O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Zbrodnie prawie doskonałe" Iza Michalewicz


Ostatnie spotkanie biblionetkowe z przyczyn obiektywnych zostało przeniesione do innego lokalu – księgarnio kawiarni Revolutionibus na Brackiej w Krakowie. Serdecznie polecam to miejsce, ma niesamowitą atmosferę i wyjątkowy wybór pozycji (i nikt mi nie płaci za reklamę!), idealne do rozmów o książkach. Dlatego musiałam coś sobie tam kupić, a wybór padł na nowość wydawniczą, która od razu zwróciła moją uwagę – Zbrodnie prawie doskonałe Izy Michalewicz.

Jest to kolejna na naszym rynku pozycja opisująca prawdziwe zbrodnie, tym razem te, którymi zajęło się nasze rodzime Archiwum X, czyli jednostki policji z różnych miast powołane do wyjaśniania starych spraw. Jednocześnie jest to książka wyjątkowa pod wieloma względami. Autorka włożyła masę pracy w zbieranie materiałów do książki, odszukała ludzi związanych z poszczególnymi sprawami, przeprowadziła rozmowy z policjantami Archiwum X. W efekcie powstał przerażający i fascynujący zarazem zbiór reportaży dotyczących śledztw w sprawach o zabójstwo – niektórych bardzo medialnych, innych prawie nieznanych; jedne z nich udało się „archiwistom” rozwiązać, inne wciąż pozostają tajemnicą. Autorka bierze na tapetę między innymi sprawę zabójstwa Jaroszewiczów, krakowską sprawę Skóry (lub Kuśnierza) czy gang hodowcy truskawek.

Trudno mi jednoznacznie określić, co w tej książce spowodowało moje przerażenie, towarzyszące mi nieustannie w trakcie lektury – czy były to drastyczne nieraz szczegóły zbrodni, czy fakt, iż wiele z nich wydarzyło się w miejscach znanych mi i często odwiedzanych: Zakopane, Kraków, Piwniczna, Tczew, czy niezwykle sugestywny i plastyczny język, którym posługuje się autorka. Chociaż same opisy pozostają beznamiętne, rzeczowe, to pani Iza generuje w czytelniku ogromne emocje. Mimo iż przeczytałam w życiu liczne pozycje z tego gatunku reportażu, a jeszcze więcej kryminałów i thrillerów, po raz pierwszy tak silnie zareagowałam na książkę; do tego stopnia, że bałam się zgasić światło, i większą część lektury pozostawiłam na czas, kiedy będę z G.

Jedyne, co nie do końca zgadzało się z moim wyobrażeniem tej książki (a to przecież nie jej wina) jest fakt, iż tytuł sugerował mi, że będzie mowa po sprawach rozwiązanych przez Archiwum X. Tymczasem większość z nich wciąż czeka finału, i mimo prowadzonych pewnych działań lub istnienia wielu teorii, wciąż na pewno nie wiadomo nic. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie wiadomo. Zostawia to pewien niedosyt czy raczej głód wiedzy, a jednocześnie jest to kolejny powód, by się bać – sprawcy tych mordów wciąż gdzieś tam są.

Polecam gorąco, jednak tylko czytelnikom o mocniejszych nerwach, ja oczekuję na kontynuację świetnej pracy Izy Michalewicz w tym temacie, a na razie idę poczytać coś sympatycznego.

Moja ocena: 5,5/6

Iza Michalewicz Zbrodnie prawie doskonałe
Wyd. Znak
Kraków 2018

wtorek, 9 stycznia 2018

"Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy" Paweł Reszka

Chyba większość z nas na myśl o pójściu do lekarza ogarnia zdenerwowanie. Obok tego związanego z ewentualną chorobą dochodzi jednak zdenerwowanie samym systemem – będzie trzeba się przebić przez rejestrację, siedzieć w kolejce razem z innymi pacjentami wysłuchać historię choroby pani Wiesi, jej męża, kuzyna, szefa kuzyna i jego psa. Lekarz przez większość wizyty będzie zajęty wypełnianiem papierów, a na koniec dostaniemy receptę której wykupienie spowoduje sporą dziurę w domowym budżecie. A nie daj Boże, jeśli będzie trzeba się położyć w szpitalu.

Polska służba zdrowia to chyba jeden z bezpieczniejszych tematów rozmowy, bo wydaje się, że niezależnie od zdrowia, wieku, zamieszkania i do pewnego stopnia finansów, każdy jest z niej niezadowolony. Tymczasem większość z nas dysponuje tylko ograniczoną wiedzą na temat tego szalenie skomplikowanego systemu. Dlatego książka Pawła Reszki jest tak pożyteczna – pozwala nam spojrzeć na wiele kwestii z punktu widzenia lekarzy.

Od razu mówię, że nie nabierzecie ani zrozumienia ani pozytywnego nastawienia do systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Raczej upewnicie się w swoim intuicyjnym poczuciu, że lepiej nie chorować. Autor zatrudnił się w jednym ze szpitali jako sanitariusz, by zaczerpnąć wiedzy bezpośrednio u źródła. Jednak lwia część książki to wypowiedzi lekarzy – specjalistów, stażystów, studentów, rezydentów i członków samorządu. Dowiedziałam się wielu rzeczy – czym się różnic rezydent od stażysty, a czym od specjalisty; na jakiej zasadzie przyznawane są miejsca na specjalizacji (i kto decyduje ile tych miejsc jest), jaki wpływ mają firmy farmaceutyczne, jak finansowane są szpitale, i dlaczego wiele z nich jest poważnie zadłużona. Czym jest Biedronka i dlaczego młodzi lekarze rejestrują się z bezrobociu. Dlatego podtytuł wydaje mi się częściowo chybiony – nie tyle chodzi tu o znieczulicę polskich lekarzy, ile znieczulicę polskiego systemu.

Ogólne wrażenie nie jest przesadnie optymistyczne i bliżej mu do atmosfery z Alicji w krainie czarów – brakuje tylko by na drzwiach szpitali powieszony został obrazek z uśmiechniętym kotem i słowami „Wszyscy jesteśmy obłąkani”. I nawet nie ma gdzie uciekać, bo szpitale psychiatryczne borykają się z takimi samymi problemami jak inne.


Można by mieć zarzut, że książka jest jednostronna, że opisuje tylko rzeczy złe. Wszak wielu z nas ma pewne doświadczenia z publiczną opieką zdrowotną, które wiązały się z szybką i profesjonalną opieką lekarzy i pielęgniarek, bez znajomości i bez „dawania w łapę”. Myślę, że gdyby autor chciał uwzględnić i takie przypadki, książka byłaby o wiele dłuższa. Ponadto, wbrew temu co czujemy, takie „dobre wspomnienia ze szpitala” powinny być normalnością, a nie czymś, co się opisuje w reportażach. A że tak nie jest, no cóż. Pozostaje zapytać dlaczego i poszukać odpowiedzi w książce Pawła Reszki Mali bogowie.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Marta Abramowicz "Zakonnice odchodzą po cichu"


Dobrze jest czasem wyjść ze strefy komfortu, chociażby tylko za sprawą książki, którą czytałam przez przypadek. Ot, leżała na półce z nowościami w mojej osiedlowej bibliotece, skojarzyłam okładkę i postanowiłam ją przygarnąć na jakiś czas.

Nigdy nie miałam jakiegoś zorganizowanego kontaktu z zakonnicami. Jednak przemykała po kościele, do którego chodziłam w dzieciństwie, inna poprowadziła kilka lekcji w zastępstwie. Myślę, że śmiało można powiedzieć, iż moje wyobrażenie klasztornego życia zostało w pełni ukształtowane przez filmy z Whoopi Goldberg, Zakonnica w przebraniu. Czyli nietrudno się zorientować, że pojęcia mam raczej blade.

Mam wrażenie, że sporo zmieniło się za sprawą reportażu Marty Abramowicz Zakonnice odchodzą po cichu. Autorka rozpoczyna od stwierdzenia, że w rzeczy samej niewiele jest opracowań dotyczących zakonnic jako takich, a już tych, które zdecydowany się wyjść z zakonu, nie ma wcale. Wielokrotnie z resztą usiłuje, przy pomocy swoich rozmówców i rozmówczyń, wyjaśnić, dlaczego odrzucenie habitu przez mężczyznę nie odbywa się w takiej tajemnicy i wstydzie, jak przez kobietę. Ale to tylko jedno z zagadnień, z którymi stara się zmierzyć w tej cieniutkiej, aczkolwiek bogatej w treść, książeczce.

