O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraków. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 czerwca 2013

OK, przyznaję, udało im się mnie zaskoczyć

Kolejny to już rok, kiedy na pobliskim lotnisku w Czyżynach organizowany jest Piknik Lotniczy. generalnie, nie jestem wielką fanką organizowania TAKICH imprez na terenach zamieszkanych przez tysiące ludzi, poza tym jak rok w rok przez trzy dni stare silniki ci buczą nad głową, to niekoniecznie się czuje to coś, co zapewne czują fani lotnictwa. Awionetki i inne takie robiące beczkę tuż przed moim oknem też nie robią na mnie wrażenia. Ale dziś się organizatorom udało.

Siedzę sobie, czytam Festung Breslau Krajewskiego (co nie ma znaczenia dla tej opowieści, ale buduje atmosferę, prawda?) i nagle słyszę takie dziwne szuuuuuu, szuuuuu, szuuuuuu za oknem. Centrum miasta (prawie), dziwne odgłosy to nic nowego, ale znowu szuuuuu, szuuuuuu, szuuuuuuuuuuuuuuuu sprawiło, że jednak leniwie spojrzałam w okno. I mało nie spadłam z krzesła, bo co jak co, ale tego się nie spodziewałam:
Stado wielkich, kolorowych balonów właśnie, niby nigdy nic, przeleciało przed moim oknem, około 300 metrów od bloku, w którym mieszkam, niektóre na wysokości 20. niektóre na wysokości +/- 6. piętra. Niektóre sfrunęły sobie za pobliski blok, niektóre chyba zaparkowały na ulicach, niektóre mało nie siadły na blokach, zresztą - zobaczcie sami:



Życie jak w Madrycie...



środa, 20 marca 2013

Niemiecki kryminał z krakowskim wątkiem



Zimowy morderca to pierwsza znana mi książka traktująca o Krakowie, która nie została napisana przez polskiego autora. Jako, że w tym miesiącu w ramach Wyzwania Miejskiego czytamy książki o Krakowie, a ja z racji pochodzenia powieści o moim mieście gromadzę i czytam chętnie, nie mogłam się długo oprzeć tej lekturze.

Znana i bogata rodzina frankfurcka, właściciele prężnie działającej firmy budowlanej, w czasie jednej doby zostaje poważnie naznaczona zbrodnią. Najpierw zamordowana zostaje babcia Henrietta, prawdziwa głowa rodziny, rządząca wszystkim i wszystkimi żelazną ręką. Kilka godzin później zaś jej wnuk, Frederik, zostaje uprowadzony na drodze do szkoły. Od początku śledztwa wszystko wydaje się dziwne – nie dość, że sposób zabójstwa (dosyć okrutny) wskazuje na prywatne porachunki, to jeszcze porywacz nie żąda od rodziny okupu. Zostawia natomiast nietypowe wskazówki, które prowadzą śledczych w głąb historii rodziny, ale i historii całego kraju. Tej części historii, która wiąże się z Generalnym Gubernatorstwem i Krakowem jako jego stolicą.

A kto prowadzi śledztwo? Zimowy morderca to kryminał z gatunku prawniczych, gdyż główną bohaterką jest tutaj pani prokurator Miriam Singer, której w czynnościach pomaga komisarz Henri Liebler. Muszę przyznać, że polubiłam postać Miriam, autorka stworzyła pełnokrwistą, skomplikowaną kobiecą postać, która na zewnątrz wydaje się zimna i skupiona na przepisach, w duszy jednak czuje się często samotna i nie rozumiana. Miriam styka się z tym, z czym często muszą sobie radzić prawniczki – postrzeganiem przez otoczenie przez pryzmat wykonywanego zawodu. Otoczenie pani prokurator dostrzega w niej tylko urzędnika, rzadko człowieka. Na szczęście nie znam się na niemieckiej procedurze karnej, więc w czasie lektury nie czułam żadnych zgrzytów prawniczych, co przeszkadzało mi w czasie czytania Uwikłania Miłoszewskiego.

