O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skandynawski kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skandynawski kryminał. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 stycznia 2017

Arne Dahl "Ciuciubabka"


Ulubieni bohaterzy są jak starzy, sprawdzeni przyjaciele – po latach nie wiesz już, czy się z nimi przyjaźnisz, bo są tacy wspaniali, czy po prostu dlatego, że zajmują ważne miejsce w Twoim sercu. Dlatego tak trudno jest napisać obiektywną opinię Twojego bliskiego, i tak trudno jest pisać o bohaterach, których znasz od lat, których przygody śledziło się z tomu na tom, niezależnie od tego, jak bardzo nieprawdopodobne by one były.

Członków Drużyny A poznałam na pierwszym roku studiów, w 2008 roku, jakby nie patrzeć – 9 lat temu. Zwykle co roku pojawiały się kolejne tomy, czasem obrodziło dwoma na raz. Niektórzy zmieniali miejsce pracy, przychodzili inni, ich losy plątały się, schodzili na złą drogę, wracali na dobrą. Ale przede wszystkim wkładali umysł i serce w każdą kolejną kryminalną zagadkę. Zagadki te z kolei stawały się coraz bardziej skomplikowane i międzynarodowe. Potem Drużyna A się rozpadła, ale w jej miejsce pojawiła się super tajna jednostka operacyjna Europolu – Opcop, w skład której weszli niektórzy starzy znajomi.

Jak w każdej poprzedniej książce, tak i tutaj Arne Dahl skupił się na jednym z problemów społecznych nękających Europę – zanieczyszczenie środowiska poprzez emisję spalin samochodowych. Pewne zdarzenie na niemieckiej autostradzie daje początek bezprecedensowemu projektowi unijnemu, są jednak pewne siły, które za wszelką cenę starają się nie dopuścić do jego realizacji. Jednocześnie kontynent zalewa świetnie zorganizowana grupa przestępcza, której pracownikami i jednocześnie niewolnikami są żebracy. Jak to często bywa, interesy okazują się zbieżne, a połączone siły mafijne mogą zwalczyć jedynie świetnie wyszkoleni i wyposażeni międzynarodowi policjanci. Gliniarze nowej generacji.

Dahl nie oszczędza czytelnika. Jego specyficzny styl, błyskotliwe dialogi, nietuzinkowe postaci łączą się w wyrafinowaną całość z wielowątkową fabułą, nieprzewidywalną i często niesamowitą. A jednocześnie jest to wszystko takie prawdziwe, to jest ten świat zza okna. Teraz dodatkowo autor postanowił zakończyć trzeci tom Opcopu w sposób, który pozostawił mnie z rozdziawioną buzią (dosłownie!) i absolutną koniecznością zakupu czwartej, ostatniej części cyklu, już w styczniu. Pomimo postanowień o niekupowaniu.

Chociaż zawiera wiele klasycznych elementów, nie jest to po prostu kolejny szwedzki kryminał. To książka, którą sama bym napisała, gdyby Dahl nie zrobił tego wcześniej, i lepiej. Na takie książki czekam z wytęsknieniem.

Moja ocena: 6/6

Arne Dahl Ciuciubabka
Tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2016

czwartek, 6 października 2016

"Testament Nobla" Liza Marklund

Nie od dziś wiadomo, że na czytelniczą depresję i niechciejstwo najlepiej działają kontynuacja ulubionych serii. A że ostatnio dopadło mnie takie właśnie niechciejstwo, po 4 innych rozpoczętych książkach stwierdziłam, że czas na starą znajomą Annikę Bengtzon. Z powieściami Lizy Marklund znamy się od kilku lat, i zawsze staram się mieć na półce kolejny tom czekający na czas, gdy tylko jej książki jestem w stanie przeczytać.

Testament Nobla to szósta powieść z serii o dziennikarce, pracującej dla tabloidu i poszukującej sensacji by opisać je na łamach swego czasopisma. Tym razem autorka wzięła na tapetę obchody z okazji wręczenia kolejny raz nagród Nobla, najbardziej prestiżowych nagród na świecie. Aż dziw bierze, że po tylu latach świetnej passy szwedzkich kryminałów, z których lwia część ma osadzoną akcję w Sztokholmie, dopiero Marklund, i to w kolejnej części cyklu, podejmuje ten temat, i waży się zbudować wokół tej chwały Szwedów bogatą, wielowątkową aferę polityczno-kryminalną, z wielką nauką i wielkimi pieniędzmi w tle. I tym razem, obok śledztwa, autorka wdraża czytelnika w życie prywatne bohaterki, które jak zwykle budzi we mnie olbrzymie emocje.

Prawdziwy skandynawski kryminał to taki, który mówi o ważnych tematach i pozostawia nas wykończonych emocjonalnie. I chociaż szereg nowszych kryminałów z tej części świata przestaje przypominać swoich poprzedników, to dobrze wiedzieć, że na rynku wciąż dostępna jest klasyka gatunku, a do niej na pewno zalicza się Liza Maklund. Skorumpowane welfare state plus układy rodzinne rodem z czasów Wikingów i tym razem nie pozwoliły mi się oderwać od przygód bohaterki, której na początku nie lubiłam. Teraz, po tych wszystkich latach, jesteśmy wiernymi przyjaciółkami.

Moja ocena: 5,5/6

Liza Marklund Testament Nobla
Tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2011

poniedziałek, 21 marca 2016

Arne Dahl "Gorące krzesła"

Nie wyobrażam sobie dnia, w którym przeczytam ostatnią dostępną książkę Arne Dahla i okaże się, że nic więcej nie będzie. Powieści tego szwedzkiego autora, przez jednym uwielbiane, przez innych mocno krytykowane, są ze mną od lat, każda kolejna premiera to dla mnie małe wydarzenie. I nie zmieni tego fakt, że nie każda z nich podoba mi się równie mocno, co poprzednia.

Po tym jak moja ukochana Drużyna A rozstała rozwiązana, a niektórzy jej członkowie przeszli do Europolu, przedmiotem nowego cyklu kryminalnego Dahla stała się inna nowatorska grupa policjantów – eksperymentalna jednostka operacyjna Europolu, złożona z oficerów pochodzących z krajów zjednoczonych Europy. Dla porządku – Europol to jedna z agencji Unii Europejskiej, której zadaniem jest głównie organizacja pracy krajowych policji w śledztwach międzynarodowych. Inaczej niż Interpol, Europol nie prowadzi dochodzeń sam w sobie, jedynie organizuje i ułatwia pracę innym. Dlatego te powieści Arne Dahla są jeszcze bardziej fikcją, niż większość tego typu książek. Co nie przeszkadza mi w pasjonowaniu się nimi. Jeśli bowiem ktoś nie napisałby książki o grupie gliniarzy z różnych krajów i kultur, pracujących razem, ja bym ją napisała. I nie byłoby to pewnie nic dobrego.

W każdej książce Arne Dahla bohaterowie prowadzą kilka oddzielnych śledztw, które w pewnym momencie okazują się ze sobą połączone. Tym razem autor nieco odszedł od konwencji. Opcop wraz ze swoimi krajowymi agendami prowadzą bowiem dochodzenie w sprawie kilku bardzo podejrzanych zgonów, o których wiedzą, że coś je łączy, ale nie wiedzą co. Jak to zwykle bywa z kryminałami skandynawskimi, i tutaj w tle śledztwa pojawia się tematyka ważna i kontrowersyjna dla współczesnych społeczeństw. Pisząc jednak jaki tym razem problem społeczny jest na tapecie, pewnie zniszczyłabym trochę lekturę tym, którzy chcą sięgnąć po książkę, wystarczy zatem jeśli powiem, że jest to kwestia coraz bardziej aktualna w dzisiejszych czasach.