Marcie Abramowicz udało się dotrzeć do kobiet, które porzuciły klasztor i prowadzą teraz świeckie życie. Świadectwa z czasów zakonnych, które dają, są chwilami przerażające i dojmująco smutne, a i te po powrocie do świeckości nie zawsze nastrajają optymistycznie. Autorka jednak nie skupia się jedynie na polskim życiu zakonnic, pisze o zmianach, jakie zaszły i zakonnic za granicą, starając się dojść do odpowiedzi na pytanie, dlaczego francuskie zakonnice noszą garsonki, a nasze wciąż pozostają w stanie z XIX wieku.

Na pewno nie można zbudować pełnej wiedzy o zagadnieniu na podstawie jednej książki. Sama autorka stwierdza, że dotarcie do rozmówców było trudne, zatem i reprezentacja była stosunkowo niewielka. Jednak wciąż czuję, że Zakonnice odchodzą po cichu otworzyła mi oczy na wiele kwestii związanych z życiem zakonnic, o których pewnie inaczej w ogóle bym się nie dowiedziała. Mimo trudnego tematu, czytało mi się to nadzwyczaj dobrze. Pani Marta, podążając wyśmienitą drogą polskiego reportażu, serwuje tekst na najwyższym poziomie, zarówno pracy dziennikarskiej, jak i literacko, nie odbiegając zupełnie od poziomu takich klasyków jak Szczygieł czy Tochman.

Chociaż temat bardzo hermetyczny i niekoniecznie interesujący każdego, to szczerze polecam zapoznać się z tą pozycją, jeśli tak jak ja chcecie wyjść poza strefę komfortu.

Moja ocena: 5/6

Marta Abramowicz Zakonnice odchodzą po cichu
Wyd. Krytyki Politycznej

Warszawa 2016

czwartek, 24 listopada 2016

"Czerwony rynek" Scott Carney

Za każdym razem kiedy wydaje mi się, że jako tako zdaję sobie sprawę z obecności wszelakiego zła na naszym globie, trafia mi do rąk kolejny reportaż obnażający inny jeszcze rozdział z historii wyzysku jednych przez drugich. Nie inaczej było, gdy z biblioteki pożyczyłam Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci. O handlu żywym towarem i nieetycznych zachowania przy okazji przeszczepów różnych organów wiedziałam już wcześniej. Nie wiedziałam jednak, że istnieje aż tyle odmian tego biznesu, i że jest o kolejny przykład wykorzystywania bidy w krajach Trzeciego Świata.

Scott Carney zainteresował się tematem traktowania ciała zmarłego jako towaru, gdy w trakcie jego pracy w Indiach zmarła jedna z jego studentek, a jemu przypadł w udziale smutny obowiązek zajęcia się wszystkim związanym z jej śmiercią. Po kolei autor przeprowadził dziennikarskie śledztwa, w wyniku których odkrywa przed nami szereg dziedzin biznesowych, o których istnieniu nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć: handel organami, kośćmi zmarłych, komórkami jajowymi. Nielegalnych więzieniach, w których przetrzymuje się porwanych, którym pobiera się krew, lub ciężarne kobiety, które mają donosić cudze ciąże. Wreszcie o zasadach panujących w świecie ludzkich królików doświadczalnych, i historii transplantologii w kontekście prawnym.

Przeraża ilość odmian przedsiębiorczości skupionej wokół ciała ludzkiego. Nie ma właściwie elementu naszej ziemskiej powłoki, którego nie dałoby się spieniężyć: włosy, krew, narządy, kości, oczy, skóra, odporność… Carney pozostawia czytelnika z ważnymi pytaniami, między innymi o to, który system pobierania narządów i tkanek jest w rzeczywistości bardziej humanitarny i mniej podatny na przestępcze działanie: bezpłatny czy płatny? Opowiada o biedzie, która zmusza ludzi w krajach Trzeciego Świata do sprzedaży wszystkiego, bez czego da się żyć, ale też o zachłannym świecie zachodnim, który to wszystko zagarnia, chociaż zarzuty pod adresem tego ostatniego odnoszą się bardziej, moim zdaniem, do Amerykanów niż do reszty Zachodu. Zwyczajnie, ich system finansowania procedur medycznych przez prywatne firmy ubezpieczeniowe, które poszukują oszczędności, wydaje się w dużym stopniu odpowiedzialny za szereg kryminogennych zachowań np. w Indiach. Bo bez popytu nie byłoby podaży.

Jest to trudna, porażająca i miejscami makabryczna książka, jednak bardzo ważna. Po przeczytaniu jej bowiem nie możemy już powiedzieć „Nie wiedzieliśmy”. I to jest właśnie powód, dla którego ludzie powinni czytać takie reportaże.

Moja ocena: 4,5/6

Scott Carney Czerwony rynek
Tłum. Janusz Ochab
Wyd. Czarne

Wołowiec 2014

sobota, 13 sierpnia 2016

"Heban" Ryszard Kapuściński

Są książki, są autorzy, w przypadku których porywanie się na jakąkolwiek pisemną opinię, tekst, recenzję, zdaje się być zadaniem z góry spisanym na porażkę. Takim autorem jest Ryszard Kapuściński, a taką książką niewątpliwie jego Heban. Od wielu lat mówiono mi, że to najwspanialsze dzieło Ojca polskiego reportażu, i że zazdroszczą mi, że lektura ta dopiero przede mną. Teraz w pełni rozumiem, o czym mówili.

Heban to zbiór reportaży, pocztówek, wspomnień z licznych podróży autora do Afryki. To nawet mało powiedziane, bo Kapuściński niemalże mieszkał na czarnym Kontynencie przez kilka lat swego życia, w krótkimi przerwami. Począwszy od 1958 roku, przez niemalże czterdzieści lat, zabiera nas w szaloną podróż po najbardziej niegościnnym, zranionym i niezbadanym wciąż kontynencie naszego globu, po miejscach, gdzie według wszelkich prawideł sztuki człowiek nie powinien móc żyć. Do krajów, w których resztki kolonializmu ustępują miejsca fali niepodległościowej. Gdzie jeden tyran zastępuje drugiego. Gdzie rasizm jest t samo silny jak nienawiść Czarnego do Czarnego. Do miejsc pięknych. Do miejsc strasznych. Do dżungli. Na pustynię. W góry. W dzielnicę biedoty i do miast.

Afryka jest olbrzymim i złożonym organizmem, który jednakowoż zwykle upraszczamy na potrzeby codziennej konwersacji. W Afryce jest kolejno: Egipt, Sahara, RPA. Pomiędzy tym zaś państwa, o których jedni nie słyszeli, inni umieściliby je w Azji, ale większości są zwyczajnie obojętne. I wszystkie takie same: gorąco, Czarni, bieda, głód. Kapuściński każdy z tych krajów ukazuje jako odrębny, wyjątkowy twór, tak jak na to zasługują, z odrębną historią, z inną mentalnością, innymi problemami. O życiu w Afryce nie pisze sloganami, pisze państwami. Teraz wiem, że apartheid, który kojarzy się nam z RPA, powstał w Liberii. I że Liberia sama w sobie powstała w celu umieszczenia w niej wyzwolonych amerykańskich niewolników. Że głód w Sudanie nie bierze się z braku jedzenia, tylko z absurdalnej polityki społecznej. Jakie były przyczyny, a nie tylko skutki rzezi w Ruandzie. I setek innych rzeczy, które do tej pory pozostawały dla mnie białą plamą na mapie historii Afryki.

Gdyby ta książka była tylko pełna informacji, warto byłoby są przeczytać z tego tylko powodu. Ale Kapuściński nie tylko raportuje. Nie tracąc nic z dziennikarskiej rzeczowości, operuję pięknym językiem, przenosi żar, duchotę, strach i adrenalinę na karty książki, więc nie tylko czytamy o Afryce; jesteśmy w Afryce. Można było przeczytać Heban w dwa dni. Ale po co? Kiedy można delektować się tą podróżą, współodczuwać ją, i po zamknięciu na długo pozostać pod jej wpływem.

