O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lutego 2017

Elif Safak "Bękart ze Stambułu"

Przy każdej kolejnej takie sytuacji zadaję sobie to samo pytanie: „Jak to możliwe, że tak wspaniała książka czekała na przeczytanie tak długo?”. No dlaczego. Bękart ze Stambułu Elif Safak czekał wyjątkowo długo, bo prawie 7 lat. Kupiłam ją zaraz po premierze, kiedy to skończyłam czytać Pchli pałac tej samej autorki i byłam nią zachwycona. Obiecywałam sobie, że szybciutko sięgnę po kolejną jej powieść. To było 7 lat temu…

Przyznam, że zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Z jakiegoś powodu czułam, że chcę w tą opowieść wejść zupełnie na czysto, nie miałam żadnych wyobrażeń, oczekiwań, poza tym, że po autorce spodziewałam się najlepszego. Nie wiem, czy jest to najlepszy sposób, wiem, że u mnie ten brak wiedzy wzmocnił przeżycie, jakim  była lektura Bękarta.

Książka rozpoczyna się na dwóch różnych kontynentach – w lekko podupadłym domu w Stambule, Turcja, oraz w supermarkecie w Arizonie, USA. W Stambule rodzi się dziewczynka bez ojca, w Arizonie młodziutka pół-Ormianka wychowywana jest przez matkę Amerykankę i ojczyma Turka. Losy tych dwóch istot, ich rodzin, ich historii splotą się wkrótce w jedną wspólną opowieść. Będzie to opowieść o rodzinie, historii, pamięci, tożsamości, grzechu i wybaczaniu. Zawsze, gdy czytam tureckich autorów, samo nasuwa mi się porównanie powieści do gobelinów. Autorka i tutaj tka misternie fabułę, przy użyciu języka pięknego jak pozłacana nić, dodając opisy smakowitych potraw jak plamy brokatu, nadając obrazowi głębię poprzez cieniowanie – nic tu nie jest oczywiste, biało-czarne, wszystko łagodnie się ze sobą łączy.

To jednak z tych książek, w które czytelnik zatapia się po czubek głowy, która sprawia, że czas staje w miejscu, tak że  można przeżyć dziesięciolecia w ciągu kilku godzin. Nic w tej powieści bym nie zmieniła, nie miałam ani jednej uwagi, nic nie zgrzytało. Przeciwnie, było to tak piękne i chwilami smutne, jak potrafi być tylko arcydzieło.

Moja ocena: 6/6

Elif Safak Bękart ze Stambułu
Tłum. Michał Kłobukowski
Wyd. Literackie

Kraków 2010

niedziela, 12 lipca 2015

Kocham Nowy Jork

Każdemu od czasu do czasu zdarza się taki okres, kiedy nie ma się ochoty czytać, albo niby ma się ochotę, ale na nic konkretnego. Sięgamy wtedy po jedną, drugą, czwartą książkę, czytamy kilka stron, odkładamy, szukamy czegoś innego. Myślę, że takie przestoje zdarzają się przy okazji każdego hobby, nawet najulubieńsza rzecz czasem wymaga, by ją na chwilę odłożyć, aby znów cieszyła nas w przyszłości.

Mimo to, za każdym razem kiedy zdarza mi się taki czytelniczy marazm, staram się jak najszybciej znaleźć na to remedium. Zwykle pomaga ukochana książka, taka, którą znam na pamięć, lub kolejny tom dobrze znanej serii. Tym razem jednak pomogła książka, która znajdowała się na mojej półce od roku, dwóch? Nie pamiętam. Kocham Nowy Jork to typowy chiclit, który stał się niezwykle popularny zaraz po premierze, i jak to często bywa, po kilku miesiącach wszyscy o nim zapomnieli. Głowna bohaterka, Catherine, jest prawniczką, która przez 6 lat ciężko pracowała w paryskim oddziale amerykańskiej kancelarii, i właśnie udało jej się przenieść do głównej siedziby firmy w Nowym Jorku. Nie mogę sobie wyobrazić, aby ktoś miał większe szczęście niż ona. Jednak mimo widoku na Manhattan, mieszkanka na Upper East Side i latania na wyprzedaże Diora, Wielkie Jabłko okazuje się nie być wcale tak cudownym miejscem. Właściwie, bardziej przypomina to scenerię powieści Diabeł ubiera się u Prady, tylko z kodeksami i francuską bohaterką. Współpracownicy knują za plecami, szefostwo wymaga dostępności 25 godzin na dobę 8 dni w tygodniu, nowi znajomi odrzucają snobizmem. A zacznie się robić jeszcze nieprzyjemniej.