Dahl nigdy nie obawiał się przesady i nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, stawiał swoich bohaterów w sytuacjach bez wyjścia, a oni znajdowali wyjście w stylu McGyvera. Jednym może to razić, dla mnie jest to znak rozpoznawczy tych powieści i część rozrywki w trakcie czytania. W Gorących krzesłach  jednak autor sporo przyszalał, jednak suma summarum wszystko to miało ręce i nogi i dostarczyło mi masę wrażeń. Jednak tym, co najbardziej uwielbiam w tych książkach, i co trudno mi znaleźć w innych kryminalnych seriach, to praca zespołowa. Arne Dahl tworzy wyjątkowe postaci, o czym można się przekonać chociażby na podstawie Marka Kowalewskiego, jednego z członków  Opcopu. Takiego polskiego gliniarza, zdałoby się, może stworzyć tylko polski autor, a tu takie zaskoczenie. Tu nie ma miejsca na one man show, nie ma jednego geniusza i bandy popychadeł. Tu są sami wartościowi i wykwalifikowani policjanci, a każdy z nich jest osobną, pełnokrwistą postacią ze swoimi doświadczeniami, wadami i zaletami. O ile bowiem inne cykle kryminalne zaznaczają że ważna jest praca zespołowa, o tyle gdy przychodzi co do czego, tylko jeden bohater zdaje się ogarniać o co chodzi. Tutaj wszyscy ogarniają.  Mimo zatem ogólnego szaleństwa, jakie panowało w Gorących krzesłach, powieści Dahla jeszcze długo mi się nie znudzą.

Moja ocena: 4,5/6

Arne Dahl Gorące krzesła
Tłum. Dominika Górecka
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2016

sobota, 5 września 2015

"Co nas nie zabije" i parę słów o kontynuacjach cudzych książek

Z kontynuacjami pisanymi przez innych autorów jest taki problem, że nigdy nie wiadomo, czego się po nich spodziewać. Z jednej strony, chciałoby się poznać kolejne przygody ulubionych bohaterów, a z drugiej… no właśnie, to już nie będzie to samo co oryginał. Ewentualne pomysły na przyszłość autorzy zabrali ze sobą do grobu, a niewielu jest takich, którzy umiejętnie i przekonywująco podchwycą styl Jane Austen, Arthura Conan Doyle’a, Agathy Christie czy Stiega Larssona. Czytać zatem czy nie czytać? Osobiście kieruję się dwoma zasadami: po pierwsze, czy autor, który połakomił się na tworzenie kontynuacji, jest już sam w sobie uznanym autorem, i czy jestem do oryginalnej wersji emocjonalnie przywiązana. I chociaż o panu Davidzie Lagercrantzu nigdy nie słyszałam (i jakoś mi się nie widzi, by wielu nie-Szwedów słyszało), to też do samego cyklu Millenium nie byłam nigdy nastawiona na tyle emocjonalnie, by czuć się ewentualnie literacko zgwałcona przez marną kontynuację. I, nie ukrywam, dałam się złapać na lep marketingu (czwarte Millenium tu, czwarte Millenium tam). Takie są zatem po które moje motywy sięgnięcia po Co nas nie zabije.

Od tej chwili recenzja będzie szła dwutorowo. Co innego bowiem chciałabym napisać o samej powieści Lagercrantza, a co innego o czwartym tomie Millenium. Zacznę od powieści Lagercranzta, bo to was pewnie trochę bardziej zaskoczy – otóż jest to bardzo dobra powieść. Autor skonstruował wielowątkową fabułę, która daleko wykracza poza Sztokholm, wciąga, trochę daje do myślenia i nie pozwala się praktycznie od końca domyśleć, jak to wszystko jest powiązane i jak się skończy. W dodatku czyta się do lekko, szybko i przyjemnie, co przy takiej cegiełce ma swoje znaczenie. Nie jest to może majstersztyk, ale na licznym rynku szwedzkich kryminałów jest się w stanie obronić i to z całkiem niezłą lokatą.

Ale Lagercrantz postanowił, że będzie to kontynuacja znanego na całym świecie i uwielbianego przez miliony czytelników cyklu Millenium. I tu właśnie pozwolę sobie wyjaśnić dlaczego kontynuacje to raczej tylko przez uznanych autorów. Autor, który za swoje książki zdobył sławę, dobre recenzje i wiernych czytelników, ma zwykle do siebie swego rodzaju dystans i nie czuje w kontynuacjach innych autorów na siłę przemycac swojej oryginalności. Dla takiego autora naśladownictwo to swego rodzaju zabawa, kreatywne ćwiczenie, czy jest w stanie ukryć swój styl, podchwytując jednocześnie styl zmarłego autora. Na pewnie nie jest to łatwe, jednym wychodzi lepiej, innym gorzej. Lagercrantzowi nie wyszło, moim zdaniem. Styl Co nas nie zabije nie ma praktycznie nic wspólnego z tym, jak zapamiętałam sposób pisania Stiega Larssona. Ten ostatni nie wtłaczał na siłę komentarzy o wewnętrznych przeżyciach bohaterów, a o ich charakterze decydowały raczej ich zachowania niż passusy w stylu „Lisbeth nie była typem, który…”. Tymczasem takie wtręty Lagercrantz umieszcza często, jakby zakładał, że czytelnik, zaznajomiony przecież z poprzednimi trzema tomami (prawdziwymi trzema tomami) nie zna już tych bohaterów. A przecież ani Salander, ani Bloomkvist, ani Bublansky nie są nam obcy. Zdołaliśmy poznać ich bardzo dobrze, i wiemy, czego się po nich spodziewać, i jak zareagują w konkretnych sytuacjach. To były idealne postaci w sensie literackim, i bardzo skomplikowani i nie zawsze lubiani ludzie. Nowy autor postanowił nadać im nieco inne cechy, w wyniku czego Bloomkvist nie jest już amantem z Bożej Łaski, a Salander dużo gada. To NIE są oni. Nie można przepisać postaci Lisbeth Salander żeby było lepiej. Po prostu się nie da.

To czego mi również brakło, to ten szeroki komentarz społeczny, który odgrywał kluczowe znaczenie w książkach Stiega Larssona. Był on przede wszystkim dziennikarzem, osobą niezwykle wyczuloną na problemy społeczeństwa i świata, w którym przyszło mu żyć, i nieufnym wobec władzy. To, co czyni Millenium tak wyjątkowym, było właśnie to powiązanie realnych spraw, z którymi boryka się dziś nasza planeta, z fikcyjną fabułą. To z resztą ten czynnik, który czyni szwedzkie kryminały, dobre szwedzkie kryminały, tak odmiennymi od ich kuzynów z innych krajów. Cała klasyka tego gatunku: Mankell, Marklund, Larsson, to właśnie celne komentarze społeczne powiązane z kryminalną zagadką, dzięki której nie tylko czytamy ciekawą powieść, ale widzimy, jak komputeryzacja, rozwój nauki, wojny, wyścig szczurów, bieda i setki innych kwestii znajdują swoje ujście z zbrodni. Bez tego mamy tylko fajny kryminał.

Zatem, jeśli chcecie przeczytać Co nas nie zabije z czystej ciekawości, nie będzie to zupełny zawód. Jeśli jednak kochacie Millenium, zamiast Lagercrantza sięgnijcie po Mężczyzn którzy nienawidzą kobiet i jeszcze raz przeżyjcie przygodę z Millenium.

Moja ocena: 4/6 (jako powieść)
Bez komentarza jako kontynuacja

David Lagercrantz Co nas nie zabije
Tłum. Irena i Maciej Muszalscy
Czarna Owca

Warszawa 2015

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Znów Maria Wern.. czy aby na pewno?

Kiedy polubię jakiegoś bohatera, lub atmosferę, jaka autor stworzył w swoich powieściach, zwykle pozostaję wierna danemu cyklowi. Tak jest również w przypadku książek Anny Jansson, których główną bohaterką jest komisarz Maria Wern, którą miałam okazję poznać poprzez lekturę Ofiar z Martebo oraz Kruchego lodu, w zeszłym roku. Nie tylko szczególnie przypadł mi do gustu klimat tych kryminałów – powolny, spokojny, a jednak przeniknięty grozą. Polubiłam również Marię. Dlatego chętnie sięgnęłam po kolejny tom, który ukazał się po polsku – Czarny motyl.