Moja ocena: 6/6

Ryszard Kapuściński Heban
Biblioteka Gazety Wyborczej

Warszawa 2008

piątek, 8 lipca 2016

"My, właściciele Teksasu" Małgorzata Szejnert

PRL to czasy na tyle bliskie, by moi rodzice i wielu z moich znajomych miało wystarczająco świeże wspomnienia z twego okresu polskiej historii, a jednocześnie dla osób z  mojego pokolenia i młodszych PRL jest… no cóż, historią, a te kilkadziesiąt lat zlewa się w jedną, szarą masę.  Odnoszę wrażenie, że od kilku lat społeczeństwo „odobraża się” na owe czasy. Budynki powstałe w ostatnich dziesięcioleciach są coraz bardziej doceniane (szczególnie polecam w tym zakresie pracę Filipa Springera: Źle urodzone), uroki życia, gdy nie wszystko było dostępne coraz częściej są przeciwstawiane galopującej konsumpcji toczącej nasz naród. W domach zaczynamy ponownie korzystać z kupionych w Peweksie mikserów, bo te nowe z supermarketów wysiadają po kilku latach.

Jednocześnie jest to okres coraz bardziej krytykowany, jakby wszystko co ludzie wtedy zrobili, osiągnęli, przeżyli zostało naraz zakwestionowane i dekretem zapomniane. Cały PRL wkładamy do jednego szarego worka i szczelnie go sznurujemy. Dlatego z taką pasją i zainteresowaniem czytam teksty, które w owych czasach powstały, a zbiorem idealnym jest książka Małgorzaty Szejnert My, właściciele Teksasu”, zbiór reportaży powstałych pomiędzy 1969 a 1979 rokiem. Jak to ze zbiorami bywa, jedne teksty przypadły mi do gustu bardziej, inne mniej. Ale zaskoczyło mnie bogactwo tematów, jakimi dziennikarka zajmowała się (mogła się zajmować!) w tak wydawałoby się ograniczonych cenzurą czasach (może  z resztą problemy z cenzurą tych tekstów występowały, tu niestety wiedzy nie mam). I tak zawędrowałam do fabryk, i poznałam historie ich pracowników, ich ambicje, ich powody do dumy, i codzienne trudy. Wraz z klientami czułam ekscytację otwarciem pierwszego Supersamu.

I przeżyłam prawdziwy szok czytając artykuł pt. Kraków nieznany. O setkach, tysiącach zabytków rozsianych po niewielkim w sumie starym Krakowie. O trującym powietrzu, które niszczy zabytki szybciej, niż my jesteśmy w stanie je ratować. O urzędach i urzędnikach ds. zabytków, których jest dużo, i z których każdy ma niewielki skrawek pracy do wykonania, ale nie może go wykonać bez pieczątki kogoś innego, a ta pieczątka akurat się gdzie zawieruszyła, celowo lub nie. Szok, bo tekst ten powstał w 1978 roku, a czyta się to jakby spisano go wczoraj. Te same problemy, te same trudności, te same nie śmieszne komedie obserwujemy w Krakowie i dziś.

Może jednak ten PRL nie jest wcale tak odległy, jak nam się czasem wydaje?

Moja ocena: 5/6

Małgorzata Szejnert My, właściciele Teksasu
Wstęp – Mariusz Szczygieł
Wyd. ZNAK

Kraków 2013

piątek, 5 lutego 2016

"Wszystko za Everest" Jon Krakauer

Niedawno oglądałam z rodziną film Everest, opowiadający o jednej z największych katastrof na największej górze świata, kiedy to podczas zejścia ze szczytu dwie wyprawy komercyjne zostały zaskoczone przez burzę śnieżną, zabijając osiem osób, w tym obu kierowników wyprawy: Roba Halla i Scotta Fischera. Przyznam, że temat wspinaczki wysokogórskiej nigdy jakoś nie należał do top pięciu najbardziej fascynujących mnie tematów (ani nawet do pięćdziesięciu), film został narzucony odgórnie, i sam w sobie nie był przesadnie szałowy, to samo wydarzenie pobudziło moją ciekawość. Zwłaszcza, że przez pół filmu bohaterowie chodzili okutani w kurtki i czapki, więc nie do końca zakumałam, kto, co i z kim. Dlatego krótko po seansie zakupiłam książkę Jona Krakauera, zatytułowaną Wszystko za Everest, by na spokojnie przybliżyć sobie tamto wydarzenie z roku 1996.

Jon Krakauer jest dziennikarzem, który w 1996 roku przyłączył się do ekipy organizowanej przez Roba Halla, uznawanego za pioniera organizowania wycieczek komercyjnych na najwyższe góry świata, aby zdobyć Mount Everest i materiał na reportaż o tym zdobywającym coraz większy rozgłos przedsięwzięciu. Gdy zapisywał się na wycieczkę, zdawał sobie sprawę, iż jest to niebezpieczna wyprawa, jednak na pewno nie podejrzewał, iż przyjdzie mu się zmierzyć z jednym z najgorszych wypadków w historii góry. Krakauer zabrał mnie wraz z sobą na tą nieszczęsną wyprawę, opisując przygotowania, poszczególne etapy wyprawy, i przybliżając postaci dramatu, ich wcześniejsze doświadczenia i relacje, jakie łączyły uczestników obu wypraw. To była pierwsza część, ta która pomimo iż interesująca, nie zafascynowała mnie przesadnie głównie z tego powodu, że jak już pisałam, wspinaczka wysokogórska to nie moja para kaloszy.

Jednak druga część autentycznie wbiła mnie w fotel. Krakauer minuta po minucie opisuje wydarzenia 10 i później 11 maja 1996 roku, tak jak on to zapamiętał, i jak udało mu się zrekonstruować wydarzenia na podstawie wspomnień swoich rozmówców, którzy przeszli przez to co on. Każda wątpliwa decyzja, każda zmiana planów, każde zdawałoby się błahe wydarzenie, wreszcie walka ze śnieżycą, mrozem i niedotlenieniem. Odmrożenia, utrata świadomości, wreszcie śmierć. Bohaterskie postawy jednych, ludzkie zachowania innych, potworność tego, do czego zdolni byli pozostali. Krakauer poświęca oczywiście większość swojej książki wyprawie w której brał udział, jednak opisuje również pozostałe grupy, które tego dnia i chwilę wcześniej i później usiłowały zdobyć szczyt. Podsumowuje ofiary ze wszystkich tych przedsięwzięć.

Krakauer był wielokrotnie krytykowany, głównie przez przewodnika z konkurencyjnej wyprawy Fischera, Anatolija Bukriejewa, który poczuł się dotknięty sposobem, w jaki Krakauer go opisał, i opublikował własne wspomnienia tamtego feralnego dnia, podobnie jak kilku innych członków wyprawy. Co jednak ujęło mnie w tej książce, to szacunek autora, obiektywizm tam, gdzie dało się go zastosować, i brak wyraźnej krytyki jednej osoby. Krakauer podjął się ciężkiego wyzwania podsumowania tamtych wydarzeń, korzystając ze swojej niepewnej pamięci i wspomnień innych, przedstawiając każde wydarzenie, każdą decyzję w różnych światłach, pozostawiając każdemu pole do własnej oceny, czy i kto zawinił wtedy na Evereście. Autor bardzo realistycznie i plastycznie opisał też warunki panujące na górze (na pewno w dodatkowym odczuciu pomogło mi przeraźliwe zimno za oknem, które uparcie wdzierało się do środka przez nieszczelne okna), jak również przybliżył całą technologię wyprawy wysokogórskiej, co szczególnie przydało się takiemu amatorowi jak ja.

Jest to książka nie tylko fascynująca, ale pod wieloma względami przerażająca, z drugiej zaś strony dowodząca, jaką siłą dysponuje czasem człowiek, w jakie sytuacje jest w stanie się wpakować na własne życzenie, i z jakich jest w stanie wyjść dosłownie na własnych nogach. Zdecydowanie polecam.

Moja ocena: 5/6

Jon Krakauer Wszystko za Everest
Tłum. Krystyna Palmowska
Wyd. Czarne

Wołowiec 2015

środa, 11 listopada 2015

"13 pięter" Filip Springer

Jak często łapiecie deprechę po przeczytaniu książki? Albo inaczej: jak często zdarza się Wam płakać w trakcie lektury lub po jej zakończeniu? I jakiego typu książki wywołują w Was taką reakcję? Przyznam się, że ja nie należę do osób płaczących na okoliczność dóbr kultury – moje łzy w tym temacie ograniczają się właściwie do sceny, w której umarł Mufasa i do zakończenia trzeciego tomu Harrego Pottera. Aha, i do książek Filipa Springera. Tak, dobrze widzicie. Nie płaczę na najbardziej wzruszających scenach w historii literatury, ale płaczę na reportażach tego konkretnego autora.

