pracownikom mózgów – to wszystko mniej lub bardziej jest obecne w wielu firmach, zwłaszcza tych wielkich, zatrudniających setki czy tysiące ludzi. To, co początkowo wydaje się śmieszne, zaczyna być coraz straszniejsze, a mimo, że autor pod koniec trochę popłynął na fali wyobraźni, książka wciąż jest wiarygodna (przy świadomości wyolbrzymienia niektórych cech korporacji).

Good morning korporacjo jest świetnie napisaną, zabawną ale też czasem przerażająco prawdziwą współczesną polską powieścią, przy której można nieraz płakać ze śmiechu. Szczególnie polecam wszystkim tym, którzy pracują w firmach tego sortu i jeszcze potrafią się z siebie śmiać, oraz tym, których interesują korporacyjne tematy. Książkowy MaxiMind to zlepek wszystkiego, co złe w korpo-świecie, nie należy jednak zapominać, że każde z tych przedsiębiorstw jest inne – jedne przyjaźniejsze, inne mniej – ale chyba jednakowo zabawne dla planktonu z zewnątrz.

Moja ocena: 5/6

Radek Bieliński Good morning korporacjo
Wyd. Inspiracje
Bielsko-Biała 2012


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawcy.

środa, 5 marca 2014

Filozofia Mamrota… albo mówi łamaną polszczyzną

Fanką serialu Ranczo jestem niemalże od samego jego początku w telewizji. Początkowo kręciłam nosem, obejrzałam jednak jeden odcinek, i w ten sposób zapoczątkowała się tradycja wspólnego zasiadania w niedzielę wieczorem całą rodziną, by obejrzeć kolejne. Bohaterowie, zarówno ci z pierwszej serii, jak i ci, którzy doszli później, są mi bardzo dobrze znani, powiązania pomiędzy nimi również, jednak nie zniechęciło mnie to do sięgnięcia po powieść, która powstała na podstawie pierwszego sezonu serialu.

Historia ta podobna jest do wielu innych tego typu. Lucy, Amerykanka polskiego pochodzenia, po stracie pracy i nieudanym małżeństwie decyduje się zamieszkać na polskiej wsi, by zacząć od nowa, powrócić do korzeni, zyskać dystans. Bo wiadomo, wsi spokojna, wsi wesoła, ptaszki ćwierkają, natura blisko, ludzie jacyś tacy prości, ale i dobrzy, ludzcy, problemy wielkiego świata do takich Wilkowyj przecie nie dotrą… A chała! Chociaż pomysł młodej kobiety zaczynającej nowe życie na wsi jest w polskiej popkulturze ograny do niemożliwości przez wszelkie rozlewiska, jagódki, poziomki i cuda nie-widy, scenarzystom i autorom powieści – Robertowi Brutterowi i Jerzemu Niemczukowi – udało się wpuścić w tą nieświeżą atmosferę romantycznych mokradełek powiew świeżości. Bo to jest książka o nas, historia polskiego narodu na wesoło, Polacy w krzywym zwierciadle, wady nasze narodowe bezwstydnie obnażone, i to w taki sposób, że nie tylko nie sposób z nimi polemizować, ale i nie można powstrzymać śmiechu, mimo iż wypowiedziane w oparach lokalnego produktu rekreacyjnego marki "Mamrot".

Miałam w trakcie lektury pewne dłuższe przerwy, wynikały one z faktu, że pierwszą serię Rancza znam na pamięć. Powieść zaś jest tej serii bardzo wiernym zapisem, łącznie z cytatami z bohaterów, które to cytaty znam, co więcej, wiem jak były one wypowiadane przez aktorów odgrywających poszczególne postaci.  Sytuacja jest bowiem dosyć nietypowa – oto książka powstaje na bazie serialu, a nie na odwrót. Dlatego wójt i proboszcz od początku mają dla mnie twarz Cezarego Żaka, sklep Więcławskiej wygląda tak, jak ten we wsi Jeruzal (serialowych Wilkowyjach), a kwestie Michałowej nie są w tekście tak śmieszne jak wtedy, gdy wypowiada je pani Marta Lipińska. Z drugiej strony są w powieści informacje, które z braku narratora wszechwiedzącego w serialu nie były ujawnione, co stanowi nie lada smaczek dla wielbiciela serialu.