Tym razem autorka skupiła się na życiu i przemyśleniach bohatera, który dotychczas stanowił tło dla Marii Wern. Per Arvidsson, nie mogąc dłużej znieść życia w pobliżu kobiety, którą kocha, a która nie chce dla niego opuścić męża, decyduje się na przeprowadzkę do innego miasta. Jednocześnie dowiaduje się, iż jego rodzice są naprawdę rodzicami adopcyjnymi, a gdzieś niedaleko żyje siostra Pera. Udaje im się spotkać, i powoli nawiązać rodzinne więzy. Per prowadzi w nowej pracy śledztwo w sprawie podpaleń, jednocześnie nawiązuje romans z „kobietą swoich marzeń”. I w pewnym momencie te dwa wątki zaczynają się łączyć.

Nie podobało mi się to tak bardzo, jak poprzednie tomy. Owszem, wciąż wyczuwalna jest atmosfera z poprzednich tomów, jednak przez ponad połowę książki Maria Wern w ogóle się nie pokazuje, za to czytelnik ze szczegółami poznaje wewnętrzne rozterki Pera. Które nie są jakoś przesadnie wciągające. Tu się kocha w jednej babie, tu zakochuje się w drugiej, i myśli o niej „o jaka ona dobra, jaka piękna itd.” Trzecia baba sama mu się ładuje do łóżka, czwarta jest jego nowo poznaną siostrą, a kolejna partnerką z którą trudno jest pracować. Biedny Per. W dodatku dochodzą do tego problemy zdrowotne rodziców Pera, no i oczywiście, od czasu do czasu, śledztwo. A tu mamy i podpalenia, i pobicia, i zabójstwa – czym chata bogata. Wprawdzie autorce udaje się połączyć te wszystkie wątki, i koniec końców ma to wszystko sens i nawet wciąga, ale nie jest to to, z czym miałam do czynienia w poprzednich tomach cyklu.

Myślę, że i tak sięgnę po kolejne tomy, jeśli tylko ukarzą się po polsku. Każdemu autorowi zdarza się słabszy moment, i trzeba umieć im to wybaczać. Ale jeśli jeszcze raz będę musiała czytać o życiu wewnętrznym Pera Arvidssona, to chyba się rozstaniemy. Na dobre.

Moja ocena: 3,5/6

Anna Jansson  Czarny motyl
Tłum. Magdalena Wiśniewska
Wyd. Dolnośląskie

Poznań 2015

czwartek, 30 lipca 2015

Opcop


Pierwszy wewnętrzny okrzyk radości – kiedy w zapowiedziach wydawnictwa pojawia się TO nazwisko, którego już obawiałam się tam nie zobaczyć. Potem tygodnie oczekiwania. Tydzień przed premierą niecierpliwe nawiedzanie Empików dzień po dniu w nadziei, że u nich pojawi się wcześniej. Wreszcie jest. Mogłabym zacząć czytać od razu na przystanku, ale postanawiam poczekać – co nagle to po diable, a ja nie mam do piątku czasu na bycie wciągniętą bez reszty. Wreszcie nadchodzi ten dzień. Pierwsza strona – lista członków nowej grupy. Kilka nowych twarzy, owszem, ale przede wszystkim – niektórzy członkowie Drużyny A. Szybki rzut oka i rozczarowanie – na liście nie ma mojego ulubionego bohatera. Emocje podobne jak przy odczytywaniu listy przyjętych do liceum. Kilkadziesiąt stron później – jednak pisk radości. Jon Anderson jednak tam jest. A potem już jazda bez trzymanki – Sztokholm, Haga, Nowy Jork, Ryga, krakowskie Swoszowice (!), Londyn, Berlin…

Jeśli idzie o książki Arne Dahla, mam na ich punkcie absolutną obsesję. Dopiero co skończyło się u nas wydawanie wszystkich tomów o przygodach Drużyny A, a już wydawnictwo czarna Owca rusza z kolejnym cyklem powieści o jednostce operacyjnej Europolu, do której zrekrutowano kilkoro byłych członków Drużyny. Wraca Paul Hjelm i Kerstin Holm, znów spotykamyi Arto Soderstedta i Jorge Chaveza, jest Sara Svenhagen i mój ulubiony Jon Anderson. Kilkoro pozostałych przeszło na zasłużoną emeryturę, autor na szczęście wypisał z fabuły (przynajmniej na razie) Lenę Lindberg. W nowej grupie poznajemy najlepszych gliniarzy z całej zjednoczonej Europy. Co cieszy, pojawia się również polski wątek z Markiem Kowalewskim, który początkowo nie robi dobrego wrażenia, ale później ciężko pracuje na swoją dobra opinię. Tym czasem przestępczość, wraz z rozwojem Unii, zmienia się i korzysta w pełni z wolności, które daje Wspólnota. Śledztwa szwedzkie, włoskie, niemieckie, łotewskie i brytyjskie siłą rzeczy muszą połączyć się pod egidą jednej, międzynarodowej grupy. Świetnie oddaje to fragment blurba z okładki: „Przestępczość nie zna granic. Dlaczego policja miałaby je znać?”.

Chciałam kiedyś napisać powieść sensacyjno-kryminalną. I ona miała wyglądać dokładnie tak samo, jak Głuchy telefon. Jota w jotę, tylko u mnie byłby jeszcze firmowy samolot, a u Dahla jest lepszy język. Zdarzyło wam się kiedyś uczucie,  że autor sięgnął wam do umysłu i wyciągnął dokładnie to, co chcieliście przeczytać? Mnie się to zdarzyło po raz pierwszy. I to było najbardziej odjazdowe uczucie w życiu.  W mojej ocenie duże odzwierciedlenie ma mój emocjonalny stosunek. Do tego autora, do bohaterów, do tego, co razem z nimi przeszłam. To taka przyjaźń na dobre i na złe, która nie zmieni się, nawet jeśli któryś kolejny tom nie będzie tak dobry jak poprzedni. Nowy cykl jest tak samo dobry jak poprzedni, ale różnice są znaczące, nie ma odgrzanego kotleta, ale jest ta sama dynamika grupy, która czyniła Drużynę A tak wyjątkową.

Dziękuję ci, Arne Dahlu, za takie książki.

Moja ocena: 6/6

Arne Dahl Głuchy telefon
Tłum. Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2015

piątek, 30 stycznia 2015

Parszywa dwunastka i zamek

Książki Lisy Marklund nigdy mnie do tej pory nie zawiodły, dlatego zastanawiam się, co mnie tak długo powstrzymywało od sięgnięcia po kolejny tom o przygodach Anniki Bengzton. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem książki te czyta się tak dobrze i szybko, że akurat wpasowały mi się w czas intensywnej nauki, jako przyjemny przerywnik.

Lisa Marklund nie bez powodu jest wymieniana jednym tchem z takimi nazwiskami jak Stieg Larsson czy Henning Mankell, jeśli idzie o typowe, skandynawskie kryminały. Autorka bowiem potrafi w każdej swojej książce roztoczyć tą mroczną, smutną, szarą wizję państwa, które z zewnątrz jest typowym welfare state, a pod tym płaszczykiem gnije jak cała reszta zachodniego świata. W tomie Prime time jednak uczyniła ukłon do klasyków literatury kryminalnej, i połączyła typową skandynawską ciężką atmosferę z „zagadką zamkniętego pokoju”.

W zamku nieopodal Sztokholmu odbywają się zdjęcia do nowego programu gwiazdy telewizji, Michelle Carlsson. Po zakończonym dniu zdjęciowym 13 osób decyduje się spędzić na miejscu jeszcze jedną noc. Alkohol, zawiść i broń palna – to nigdy nie jest dobre połączenie, i dobitnie przekonuje się o tym Michelle, która pada ofiarą morderstwa. Morderstwa popełnionego z największym prawdopodobieństwem przez kogoś z pozostałej dwunastki. Przed zamkiem niczym sępy zbierają się dziennikarze – prasa lokalna, dzienniki krajowe, popołudniówki. A pomiędzy nimi Annika, dla której uzyskanie informacji o zdarzeniu na potrzeby artykułu to tylko jeden z wielu problemów, z którymi musi się zmierzyć. Między innymi, jak zachować dziennikarską rzetelność, kiedy jednymi z podejrzanych są przyjaciółka Anniki i dwoje jej współpracowników?