To, co najbardziej mnie uwiodło w tej powieści, to sposób, w jaki autorka zmierzyła się z kwestią nazistowskiej okupacji w Krakowie. Niemiecka pisarka, w niemieckim kryminale, umieściła wątek Hansa Franka i Generalnego Gubernatorstwa, oddając cały koszmar tego okresu w dziejach miasta i narodu, i zrobiła to z niesłychaną wręcz klasą i wiedzą. Pokazuje też coś, z czego chyba rzadko sobie zdajemy sprawę – iż dla naszych zachodnich sąsiadów mówienie o II wojnie światowej jest wciąż tematem tabu, z którym nie do końca sobie poradzili, i jedna wzmianka o wątku nazistowskim w śledztwie może kosztować kilka osób stanowisko.

Oczywiście nie obyło się bez pewnych drobiazgów, które trochę irytują. Po pierwsze, większość Polaków występujących w powieści ma złote zęby. Mieszkam tu od 25 lat i jeszcze nie widziałam u nikogo złotego zęba. Po drugie – system narracji, jak przyjęła autorka, kiedy to część opowieści poznajemy dzięki pamiętnikowi z czasów wojny, przez co czytelnik poznaje za dużo szczegółów i szybciej niż śledczy rozumie, o co w tym chodzi. Wprawdzie wciąż jeszcze zostaje sporo drobiazgów, które zaserwowane na końcu zaskakują, ale w czasie lektury chwilami nie mogłam się powstrzymać od szeptania do bohaterów – „czemu wy tego nie widzicie?”.

Podsumowując, Zimowy morderca to bardzo zgrabnie skonstruowany kryminał, z ciekawymi, nietuzinkowym postaciami, wątkiem historycznym i dosyć mrocznym tłem. A wyjątkowa znajomość przez autorkę historii i układu urbanistycznego Krakowa jest tu dodatkowym plusem, dlatego spokojnie mogę polecić tą pozycję wielbicielom miasta i kryminałów.

Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Miejskiego.

Krystyna Kuhn Zimowy morderca
Tłum. Małgorzata Słabicka
Wyd. Dolnośląskie
Wrocław 2013-03-20

Książka ukaże się w księgarniach z początkiem kwietnia.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Pani Natalii Twardy z Wydawnictwa Dolnośląskiego.

niedziela, 23 grudnia 2012

Ale szopka! Krakowskich tradycji ciąg dalszy



Krakowskie szopki bożonarodzeniowe to prawdopodobnie najsłynniejsza tutejsza tradycja związana z grudniowymi Świętami.  Jest to budyneczek wykonany najczęściej z drewna, kartonu i kolorowych „sreberek”, służący do przedstawienia sceny narodzin Jezusa. Sama tradycja szopek narodziła się w XIX wieku, polegała głównie na budowaniu w kościołach i kaplicach prawdziwych szop, szałasów lub stajenek, przypominających te, w której wg Pisma Świętego narodził się Bóg. Kraków jak zwykle dołożył do tego swoje trzy grosze, nadając szopce wyjątkowy kształt kościoła lub pałacu, łudząco przypominającego charakterystyczne elementy krakowskiej architektury. Najczęściej powielanym z nich jest wyższa wieża kościoła Mariackiego, zwana często Hejnalicą, gdyż to właśnie z tej wieży co godzina rozlega się słynny na całą Polskę hejnał Mariacki. Oprócz wieży często też twórcy szopek umieszczają odniesienia do konstrukcji Sukiennic, głównie attyki i ostrołukowych arkad. Bywają też szopki a la Wieża Ratuszowa czy Barbakan. Stosunkowo rzadko pojawiają się w szopkach motywy rodem z Zamku Wawelskiego, natomiast ostatnimi laty wygrywa opcja europejska, a nawet światowa, i szopki zaczynają przypominać olbrzymie gotyckie katedry, zamki nad Loarą czy sułtańskie pałace. Większość artystów-szopkarzy wie jednak, że Kraków ze swym umiłowaniem tradycji najbardziej szanuje szopki klasyczne, czyli pstrokate, kolorowe i zwieńczone koroną Hejnalicy.