Tak mi się zdarzyło po raz pierwszy w trakcie czytania Źle urodzonych. Kto by pomyślał, że opis wyburzania Dworca w Katowicach sprawi, że oczyska zaczną mi się pocić? A teraz w trakcie lektury 13 Pięter doszło do podobnego zjawiska. Kto normalny ryczy przy reportażach o architekturze? Zwłaszcza, że się tą architekturą nigdy dotąd nie interesował? (Dla zabieganych na tym można zakończyć ten wpis – po książki Filipa Springera warto sięgać.)

Springer tym razem wypuścił na rynek coś, co jeszcze przed premierą zyskało opinię kontrowersyjnego i co zdołało spolaryzować nie tylko grono czytelników tejże książki, ale, co ciekawe, a może nie tak bardzo – grono tych, którzy nie czytali, ale wiedzą, o czym to jest. Autor wychodzi od początku wieku w Warszawie, by krok po kroku prześledzić przyczyny, dla których nasza dzisiejsza sytuacja mieszkaniowa w kraju jest taka a nie inna, a konkretnie – raczej tragiczna. Dowiadujemy się zatem najpierw skąd w ogóle pomysł spółdzielni mieszkaniowych. Potem jest, wiadomo, wojna, potem PRL, kiedy wolny rynek mieszkaniowy nie za bardzo istniał, i wypływamy z powrotem w wolnej Polsce. O dziwo, z problemami tymi samymi co w XX międzywojennym. Springer porusza się coraz wyżej, piętro po piętrze, omawiając wszelkie prawem dozwolone lub nie, sposoby na zdobycie dachu nad głową. Pisze o koszmarnych metodach czyszczenia kamienic, o braku mieszkań socjalnych, o sposobach ominięcia przepisów, o kredytach hipotecznych: w złotówkach i we frankach, o katastrofalnej sytuacji na rynku mieszkań pod wynajem, po rządowych programach Rodzina na Swoim, MdM i wcześniejszych kredytach preferencyjnych dla Towarzystwa Budownictwa Społecznego. O mieszkaniach podarowanych przez rodzinę, i o mieszkaniach odebranych przez rodzinę. O tym, ile przeciętny Polak płaci za możliwość nie-mieszkania pod mostem (zdecydowanie za dużo). O ubogich-pracujących – tych z nas, którzy pracując na pełen etat, nie są w stanie zapewnić sobie minimum egzystencjalnego, do którego łapie się przecież zapewnienie sobie miejsca do życia.

Skończyłam czytać 13 Pięter i zaliczyłam takiego doła, jakby osobiście z tego 13. Piętra skoczyła na fragment trawniczka przed klatką. A potem w płacz. Bo faktycznie, jeśli ktoś nie ma takiego farta jak ja, że jakieś tam puste mieszkanie w rodzinie było, to wyjścia nie ma albo jest żadne. Albo koszmarki do wynajęcia, z meblościanką Hejnał w roli głównej, za dzikie pieniądze, albo 30-letni związek z bankiem i środki uspokajające za każdym razem, gdy szef wspomni o zwolnieniach, ale szukanie luki w przepisach by zamieszkać w gminnym mieszkaniu, które formalnie mieszkaniem nie jest. Co dodatkowo boli, to fakt, iż próby powolnego uzdrowienia sytuacji, nawet jeśli już się pojawiają, to następna ekipa „robi lepiej” i znów lądujemy wszyscy w XX-leciu międzywojennym.

 Springer otwiera oczy na sytuacje mieszkaniową w naszym kraju. Można się burzyć, można się z czymś nie zgadzać, można mieć jeszcze inne doświadczenia niż te opisane w książce. Ale przeczytać trzeba.

Moja ocena: 5/6

Filip Springer 13 Pięter
Wyd. Czarne

Wołowiec 2013

sobota, 11 lipca 2015

Droga, która nie istnieje

Dziś trochę odchodzę od minimalistyczno-organizacyjnych tematów (ale nie lękajcie się, jeszcze mam dwie książki w tym typie do opisania). Zrobiłam sobie ostatnio przerwę od sprzątania i udałam się tam, gdzie muszę wylądować kilka razy do roku, aby zachować zdrowie psychiczne. Tym miejscem są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, a podróż, jak zwykle, odbyła się tylko w wyobraźni, z pomocą kolejnej lektury traktującej o moim wymarzonym miejscu do odwiedzenia.

Prawda jest taka, że Ameryka pociąga mnie z jednakową siłą, niezależnie od tego,  czy akurat zawitałam do Nowego Jorku, Chicago, na Alaskę, Hawaje, czy też w okolice południowego Kentucky. Nie ma też znaczenia, czy siedzę w jednym miejscu, czy też podróżuję wzdłuż, wszerz, po skosie czy wokół całego kraju. Niedawno maszerowałam z północy na południe, poczynając od Kanady, a kończąc w Meksyku. Tym razem trochę po skosie wyruszyłam z Chicago, i szlakiem nieistniejącej już w oryginalnej odsłonie Route 66 dojechałam aż do Los Angeles.

Oprócz spędzenia (albo nawet zamieszkania na stałe) kilku dni w Nowym Jorku, moim największym marzeniem jest odbycie samochodowej podróży w poprzek Stanów Zjednoczonych. W ogóle nic mnie tak w życiu nie cieszy, jak bycie z podróży, chociażby to były tylko dwie godziny na Zakopiance, albo dwie doby w autokarze w drodze do Grecji. Sam fakt przebywania w środku lokomocji już dodaje mi energii. Uwielbiam obserwować zmieniający się krajobraz, uciekające kilometry i poczucie, że wszystkie kłopoty zostawiłam za sobą, na starcie. Kocham wszystko, co jest z tym związane – łącznie z niezdrowym jedzeniem, kawą ze stacji benzynowej i parkingami w samym środku niczego. Jedynym, czego nie lubię, to brudnych toalet, ale to też jest część atrakcji, co nie? A w myślach dodaję teraz do tego wszystkiego obserwowanie jak swojski krajobraz Massachusets zamienia się powoli w Dziki Zachód Oklahomy i Teksasu, pustynną Nevadę i Arizonę, kończąc na brzegu oceanu gdzieś w metropolii LA. A po drodze – typowe amerykańskie burgery, burze pisakowe, lokalne atrakcje typu największy przydrożny hot-dog, obskurne motele. Możecie nazwać mnie wariatką, ale to mnie właśnie najbardziej kręci.

Na razie taka podróż jeszcze nie wchodzi w  grę (ale zaczęłam zbierać, mam już 230 zł), więc muszę się zadowolić faktem iż komuś innemu udało się na koszt wydawcy odbyć taką podróż, porobić zdjęcia, a następnie opublikować książkę, która we wciągający, zabawny i przemawiający do wyobraźni sposób mentalnie mnie w taką podróż zabierze. Olińskiemu się udało (podziwiam zwłaszcza za wydębienie pieniędzy od wydawcy). Chociaż przeczytałam ją ciurkiem, to jest to taki rodzaj lektury, do której można wracać po wielokroć, otworzyć w dowolnym miejscu, i na chwilę przenieść się gdzieś na Route 66, kwintesencję zmotoryzowanej Ameryki.

Moja ocena: 5/6

Wojciech Orliński Route 66 nie istnieje
Wyd. Pascal

Bielsko-Biała 2012

wtorek, 28 kwietnia 2015

Piechotą przez USA

Niezależnie od tego, ile takich książek przeczytam, chyba nigdy mi się one nie znudzą. Tak samo jak nigdy chyba nie wyleczę się z marzenia, aby kiedyś te książki zamienić na rzeczywistość, i podążając ich śladami przemierzyć Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Osobista wizyta jest na dzień dzisiejszy tak odległa, pod wieloma względami, że ocean to naprawdę mój najmniejszy problem. Więc pozostają mi książki. Niezależnie  czy to żartobliwy styl Brysona w Zapiskach z wielkiego kraju, czy polski punkt widzenia Marka Wałkuskiego w Wałkowaniu Ameryki, czy uroki życia na prerii opisywanej przez Cejrowskiego w Wyspie na prerii – każdą z tych Ameryk chciałabym zobaczyć. Bo im więcej czytam, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że to państwo o wielu twarzach, w zależności od tego, kto patrzy.