Patrząc na powyższe podsumowanie, nawiązanie do Morderstwa w Orient Expressie wydaje się oczywiste. Jednak Marklund nadaje całej zagadce tak typowy dla jej powieści nastrój przygnębienia, porusza ważne tematy społeczne, przeplata śledztwo w sprawie śmierci Michelle z prywatnymi wojnami, jakie toczą się w dziennikarskim światku, iż sam rdzeń kryminalny jest tu niemalże niewidoczny. Jednocześnie pierwszy raz w tych książkach śledztwo jest prowadzone tak intensywnie – zwykle w między czasie czytania zapominałam na chwilę, że to kryminał, a dopiero przy końcu cała akcja skupiała się na morderstwie. Tutaj było inaczej, autorka po raz kolejny zaskoczyła mnie, przykuła moją uwagę i sprawiła, że po następną jej powieść sięgnę zapewne wcześniej niż za dwa lata.

Zatem, jeśli dopiero poznajecie świat skandynawskich kryminałów, szczerze polecam sięgnąć po Lise Marklund, zaś jeśli jesteście ‘specjalistami” w dziedzinie – to jakim cudem jeszcze nie znacie tej autorki?

Moja ocena: 5,5/6

Lisa Marklund Prime Time
Tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2010


Pierwsza książka ze stosika 12 książek na 2015 rok.


sobota, 27 grudnia 2014

Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść...

Sześć lat przed aferą Snowdena Arne Dahl zadaje pytanie, ile jesteśmy gotowi poświęcić w imię bezpieczeństwa. Czy naprawdę przeszkadza nam skanowanie przez rząd naszych komputerów i telefonów, jeśli sami używamy ich tylko do zbożnych celów, a takie monitorowanie może zapobiec atakowi terrorystycznemu? Czy wręcz przeciwnie, do zbiorowych aktów mordu w imię religii czy ideologii będzie chodzić i tak, a jeśli zrezygnujemy z prawa jednostki do nieskrępowanej wolności, to równocześnie przekreślimy dorobek ostatnich dekad?

Problem powszechnej inwigilacji obywateli przez władze oraz sens demokracji zadaje autor w swojej kolejnej powieści Oko nieba, która, co ze smutkiem skonstatowałam, okazuje się być ostatnia regularną książką z cyklu o Drużynie A. Ci z Was, którzy zaglądają tu wystarczająco długo, wiedzą, że ten cykl należy do moich ulubionych, a premiera każdego tomu stanowiła zawsze wielkie wydarzenie. A tu z zaskoczenia – koniec. Jednak jaki koniec. Dahl wybrał rozwiązanie trudniejsze dla czytelnika, ale jednocześnie lepsze – zakończył cykl, kiedy był on jeszcze równy i dobry, nie męczył tematu do chwili, gdy nawet tacy entuzjaści Drużyny A jak ja wykruszą się do innych cykli.

Ale zanim Drużyna zakończy swoją pracę, czeka na nich ostatnie, mroczne zadanie. Zadanie w stylu pierwszych tomów. Morderczy wyścig z czasem. Po latach wstydu anorektyczki wychodzą na światło dzienne i głoszą doktrynę „pro ana” – głodzenia się jako sposobu na idealne ciało, a nie jako choroby. Kobiety cierpiące na tą dolegliwość są podstępem ściągane do jednego ze sztokholmskich mieszkań, gdzie poddawane są torturom, a następnie zabijane. Morderca jest sprytny i dobrze przygotowany, a wszelkie ślady, które pozostawia, prowadzą donikąd. Jak szybko Kerstin, Arto, Gunnar, Jon, Lena, Jorge i Sara zdołają powiązać ze sobą wątki i uratować te, które jeszcze można uratować?

W tym samym czasie były członek Drużyny – Paul Hjelm – znów awansuje. Staje przed nim zadanie wyjaśnienia zagadki zniknięcia najlepszego szwedzkiego szpiega. Paul musi wykorzystać swój detektywistyczny talent, a jednocześnie odkryć w sobie odwagę, by zejść do podziemia i odnaleźć nie tylko Tore Michaelisa, ale i odpowiedzi na pytania z pierwszego akapitu tego tekstu.

Tak naprawdę czytelnik już od początku przeczuwa, że to już koniec Drużyny A. Autor splata w tej powieści wspomnienia z poprzednich tomów, łączy luźno pozostawione w nich wątki, i prowadzi nas do grand finale. Ważne będą śledztwo w sprawie zabójcy biznesmenów z Misterioso, Europa Blues Arto Soderstedta i wydarzenia ze Wstrząsów wtórnych. Dlatego zdecydowanie nie polecam lektury tej książki tym, którzy jeszcze nie czytali poprzednich tomów cyklu, powiem szczerze, że nawet mnie trudno było uchwycić niektóre szczegóły w locie, gdyż czytałam pierwsze tomu kilka lat temu, gdy się pojawiły.

To było idealne zakończenie. Nie takie, jakie ja bym wymyśliła, nie mówiąc o tym, że część mnie chce czytać o Drużynie A i moich ulubionych bohaterach jeszcze przez wiele, wiele lat, ale tak naprawdę nie można tego było zakończyć inaczej, niż zrobił to Arne Dahl. Teraz pozostaje mi tylko czytać cały cykl od nowa, i czekać na inne książki tego świetnego autora.

Moja ocena: 5/6

Arne Dahl Oko nieba
Tłum. Robert Kędzierski
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2014

wtorek, 11 listopada 2014

Te mordercze, małe, szwedzkie wysepki

Kiedy u wybrzeży małej szwedzkiej wyspy wypływa trup, można uznać to za efekt wypadku. Kiedy jednak na przestrzeni kilku tygodni trup ściele się gęsto w różnych kombinacjach patomorfologicznych, założenie o powiązaniu tych spraw i podejrzenie, że stoi za nimi jedna i ta sama osoba, nie wydaje się już tak kompletnie wyssane z palca.

Sandham to maleńka wysepka na zewnętrznym archipelagu Sztokholmskim, służąca za letnią bazę wypadową dla spragnionych odpoczynku mieszkańców stolicy. Większość letnich domów należy tu do tych samych rodzin od ponad stu lat, stałych mieszkańców jest niewielu, w jednej piekarni spotykali się co rano dziadowie, ojcowie, dzieci i wnuki o tych samych nazwiskach, w zależności od dekady, o której akurat chce się rozmawiać przy okazji nocnych regat czy w szkółce pływackiej. Poza kilkoma nowobogackimi, którzy za ciężkie pieniądze wykupili nieliczne dostępne na rynku domy letniskowe, wszyscy wszystkich znają. Nikt za to nie zna Kristera Berggrena, przynajmniej dopóki ten nie wypłynie na powierzchnię wody zaplątany w sieci rybackie. Krótkie śledztwo prowadzone przez inspektora Thomasa Andreassona nie wykaże niczego podejrzanego. Jednak kiedy w środku sezonu na wyspie ginie kuzynka zmarłego, trudno uznać to za zbieg okoliczności. Policja na oślep stara się zrozumieć, co sprowadziło tą dwójkę nieudaczników na wyspę, a na letników pada blady strach.

Bardzo wydatnie w śledztwie pomaga Thomasowi jego przyjaciółka z dzieciństwa – Nora, sztokholmska prawniczka – która przebywa na wyspie z rodziną w trakcie urlopu. Jest jedną z tych, których rodziny przybywały na Sandham od pokoleń, toteż jej wiedza o okolicznych mieszkańcach wraz z wiedzą prawniczą pomaga policji poskładać tą całą układankę do kupy. Równolegle do śledztwa czytelnik poznaje też prywatne kłopoty bohaterów, z którymi przyjdzie im  się borykać, co jest akurat dosyć klasycznym elementem szwedzkich kryminałów. Z angielskiej klasyki zaś autorka czerpie, wybierając dla swojej pierwszej powieści schemat „zamkniętego pokoju” (a raczej „zamkniętej wyspy”).