Od 1937 organizowany jest w Krakowie Konkurs Szopek, a od 1945 szopki kolekcjonuje Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, które co roku na początku grudnia organizuje otwartą wystawę wokół pomnika Mickiewicza na Rynku, a następnie szopki zostają przeniesione do oddziału Krzysztofory (róg Rynku i ul. Szczepańskiej) gdzie można je podziwiać w okresie świątecznym. W muzealnym sklepiku oraz w niektórych sklepach z pamiątkami można ponadto nabyć szopkę, choć ceny niektórych bywają astronomiczne.

My na szczęście  nie musieliśmy kupować szopki, gdyż mój dziadek sam takie cuda wykonywał, a z tego co wiem (niestety dziadek zmarł rok przed moimi narodzinami, więc informacje mam z drugiej ręki) nawet niektóre wystawiał na Rynku  w czasie corocznego konkursu. Później te szopki ofiarowywał rodzinie i znajomym, stąd też praktycznie każdy u nas ma teraz własną szopkę (co więcej, dorastałam w przeświadczeniu, że szopka jest tak integralnym elementem Świąt jak choinka).




















Szopka w wersji mini, figurki ze środka niestety zaginęły w pomroce dziejów.



Obecnie szopki wykonywane są często przez profesjonalistów, przy wykorzystaniu materiałów ze sklepów dla plastyków. Na naszych rodzinnych szopkach można wypatrzeć „sreberka” z cukierków. Ale wydaje mi się, że większy urok mają te stare, bo już ponad 30 letnie szopki, z czasów, kiedy kolorowe papierki się pozyskiwało  z różnych źródeł, a nie po prostu kupowało.



Korzystając ze świątecznego posta pragnę życzyć
Wam wszystkim wesołych, rodzinnych, białych Świąt
Bożego Narodzenia, pełnych jedzenia, książek i miłych chwil,
które wspominać będziecie jeszcze długo, oraz 
spełnienia marzeń w Nowym Roku, i aby wasze życie
było lepsze, ciekawsze i cieplejsze niż nawet najulubieńsza książka!

niedziela, 18 listopada 2012

Absurd po krakowsku



Po raz kolejny w moje łapki trafił nietypowy przewodnik po Krakowie – „Co to jest wątośle?”. Pierwszy raz przeczytałam tą niewielką książeczkę w zeszłym roku, na stojąco, podczas codziennych wizyt w księgarni. Po wczorajszym spotkaniu biblionetkowym w Krakowie udało mi się ją pożyczyć i przeczytać po raz drugi, tym razem na siedząco. I bawił mnie tak samo jak za pierwszym razem.

W podtytule autorzy zaznaczają, że jest to najśmieszniejszy przewodnik po Krakowie. I trudno się nie zgodzić. Chociaż jednak humor jest to spod znaku pana Mazana, to jednak informacje zawarte w książeczce należy dzielić przez 10, brać z przymrużeniem oka i najlepiej o tyłu. Panowie Minkiewicz napisali troszkę alternatywną historię miasta, opisali najważniejsze jego atrakcje w sposób, powiedzmy, nieszablonowy, oraz przełożyli z polskiego na nasze niektóre legendy miejskie, nie lękając się dodać parę nowych. Następnie dołożyli urocze, zabawne ilustracje  i tak powstało „Wątośle”. Jako źródło wiedzy o Krakowie raczej nie polecam, ale jako rozrywkę – jak najbardziej. Pierwszą połowę przeczytałam w autobusie i powiem jedno: tak rechotać przy ludziach to mi się jeszcze nie zdarzyło. Autorzy zapewniają też czytelnikom wyrafinowaną rozrywkę – nawet ci zapoznani z historią i sztuką Krakowa mogą mieć problemy w odróżnieniu co w tej książce jest prawdą, a co zmyśleniem.