Mimo, że mądrość ludowa przemawiająca z Rancza bardziej bawi niż wzrusza, to jest jednak olbrzymi ładunek pozytywnej energii płynący z tej opowieści. Pokazuje, że tylko odrobina dobrej woli i chęci, połączone z odrzuceniem filozofii „nie da się”, może zdziałać wielkie rzeczy, że w każdym (no, w prawie każdym) jest jakaś iskierka dobra, że nie trzeba być pięknym, młodym, sławnym i bogatym, aby znaleźć szczęście i odnieść sukces, że jedna osoba entuzjazmem może zarazić tłumy, i że nawet podłe wino marki wino smakuje wybornie, gdy dzielone jest z przyjaciółmi. A jednocześnie jest to opowieść obdarta z lukru, nie unikająca trudnych tematów, i taka, no cóż, prawdziwa.

Moja ocena: 5/6

Robert Brutter Jerzy Niemczuk Ranczo
Wyd. Literackie
Kraków 2014


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

PS Obecnie w TVP1 emitowana jest 8. seria serialu Ranczo, i sądząc po pierwszym odcinku - zapowiada się ciekawie. Ale o tym jeszcze napiszę.

sobota, 2 listopada 2013

Taki tam kryminał



Kiedy jakiś czas temu czytałam recenzje tej książki, odniosłam wrażenie, że miało być śmiesznie. Ciekawe, bo już drugi raz mi się to zdarzyło – po recenzjach spodziewałam się komedii, a było raczej mrocznie (pierwszy raz tak było ze Starsza pani wnika Anny Fryczkowskiej). Jest to bowiem, jak w tytule posta – taki tam kryminał – ni bardzo śmieszny, ni przesadnie mroczny, ni genialny, ale nie zły.

Fala zbrodni przetacza się przez Hel. Mamy zwłoki, porwania, podejrzenia o korupcję i przestępstwa przeciwko środowisku. A w to wszystko uwikłany jest katowicki policjant na wakacjach. Czyli dzieje się. Od początku autorzy zarysowują kilka głównych wątków, o których z góry wiadomo, że gdzieś się tam połączą, i tak faktycznie będzie. Gonimy zatem po całym półwyspie za bohaterami tej powieści, przy okazji zwiedzając pozostałości wojskowych umocnień i obserwując pejzaż pod tytułem „kurort po sezonie”.

Mam jeden zarzut pod adresem tej książki – za dużo głównych bohaterów. Zaczyna się jeszcze w Katowicach od życia rodzinnego nadkomisarza Polańskiego. Potem przeskakujemy na podkomisarza Tyszkę, który ze Śląska udaje się na Hel na wakacje. Tam z kolei poznajemy miejscowego glinę po degradacji, starającego się (nieudolnie) wypracować swój powrót na szczyt, oraz jego przełożonego, którego najbardziej na świecie interesują jego dwie bassetki. Oprócz tego mamy Tomasza i Karolinę, parę zakochanych, których na Helu spotka nie lada przygoda, i na doczepkę ich koleżankę, wojowniczą ekolożkę Ewę. I zrobiło się tłoczno, bo każde z nich ma swoje 5 min., każdego z nich poznajemy od dobrej i złej strony, i trudno się zdecydować, komu kibicujemy najbardziej, a czasem nawet ogarnąć, w którym jesteśmy wątku. Poza tym dostajemy sporo wątków pobocznych, jakby każde z autorów chciało wtrącić jeszcze coś od siebie, potem nagle zorientowali się, że to już koniec śledztwa, i pozostawiali niektóre drobiazgi samym sobie. Stąd na końcu wrażenie, że niektóre kwestie zostały po prostu zapomniane, albo ja się nie zorientowałam, kiedy je wyjaśniono.

A nie jest to wcale kryminał zły. Cała intryga jest wielowarstwowa, dosyć nietypowa a jednocześnie realistyczna – taka historia naprawdę może się zdarzyć na polskim wybrzeżu. I w całej reszcie kraju. Pogoń za wielką kasą, wyprzedaż państwowych gruntów plus zorganizowana przestępczość to ciekawy pomysł na fabułę, często wykorzystywany w polskich serialach kryminalnych, ale niedoceniany przez autorów książek. Postaci jako takie też złe nie są – mamy tu czterech gliniarzy różnych stopniem, doświadczeniem i stosunkiem do pracy, cztery różne typy, które poznajemy bardzo dokładnie.  Jednak nagromadzenie osób i zdarzeń w moim odczuci niepotrzebnie zaczerniło  obraz.