Początkowo nie przekonali mnie do siebie główni bohaterowie – Thomas jako samotny, smutny jeździec Apokalipsy i Nora jako Matka Polka (Matka Szwedka nie brzmi już tak dostojnie). Za Thomasem oczywiście lata wszystko, co nosi spódnicę i pewnie paru okolicznych gejów, natomiast Nora, poza pracą na pełny etat, prowadzi dom, opiekuje się synami, rozkapryszonym mężem z tzw. elity a w wolnych chwilach pomaga policji. W międzyczasie oboje pokazują jednak ludzką twarz i jakieś wady, co sprawiło, że po zakończeniu lektury nie będę miała nic przeciwko ponownemu spotkaniu z nimi. Jednak Sten ujawnia niepokojącą manierę antagonizowania bohaterów i odmalowywania każdego w konkretnej tonacji – ciemnej lub jasnej, nie pozostawiając czytelnikowi wiele miejsca na wyrobienie własnej opinii. Jak chociażby mąż Nory, Henrik, który w pełni zasługuje na miano Buca Roku. Nie mówię, wielu takich mężów faktycznie jest, jednak ja lubię, kiedy autor pozwala mi wyrobić sobie własną opinię na podstawie zachowania postaci, a nie od razu prezentuje pełną charakterystykę. Wiem, wiem, autor wie lepiej, ale chyba nie tego szukam w powieści.

Co do samej intrygi kryminalnej, to chociaż ciekawa, jednak chyba nie aż tak wyszukana, bowiem po tylu latach czytania kryminałów motywu morderstwa domyśliłam się już w okolicach 40. strony, zaś osobę mordercy poznałam gdzieś w połowie. Nawet szczegóły ujawnione pod koniec mnie nie zaskoczyły, a usilne próby usprawiedliwienia sprawcy zupełnie mnie nie przekonały.

 Nie jest to książka zła ani strasznie słaba, ale dla konesera takiej literatury bardziej niż śledztwo interesujące będzie tło – mała, szwedzka wysepka. Czyta się to szybko i lekko, fabuła wciąga, chociaż pod koniec wszystko się zgadza, wkurza może trochę końcowa pasja autorki dla scen akcji (totalnie niepotrzebnych). Książkę określiłabym jako „solidna robota”. Od klasyków szwedzkiego kryminału różni się tak jak galaretka z proszku od crème brûlée – jedno i drugie dobre, ale wyrafinowane jest tylko to drugie.  Mogę śmiało polecić jako lekturę na podróż lub wolny dzień, kiedy pragnie się umysłowo odpocząć po trudach tygodnia. Jeśli kiedyś wpadnie mi w ręce kolejny tom, zapewne przeczytam, ale nie jest to dla mnie absolutny must have.

Moja ocena: 4/6

Viveca Sten Na spokojnych wodach
Tłum. Paulina Jankowska
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2014


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

niedziela, 5 października 2014

Temat kruchy jak lód na wiosnę

Molestowanie seksualne uczniów przez nauczycieli jest zawsze trudnym tematem. Samo molestowanie już jest wystarczająco złe, kiedy w grę wchodzą dzieci, robi się już naprawdę ponuro, ale gdy podejrzanymi okazują się ci, którym na co dzień poświęcamy bezpieczeństwo naszych dzieci, można poczuć chęć, by te dzieci pozamykać w klatkach i nie wypuszczać. Z drugiej strony dzieciaki dziś są o wiele dojrzalsze i wyedukowane, a co za tym idzie, przebieglejsze, niż te za tzw. „moich czasów” i wcześniej. Bardzo skąd inąd pozytywna akcja edukowania młodych, że mają prawo do nietykalności i prywatności czasem bywa wykorzystywana przez uczniów, by wymusić coś na nauczycielu.  Stąd temat molestowania w szkole staje się jeszcze bardziej paskudny, bo nawet kiedy młody jednak odwołuje swoje zeznania, reputacja nauczyciela jest już nie do odratowania, a tzw smród idzie za nazwiskiem. Bo przecież nie ma dymu bez ognia.

Cecilia Stahl to dziecko z piekła rodem. Rozpuszczana przez ojca po śmierci matki, perfekcyjnie gra córeczkę tatusia, kiedy jest jej to na rękę, ma zły wpływ na koleżankę Amandę, którą izoluje od innych dzieci, znęca się nad macochą a w rozmowie ze szkolną pielęgniarką wymyśla plotki, które niszczą życie jednego z nauczycieli. Trudno zatem o odrobinę żalu w czytelniku, kiedy Cecilia zostaje przejechana przez pociąg. A pociągiem tym akurat podróżuje komisarz Maria Wern, którą poznałam już w wakacje przy okazji poprzedniego tomu cyklu. Od początku w historii o samobójczej śmierci na szynach coś jej nie pasuje, i słusznie, bowiem z prostej teorii o nieszczęśliwej nastoletniej miłości autorka tworzy smutna i zaskakującą zagadkę kryminalną, w której do samego końca nie podejrzewałam, kto zabił, i która pełna jest zaskakujących zwrotów akcji i przeróżnych typów ludzkich. Jest i wątek humorystyczny w postaci strasznych teściów Marii, i jest solidny powiew zimnego wiatru z Północy, zwłaszcza, kiedy w zaśnieżonej szwedzkiej wsi co chwile gaśnie prąd.

Anna Jansson tworzy klasykę szwedzkiego kryminału, a dzięki jej książkom powróciłam do moich początkowych zachwytów nad historiami rodem z drugiego brzegu Bałtyku. Jest tu dokładnie tak, jak lubię: małomiasteczkowo, ponuro, raczej biednie, gdzie mit opiekuńczego państwa nie dociera, a ludzie, wbrew stereotypom, potrafią czuć.

Moja ocena: 5/6

Anna Jansson Kruchy lód
Tłum. Magdalena Wiśniewska
Wyd. Dolnośląskie
2014


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

wtorek, 9 września 2014

Sztokholmskie metro nie tak bezpieczne

Kiedyś skradziono mi w autobusie dokumenty. Na komisariacie wydawało mi się, że dokładnie pamiętam, gdzie siedziałam i jak przebiegała podróż. Jednak, kiedy kilka tygodni później pokazano mi nagranie z tego autobusu, trudno mi było uwierzyć, że na nim jestem ja. Poznałam siebie, oczywiście, ale zapamiętałam całą trasę zupełnie inaczej. Trudno się dziwić, jeździłam tym samym autobusem przez kilka miesięcy pod rząd, prawie codziennie. Wszystkie moje podróże zlały się w jedno, a umysł spłatał mi figla.

Pasażerowie Carla Jonasa również mieli problem z określeniem, gdzie siedzieli i dlaczego tam. A przynajmniej ci z nich, którzy przeżyli. Carl Jonas to potoczna nazwa ostatniego wagonu sztokholmskiego metra, linii zielonej, w którym wybucha bomba. Po niedawnych zamachach w Londynie i Madrycie stosunkowo niewielka eksplozja powodująca śmierć dziewięciu sztokholmczyków stawia na nogi całą policję. Z emerytury ponownie zostaje wezwany Jan-Olov Hultin, pierwszy dowódca Drużyny A, który oficjalnie namawia wszystkie jednostki do współpracy w celu wyjaśnienia tej bombowej sprawy. W rzeczywistości jednak zleca przeprowadzenie pełnego śledztwa Drużynie A, która po wpadce opisanej w poprzednim tomie znów działa w pełnym składzie. I jak zwykle doprowadza sprawę do końca.

Po trochę słabszej Ciemnej liczbie Arne Dahl powraca do gry ze świetnymi Wstrząsami wtórnymi. Po raz kolejny tworzy fascynującą fabułę, gdzie kilka na pozór niezwiązanych ze sobą wątków łączy się w pewnym momencie w grubszą sprawę, i wpasowuje ją idealnie w aktualne w czasach powstania powieści wydarzenia. Znów na tapetę bierze problemy, z którymi boryka się szwedzkie społeczeństwo, pobudza nas do myślenia nad wieloma kwestiami, jak wielonarodowość, fundamentalizm i terroryzm, i porusza serca tych z nas, którzy już od lat kibicują Drużynie A w ich zawodowych i prywatnych perypetiach. Autor zaserwował w tym tomie wiele emocjonalnych scen, pozbawiając je patosu i okraszając czarnym humorem.