Tym razem było mocno nietypowo. Po pierwsze, moim przewodnikiem był Niemiec, Wolfgang Buschner. Pierwszy raz czytałam reportaż niemieckiego autora, początkowo trudno mi było się przyzwyczaić do nieznanego mi dotąd stylu, niemalże porzuciłam książkę zaraz na początku. Na szczęście, nie zrobiłam tego, bo już za pierwszym zakrętem zrobiło się ciekawie. I tu pojawia się po drugie – autor przebył Stany Zjednoczone, ale na piechotę! Każdy, kto wie cokolwiek o USA, wie również, iż tam nikt, ale to nikt nie chodzi na piechotę. Mimo wielu różnic, w tej kwestii wszyscy wyżej wymienieni autorzy są zgodni. Może poza Nowym Jorkiem i kilkoma innymi metropoliami z rozwiniętym transportem publicznym, w Ameryce możesz nie mieć domu, ale samochód musi być. Wprawdzie mój współtowarzysz podróży trochę „oszukiwał” będąc po drodze podwożonym przez przejeżdżających akurat kierowców, i zdarzyło mu się przejechać kawałek pustyni autobusem, ale po podróżowaniu trasy jaką pokonał z drogą z Krakowa do Gdańska trudno nie poczuć szacunku dla wytrzymałości tego podróżnika. I tak dochodzimy do po trzecie – najczęściej podróże po Stanach odbywają się poziomo – ze Wschodu na Zachód, rzadziej odwrotnie. Buschner schodził „w dół” – przekroczył granicę z Kanadą i udał się przez obie Dakoty, Nebraskę, Kansas, Oklahomę i Teksas aż do Meksyku. Stany raczej marginalizowane w literaturze podróżniczej tego kraju (może poza Teksasem).

Można się sporo dowiedzieć o państwie z takiej podróży, głównie o ludziach. O tym, jak brak plecaka drastycznie zmniejsza zaufanie, jak bardzo uprzedzeni są mieszkańcy stanów północnych w stosunku do Teksasu i Oklahomy, jak trudno jest nieraz żyć w „raju na ziemi” i ilu Amerykanów tak naprawdę ma niemieckie korzenie. Idąc, Buschner opowiada czytelnikowi historię Indian, i skąd Karol May (prawdopodobnie) miał taką rozległą wiedzę na ich temat.

Wróciłam z tej wyprawy lekko zmęczona, mimo iż spędziłam ją w moim fotelu (rosnący rozmiar jeansów każe pomyśleć o podobnej wyprawie, tym razem nie-literackiej). Wbrew początkowym obawom autorowi udało się wciągnąć mnie w swoją podróż, zainteresować, opowiedzieć fragment historii fascynującego mnie kraju tak, że nawet nie zauważyłam, kiedy śniegi Dakoty przeszły w prerię, a następnie w upalną pustynię Teksasu. Innymi słowy – przekonał mnie. Jadę! (tylko jeszcze nie wiem kiedy…)

Moja ocena: 5/6

Wolfgang Buschner Hartland
Tłum. Katarzyna Weintraub
Wyd. Czarne

Wołowiec 2013

niedziela, 29 marca 2015

Śmierć czai się wszędzie (ale w niektórych miejscach bardziej)

Artur Domosławski znany jest najbardziej z kontrowersyjnej biografii Ryszarda Kapuścińskiego, chociaż mnie to nazwisko zawsze kojarzyło się przede wszystkim z reportażem z Ameryki Południowej  Gorączka latynoamerykańska. Do protokołu dodam, że zalegającym na moim czytniku do prawie dwóch lat, bo przecież jak już jest, to nie trzeba się spieszyć z czytaniem. Tak oto moja przygoda z tym autorem zaczęła się od jego ostatniej książki. I już wiem, że to nazwisko kojarzyć mi się będzie z dobrym reportażem, ale i takim, który ryje banię.

Śmierć w Amazonii to tak naprawdę trzy teksty, które łączy geografia – każdy dotyczy państwa położonego w Ameryce Południowej, oraz śmierć. Jednak nie taka, która nasuwała mi się jako pierwsza, albo nawet jako druga czy trzecia. Autor pisze o takiej śmierci, o której się zwykle na głos nie mówi, w takich kontekstach, które ze względów politycznych i ekonomicznych są zamiatane pod dywan. Co nie jest takie trudne zważywszy, że mimo większego otwarcia Polaków na świat przez ostatnie dziesięciolecia większość z nas wciąż kojarzy tematy latynoamerykańskie dosyć słabo: piłka nożna, Marquez, Llosa, kokaina.

Ale od początku. W Ameryce Południowej (uwaga, obraz mocno uproszczony, w celu wykazania modelu) umrzeć można z kilku powodów: z głodu i chorób spowodowanych biedą (odsetek osób żyjących za mniej niż dolara dziennie na tym kontynencie jest wciąż zatrważająco wysoki); w porachunkach przestępczych, jako ich uczestnik lub przypadkowy przechodzeń (między innymi w Kolumbii rząd wciąż nie ma władzy nad pełnym terytorium kraju, w niektórych regionach kartele narkotykowe organizują całą społeczność) albo capnie cię wąż lub oblezą krwiożercze mrówki. Jednak Domosławski otworzył mi oczy na jeszcze inny powód, dla którego ludzie masowo tracą życie w takich miejscach jak Brazylia, Peru i Ekwador. Korporacje.

Etyka wielkiego biznesu ładnie wygląda w kolorowych folderach. Trochę gorzej, gdy do małego potoczka wielka fabryka wypuszcza toksyczne odpady. Kiedy dochodzi do tego w Europie  czy USA, jest szansa, że z pomocą pieniążków i dobrych prawników uda się to zatuszować, ale dzięki rozwijającemu się prawodawstwu i mediom społecznościowym coraz trudniej jest przeprowadzać takie operacje. Jednak w miejscu, które odcięte jest od świata rozległą amazońską puszczą, znajduje się wysoko w Andach albo w państewku, które dopiero buduje swoje struktury po zawirowaniach kolonializmu i komunizmu, duże pieniądze są potrzebne. A duże pieniądze przybywają wraz z dużymi koncernami – wydobywczymi, petrochemicznymi, hutniczymi. I jeśli kosztem tego przypływu gotówki do regionu jest kilkuset, czy kilka tysięcy wieśniaków, niech tak będzie.

Domosławski pisze przerażająco – o puszczy Amazońskiej podmokłej pozostałościami ropy, wydobywanej przez amerykański koncern przez lata, z pominięciem wszelkich zasad BHP, poszanowania miejscowych, dbania o środowisko. O innym jej fragmencie, masowo golonym z drzew, które później trafia do sieciowych sklepów na całym świecie. O gorączce złota, która bezpowrotnie niszczy środowisko kontynentu, pozbawiając jednocześnie miejscowych nawet tych skrawków ziemi, które uprawiali od pokoleń.

Mimo, że objętościowo niewielka, Śmierć w Amazonii niesie taki ciężar gatunkowy, że nawet nie próbuję go tu streszczać. Wzajemne sieci powiązań, które sięgają nieraz sąsiedniego sklepu, są tak skomplikowane, że nie sposób oddzielić tego, co legalne, od tego, co nielegalne. W rezultacie dowiadujesz się strasznych rzeczy, ale nie możesz ani im zapobiec, ani chociaż nie brać w tym udziału. Każdy z nas bierze. I właśnie dlatego to najstraszniejsza książka jaką czytałam w tym roku.

Moja ocena: 5/6

Artur Domosławski Śmierć w Amazonii
Wyd. Wielka Litera

Warszawa 2013

niedziela, 14 grudnia 2014

Ostatni przystanek świata

Nie potrzebuję jechać na Spitsbergen aby zrozumieć czym jest noc polarna. Wychodzę rano do pracy – ciemno, wychodzę po pracy – ciemno. W pracy światła zapalone cały czas, kawałek dnia zobaczę czasem przez paski żaluzji. I trwa to kilka miesięcy. Co jednak nie znaczy, że życie na tej zimnej, białej wyspie mnie nie fascynuje. Bo chociaż nie lubię zimna, bo chciałabym choć raz ujrzeć ten nieprzyjazny człowiekowi krajobraz i poczuć atmosferę ostatniego przystanku świata.

Ilona Wiśniewska od kilku lat mieszka na wyspie, która podlega administracyjnie Norwegii, ale dostępna jest dla wszystkich obywateli świata. Która przez pół roku pokryta jest kołdrą nocy, a drugie pół stale oświetlona dziennym światłem. Gdzie najwyższa rejestrowana temperatura to 8 stopni Celsjusza. Gdzie populacja niedźwiedzi polarnych przewyższa populację ludzi. Gdzie nic nie rośnie. Gdzie nikt się nie rodzi – ciężarne chwilę przed porodem muszą udać się na stały ląd, i gdzie nikt nie umiera – znaczy, umrzeć, owszem, umiera, ale potem odbywa swoją ostatnią podróż na ląd na najbliższy cmentarz.