Zdecydowanie nie jest to powieść na Nobla, ani nawet na powieść tygodnia w lokalnej bibliotece. Styl nie powalał na kolana, fabuła była miejscami nieco przewidywalna, a Catherine, mimo prawniczego wykształcenia i wieloletniej praktyki w branży, okazywała się często przerażająco wręcz naiwna. Nie wierzę, że ktoś tak prostolinijny, otwarty i ślepy na intrygi mógłby kiedykolwiek zarobić na awans do centrali. Momentami jen wpadki i nieogarnięcie były naprawdę irytujące.

A mimo to polecam tę powieść. To było lekkie, chwilami zabawne czytadło, takie, które nie zaskakuje, nie zawiera zbyt wielu wątków, opowiada konkretną historię, kończy się dobrze (żaden spoiler, jak niby miałaby się kończyć?). Dlatego będę teraz miała oczy otwarte na część drugą, Kocham Paryż. Bo czasem zwyczajnie trzeba sięgnąć po coś tak lekkiego i mieć z czytania czystą, niezmąconą głębszą myślą radochę.

Moja ocena: 4,5/6

Isabelle  Lafleche Kocham Nowy Jork
Tłum. Dorota Malina
Wyd. Literackie

2013

wtorek, 23 czerwca 2015

Jak ty się zachowujesz?

Coraz rzadziej przeglądam zapowiedzi wydawnicze, ale przyznam, że kiedy tylko ukazała się informacja o tej książce, łapki mnie świerzbiły, żeby ją dorwać. Nie tylko dlatego, że Liv Tyler to jedna z moich ulubionych aktorek, ale i przede wszystkim dlatego, że odczuwam pewne braki w mojej edukacji. W szkołach nikt nie uczy savoir-vivre’u, co coraz bardziej widać na ulicy, w urzędach, biurach, na uczelni. A jednocześnie dobre zachowanie w codziennych sytuacjach potrafi zdziałać więcej, niż wiedza i doświadczenie razem wzięte.

Dorothea Johnson jest założycielką Szkoły Etykiety w Waszyngtonie i światową ekspertką w kwestiach poprawnego zachowania, w której usług korzystają najmożniejsi tego świata. Zdziwiło mnie, że taką właśnie babcię ma Liv Tyler, której rodzice należą z kolei do raczej rozrywkowych ludzi. Obie postanowiły opublikować pozycję, która daje dokładnie to, co obiecuje – konkretną wiedzę jak zachować się w poszczególnych życiowych sytuacjach. To jeden z nielicznych znanych mi poradników, który zamiast bajdurzenia o banałach oferuje konkretne porady, możliwe do zastosowania już dziś. Pozycja podzielona jest na rozdziały, z których każdy dotyczy innej sfery życia, która wiele może zyskać na przyswojeniu zawartych w niej rad. Jest zatem mowa o sposobie prowadzenia konwersacji na przyjęciu, o tym, które widelce są do którego posiłku, jak ubrać się w zależności od adnotacji zawartej w zaproszeniu, jak korzystać z nowoczesnych technologii, nie zachowując się przy tym jak dzikus.

Trudno mi wymienić wszystkie zalety, których charakteryzuje się ta książka. Oprócz wspomnianej wyżej praktyczności porad, jej treść silnie jest nastawiona na życie zawodowe, stąd szereg rozdziałów dotyczy sytuacji, w których znajdziemy się w związku z naszą praca, niezależnie od tego, czym się zajmujemy. Co za tym idzie, jest to książka na wskroś nowoczesna, co chyba nie jest oczywiste, gdy mowa o dobrych manierach, prawda? Odnoszę wrażenie, że coraz więcej osób utożsamia chamstwo z nowoczesnością, podczas gdy zasady etykiety wciąż obowiązują, co więcej, są stale dostosowywane do zmieniającego się świata. W przyswojeniu niektórych porad wydatnie pomagają grafiki (szczególnie, kiedy mowa o sztućcach!). Generalne zasady są też ilustrowane przez autorki przykładami z ich życia, niekiedy naprawdę zabawnymi. Pozycja jest dostosowana zarówno do kobiet jak i do mężczyzn.  A jako wisienka na torcie – jest cudownie wydana. Tak ładnej książki, dopracowanej, pięknie ilustrowanej, eleganckiej i wyrafinowanej dawno nie widziałam, oprócz zatem waloru informacyjnego będzie ona również stanowiła dekorację dla moich półek.