Nie ma dłużyzn. Tym razem jest jak u Hitchcocka – na początku eksplozja, a potem już tylko napięcie rośnie. Wiemy, że jeden z członków Drużyny A znalazł się w kręgu zainteresować Wydziału wewnętrznego, ale rozwiązanie tego wątku nas zaskoczy. Sama sprawa wybuchu w metrze okaże się wielokrotnie bardziej złożona, niż bylibyśmy w trakcie przypuszczać. A obok zwykłej policyjnej roboty – papiery, przesłuchania, papiery, rozpytania, papiery znajdzie się i miejsce na efektowne sceny akcji – strzelaniny, pościgi i zasadzki. Nie zraźcie się tylko – niektóre z nich ocierają się o nieprawdopodobieństwo, a nawet leciutko wychodzą poza tą linię, ale tak właśnie pisze Arne Dahl i za to go uwielbiam.

Po tej lekturze podroż metrem w Sztokholmie nigdy nie będzie taka sama (ale i tak chcę się jeszcze kiedyś nim przejechać).

Moja ocena: 5,5/6

Arne Dahl Wstrząsy wtórne
Tłum. Ewa Wojciechowska
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2014

Dla łatwiejszego wczucia się w atmosferę - kilka zdjęć sztokholmskiego metra:









środa, 3 września 2014

Nowa znajoma - komisarz Maria Wern

Z każdym kolejnym przeczytanym szwedzkim kryminałem jest mi coraz ciężej coś napisać. Nie w sensie, że szwedzkie kryminały pozbawiają natchnienia, tylko, mimo iż wiele z nich było naprawdę wyjątkowych, to jednak do siebie podobnych, i wymyślanie oryginalnych tekstów na ich temat stało się czymś na miarę konkursu na wymyślanie synonimów. Na początku jest fajnie, potem robi się coraz trudniej, trzeba się nagimnastykować, sięgnąć do rzadziej używanych sformułowań, aż wreszcie człowiek staje w miejscu i stwierdza, że więcej się nie da. Trzeba zatem zacząć od początku czy przestać zupełnie?

Powyższa dygresja jest trochę od czapy, bowiem z książką Anny Jansson Ofiary z Martebo nie mam takich problemów. Mimo bowiem, że jest to skandynawski kryminał jak się patrzy, to jednak pośród zalewu tej literatury autorka i jej powieści stanowią pewną podgrupę samą w sobie. Można oczywiście znaleźć liczne porównania, bo podobnie jak książki Jungstedt fabuła Ofiar osadzona jest na szwedzkiej wyspie Gotlandii. Podobnie jak członkowie Drużyny A Arne Dahla główna bohaterka, komisarz Maria Wern, jest tu tylko na zastępstwie, nie u siebie, co czasem ułatwia, a czasem utrudnia jej prowadzenie śledztwa. Podobnie jak chociażby u Mankella rzecz dzieje się raczej w terenach wiejskich lub małomiasteczkowych. Duża rolę odgrywa tu lokalna społeczność, która rządzi się swoimi prawami.

A jednak jest inaczej. Jansson pisze trochę jak Anglicy – nie potrafię tego ubrać w słowa, a jednak, gdyby nie szwedzkie nazwiska, równie dobrze cała rzecz mogłaby się dziać gdzie na angielskich wrzosowiskach. Dużo miejsca autorka poświęciła sytuacji kobiet – w społeczeństwie tak rozwiniętym jak (by się wydawało) Szwedzi wciąż ich miejsce w szeregu jest silnie zaznaczane przez mężczyzn (i nie trzeba mówić, że nie jest to miejsce na samym początku). Jansson dołożyła do tego wielko-kryminalno-szowinistycznego świata garść ciekawych informacji na temat historii Gotlandii i jej sytemu prawnego oraz kultury, jakże miejscami odmiennej od kontynentalnej Szwecji, i wyszedł z tego bardzo zgrabny, wciągający kryminał, z bohaterką, którą polubiłam, i do której wrócę.

Jedyne, co mam do zarzucenia, to fakt, iż wydawca ponownie rozpoczął przygodę polskiego czytelnika z cyklem od środka. Ofiary z Martebo są bowiem tomem czwartym przygód komisarz Wern, a kolejny dostępny tom – Kruchy lód – piątym. Nie przeszkadza to w zrozumieniu fabuły, ale podczas czytania, czuć, że to nie początek. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie nam dane przeczytać pierwszej trzy części.

Moja ocena: 5/6

Anna Jansson Ofiary z Martebo
Tłum. Magdalena Wiśniewska
Wyd. Dolnośląskie
Wrocław 2014

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawcy.


A gdyby ktoś miał wątpliwości co do poczytalności autorki tego bloga, zapraszam na Stulecie Literatury, gdzie Magda w swojej relacji z blogerskiego spotkania je rozwieje. Z kolei Gosiarella u siebie przedstawia zupełnie inną wersję zdarzeń, co potwierdza starą policyjną zasadę , że ilu świadków, ile wersji zdarzeń, i każda prawdziwa.

sobota, 31 maja 2014

Zorza polarna, Bóg, śmierć i tajemnice czyli kolejny szwedzki kryminał

No i zapoznałam się z kolejną skandynawską autorką kryminałów. Po sztokholmskiej Marklund i fjallbackiej Lackberg, gotlandzkiej Jungstedt i norweskiej Fossum przyszedł czas na podbiegunową Larsson. I muszę powiedzieć, że panie z północy też potrafią pisać, może nawet lepiej niż panowie – do tej pory bowiem na żadnej autorce ze Skandynawii się nie zawiodłam.

Burza słoneczna to pierwszy tom cyklu kryminałów, których główną bohaterką jest prawniczka specjalizująca się w podatkach, Rebeka Martinsson, która stara sobie ułożyć życie w stolicy Szwecji, jednak niezałatwione sprawy z przeszłości ciągną ją z powrotem do rodzinnej Kiruny. Gdy tu przybywa wplątana zostaje w kryminalną sprawę, a jej rozwiązanie wymagać będzie nie tylko współpracy z lokalną policją i odwagi, ale przede wszystkim rozprawienia się z demonami z przeszłości, które wygoniły ją z miasta, oraz specjalistycznej wiedzy prawniczej.

Kiruna to miasto na północy Szwecji, gdzie w czasie nocy polarnej jasno robi się raptem na chwilę, jednak wszechogarniające ciemności nie wpływają jednakowo na charakter i nastrój wszystkich – są tu i ludzie dobrzy, i źli, słabi i silni, opanowani i szaleni. Gdy miasto staje się ośrodkiem religijnego przebudzenia, dochodzi do połączenia kilku samodzielnych kościołów chrześcijańskich, a jednym wspólnym zborem zawiadują naraz trzej pastorzy. Jednak najważniejszą postacią, przyciągającą wiernych, jest młody Wiktor Strandgard, który przeżywszy śmierć kliniczną odnalazł Boga i stał się charyzmatycznym duchowym przywódcą. Od pobożności do obsesji i szaleństwa droga nie jest jednak tak daleka, a rozbieżność celów do których dąży zbór oraz zazdrość i strach, prywatne porachunki i tajemnice mogą doprowadzić do eskalacji działań. Kiedy Wiktor zatem zostaje brutalnie zamordowany, policja, prokuratura i Rebeka będą mieli niełatwe zadanie, by odkryć przyczyny i sprawcę jego śmierci.

Czytało mi się Asę Larsson bardzo szybko, przyjemnie i płynnie. Chociaż miałam kilku podejrzanych, do samego końca nie mogłam jednoznacznie określić, kto i dlaczego zabił. To niewątpliwa zaleta – jeśli po tylu przeczytanych kryminałach autorowi udaje się mnie zaskoczyć, to znaczy, że to była dobra książka. I na pewno nie ostatnia z tego cyklu, po którą sięgnę.

