Mieszane uczucia. Bardzo.
Głęboką, nieskrywaną prawdą jest, że najwybitniejszym prawnikiem jest
student pierwszego semestru prawa. Widać to po specyficznym, twardym błysku w
oku, wysoko podniesionej głowie, eleganckiej aktówce i garniturze, w którym
wkracza na swój pierwszy wykład na studiach. Apogeum jego geniuszu zostaje
osiągnięte, gdy zda „Wstęp do prawoznawstwa”, później jednak jego zdolności
stopniowo maleją, rok za rokiem garnitur coraz bardziej się wyciera, czoło
pochyla nad nieskończoną ilością kodeksów, pewność siebie zostaje wtarta w
dywan w dziekanacie, a znajomość przepisów z wszystkich ogranicza się
początkowo do jednej gałęzi (np. prawa karnego), potem do części tylko
zagadnień (prawo karne materialne), potem tylko do rozdziału z kodeksu (przestępstwa
przeciwko działalności instytucji państwowych) by pod koniec swojej kariery
stać się jedynym żyjącym specjalistą od art. 231a. Mniej więcej jak w starym
kawale, że student ma mieć wszystko w głowie, asystent w notatkach a profesor w
…. Jako studentka piątego roku prawa jestem na tej drodze jeszcze dosyć początkująca
– chociaż już zdążyło mnie wielokrotnie wdeptać w różne podłoża, i upewnić o
moich limitowanych zdolnościach, wciąż jeszcze uważam się za specjalistę. I
czytając kryminały prawnicze, chcąc nie chcąc prycham z pogardą na wszelkie
błędy i nieścisłości, niczym student medycyny czytając Tess Gerritsen.
Po co ten przydługi wstęp? Ponieważ Zygmunt Miłoszewski był
dla mnie do tej pory synonimem pisarza, który dopracowuje szczegóły swych książek
do ostatniego, najdrobniejszego elemenciku, tak aby nikt nie zarzucił mu, że w
jego powieściach są jakieś nieścisłości czy błędy. Nie wiem, czy pan Miłoszewski
faktycznie tak kiedyś powiedział, czy tylko został tak rozreklamowany. Faktem
jest, że na temat tej jego dbałości o detale słyszałam wielokrotnie z różnych
źródeł. Dlatego mocno się rozczarowałam, natrafiając w Uwikłaniu na fragmenty, od których aż zęby bolą i dusza ma
prawnicza wyje w męczarniach. W pewnym
momencie uzmysłowiłam sobie, że aby czytać dalej muszę dokonać tego samego
zabiegu co w trakcie oglądania „Prawa Agaty” – wyłączyć prawnika w sobie.
Jednak nie wiem, czy to nagromadzenie, nie bójmy się tego słowa, bzdur, czy
koincydencja czasowa Uwikłania z
egzaminem z prawa karnego, czy moje wyjątkowe czepialstwo sprawiły, że powieść
tą nie tyle czytałam, ile męczyłam w bólach od prawie dwóch tygodni.
Obok niezgodnego w prawem prawa mamy tu jeszcze masę
paranormalnej psychologii. Tu się nie znam, więc nie wypowiadam, ale sądząc po
tym, co autor odstawił w części „prawniczej”, część „psychologiczną” wolałam
sobie podzielić przez dwa, mnie to w każdym brzmiało dosyć nieprawdopodobnie.
Jest jeszcze główny bohater, prokurator Teodor Szacki, którym pan Miłoszweski
poza schemat bohatera kryminałów nie wyszedł. Bez bicia przyznaję, że facet
wzbudza emocje (Szacki, nie Miłoszewski, znaczy Miłoszewski pewnie też, ale
akurat nie miałam osobiście przyjemności), a to świadczy o tym, że postać jest
dobrze skonstruowana, przemyślana, i co ważniejsze, wiarygodnie odmalowana na
kartach książki. Ale co z tego, skoro znów mamy gościa w średnim wieku, z
kryzysem wieku średniego, z malejącym zainteresowaniem żoną, za to rosnącym
kochanką, a o przeżyciach z tą ostatnią dowiedziałam się zdecydowanie więcej
niżbym chciała. Sorry, ale kiedy 36 letni facet leci za panną tylko po tym, jak
ta nazwie go „niegrzecznym prokuratorkiem” i mrugnie oczkiem, a później pisze
infantylne SMSy i idzie onanizować się do toalety bo dziewczyna miała ładną sukienkę na sobie… Powiedzieć, że
nie lubię Szackiego, nie byłoby właściwe. Ja nim po prostu gardzę. Nielubianych
bohaterów, bohaterów z problemami, nawet bohaterów bezbarwnych można, o dziwo,
polubić, ale bohatera cofniętego w emocjonalnym rozwoju - w żadnym razie.
Sama fabuła i intryga kryminalna natomiast zarysowana jest
bardzo ciekawie, chociaż zakończenie pachnie bardzo inną znaną powieścią
kryminalną. Gdyby autor mniej czasu poświęcał emocjom Szackiego, a więcej jego
pracy, może czytelnik widziałby, w którym momencie sprawa zaczęła się krystalizować,
ale cóż, taki styl, tak też można. Jako, że książkę czytam w ramach mojego
wyzwania miejskiego, nie mogę nie wspomnieć o Warszawie – i tu już brawa dla
autora, gdyż stolica w jego powieści żyje, mieni się, raz jest szara, raz
kolorowa, ma swoje niezałatwione sprawy, swoje życie, swój styl. I za to szacun.
I tylko za to.
Moja ocena: 3/6
Zygmunt Miłoszewski Uwikłanie
Wyd. WAB, seria Polityki „Lato z kryminałem 2009”
Warszawa 2009
Książka przeczytana w ramach Wyzwania miejskiego, Trójka
e-pik (ta, która czekała zbyt długo), Czytamy kryminały, Z półki.