Okazało się, że mama dobrze mnie wychowała, i większość zawartych w książce zasad nie była mi obca, ale przyznam, że i mnie zdarzyło się w przeszłości nieświadomie naruszyć niektóre z nich. W szczególności przypadł mi do gustu rozdział dotyczący telefonów komórkowych, może dlatego, że większość naszego społeczeństwa zdaje się nie zauważać, że korzystanie z tej zdobyczy techniki też winno być ograniczone szacunkiem do innych. My jako społeczeństwo nie jesteśmy jeszcze nauczeni korzystania z komórek, ja nie jestem tu żadnym wyjątkiem. Na pewno też dużo skorzystałam z informacji dotyczących prowadzenia konwersacji na przyjęciach – to prawdziwa sztuka, którą muszę udoskonalić.
Współczesne maniery zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie, ta pozycja zdecydowanie towarzyszyć mi będzie przez kolejne lata. I myślę, że każdy, ale to każdy powinien poświęcić swoim manierom trochę uwagi – z książką czy bez, bo wtedy rzeczywistość wokół będzie może nie lepsza, ale przynajmniej uprzejma. A to już coś.

Moja ocena: 6/6

Dorothea Johnson, Liv Tyler Współczesne maniery
Wyd. Literackie
Kraków 2015


sobota, 5 lipca 2014

Być jako Coco

Nieco czego innego spodziewałam się po książce Księga stylu Coco Chanel Karen Karbo, jednak zamiast rozczarowania spotkało mnie bardzo przyjemne zaskoczenie. Przypuszczałam bowiem, że będzie to raczej pozycja w stylu Lekcji madame Chic Jennifer L. Scott – poradnikowo-life-stylowa, tymczasem Karbo w przeuroczy, lekki, zabawny i roztrzepany opisała biografię królowej mody – samej Coco. A jak zapewnie pamiętacie, niedawno zaczęłam się rozglądać właśnie za pozycją o tej postaci. Jak widać, książki czasem zaskakują nas i wpadają nam w ręce w najbardziej odpowiednim momencie.

Gabrielle Chanel, szerszej publiczności znana jako Coco, jak wielu sławnych miała ciężkie życie. Autorka wprowadza nas w żywot projektantki, poczynając od dnia urodzin, poprzez młodość, pierwsze romanse, pierwsze znajomości, pierwszy sklep, pierwsze perfumy… Bo głównym przesłaniem książki jest pokazanie, że Coco szereg rzeczy zrobiła pierwsza, i że często było to kłamstwo stworzone przez samą Coco, ale cóż, historię piszą zwycięzcy. Księga stylu nie jest jednak monotonną, ani nawet kanoniczną biografią – wydarzenia z wczesnego dzieciństwa przeplatają się z późniejszymi etapami życia Coco, ujawniając, gdzie swój początek miały nieraz najbardziej kontrowersyjne w owych czasach pomysły. W charakterze przykładów cech charakteru królowej mody Karbo umieszcza anegdoty, powiedzonka i epizody z życia Chanel, takie jak historia powstania najlepiej się sprzedających perfum świata – Chanel No 5, najsłynniejszej torebki – 2.55, czy romans z nazistą, za który projektantka została skazana na ostracyzm społeczny i niemal na karę więzienia.

Bo głównie jest to opowieść o tym, jaka Coco była, i jakie jej cechy doprowadziły ją do sukcesu. A co za tym idzie, co warto, oprócz żakietu, mieć z Coco, aby być jak Coco – przebojową, wyjątkową, pewną siebie kobietą z klasą. Zamiast podzielić książkę na tradycyjne rozdziały: Dzieciństwo, Młodość, Starość, Karen Karbo pogrupowała fakty i swoje obserwacje w  grupy zatytułowane np. O Stylu, O Życiu Chwilą, O Byciu Nieustraszoną. Czyli po trosze jednak spełniła moje pierwotne oczekiwania – jest to poradnik, tyle, że pisany przez Coco. I chociaż samą postać naprawdę trudno byłoby mi polubić, gdybym spotkała ją osobiście, to jednak z chęcią wykorzystam jej rady, gdyż niewiele jest w historii kobiet tak charyzmatycznych, a tylko jedna samym nazwiskiem definiuje klasę i styl.