Burzę słoneczną wybrałam do mojego Wyzwania Miejskiego jako lekturę sztokholmską, jednak okazało się, że stolica Skandynawii pojawia się zaledwie na paru kartkach. Jednak z braku czasu zaliczam ją do edycji majowej (dowód na to, że czasem jednak warto czytać blurby z tylnej okładki do końca).

Moja ocena: 5,5/6

Asa Larsson Burza Słoneczna (Burza z krańców ziemi)
Tłum. Beata Walczak-Larsson
Wyd. Literackie

Kraków 2013

sobota, 10 maja 2014

Nie wszystkie szwedzkie kryminały są dobre

Hakan Nesser to jedno z nazwisk pojawiających się w pierwszej piątce najbardziej popularnych obecnie na rynku szwedzkich autorów kryminałów. Na chwilę obecną polski czytelnik może wybierać pomiędzy dwoma cyklami kryminalnymi jego autorstwa – jeden opowiada o inspektorze Barbarrotim, drugi zaś komisarzu Van Veeterenie. Mnie akurat wpadł w ręce pierwszy tom tego drugiego cyklu, z czego się nawet ucieszyłam bo: raz – szwedzki kryminał jest zawsze dobrym wyborem, gdy nie wiadomo, co czytać, dwa – o autorze słyszałam i czytałam już wiele, wypadałoby zatem samemu spróbować.

Powieść, jak na szwedzki kryminał, nie jest szczególnie rozbudowana. Rozpoczyna się wprawdzie dosyć ciekawie i nietuzinkowo, ginie bowiem kobieta, zamknięta od środka w łazience, sekcja jednak wyklucza samobójstwo. Podejrzanym jest jej małżonek, znajdujący się z nią w mieszkaniu, ten jednak twierdzi, że nie pamięta, co się stało. Mimo pewnych wątpliwości, dowody zebrane przez komisarza Van Veeterena pomagają w szybkim skazaniu mężczyzny. Jednak coś, co miało by ć zakończeniem śledztwa, okazuje się dopiero początkiem serii zabójstw.

Rozczarowanie na całej linii. Van Veeteren to jeszcze jeden smutny, rozwiedziony pan w średnim wieku, który wszak mimo prywatnych niepowodzeń w pracy śledczego okazuje się superherosem, który zawsze WIE, co i jak. Facet zupełnie do mnie nie przemówił, nie wzbudził ani sympatii, ani antypatii, na tle innych poznanych przez lata detektywów zlał się z tłem, a jego zdolności śledcze pozwoliłyby mu co najwyżej przyrządzać kawę takim jak Poirot czy Wallander. Nie poczułam też atmosfery typowej dla większości skandynawskich kryminałów. Gdyby nie szwedzkie nazwiska, w ogóle zapomniałabym o pochodzeniu czytanej książki i parę razy złapałam się na określeniu jej jako „niemiecka”, „angielska” lub „amerykańska”. Również sama intryga, która zapowiadała się ciekawie, w rezultacie okazała się dosyć płytka, jednowątkowa i przyozdobiona na końcu niepotrzebnym dramatem a la Moda na sukces.

O tym, że Nieszczelna sieć nie jest tak zupełnie zła, świadczy fakt, że ją jednak doczytałam do końca. Język jest lekki, fabuła prosta, a sama powieść średnio na jeża nie długa, zatem uporałam się z nią szybko, i równie szybko o niej zapomniałam, aż do dzisiaj. Spodziewałam się czegoś o niebo lepszego, jednak po tym pierwszym tomie pewnie nie sięgnę po kolejne, a poważnie rozważę, czy dać szansę cyklowi o Barbarottim. Warto?

Moja ocena: 3/6

Hakan Nesser Nieszczelna sieć
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2012

niedziela, 16 marca 2014

O co kaman, czyli kolejny tom Drużyny A

Teraz nastąpi historyczna chwila, która na zawsze odmieni wasze życie (no, może nie koniecznie, ale trzeba umieć budować napięcie): ten tom Arne Dahla mi się nie podobał. Tak bardzo jak poprzednie. A teraz przejdźmy do meritum.

Arne Dahl, jak zapewne wiedzą wszyscy którzy zaglądają tu w miarę regularnie, stworzył mój ulubiony cykl skandynawskich kryminałów „Drużyna A” opowiadających o tejże drużynie, czyli grupie najlepszych policjantów ze Szwecji, wybranych w pierwszym tomie do poprowadzenia niezwykle prestiżowego śledztwa. Ta grupa zadziałała, i stała się odrębnym formalnie zespołem gliniarzy. Zadziałał również pomysł na fabułę, by zamiast jednego zmęczonego życiem komisarza w średnim wieku bohaterami kryminałów uczynić różnorodny zespół ludzi. Jednak, niestety, o ile w warstwie postaci ten pomysł wciąż działa, o tyle w warstwie czysto kryminalnej cykl powoli acz nieubłagalnie zniża loty. Jeszcze nie jest źle, ale chyba dobrze, że do końca pozostały tylko 3 tomy. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym…

Ponownie Arne Dahl wraca do tematu pedofilii i pornografii dziecięcej, która po szybkim rozwoju Internetu na przełomie ostatnich lat zyskała zupełnie nowe sposoby rozwoju, za którymi państwo prawa nie zawsze jest w stanie nadążyć. Bohaterowie powieści stawią czoła najbardziej wyrafinowanej siatce internetowych pedofilów w historii szwedzkich kryminałów. Jednak nie tylko policja będzie na nich czyhać – gdzieś w ukryciu działa sekciarska organizacja, wielbiąca „pozytywną siłę życiową jaką jest seksualność”, której głównym celem będzie ukrócenie działalności tych, których życiem rządzi „popęd śmierci  czyli negatywna seksualność”. A obie strony są super zorganizowane, bogate i są specami od komputerów. No helloł.

Zawsze w powieściach Dahla głównym motywem jest jakiś problem społeczny – tutaj mamy do czynienia z najgorszym z nich, czyli pedofilią, zawsze Drużyna pracuje nad kilkoma sprawami, które gdzieś w połowie zaczynają się łączyć (tak jest i tutaj) i zawsze są jakieś elementy nieprawdopodobieństwa i zbiegu okoliczności, które zwykle kupuję i mi nie przeszkadzają. Ciemna liczba początkowo jawi się jako klasyczny, statyczny kryminał – bohaterowie szukają zaginionej nastolatki, prawdopodobnie porwanej przez element zagraniczny. Jednocześnie odkrywają, że na terenie Sztokholmu działa bardzo wyrafinowany zabójca, dekapitujący swoje ofiary struną od fortepianu. Gdzieś w mieście elektryk kradnie historyczny szkielet z dodatkową kością. A przyzwoity glina oskarżony jest o molestowanie seksualne. Do tego momentu wszystko jest ok, czyta się może bez szału ale dobrze i ciekawie. A potem na scenę wchodzi wspomniana wyżej sekta z XVII wieku, i ciągnie całą powieść w dół pseudofilozoficznymi rozważaniami, czego nie ratuje nawet spektakularna strzelanina na końcu.

To nie jest ten tom, od którego należy zaczynać przygodę z Arne Dahlem. Na tle całego cyklu Ciemna liczba jest słabsza od najsłabszego tomu, którym w mojej ocenie był Na szczyt góry. Ale z drugiej strony – każdemu autorowi się zdarza, więc pozostaje mieć nadzieję, że tom dziewiąty będzie lepszy.

Moja ocena: 4/6 (powinno być 3,5 ale po starej znajomości…)

Arne Dahl Ciemna liczba
Tłum. Robert Kędzierski (dzięki ci, Czarna Owco, za powrót do tego tłumacza, czyta się to o wiele płynniej niż poprzednie dwa tomy!)
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2014

Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytamy kryminały.

czwartek, 14 listopada 2013

Zbrodnia z Mozartem w tle

O tym, że szwedzkie kryminały czyta się głównie dla tego społecznego komentarza w tle, nie trzeba nikomu przypominać. O tym, że w tychże kryminałach zbrodnia zwykle bierze swe początki w problemach nękających współczesnych Szwedów, to też już banał. Tym razem jednak Arne Dahl poszedł o krok dalej – i wylądował jedną nogą w Iraku, a drugą w Stalingradzie.