Dochodzę do wniosku, że to mój ulubiony rodzaj reportażu – zaskakujące miejsce, o którym się kiedyś słyszało że jest, ale nie bardzo wiedziało, gdzie i po co. Najlepiej wyspa, i ludzie na niej żyjący. Bo pomimo wszelakich środków transportu, które stale dostarczają potrzebne dobra ze stałego lądu, życie na wyspie wciąż rządzi się swoimi prawami, a społeczność, która na wyspie się tworzy, zawsze będzie inna od tej ze stałego lądu. Wyspy fascynują. Przekonałam się już o tym, kiedy wraz z wydawnictwem Czarne zwiedzałam WyspyOwcze, następnie Pitcairn, a teraz Spitsbergen.

Na pierwszy rzut oka niewiele się w tej książce dzieje, ale jest to dokładne przełożenie sytuację na wyspie. Z wierzchu wydaje się być martwą, zmarzniętą ziemią, ale pod tą kołderką wyspa tętni życiem. W książce zaś obok statycznych opisów dosyć monotonnej przyrody czytamy o fascynujących losach mieszkających tam ludzi. Przybyli z wielu zakątków świata: Meksyk, Argentyna, Ukraina, Indie, Polska, każde szukając czegoś innego – spokoju, przygody, bezpieczeństwa, zagrożenia, życia, śmierci. I każde z nich znalazło to, czego szukało.

Ilona Wiśniewska Białe
Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2014

sobota, 3 maja 2014

Gdzieś na Oceanie Spokojnym

Dopiero co wpadłam z powrotem w sidła Internetów, myślałam nawet, by napisanie pierwszego posta po powrocie z Wiednia odłożyć na jutro, ale chwila skakania po cudzych wpisach i recenzjach zainspirowała mnie, by jednak coś skrobnąć dziś. A jest o czym, bo i zaległy post podsumowujący Wyzwanie Miejskie w kwietniu, i post o Wiedniu, i o ulubieńcach minionego miesiąca, no i recenzje – szykują się aż trzy, bo tyle udało mi się przeczytać przez ostatni tydzień.

Znacie to uczucie (pytanie głównie do posiadaczy czytników)? Masz w ręku urządzenie z dwustoma książkami na raz i nie masz co czytać. Co zaczynasz, to nie podchodzi. Za entym razem kliknęłam na tytuł, który mi się trochę przeleżał – Jutro przypłynie królowa Macieja Wasielewskiego. Chciałam przeczytać tylko parę stron przed snem, ale nie dało się. Nie dało się przestać czytać. Już na pierwszej stronie ten krótki reportaż wchłonął mnie i wypluł wymiętą następnego dnia po przeczytaniu ostatniego zdania.

Wyspa Pitcairn. Społeczność licząca kilkadziesiąt osób. Potomków buntowników z Bounty i niewolników z Thaiti. Miejsce trudnodostępnie nie tylko geograficznie (gdzieś na Oceanie Spokojnym), ale i mentalnie – społeczność niechętnie wydaje pozwolenie na przybycie, mieszkańcy niechętnie rozmawiają z przyjezdnymi, ale i miejsce to stało się źródłem zła, które normalnym ludziom nie mieści się w głowie. Z jednej strony sztywne reguły i prawa, dzięki którym tak niewielka grupa ludzi jest w stanie przetrwać, z drugiej patologiczne zwyczaje, dla których nie ma zrozumienia ani przebaczenia.

Przeraża w tej opowieści wszystko – historia Pitcairn, ludzie, którzy zamieszkują wyspę, rzeczy, które się tam wydarzyły. I atmosfera – kawałek ziemi mlekiem i miodem płynący, gdzie soczyste owoce same spadają z drzew, i gdzie ludzie ludziom gotują los, przy którym śmierć zdaje się być wybawieniem. A przy tym Wasielewski pisze tak, jakby to była powieść. Straszna powieść.

Po przeczytaniu pierwszej książki tego autora (napisanej wspólnie z Marcinem Michalskim) zamarzyła mi się podróż na Wyspy Owcze. Ale na Pitcairn nawet sam Diabeł bałby się jechać.

Moja ocena: 5/6

Maciej Wasielewski  Jutro przypłynie królowa
Wyd. Czarne
Wołowiec 2013

Wersja elektroniczna: Virtualo

sobota, 18 stycznia 2014

Przemyt kokainy w 5 krótkich lekcjach

Luca Rastello jest mistrzem kondensacji. Na 160 stronach zmieścił bowiem reportaż, historię przemytu, biznesplan i powieść akcji. A okrasił to wszystko rzucającym się w oczy podtytułem „Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie”. Efekt końcowy to najbardziej rzetelna, ciekawa i zaskakująca praca o handlu narkotykami na wielką skalę, z jaką zdarzyło mi się zetknąć.

Narkotyki to chwytliwy temat. Począwszy od prasy, szczególnie tej dla nastolatek i tej z deka szmatławej, poprzez politykę, kryminalne książki i filmy, pogadanki, odczyty, kazania, a kończąc na okołonarkotykowaym biznesie czyli tym wszystkim co ma rację bytu tylko, gdy narkotyki są na rynku – testy na obecność takich substancji w drinku czy w organizmie i metody zwalczania nałogu, by wymienić tylko kilka. Dlatego każdy średnio rozgarnięty szympans w dzisiejszych czasach uważa, że zna się na temacie. Błąd. Bajki, które opowiadają nam w wiadomościach o mułach złapanych na lotnisku czy kilku kilogramach tego czy owego zgarniętych z ulicy Los Angeles czy Wałbrzycha, to tylko czubek góry lodowej, który ma za zadanie odwrócić naszą uwagę od tego, co prawdziwe. A prawdziwe są wymyślne sposoby transportowania ton kokainy wartej kilka milionów dolarów pod okiem celników, zapłaty tylko w gotówce, gospodarki wielu państw południowo amerykańskich oparte w dużej mierze na produkcji tego narkotyku, co gorsza – uzależnienie systemów finansowych wielu zachodnich państw od wpływu gotówki z tego jakże dochodowego handlu. Wygląda bowiem na to, że całkowita likwidacja narkotyków podcięłoby gałąź na której siedzą nie tylko ubogie społeczeństwa Kolumbii i Wenezueli (innych państw regionu), ale i Florydy i Szwajcarii (i kilku innych, których o to nie podejrzewamy).

Wielką siłą książki jest, iż autor oddaje w całości głos facetowi, który całe życie poświęcił handlowi kokainą, i jest geniuszem w tym fachu. Do pewnego momentu zupełnie nieznany policjom świata, odpowiedzialny był za lwią część towaru wędrującego spokojnie po całym świecie. Oferuje nam szybki kurs, krok po kroku, jak zacząć na tym rynku, co jest najważniejsze, jakie są ceny i kto je kształtuje. Operuje przy tym częściej gadką, której spodziewamy się na Wall Street niż na kolumbijskich szlakach przemytniczych, bo i sposób działania tej osoby bardziej przypomina niezależnego menadżera wynajmowanego przez duże firmy do konkretnych działań, niż przemytnika zatrudnianego przez kartele narkotykowe.

Miałam ostatnio ochotę na coś latynoamerykańskiego z pochodzenia lub tematu, jednocześnie zaś (i zupełnie niezależnie) zainteresował mnie temat wielkiego biznesu i korporacji. Przypadkowo trafiłam na jedno i drugie połączone w tym krótkim, ale jakże gęstym reportażu. Jeśli więc lubisz reportaże, Amerykę Południową albo dać się zaskoczyć, to jest pozycja dla ciebie.