Polecam:
- wielbicielom dobrego humoru
- miłośnikom Krakowa
- turystom jako nieszablonową pamiątkę z Krakowskiego Grodu

Na koniec garść cytatów:
Po przedstawieniu mu manifestu komunistycznego „Kraków – zwany Spartą Pokoju – odmówił i obalił komunizm w 1989 roku.”
„ W zabytkowych krakowskich świątyniach obowiązuje stare prawo zwyczajowe qui tacet, consentire videtur, według którego wszystko, co znajduje się na terenie kościoła, do niego należy. Gdy będziecie więc podziwiali wnętrze wybranej katedry lub bazyliki, może do was podejść osoba duchowna i odebrać: kamerę wideo, portfel czy choćby okulary od Gucciego. Odebrać na zawsze.”
„Lotnisko (krakowskie) jest dość małe, ale nie zaszkodzi udawać, że jesteś zagubiony w hali odpraw – pozyskasz tym sympatię tubylców.”

Moja ocena: 5/6

Tomasz i Bartosz Minkiewicz Co to jest wątośle? Czyli najśmieszniejszy przewodnik po Krakowie
Wyd. Nowy Rynek
Kraków 2009

środa, 10 października 2012

Najbardziej znienawidzony pomnik w historii (Nowej Huty)



Przez długi czas po wybudowaniu Nowej Huty nie było w niej gdzie składać kwiatów. Przy okazji każdej ważniejszej ( i mniej ważnej) wizyty oficjeli socjalistycznych wieńce kładziono przy bramie Centrum Administracyjnego, ale wszyscy zgodzili się, że nie jest to najszczęśliwsza lokalizacja. Zwykle w takich sytuacjach przydaje się pomnik. Dlatego też w 1970 roku ogłoszono konkurs na projekt pomnika Włodzimierza Lenina, który stanie na Alei Róż. Zwyciężył projekt prof. Mariana Koniecznego – 17 kwietnia 1973 roku Lenin stanął na wyznaczonym posterunku. Monument był spory – ważył ok. 7 ton, stąd późniejsze trudności w pozbyciu się go. Postać Lenina pokazana została w ruchu, płaszcz jego łopotał na wietrze, a sam wódz spacerkiem udawał się w kierunku swojej ulubionej Babiej Góry. Ufundowany został z trzynastych pensji oraz premii przysługujących robotnikom Huty, dlatego od początku nie cieszył się powszechną sympatią. Właściwie od chwili jego postawienia do upadku ZSRR Lenin będzie stałym obiektem mniej lub bardziej udanych działań mających na celu obalenie pomnika.

Lenin wtedy


Snuto pomysłowe plany obalenia pomnika za pomocą traktora i lin, próbowano go zniszczyć i ośmieszyć na wszelkie dostępne sposoby. Placyk za pomnikiem, na przeciwko restauracji Stylowej, okrzyknięto „Zad…em Lenina”. Planowano pokryć go walerianą, aby zwabić okoliczne koty i smrodem zmusić władze do usunięcia pomnika. Zostawiono mu kiedyś nawet liścik: „Masz tu rower, stare buty, wyp…j z Nowej Huty”, ale wódz nie reagował na tego typu mało wyrafinowane zaczepki.

Najbliżej pozbycia się pomnika byli organizatorzy zamachu 18 kwietnia 1979, kiedy ładunki wybuchowe zostały podłożone u jego stóp. Zamach jednak okazał się nieudany, a jedyną jego ofiarą był jeden z okolicznych mieszkańców, zmarły na zawał wywołany wybuchem. Ładunki oderwały jedynie piętę Lenina, dlatego od tamtej pory placyk za nim zmieni nazwę na „plac Włodka Urwipięty” a Stylowa od teraz zwana będzie „barem pod Kuternogą”.

Upadek Związku Radzieckiego pociągnął za sobą upadek wszystkich symboli poprzedniego reżimu. Wszystkich? Nie! Jeden mały czołg dzielnie stawia opór legalistom. Ale o tym innym razem. Teraz obalają Lenina – wreszcie, legalnie, można obwiązać pomnik sznurami i zepchnąć z postumentu. Dzieje się to 10 grudnia 1989. Następne lata Lenin spędzi w zamknięciu we Wróblowicach, by w 1992 roku zostać zakupionym przez szwedzkiego milionera Bendta Erlandssona za 100 tysięcy koron szwedzkich. Dziś można go podziwiać z miasteczku osobliwości pod Sztokholmem.