Księga stylu Coco Chanel ląduje na półce tu obok Lekcji madame Chic. Obie są lekkie, zabawne, przesiąknięte stylem i bardzo inspirujące, dlatego mam nadzieję, że więcej takich pozycji zacznie się pojawiać na naszym rynku wydawniczym. Zdecydowanie polecam!

Moja ocena: 5/6

Księga stylu Coco Chanel Karen Karbo
Tłum. Joanna Dziubińska
Wyd. Literackie
Kraków 2014

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Miejskiego (Paryż)



piątek, 27 czerwca 2014

Dlaczego kawa na wynos jest tak droga, i inne ciekawostki ekonomiczne


Lubię czasem poczytać popularnonaukową książkę. Nie reportaż, nie esej, nie autobiografię (choć te typy non-fiction tez lubię) ale porządną, wnoszącą coś w moje życie pozycję traktującą o jakimś wycinku naszego życia i części naszego świata, która jednak nie będzie typową pozycja akademicką (czytaj: zrozumiem choć trochę, co czytam).

Nie jestem bowiem w stanie stać się specjalistą w każdej możliwej dziedzinie, chyba nikt nie jest. Praktycznie każdy z nas ma jakiś zawód, specjalizację, wycinek rzeczywistości na którym się dobrze zna, a dzisiejszy świat wciąż naciska na coraz węższą specjalizację. Ja na ten przykład jestem prawnikiem, ale próżno by mnie pytać o zasady odprowadzania podatku od darowizny czy wymagać ode mnie sporządzenia aktu oskarżenia. Zajmuję się prawem cywilnym, a tak naprawdę – tylko pewnym niewielkim jego wycinkiem. Cała reszta świata to dla mnie wielka tajemnica, która nie ma nic wspólnego z wyznawaną religią – po prostu nie wiem rzeczy, które już zostały odkryte i opisane. Kiedyś natrafiłam na minihistoryjkę obrazkową – jeden ludzik pyta drugiego: co ludzie by zrobili, gdyby mieli w kieszeni małe urządzenie, przy pomocy którego mają dostęp do praktycznie całej wiedzy zdobytej przez ludzkość? A drugi na to: oglądaliby śmieszne filmiki z kotami. Straszne, co nie? Ja na moim smartfonie oglądam recenzje szminek, więc aby zmyć swe winy od czasu do czasu chcę się jednak podszkolić z czegoś, co nie jest ani prawem cywilnym, ani szminką.

Sekrety ekonomii, czyli ile naprawdę kosztuje twoja kawa autorstwa Tima Harforda to właśnie jedna z tych pozycji, które nie tylko wpływają zbawiennie na moje wyrzuty sumienia, ale i faktycznie daje mi pewien ogląd w sytuacji, którą opisuje. Autor postanowił zwykłemu zjadaczowi chleba co nie co wyjaśnić, jeśli idzie o podstawowe mechanizmy ekonomiczne rządzące światem, i ich wpływ na nasze codzienne sprawy. Z płynny sposób ze spraw nam najbliższych (a poranna kawa na pewno do nich należy) przechodzi na poziom makro – kto, dlaczego i za ile produkuje kawę, a kto na niej zarabia. I jaki na to wpływ na inne gałęzie przemysłu?

Ekonomia jest naprawdę fascynującą dziedziną. I co ważniejsze – znajomość pewnych modeli i mechanizmów ekonomicznych może faktycznie pomóc nam w codziennym życiu. Dzięki Timowi Hartfordowi wiem już na przykład, dlaczego w Starbucksie proponują mi dodatkowe udziwnienia do kawy na niewielka opłatą – oni wcale nie chcą mi dać lepszej kawy, oni chcą sprawdzić, czy jestem klientem gotowym zapłacić więcej za to samo. Wiem również, że Singapur ma najlepiej zorganizowaną służbę zdrowia. Szczerze, uważam, że zamiast siedemnastu dramatów romantycznych powinniśmy w szkole czytać właśnie takie pozycje. Dzięki temu mielibyśmy o wiele bardziej świadome społeczeństwo, mniej skore do bzdurnych dyskusji, a intensywniej skupione na praktycznych kwestiach codziennego życia.