Moja ocena: 5/6

Luca Rastello Przemytnik doskonały
Wyd. Czarne
Wołowiec 2013


środa, 25 grudnia 2013

Mało świąteczna recenzja - Rosja to nie kraj, to stan umysłu

W Rostowie nad Donem, na jednej z bocznic kolejowych, stoją wagony-chłodnie. Do tych wagonów w czasie wojny czeczeńskiej w 1995 roku zwieziono 268 ciał niezidentyfikowanych, poległych w tej wojnie, rosyjskich żołnierzy. Zastrzeleni, spaleni, rozerwani minami leżą i czekają na identyfikację. Co jakiś czas przez ten upiorny pociąg przechodzi jedna z kobiet, która poszukuje swojego syna. I znajduje, mimo, że wiele z tych ciał jest tak zmasakrowana, że wydaje się nie do odróżnienia. Ale matka zawsze pozna. A musi przez to przechodzić dlatego, że nikomu nie chciało się wprowadzić systemu identyfikacji żołnierzy, nikt nie sporządził odpowiedniej dokumentacji, nikt nie chciał zająć się ciałami poległych, a środki na rozwiązanie tej kwestii dawno rozkradziono.

Takich historii w książce Gogol w czasach Google’a jest wiele. Wacław Radziwinowicz stworzył krótkie, sugestywne portrety ludzi naznaczonych Rosją, opisał przerażające sprawy z reporterskim obiektywizmem ale w sposób nie pozbawiony emocji czy szacunku, a nawet z próbą zrozumienia zjawiska, jakim jest Federacja Rosyjska. Z wprawą przenosi czytelnika z tematu w temat, z historii w politykę, z gospodarki w ekonomię, z kwestii społecznych na religijne. Bierze na tapetę Rosjan z Moskwy i z najbardziej odległychkrain, Czeczenów, Gruzinów, Chińczyków. Jest sprawa polska i jest sprawa amerykańska. Dziennikarz opowiada o nieznanych aspektach znanych historii: Biesłan, Dubrowka, Kursk, ale i o historiach zwykłych ludzi, tych najbogatszych i tych najbiedniejszych, tych, którzy próbowali coś zmienić, i tych, którym dobrze było tak jak było, póki nie upadło ZRSS. Z zaskoczeniem poznałam opowieść pewnej Niemki, która w czasie wojny przeżyła coś, co do złudzenia przypominało fabułę niedawno przez mnie czytanych Szarych śniegów Syberii.

Na okładce możemy przeczytać „Sensacja! Okazuje się, że Rosję można zrozumieć”. Miałam w trakcie lektury żal do autora tych słów, bo ja niestety nie mogłam zrozumieć, jak państwo tak wielkie, tak bogate i biedne zarazem, tak skorumpowane i tak oparte na przemocy, tak rozciągnięte w czasie i przestrzeni, jest w stanie w ogóle egzystować. I tego Wam ta książka nie wyjaśni, jednak w trakcie lektury faktycznie czytelnik zaczyna rozumieć nie tyle JAK to działa, ile DLACZEGO niektóre rzeczy są takie jakie są. Nie odkryje się logiki za tym wszystkim, bo tam jej nie ma, ale poczuje się rosyjską duszę, która nie jest wcale taka inna od naszej, polskiej.

Czytałam Gogola w czasach Google’a przez miesiąc, nie dlatego jednak, że czyta się źle. Książka ta jest naładowana tak potężną ilością wiedzy  i odwołaniami do pewnych wydarzeń z historii i współczesności, że wielokrotnie musiałam posiłkować się Wikipedią, by uzupełnić najpierw swoją marną wiedzę. Dzięki temu dziś wiem o Rosjii sto razy więcej niż w listopadzie, a co ważniejsze, wiem, ile jeszcze nie wiem. I zostawiła mnie ta lektura z autentyczną chęcią poznania Rosji lepiej, z fascynacją tym pokręconym krajem. Ta książka powinna być lekturą obowiązkową w polskich szkołach – o wiele lepiej niż mickiewiczowskie „moskale”  przygotować nas może do życia dziś i teraz w cieniu tego wielkiego mocarstwa, pomóc zrozumieć się nawzajem i może w końcu – zakopać wojenny topór.

Moja ocena: 5,5/6

Książkę przeczytałam dzięki akcji Notatnika Kulturalnego.

Wacław Radziwinowicz Gogol w czasach Googla
Biblioteka Gazety Wyborczej
Wyd. Agora S. A.

Warszawa 2013

niedziela, 3 listopada 2013

Raport z polskiej brzydoty



Już dawno się przekonałam, że najbardziej przerażające są reportaże zza płotu. Owszem, wojny, kataklizmy i poczynania narkotykowych karteli w Ameryce Południowej są straszne, ale nasze współczesne społeczeństwo jest już do tej straszności przyzwyczajone. Prawdziwy strach został oswojony. To, co budzi grozę dziś, przynajmniej we mnie, to patologie życia codziennego. Nie musi być krwawe, nie musi być śmiercionośne, nie musi to być nawet widoczne na pierwszy rzut oka. Przypadkowy przechodzeń, zapytany o to stwierdzi, że ludzie mają większe problemy na głowie – głód, wojny, kartele narkotykowe - niż takie pier..ły. A jednak to powoli, niczym zatruta woda, drąży codzienność, rodzi niechęć, frustrację, obniża satysfakcję z życia. Co to jest to To? Samowola najbogatszych, niekompetencja urzędników, szarość (czy może pstrokatość) blokowisk, brak planu na przyszłość, brak gustu, wszechobecne reklamy. Pier..ły? Może i tak, ale brak ładu przestrzennego i demokracja w dekoracjach powodują, że przez ostatnie dwadzieścia lat przerobiliśmy szary, popeerelowski krajobraz w landszafcik porównywalny z jeleniem na rykowisku.

Filip Springer opisał polską brzydotę i jej przyczyny – tak w skrócie można podsumować Wannę z kolumnadą. Przejechał Polskę wzdłuż i wszerz, dokładnie obejrzał koszmarki budowlane, kicz, brak ładu i składu, widoczki z tonami reklam na pierwszym planie, pobrodził w błocie na nowych osiedlach, zdefiniował na nowo pastele na starych blokowiskach. I maluje przerażający obraz. Bo mimo cudownych zamków, pałaców, starówek, mostów, teatrów, gór i łąk, w Polsce jest brzydko. Bo jeśli tylko nie zagląda tam turysta, nie warto się starać. Ma być dach na głową, a ten kawał betonu z wystającym drutem, póki nie przeszkadza, niech leży. A jeśli już coś się robi aby było ładniej, to maluje bloki z wielkiej płyty w kolory tęczy, przęstko za radą pani Bożenki z sekretariatu. Na środku wsi sadzi się rzymski pałac a gdzieś na Śląsku – piramidę, w imię demokratycznego „bo ludziom się to podoba”.

Jednak pod otoczką opisów szkaradztwa Springer pisze o rzeczach ważnych – samowolkach budowlanych, które na zawsze przekształcają górski krajobraz w niewiadomoco, o tym jak miasta wypięły się (dosłownie) na rzeki, i ile kosztuje samorządy brak, a ile posiadanie planu zagospodarowania przestrzennego. I  z tych obserwacji wysuwa się mocno depresyjny obraz tego, co wokół nas – braku pomysłu na siebie, na okolicę, na państwo. I można, owszem, powiedzieć, że to nie jest najważniejsze. Ale ten okoliczny krajobraz, to, co widzimy na co dzień za oknem – czy są to chaszcze wokół magazynu na peryferiach, czy blokowisko, czy bita droga poprzez nowoczesne osiedle – to wszystko kształtuje nasz sposób myślenia o sobie, o naszej przyszłości, o naszym społeczeństwie. O naszych perspektywach. Trudno, by były bogate, gdy za oknem prowizorka.  To zaś, co myślimy kształtuje to, co robimy. Sami sobie tworzymy przestrzeń, w której siłą rzeczy musi umrzeć kreatywność, dobry gust i pozytywny stosunek do świata. A potem zakładamy na Facebooku stronę – „Polska – przyjedź i narzekaj”.


To jest porządnie napisany reportaż. Czyta się to szybko i gładko, chociaż ze zgrozą. Aby nie być gołosłownym autor opatrzył tekst licznymi zdjęciami zrobionymi w całej Polsce: jest Warszawa, Wrocław i Łódź, ale i Michałowice, Piła i Bolesławiec. I każde z tych zdjęć wygląda znajomo, bo na takie „cuda” natykamy się na co dzień po drodze do szkoły czy pracy. Zapewniam was, że po lekturze Wanny z kolumnadą zaczniecie inaczej patrzeć na okolicę.