Lenin dziś :D
                        
 I tylko czasem żal, że nie zachował się do dziś...

Informacje pochodzą z:
Maciej Miedzian - Nowa Huta: Socjalistyczna w formie, fascynująca w treści, Kraków: Wydawnictwo Bezdroża, 2004.
Maciej Miedzian – Spacerownik. Nowa Huta -  najstarsze osiedla; [w:] Gazeta Wyborcza; 28 maja 2008; Wydawnictwo Agora
Leszek J. Sybila – Muzeum Rozproszone Nowej Huty – przewodnik; Wyd. MHK; Kraków 2007
Zdjęcie pomnika Lenina pochodzi ze strony:  http://www.sowiniec.com.pl/php/5_p_solidarna.php?ID3=103&s=1&li=&sort=OPS

poniedziałek, 3 września 2012

Piccadilly zamiast ratusza, czyli Huta w nazwach

 
Obiecałam posta o nieformalnych nazwach w Nowej Hucie. Zapraszam teraz do podróży po tej dzielnicy śladami niezwykłej inwencji twórczej mieszkańców.

Miejsce gdzie kiedyś stał Lenin, fotograf stoi tam, gdzie kiedyś stało... A w tle Piccadilly ;)

Zaczniemy od wspomnianego już w poprzednim, nowohuckim poście, Kombinatu. A konkretnie, od jego Centrum Administracyjnego, znajdującego się na końcu Alei Solidarności, które potocznie zwane jest Pałacem Dożów lub Watykanem. Skąd się to wzięło? W początkowej fazie socrealizmu każde państwo znajdujące się w sferze oddziaływania Sowietów miało dokonać przebudowy i przystosować miasta wyglądem do nowych, lepszych czasów. Aby podkreślić łączność z ludem i nadać tym budowlom charakter „miejscowy”, w każdym państwie wybrano jeden styl architektoniczny, który miał stanowić źródło inspiracji dla budowniczych. W Polsce, a tym samym, w Nowej Hucie – był to renesans. Zaczęto więc budynki ozdabiać attyką, wieżyczkami i innymi kunsztownymi elementami. Budynek Centrum był do tego stopnia bogaty, że niektórzy turyści po przybyciu doń myśleli, że to słynny dworek Matejki w Krzesławicach. I tak powstały nazwy odwołujące się do włoskiego renesansu.


Osiedle Urocze
 
Zaraz obok Pałacu Dożów znajduje się bar Meksyk. Jest to pozostałość tego, co niegdyś stanowiło pierwsze budynki wzniesione dla budowniczych Nowej Huty – gdzieś przecież musieli mieszkać ci, którzy wznosili Kombinat. Dopiero dwa lata po rozpoczęciu prac nad hutą zaczną powstawać pierwsze budynki mieszkalne. Nazwa bierze się od atmosfery, jaką tworzyli pracownicy po zakończonej zmianie, a nie była to atmosfera sielska i bezpieczna, potocznie prawdziwy Meksyk.

Teraz zapraszam na Piccadilly. Bo Huta ma swoje Piccadilly, a jakże. Pierwsze plany wznoszenia dzielnicy obejmowały dwa główne place, które miały wprowadzać tak ukochaną symetrię i tworzyć wrażenie pompatyczności i wielkości, a jednocześnie mieć praktyczne funkcje – oddzielenie miejsca władzy i miejsca kultury. Lustrzanym odbiciem Placu Centralnego miał być Plac Ratuszowy, połączone Róż. Po śmierci Stalina pieniądze jednak przestały płynąć, zdążyły powstać tylko Plac Centralny i Aleja Róż, Ratuszowy został częściowo zabudowany blokami mieszkalnymi, częściowo zagospodarowany jako park. Do tego parku codziennie przychodzą okoliczni mieszkańcy: starsi panowie grają w szachy, kobiety z wózkami zaznają chwili świętego spokoju, właściciele psów wyprowadzają swoich pupili. Tu toczy się życie towarzyskie okolicy, na środku zaś, zamiast Anterosa, znajdziemy nowoczesną rzeźbę zwaną potocznie „Rybą” (widzicie, mieszkańcy Huty wszystkiemu nadają nazwy). Ot, Piccadilly.