Podsumowując – książka zdecydowanie godna polecenia. Jeśli obudzicie się pewnego dnia i dojdziecie do wniosku, że musicie podszkolić się z ekonomii, koniecznie rozpocznijcie swoją przygodę z tą nauką właśnie od Sekretów ekonomii Tima Harforda. Nawet jeżeli, jak ja, nie zrozumiecie wielu kwestii, lub utkniecie w środku na tydzień, to i tak przewracając ostatnią stronę wasza wiedza i świadomość będzie odległa o galaktyki od tego, co wiecie, czytając ten tekst (chyba, że jesteście ekonomistami).

Moja ocena: 5/6

Tim Harford Sekrety ekonomii
Tłum. Krzysztof Węgrzecki
Wydawnictwo Literackie

Kraków 2011

środa, 5 marca 2014

Filozofia Mamrota… albo mówi łamaną polszczyzną

Fanką serialu Ranczo jestem niemalże od samego jego początku w telewizji. Początkowo kręciłam nosem, obejrzałam jednak jeden odcinek, i w ten sposób zapoczątkowała się tradycja wspólnego zasiadania w niedzielę wieczorem całą rodziną, by obejrzeć kolejne. Bohaterowie, zarówno ci z pierwszej serii, jak i ci, którzy doszli później, są mi bardzo dobrze znani, powiązania pomiędzy nimi również, jednak nie zniechęciło mnie to do sięgnięcia po powieść, która powstała na podstawie pierwszego sezonu serialu.

Historia ta podobna jest do wielu innych tego typu. Lucy, Amerykanka polskiego pochodzenia, po stracie pracy i nieudanym małżeństwie decyduje się zamieszkać na polskiej wsi, by zacząć od nowa, powrócić do korzeni, zyskać dystans. Bo wiadomo, wsi spokojna, wsi wesoła, ptaszki ćwierkają, natura blisko, ludzie jacyś tacy prości, ale i dobrzy, ludzcy, problemy wielkiego świata do takich Wilkowyj przecie nie dotrą… A chała! Chociaż pomysł młodej kobiety zaczynającej nowe życie na wsi jest w polskiej popkulturze ograny do niemożliwości przez wszelkie rozlewiska, jagódki, poziomki i cuda nie-widy, scenarzystom i autorom powieści – Robertowi Brutterowi i Jerzemu Niemczukowi – udało się wpuścić w tą nieświeżą atmosferę romantycznych mokradełek powiew świeżości. Bo to jest książka o nas, historia polskiego narodu na wesoło, Polacy w krzywym zwierciadle, wady nasze narodowe bezwstydnie obnażone, i to w taki sposób, że nie tylko nie sposób z nimi polemizować, ale i nie można powstrzymać śmiechu, mimo iż wypowiedziane w oparach lokalnego produktu rekreacyjnego marki "Mamrot".

Miałam w trakcie lektury pewne dłuższe przerwy, wynikały one z faktu, że pierwszą serię Rancza znam na pamięć. Powieść zaś jest tej serii bardzo wiernym zapisem, łącznie z cytatami z bohaterów, które to cytaty znam, co więcej, wiem jak były one wypowiadane przez aktorów odgrywających poszczególne postaci.  Sytuacja jest bowiem dosyć nietypowa – oto książka powstaje na bazie serialu, a nie na odwrót. Dlatego wójt i proboszcz od początku mają dla mnie twarz Cezarego Żaka, sklep Więcławskiej wygląda tak, jak ten we wsi Jeruzal (serialowych Wilkowyjach), a kwestie Michałowej nie są w tekście tak śmieszne jak wtedy, gdy wypowiada je pani Marta Lipińska. Z drugiej strony są w powieści informacje, które z braku narratora wszechwiedzącego w serialu nie były ujawnione, co stanowi nie lada smaczek dla wielbiciela serialu.