Moja ocena: 6/6

Filip Springer Wanna z kolumnadą
Wyd. Czarne
Wołowiec 2013

wtorek, 20 sierpnia 2013

"Co tu widziałeś, co tu słyszałeś, nich tu zostanie, kiedy stąd wyjedziesz"



Zacznę od tego, że na temat historii najnowszej niewiele wiem. Wielokrotnie powtarzałam informacje o starożytnej Grecji, o wojnie trzydziestoletniej, i zapewne wiem o historii Czech więcej, niż jest mi to potrzebne do szczęścia. Ale XX wiek stanowi dla mnie wciąż ciemną plamę – bo rok szkolny zwykle kończył się gdzieś w okolicach rewolucji przemysłowej w Anglii. Ten jeden raz, w liceum, kiedy udało się przejść II wojnę światową i PRL, było to robione na szybko i po łebkach. Później moja wiedza znacznie się rozszerzyła o kwestie związane z II wojną tutaj, w Polsce. Co do dalszej nazwy, „światowa”, było już znacznie gorzej. Kojarzyłam wprawdzie pewne hasła: „Projekt Manhattan”, „Little Boy”, „Hiroszima”, ale wiedza ta była szczątkowa. Dlatego cieszę się, że Dziewczyny atomowe wpadły w moje ręce.

Podtytuł tej reportażowo-historycznej książki wskazuje, że będzie to opowieść o kobietach. A konkretnie, o kobietach które w czasie wojny, z powodu braku mężczyzn, musiały nieraz po raz pierwszy w życiu iść do pracy, i to nie byle jakiej. Pracy owianej tajemnicą tak wielką, że nawet nieopatrznie zadane pytanie „Jak ci minął dzień?” mogło zakończyć karierę pytającego. Jedyne, co pracownicy Zakładów Technicznych Clinton wiedzieli o swojej pracy, to że ma ona pomóc ich mężom i braciom w powrocie do domu z frontu. Kiernan odnalazła niektóre z tych kobiet, i w fascynujący, epicki sposób przybliżyła nam ich życie i wkład w budowę bomby atomowej.

Jednak podtytuł z okładki jest mylący, a raczej – nie oddaje w dużej mierze tego, o czym traktuje książka. Obok bowiem życiorysów młodych kobiet z różnych stron kraju i o różnym wykształceniu, dostajemy również szczegółową historię całego Projektu – od jego początków w biurze w Nowym Jorku, poprzez puste prawie równiny gdzieś w Tennessee, poprzez budowę i organizację zakładów, a wreszcie i samej bomby. Autorka nie kończy jednak na tym, snuje historię dalej, niemalże do dnia dzisiejszego. Robi to zaś w sposób tak ciekawy, że chwilami wydaje się, jakby to była dobra, szpiegowska powieść. Co dla mnie było jeszcze bardziej interesujące w Dziewczynach atomowych, to obraz społeczeństwa amerykańskiego okresu wojny. Nie wiem dlaczego, ale dorastałam  przekonaniu, że cywilni Amerykanie nie doznali jakiś szczególnych zmian w życiu z powodu toczącej się wojny, gdyż działania wojenne nigdy nie były prowadzone na terenie USA. Dlatego z fascynacją śledziłam zmiany obyczajowe i gospodarcze, jakie tam zachodziły. Ciekawym przeżyciem było też spojrzenie na II wojnę światową z perspektywy nie-polskiej, uświadamiając sobie, że dla każdego narodu wojna ta toczyła się w innym czasie.

Irytowały mnie w czasie lektury tylko dwie rzeczy – po pierwsze, autorka czasem po kilkakroć powtarza te same informacje, zamiast odwołać się do już nabytej wiedzy czytelnika. Po drugie, ale to już chyba częściowo moja wina, żałuję, że fragmenty dotyczące procesów fizycznych i chemicznych, które dały początek bombie atomowej, nie zostały w prostszy sposób wyjaśnione. Kiernan poświęca sporo miejsca na wyjaśnienie, jak to w ogóle było możliwe, ale ja niestety, z moim zerowym wykształceniem w tym kierunku, nic z tego nie zrozumiałam.

Myślę, że to ważna pozycja na naszym rynku, jak i zapewne była na rynku amerykańskim. Wydaje się, że już czas, abyśmy obok naszej historii poznali też inne punkty widzenia, inne konflikty, inne doświadczenia, nie zapominając jednak o swoich własnych. Dobrze też wiedzieć, że upłynęło wystarczająco dużo czasu, by największe sekrety mogły wreszcie ujrzeć światło dzienne.

Moja ocena: 5/6

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu i pani Natalii Kado.

Denise Kiernan Dziewczyny atomowe
Tłum. Mariusz Gądek
Wyd. Otwarte
Kraków 2013


środa, 12 czerwca 2013

Co ty wiesz o Gujanach?



Mam już nieco więcej czasu, i miałam nadzieję, że uda mi się nadrobić zaległości czytelnicze i trochę więcej o książkach popisać na moim blogu. Jednak dwa tygodnie temu złapałam się za dopiero co kupionego ebooka Dzikie wybrzeże, i cóż, posłuchajcie.

Rzadko zdarza mi się czytać książki, o których zupełnie nic nie wiem. Z jednej strony, dzięki temu nie kupuję już tyle nietrafionych rzeczy co kiedyś, z drugiej, portale i blogi książkowe czasem odbierają przyjemność z bycia totalnie zaskoczonym. I tą przyjemność z bycia zaskoczonym, i to pozytywnie, miałam teraz dzięki Johnowi Gimlette i jego reportażowi z podróży do Gujan.  Wzięło się to z tego, iż jak tylko zobaczyłam w podtytule „Ameryka Południowa”, od razu książkę kupiłam, myśląc, że opowiadać będzie o całym kontynencie. Okazało się, że mam w rękach dokładny, ciekawy, napakowany masą informacji reportaż  o historii, ludziach, wierzeniach, językach i zwyczajach Kooperacyjnej Republiki Gujany, Surinamu i Gujany Francuskiej.

Nie jest to książka łatwa, przeczytanie jej zajęło mi ponad dwa tygodnie. Gimlette opisuje bowiem dokładnie nie tylko swoją podróż po tych krajach, ale i ich historię. Książka zatem z podróżniczej zmienia się w reportaż o ważnych wydarzeniach z dziejów Gujan i Surinamu, potem w książkę typowo historyczną, czasem w biografię, by znów powrócić jako podróżnicza. Autor opisuje swoje przygody z miejscowymi hotelami i transportem, ale przeważająca część książki to gęsty raport z „pola walki”. Faktem jest, że Ameryka Południowa jest wciąż jeszcze marginalizowana przez Europejczyków, a o Gujanach prawdopodobnie mało kto wie więcej niż to, że istnieją (ale już co istnieje i ile tych Gujan jest, to mogłoby stanowić spory problem). Osobiście nie wiedziałam o tym rejonie nic, dlatego każda przeczytana informacja była dla mnie nowością, i stąd też pewnie dlatego czytanie szło mi chwilami opornie. Jest to jednak książka, której warto poświęcić sporo czasu, nawet przeplatając ją z czymś lżejszym.

Poza dokładną historią obu Gujan i Surinamu poznajemy też życie w Georgetown,  historię sekty Świątynia Ludu, odpowiedzialnej za największe masowe samobójstwo w historii, przedrzemy się przez dżunglę, przepłyniemy pirogą nie jedną rzekę, poznamy tubylców i ich wierzenia, udamy się w pogoń za małpą wodną, zahaczymy o Laos, potkniemy się o wątek polski, zwiedzimy jedno z najstraszniejszych więzień świata i przeżyjemy kilka innych przygód. A przede wszystkim dowiemy się czegoś nowego o kawałku wybrzeża Ameryki Południowej, pomiędzy Wenezuelą i Brazylią, zwanym do dziś Dzikim Wybrzeżem.

Moja ocena: 5/6

PS Bardzo podoba mi się nowa seria Wydawnictwa czarne, w której wyszła ta książka – „Orient Express”. Już sama nazwa nastraja do spakowania plecaka, a tytuły w niej proponowane tylko tą chęć podroży, choćby czytelniczej, we mnie wzmagają.  Czaję się teraz na Stary Ekspres Patagoński  Theroux oraz Hartland  Buschera. Wydaje się, że to ciekawa propozycja na wakacje. Czytaliście już coś z „Orient Ekspresu”? Jakie macie wrażenia?

John Gimlette Dzikie Wybrzeże
Tłum. Hanna Pistuła-Liwicka
Wydawnictwo Czarne, Seria Orient Express
Wołowiec 2013
Książka przeczytana w formie ebooka (fajnie, bo zdjęcia były większe niż w papierowej, nietajnie, bo trudno się wraca do map).