Kocur na parapecie - osiedle Zgody


Z Piccadilly, po dachach osiedla Uroczego, przemkniemy na osiedle teatralne, zwane Tajwanem. W roku 1955 wzniesiono tu pierwszy, i jak dotąd, jedyny teatr nowohucki, nazwany Ludowym. Była to odpowiedź na zarzuty, iż Nowa Huta pozbawiona jest zaplecza kulturalnego. Nietrudno się domyślić, skąd wzięła się nazwa osiedla. Ale Tajwan? Kiedy wzniesiono teatr, wokół nie było jeszcze nic. Wciąż zabudowywano Plac Centralny, wierzono jeszcze w plac Ratuszowy, nie było ani osiedla uroczego, ani szkół znajdujących się w sąsiedztwie teatru, ani kościoła. Nic, pusto. A w tej pustce Teatr Ludowy niczym wyspa, oddalona od centrum.

Koniecznie, mówiąc o nazwach w Nowej Hucie, należy wspomnieć i osiedlach. O osiedlu teatralnym była już mowa. Ale mamy obok niego osiedle Krakowiaków i Górali. To od tytułu pierwszej, wystawionej w Ludowym sztuki Wojciecha Bogusławskiego „Krakowiacy i Górale”. Jest grupa osiedli, których nazwy są do dziś niezbadaną zagadką – kiedy zdecydowano, że sama numeracja nie jest wygodna w codziennym życiu, osiedla zaczęły dostawać swoje nazwy, nadane przez ratusz (oryginalnie uchowały się tylko Centrum A, Centrum B, C i D). Ale dlaczego Urocze? Dlaczego Zgody? Dlaczego Słoneczne? Tego nie wiedzą nawet najtęższe głowy Krakowa (czytaj: tego nie wie nawet pan Maciej Miezian, największy specjalista ds. Nowej Huty i jej dziwactw, prywatnie historyk sztuki i pracownik Muzeum Dzieje Nowej Huty). Inna grupa osiedli dostała swe nazwy w nawiązaniu do ludowości – był to sposób na wykrzywienie religijności i wiary w mieszkańcach Nowej Huty. Zaczęto odwoływać się do starych wierzeń i podań ludowych, szczególnie ważnych w tym regionie. Stąd osiedle Wandy – tej samej, co nie chciała Niemca. Legenda głosi, że rzuciła się do Wisły pod Wawelem, a jej ciało wypłynęło w miejscowości, którą nazwano później Mogiłą. Znajduje się tam kopiec Wandy, będący jej symboliczną mogiłą, a od połowy XX wieku jest i osiedle Wandy. Na podobnej zasadzie wzniesiono np. osiedle Piastów, chociaż to już nowa Nowa Huta.

(Pan Miezian opowiedział mi przy okazji historyjkę, jak to kiedyś wchodzi na osiedle Zgody, a tam, na pierwszym bloku, wielki napis spray'em - "Osiedle Zgody - jeszcze krok i zginiesz". :D)

Jest tego jeszcze masa, właściwie, dopóki nie napisałam tego tekstu, nie zdawałam sobie sprawy, jak bogate nazewnictwo wiąże się z ta dzielnicą. Dlatego będzie ciąg dalszy, a w nim Arka Pana, „Blok Cudów”, nazwy ulic, kina nowohuckie i oczywiście Stylowa.

Informacje czerpałam z przewodnika po Nowej Hucie z Wydawnictwa Bezdroża oraz ze Spacerownika Nowa Huta. Najstarsze Osiedla z gazety Wyborczej. Oba autorstwa wspomnianego pana Macieja Mieziana, wybitnego opowiadacza dziejów Nowej Huty.

Wybaczcie ubogą szatę graficzną, ale wciąż nie mam czasu na  porządny spacer i zrobienie nowych zdjęć, więc posiłkuję się tymi dwudziestoma, które mam.