Mimo, że mądrość ludowa przemawiająca z Rancza bardziej bawi niż wzrusza, to jest jednak olbrzymi ładunek pozytywnej energii płynący z tej opowieści. Pokazuje, że tylko odrobina dobrej woli i chęci, połączone z odrzuceniem filozofii „nie da się”, może zdziałać wielkie rzeczy, że w każdym (no, w prawie każdym) jest jakaś iskierka dobra, że nie trzeba być pięknym, młodym, sławnym i bogatym, aby znaleźć szczęście i odnieść sukces, że jedna osoba entuzjazmem może zarazić tłumy, i że nawet podłe wino marki wino smakuje wybornie, gdy dzielone jest z przyjaciółmi. A jednocześnie jest to opowieść obdarta z lukru, nie unikająca trudnych tematów, i taka, no cóż, prawdziwa.

Moja ocena: 5/6

Robert Brutter Jerzy Niemczuk Ranczo
Wyd. Literackie
Kraków 2014


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

PS Obecnie w TVP1 emitowana jest 8. seria serialu Ranczo, i sądząc po pierwszym odcinku - zapowiada się ciekawie. Ale o tym jeszcze napiszę.

środa, 10 lipca 2013

Amerykanka uczy, jak być paryżanką, czyli wielki świat w małej książce



Ostatnio skusiłam się na Lekcje Madame Chic. Zachęcona pozytywnymi recenzjami, uroczym wydaniem i trochę próżnością – bo poza książkami bardzo lubię te wszystkie „babskie” sprawy typu szminki, buty, torebki i podkłady. Staram się też ostatnio wychodzić poza swoją strefę komfortu i liznąć odrobinę wielkiego świata.

A wielki świat tu mamy w postaci Paryża. Młoda studentka wyjechała kiedyś na wymianę do tego pięknego miasta i zamieszkała z francuską rodziną przez 6 miesięcy. W tym czasie podpatrywała styl życia paryżan, w tym swojej gospodyni, madame Chic, a po powrocie do USA starała się wcielić elementy tego stylu w swoje codzienne życie. A potem to opisała. Na blogu. I w książce. I na YouTube.

Książka jest połączeniem wspomnień z podróży z poradnikiem. O ile to pierwsze wszyło Jennifer Scott bardzo dobrze, o tyle to drugie niczym się nie różni od tysiąca tego typu pozycji. Dlatego Lekcje rodzą we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, jest to bardzo inspirująca i ładnie napisana opowieść o Paryżu i o zmianie swojego spojrzenia na wiele spraw, takich jak jedzenie, rodzinę czy konsumpcjonizm. Czytało się to lekko i przyjemnie, a niektóre anegdotki powodowały wesoły uśmiech na mojej twarzy. Z drugiej jednak strony nie ma w tej książce nic, czego już bym gdzie nie przeczytała. Praktycznie wszystkie porady dotyczące mody i urody znalazły się już lata temu w miesięcznikach typu Glamour czy In Style, dlatego ta pozycja wydaje mi się bardziej odpowiednia dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z byciem chic, niż dla starych wyjadaczek. Odnosiłam wrażenie, że autorka nie do końca wiedziała, co chce osiągnąć ta książką, i chwilami rozmija się z powołaniem. Gdyby poprzestała na faktycznych naukach madame Chic, byłaby to świetna lektura, ale niektóre fragmenty, w moim odczuciu odbiegające zupełnie od tematu Paryża, drażniły trywialnością i typowym poradnikowym stylem a la rozkaz – zrób, wyrzuć, naucz się, zapisz się, wypisz się. Ponieważ jest to poradnik lifestylowy, Scott dotyka w nim praktycznie każdej sfery życia – od wyglądu, poprzez urządzanie mieszkania, wystawianie przyjęć, szeroko pojętą kulturę, zainteresowania, sposób wysławiania i wakacje. O ile pojedyncze rady są niekiedy ciekawe i inspirujące, o tyle całościowo miałam wrażenie, że próbuje mi się narzucić pewną wersję mnie-paryżanki. Wiem, że powinnam zadbać o niektóre sfery mojego bytu, aby stał się on pełniejszy, ale konieczność przeorganizowania szafy, wymyślenia jednej fryzury do noszenia codziennie, celebrowanie każdego posiłku, czytanie określonej ilości książek, chodzenie do teatru, muzeów, wystawianie przyjęć, słuchanie muzyki klasycznej, i to wszystko jednocześnie, napawa mnie obawą, czy po wcieleniu tych rad w życie jeszcze zostanie jakaś Viv. A fakt, że Scott ze swoimi poradami powtarza się w różnych środkach przekazu robi wrażenie, że chce sprzedać nam pewien gotowy produkt, do zaaplikowania w całości.