Podsumowując, jest to przyzwoity kryminał, ale szału ni ma. Można przy okazji przeczytać i spędzić kilka miłych wieczorów szukając mordercy i jednocześnie trochę się podśmiewając z komedii pt. „Polak na wakacjach” (może stąd to „komediowe” wrażenie), ale waszego życia ta powieść nie zmieni.

Moja ocena: 4/6

Violetta Sajkiewicz, Robert Ostaszewski Sierpniowe kumaki
Wyd. WAB
Warszawa 2012

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Miejskiego.

Za możliwość przeczytania tej książki serdecznie dziękuję Krimifantamanii.

piątek, 5 lipca 2013

Nad Festung Breslau Bóg już tylko płacze



Festung Breslau pożyczałam z biblioteki ze cztery razy. I za każdym razem albo było coś pilniejszego do przeczytania, albo egzamin do zdania, albo brak weny na tego typu literaturę, albo po prostu żal, że to już ostatni tom przygód Eberharda Mocka w moim ukochanym Breslau.

Powieści Krajewskiego zawsze były dołujące, pokazywały Wrocław nie jako piękne, czyste, wzniosłe miasto arystokratów, ale jako brudne, niebezpieczne, mroczne i przegniłe schronienie wszelkiej maści wykolejeńców – prostytutek, alfonsów, narkomanów, alkoholików, morderców i gwałcicieli. Sam, mający stać na straży tego miasta, Eberhard Mock był typowym mieszkańcem tego złego Breslau – pijakiem, draniem, częstym gościem burdeli. A jednak we Wrocławiu dwudziestolecia międzywojennego był pewien urok, atmosfera miasta z… nie z historią, z przeszłością, niczym piękna rozwódka, już nie młoda, już bez tej niewinności wypisanej na twarzy, ale jeszcze potrafiąca zaskoczyć.

Festung Breslau – Twierdza Wrocław -  to już nie to samo miasto. Jest rok 1945, trwa oblężenie Rosjan, i powoli już wszyscy zdają sobie sprawę, że miasto upada. Wiele budynków to już tylko kupa gruzu, dlatego z pięknych ulic schodzimy do podziemi i odtąd poruszamy się tunelami. Wielu z tych bohaterów, których znamy z poprzednich części, już nie żyje albo ze względu na pochodzenie znajduje się w obozach lub na Syberii. Mock po odniesionych ranach zmuszony jest ukrywać poparzoną twarz pod maską. Nie ma już tego miasta, nie ma już tych ludzi, nie ma już tych układów, które czyniły z niego „pana na włościach”. Wokół zaś wojna, naloty, zniszczenie, poniekąd idealne warunki do pożegnania się z panem radcą. Ale jest też morderstwo, zagadka, którą Mock będzie musiał, nie bacząc na konsekwencje, rozwiązać, nim ostatecznie opuści Breslau.

Ten tom jest zdecydowane bardziej przerażający niż poprzednie. Krajewski nigdy nie obawiał się naturalistycznych opisów, jednak w tej książce stworzył obrazy zbrodni tak koszmarne, że chwilami czytelnik miał ochotę zamknąć oczy i nie czytać, ale kiedy to robił, przed oczyma miał bardzo dokładny obraz przeczytanego właśnie fragmentu. Jednocześnie autor stworzył niesamowicie sugestywną panoramę oblężonego miasta, które mimo regularnych bombardowań wciąż próbuje egzystować jakby wojny nie było. Ciekawe jest z resztą obserwowanie upadku Breslau z perspektywy Niemców, i to bez dydaktycznego smrodku, bez podziału na „dobrych” i „złych”, ale i bez ukazywania ludzkiego oblicza kogokolwiek. W tym temacie jesteśmy tylko obiektywnym obserwatorem, niczym więcej.

Smutno, że to już koniec. Że już nie będzie przedwojennego Breslau. Wprawdzie dwa tomy cyklu lwowskiego Marka Krajewskiego zahaczać będą o stolicę Dolnego Śląska, ale to już nie będzie to samo. Chapeau bas, panie Krajewski, za genialną serię kryminałów!

Moja ocena: 4,5/6
Marek Krajewski Festung Breslau
Wyd. WAB
Warszawa 2006

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Miejskiego, Wyzwania Trójka e-pik (maj – kryminał polskiego autora), Wyzwania od A do Z, Wyzwania Czytamy Kryminały i Wyzwania Czytamy Polskie Kryminały.