Dawniej wyobrażałam sobie, że jedyny sensowny reportaż może
zostać napisany o kraju bardzo odległym, tropikalnym, niezwykłym, zupełnie
innym niż nasz, a nawet nie będącym w naszym kręgu kulturowym. I dobrze byłoby
gdyby trwał tam właśnie jakiś konflikt zbrojny, przejęcie władzy,
transformacja. Idealne tematy: kartele narkotykowe w Ameryce Łacińskiej, Bliski
Wschód, głód i choroby w Afryce, ewentualnie Bałkany. Potem zaczęłam czytać
reportaże i inne książki non fiction o krajach rozwiniętych: Japonii, Szwecji,
USA, i okazało się, że o nich też można pisać jak o innej planecie. Teraz
dowiedziałam się, że i o własnym kraju, ba, o własnym podwórku można napisać
wstrząsający tekst. I że przez pryzmat dobrego reportażu można dostrzec to, na
co się patrzy od zawsze, a czego mimo to się nie widzi.
Niedziela, która
zdarzyła się w środę to zbiór reportaży zamieszczonych w Gazecie Wyborczej
w pierwszej połowie lat 90.; zapis pierwszych lat po upadku komuny i rodzącego
się dopiero kapitalizmu. Teksty te, choć dotykają różnych sfer życia, budują
spójny obraz Polski dzień po transformacji ustrojowej. Temat prywatyzacji przeplata
się z onanizmem, zmiany językowe z obrazem przestępczości. Jest disco polo i
jest Licheń. Pan Szczygieł pisze o bezrobociu, ale i o beznadziei i
bezradności. A czasem również o bezmyślności i bezmyślnym okrucieństwie. Takie
książki jak ta powinny być chyba obowiązkowe w szkołach (ale wtedy nikt by ich
nie czytał), bo w tych reportażach odczarowano obraz kapitalistycznej,
demokratycznej Polski zaraz po upadku ZSRR. Mam wrażenie, że w mediach
demonizuje się niepotrzebnie już i tak straszny komunizm, ale i gloryfikuje to,
co nastało po nim. A pierwsze lata nowego ustroju to nie była taka sielanka,
jak niektórzy lubią myśleć. Trudno czasem pamiętać, że mimo, iż teraz jest nam
pod wieloma względami lepiej, to jednak całe pokolenie Polaków zostało wtedy na
lodzie, że wielu z nich nie pozbierało się po tej zmianie, czasem – bo nie mogli,
czasem – bo nie potrafili, czasem – bo nie chcieli. I o tym pisze pan Mariusz,
i o tym też trzeba czasem pamiętać.
Czasem te teksty mają walor czysto historyczny – strach się
bać, ale w naszej epoce 20 lat temu to już czasy odległe jak średniowiecze. Czasem
zabawnym było pomyśleć, jak od tego czasu się pozmieniało, jak niektóre
proroctwa z tych reportaży się spełniły, jak budowy zostały ukończone. Miło też
stwierdzić, że od tamtych chwil trochę się u nas polepszyło, choć, wiadomo, nie
wszystkim. Na pewno ta książka powinna zostać przeczytana przez osoby z mojego
pokolenia – dwudziestokilkulatków, którzy już wprawdzie byli na początku lat
90. na świecie, ale niewiele z tego czasu pamiętają. Bo Niedziela pomaga zrozumieć to, co dzieje się teraz, dlaczego jest
tak jak jest, dlaczego wciąż jeszcze jesteśmy jako naród smutni, rozgoryczeni,
trochę źli.
Ostatni tekst w tej książce opowiada o tym, jak autor był
postrzegany przez telewidzów w czasach, gdy prowadził program w TV. Że ludzie
nie kojarzyli go jako dziennikarza czy reportera, ale właśnie jako postać z
telewizora, i jak był proszony o wstawiennictwo u najwyższych władz, bo taką
gwiazdę na pewno posłuchają. Tekst miał dla mnie szczególny wydźwięk, gdyż
kilka dni temu w ostatnim numerze „Książek” przeczytałam felieton pana Mariusza.
Otóż dla mnie ten pan jest kojarzony głównie z książkami reporterskimi Gottland i Zróbmy sobie raj. Lecz kiedy pan Szczygieł pojawił się ostatnio na
jednej z imprez telewizyjnych, dawni znajomi zapytywali go gdzie się podziewał
i czy nie potrzebuje aby przypadkiem pieniędzy. Na odpowiedź, że pisze książki,
które są wydawane w kilkunastu krajach, jeden z Ważnych Panów odrzekł, że
trzeba te książki koniecznie wydać w Polsce, niech u nas też poczytają! I tak
to się właśnie zmienia nasza rzeczywistość.
Moja ocena: 6/6
Mariusz Szczygieł Niedziela,
która zdarzyła się w środę
Wyd. Czarne
Wołowiec 2011