Inna sprawa, że akurat Paryż nie jest tym, do czego aspiruję, i to może wpłynęło na mój odbiór tej książki. Mimo oczywistego uroku Francuzek, celuję raczej w bycie Europejką – z rozsądkiem Niemek, szykiem z Paryża, kolorowym szalem z Barcelony, tajemniczością Szwedek i w butach z Mediolanu. Oraz oczywiście słowiańską fantazją. Tylko w kwestii kawy na wynos jestem nowojorczykiem i dobrze mi z tym.

Ani mnie ta książka nie zachwyciła, ani nie rozczarowała. Wydaje mi się dobrym pomysłem na prezent dla nastolatki, gdyż zawiera wiele porad dotyczących mody i urody, przydatnych, gdy ktoś dopiero zasmakowuje w tych klimatach. Inspiruje też to wprowadzenia drobnych zmian w swoim życiu (ja na przykład w piątek wybiorę się po raz pierwszy na wernisaż). Czuję jednak, że mogło być lepiej.

Moja ocena: 4/6

Jennifer L. Scott Lekcje Madame Chic
Tłum. Anna Sak, Agnieszka Sobolewska
Wyd. Literackie
Kraków 2013

czwartek, 16 sierpnia 2012

"Kobieta w podróży"


O Romie Ligockiej sporo słyszałam, jej życiorys i przeżycia w getcie są mi z pośrednich źródeł dość dobrze znane (wiecie jak to jest – z rożnych stron docierają do człowieka różne elementy opowieści), czytałam sporo cytatów z jej książek, ale przyznam szczerze, że nigdy nic jej autorstwa w całości nie przeczytałam. Aby nadrobić te braki, pożyczyłam sobie Kobieta w podróży, zbiór autobiograficznych esejów.

Tytuł książki jest nieco przewrotny – czytelnik, sięgając po tą pozycję, spodziewać się będzie opisów licznych podróży, uwag na temat podróżowania itp. Tymczasem są to impresyjki, epizody z życia emigrantki, człowieka, który wyrwał uszedł z życiem w czasie holokaustu, który stara się żyć normalnie, ale od czasu do czasu zaskakiwany jest przez własną psychikę, dostosowaną do wykrywania niebezpieczeństwa. Niekiedy zupełnie przez przypadek ujawniały się w autorki wspomnienia z czasów spędzonych w krakowskim getcie, pokazując, że tego piekła człowiek nigdy nie zapomina. Emigrant praktycznie nigdy nie jest u siebie, zawsze w podróży.

Zbiorek jest bardzo wyważony, mamy tutaj opowieści z Krakowa, Wiednia, Berlina, czy Monachium, obok historii śmiesznych i wesołych znajdziemy tu też historie przerażające i smutne, a czasem zwyczajne, przypadkowe, codzienne. Są tu opowieści z życia Romy Ligockiej oraz wspomnienia osób, z którymi się zetknęła. Są opowieści dawne i te bardziej współczesne. Autorka ma niesamowity dar opowiadania, nawet błahe sytuacje potrafi ubrać w przepiękne słowa. Nie jest to nachalny opis holokaustu – z resztą, nikt, kto faktycznie przeżył piekło II wojny światowej nie opowiada o swoich, nieraz naprawdę przerażających losach, z patosem. Mam wrażenie, że autorzy, którzy nie opisują własnych, a cudze przeżycia, często popadają w językową przesadę, jakby tym sposobem chcieli przekonać czytelnika, że naprawdę było strasznie. Ofiary wojny doskonale to wiedzą, i ich czytelnicy również, toteż w książce Romy Ligockiej wspomnienia wojenne pojawiają się mimochodem, nieraz jako tło opisywanych wydarzeń, co wywołuje niesamowity wręcz smutek. Ale jest w tych tekstach również nadzieja, pozytywne myślenie, próba radzenia sobie ze wspomnieniami, przekazania swojego żydowskiego dziedzictwa dalej.

Książeczkę czyta się bardzo szybko, mnie wystarczyło jedno pochmurne popołudnie, ale zostaje w sercu na długo. Bardzo polecam.

Moja ocena: 5/6

Roma Ligocka Kobieta w podróży
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2002