O książkach Kathy Reichs pisałam już kiedyś tutaj – okazało
się wtedy, że nie wszyscy wiedzą, iż bardzo popularny serial Bones oparty jest właśnie na serii
kryminałów tej autorki. Mamy tu z resztą podobną sytuację jak z niedawno
opisywanymi powieściami Tess Gerritsen. Reichs również brała udział w pisaniu
scenariusza serialu bazującego na jej książkach, i podobnie jak Gerritsen
skorzystała z okazji by tą samą historię napisać od nowa. O ile jednak w
przypadku serialu Rizzoli & Isles zmiany
były poniekąd kosmetyczne, o tyle Bones i
książki dzielą lata świetlne, a łączy właściwie tylko imię głównej bohaterki.
Nie planowałam czytać akurat tej powieści na wakacjach, ale Deja dead przypadkiem wpadła mi w ręce
pośród książek zabranych przez moją siostrę, a że akurat poznałam twórczość
Reichs na wakacjach cztery lata temu, chciałam przeżyć mini podróż w czasie i
powtórzyć tamte emocje. Niestety, nie udało się.
Deja dead (w innym
tłumaczeniu Zapach śmierci) to
pierwsza z cyklu powieści kryminalnych o antropologu sądowym Temperance
Brennan, pracującej jednocześnie dla policji w Charlotte (USA) i Montrealu
(Kanada). Zajmuje się identyfikacją zwłok, które z różnego powodu są w takim
stanie, iż tradycyjne metody weryfikacji tożsamości, jak i stwierdzenia
przyczyny zgonu nie są skuteczne. Co fajne w tych powieściach, to właśnie te
zmiany otoczenia w którym pracuje bohaterka – nigdy nie wiesz, gdzie się tym
razem wybierzecie. Siłą tych książek jest również wiedza antropologiczna, którą
autorka (sama zajmująca się właśnie antropologią sądową) chętnie dzieli się z
czytelnikami. W Deja dead widzimy
Temperance w Montrealu, pomagającą tamtejszej policji w ściganiu
niebezpiecznego, seryjnego mordercy kobiet.
Na każdym kroku widać, że to pierwsza powieść Reichs. Z
jednej strony styl jest łatwy w odbiorze, i nietrudno zrozumieć, jak udało jej
się opublikować już 14 tomów cyklu. Intryga kryminalna jest ciekawie zawiązana,
i naprawdę wciągająca, a chwilami i przerażająca. Jest również obecny duch i
urok Montrealu, do którego chciałabym się kiedyś wybrać. Jednak wiele kwestii
wpłynęło na to, że uznałam Deja dead za
najgorszą dotychczas przez mnie przeczytaną część. Autorka bowiem zastosowała
mnóstwo tanich chwytów rodem z horrorów klasy B (albo i gorzej), czyniąc
opowieść prawie tak nierealną jak historyjki o zielonych ludzikach,
denerwującą, a czasami zwyczajnie głupią. Otóż spokojna rozwódka, po 40, matka
dorosłej córki, całe życie pracująca na spokojnych stanowiskach w laboratorium,
kostnicy czy na uniwersytecie nagle zaczyna gonić po Montrealu po nocy, w
burzy, za seryjnym, psychopatycznym mordercą, na którego z resztą natyka się
nie raz, a ten pozostawia ją przy życiu, mimo, że ewidentnie ma na jej punkcie
obsesję. Przychodzi do jej domu – oczywiście w burzową noc, i odcina dopływ
prądu. Telefon milczy, okiennice stukają, błyskawice oświetlają koszmarny
pakunek w ogrodzie… Czujecie klimacik? Jedną, czy nawet dwie sceny można
przeżyć, ale niestety tutaj cała powieść jest nimi usłana, co powoduje, że
nawet najlepszy kryminał traci na wartości. Jedno jednak należy oddać Reichs –
potrafi pisać przekonywująco, bo chociaż opis tych scen brzmi głupawo, to
jednak czytane przez mnie w nocy w czasie burzy trochę mi odjęły szanse na
spokojny sen.
Jakie są różnice między książkami a serialem? Wielkie.
Serialowa i książkowa Brennan różnią się wiekiem – pierwsza jest około 30, druga już
mocno po 40. Pierwsza dopiero w którejś serii zostaje matką, druga ma już córkę
na studiach. Pierwsza żyje w Waszyngtonie, druga w Charlotte i Montrealu. Pierwsza
jest cudownym dzieckiem i geniuszem, druga jest normalnym, wykształconym
człowiekiem, z olbrzymią wiedzą, ale bez tej serialowej przesady. Żaden inny
bohater książkowy nie występuje w serialu, a ci serialowi nie mają swoich
pierwowzorów w książkach. Co do spraw, trudno mi się wypowiedzieć, bo serial
oglądałam dosyć dawno, ale nie wydaje mi się, aby scenariusz bazował w
jakikolwiek sposób na powieściach.
Podobnie jak w przypadku Rizzoli
& Isles, powieści Reichs są dużo mroczniejsze niż ich telewizyjny
odpowiednik. Brakuje im też tego poczucia humoru, który zapewne niektórzy z was
pamiętają z serialu. Zawierają za to więcej wiarygodnych informacji dotyczących
antropologii fizycznej i nauk sądowych. I to właśnie czyni je wyjątkowymi na
tle innych amerykańskich kryminałów.
Na koniec rekomendacje. Czy warto zobaczyć serial – na pewno
tak, jeśli lubisz tzw. procedural drama –
mnie osobiście dostarczył on swego czasu wiele rozrywki. Czy warto czytać
powieści Reichs? Niektóre tak – do moich ulubionych należą Zabójcza podróż i Dzień
śmierci. Czy warto przeczytać Deja
dead? Nie, jeśli oczekujecie trzymającego w napięciu, nieoczywistego
thrillera, bo opisy wyczynów doktor Brennan skutecznie zepsują wam wrażenia.
Moja ocena książki: 2,5/6
Moja ocena serialu: 7/10 (chyba niniejszym stworzyłam jakiś
system oceniania seriali na moim blogu – opowiem wam o tym więcej, jak
zrozumiem, skąd mi się to wzięło)
Kathy
Reichs Deja dead
Tłum. Marcin
Roszkowski
Wyd. Red Horse
2007
PS Trochę przez przypadek udało mi się zrobić cykl - już trzeci raz opisuję w jednym poście książkę i serial na jej podstawie. Podoba wam się takie porównanie, czy wolicie oddziele recenzje?
Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytamy kryminały - kryminał z akcją w Kanadzie.