W siódmym tomie cyklu o Drużynie A nieco zmieniona w składzie, ale wciąż niezawodna śmietanka szwedzkiej policji otrzymuje szczególne zadanie – wraz z przełożonymi i ekspertami wchodzą w skład sztabu kryzysowego, gdy dwaj zamaskowani mężczyźni barykadują się w banku z zakładnikami, grożąc wysadzeniem całej dzielnicy. Dodatkowym elementem, czyniącym zadanie jeszcze trudniejszym, jest fakt, iż jednym z zakładników jest osoba bliska niektórym członkom drużyny. W trakcie działań grupy szybkiego reagowania ma miejsce incydent, który włącza w obręb działań wydział spraw wewnętrznych i byłego członka Drużyny – Paula Hjelma. Drużyna A i BSW muszą razem rozwikłać szaradę, która początkowo zdawała się być zwykłym rabunkiem.

Dahl w Mszy żałobnej prowadzi bardzo ciekawe rozważania na temat wojny. Wojna jest obecna wszędzie, jest obserwowana w telewizji, czytamy o niej w dzienniku z czasów drugiej wojny światowej, zaś wojny można zaobserwować nawet między tymi, którzy winni stać po tej samej stronie prawa. W powieści będą też mniej lub bardziej odległe w czasie historie rodem z zimnej wojny, i wreszcie będą małe wojny małżeńskie. Wszystko, co się tutaj wydarzy, związane jest z jakąś wojną, a wszystkie polityczne wojny toczą się o jeden i ten sam surowiec – ropę.

Autor bardzo zmyślnie łączy wszystkie pozornie poszarpane wątki, romansując całkiem udanie z powieścią sensacyjną i szpiegowską, nie zatracając dobrze znanego z poprzednich tomów kryminalnego charakteru. I mimo iż całość pokryta jest szwedzkim, marcowym mrokiem, jest tu też miejsce na trochę humoru, trochę miłości i trochę przyjaźni. I to czyni tą powieść wyjątkową.

Moja ocena: 5/6

Arne Dahl Msza żałobna
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013-11-14

Cykl o Drużynie A:
1.       Misterioso
2.       Zła krew
3.       Na szczyt góry
4.       Europa blues
5.       Wody wielkie
6.       Sen nocy letniej

7.       Msza żałobna

sobota, 5 października 2013

"Ja bogini miotłą służę:/ Lecąc przodem zmiatam kurze"



Trudno jest pisać o kolejnym tomie serii, gdy się wie, że czytelnik tego tekstu może nie znać poprzednich. Bo nawet opis emocji, jakie mi towarzyszyły na samym początku lektury może zdradzać odrobinę na dużo fabuły. A emocją tą był smutek, gdy się widzi zmiany – to znaczy, nie każdy tak ma, ale ja na jakiekolwiek zmiany reaguję alergią. Zaraz potem pojawił się jednak podziw dla odwagi autora, który nie wtacza się na te same tory z każdą kolejną powieścią, a decyduje się właśnie na zmiany. Tak jak to w życiu bywa, ktoś odchodzi, na jego miejsce przychodzi ktoś nowy, ktoś awansuje, ktoś odchodzi na emeryturę, ktoś inny dopiero zaczyna karierę, a inny dorasta.

Poprzedni tom zakończył się dokładnie 11 września 2001 roku. Dahl podejmuje swoją opowieść w zmienionym świecie, dostrzega ta zmianę ale też pozostawia ją bez szerszego komentarza, którego nie potrzeba. Skupia się zaś na tematach, które istniały już w przestrzeni publicznej, ale właśnie teraz, na początku lat dwutysięcznych, zaczynają wychodzić z cienia i stają się publiczne. Wiele też miejsca poświęca prywatnym perypetiom bohaterów, które stanowią doskonałą kanwę dla szerszego, społecznego komentarza, zawartego w każdej powieści Dahla. I jak to zwykle u niego bywa, do połowy książki akcja powoli się snuje, oplata czytelnika, wprowadza w odpowiedni klimat, koncentruje się na postaciach. Wątki kryminalne dopiero się zarysowują, ale jakby mimochodem, na drugim planie. Nagle wszystko przyspiesza i druga połowa Snu to już jazda bez trzymanki w kierunku wielkiego finału, który ponownie, jak w poprzednich tomach, wciska w fotel. I tylko sam koniuszek pozostawia jakiś niedosyt – jakby nie wszystko zostało domknięte jak na kryminał powstało. Tylko czy to w ogóle był kryminał?

Co mnie najbardziej zaskoczyło, to wątek poznański w Śnie nocy letniej. Tak właśnie, poznański. Widać, że Arne Dahl mocno się podszkolił z tematyki sąsiadów przez Bałtyk od czasów Europa Blues, i nie popełnia już takich błędów jak wtedy. Wręcz przeciwnie – jego znajomość topografii wielkopolskiej stolicy, ale i umiejętność docenienia rozwoju, jaki Polska zaliczyła przez te kilkanaście lat od transformacji, oraz szczegółowa wiedza o słynnej swego czasu aferze „łowców skór” z Łodzi świadczy o dogłębnym zbadaniu tematu. Kiedy akcja przenosi się do Poznania, zmienia się też styl pisania i przez chwilę czułam się, jakbym czytała nie Dahla, a Krajewskiego, Czubaja czy Miłoszewskiego. Bardzo mi się ten zabieg spodobał.

Czytanie kolejnych tomów przygód Drużyny A to jak powrót do starych przyjaciół. Znamy się z tymi gliniarzami już kilka lat, poznałam ich życiorysy, widziałam, jak się zmieniają, towarzyszyłam im w trudnych chwilach, ale i cieszyłam się ich radością. I chociaż istnieją tylko na kartach powieści, to i tak przy następnej bytności w Sztokholmie podążę ich śladem.

PS Powrócił poprzedni tłumacz, i to niestety widać. Na niekorzyść.

Moja ocena: 5,5/6

Arne Dahl Sen nocy letniej
Tłum. Dominika Górecka
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2013

Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytamy Literaturę Skandynawską i Czytamy Kryminały (ofiara – kobieta). Można tez śmiało zaliczyć to jako zaległa powieść o Poznaniu w Wyzwaniu Miejskim. Przypadkowo załapałam się też na Wyzwanie Book-Trotter.




środa, 3 kwietnia 2013

Kryminał tak, romans nie



Niewypowiedziany to drugi tom cyklu kryminałów autorstwa Mari Jungstedt, który polubiłam w zeszłym roku.

Tym razem powieść obraca się wokół trzech wątków. Wiodącym jest śledztwo w sprawie morderstwa, którego ofiarą padł przedstawiciel lokalnego establishmentu, powiedzmy, menelskiego. Henry Dahlstrom wkrótce po wygraniu sporej sumy na wyścigach zostaje znaleziony martwy w ciemni, którą urządził w piwnicy zamieszkiwanej przez siebie kamienicy. Początkowo policjanci, znani już czytelnikowi z tomu pierwszego, koncentrują się na pieniądzach, jednak po pewnym czasie dochodzi do ujawnienia innych prawdopodobnych motywów zbrodni. Jednocześnie poznajemy czternastoletnią Fanny, córkę alkoholiczki, którą ciężkie życie, brak zainteresowania ze strony rodziny i nauczycieli, doprowadzi do tragedii.

Trzecim wątkiem jest zwykły romans mężatki Emmy, i dziennikarza Johana. Tą parę czytelnik poznał już w tomie pierwszym, kiedy to obie postaci miały kardynalne znaczenie dla całej fabuły. W tej części oboje powracają, i miałam wrażenie, że są przypięci do tej powieści na siłę, a połączenie wątku romansowego i kryminalnego książki jest szyte bardzo grubymi nićmi. O ile pierwsze dwie historie wciągają od samego początku, i do ostatnich stron trzymają w napięciu, a autorka przygotowała kilka ciekawych zwrotów akcji, o tyle wątek miłosny jest nudny i irytujący. Generalnie nie mam dużej tolerancji dla zdradzających małżonków, ale niektórzy autorzy potrafią stworzyć takie postacie, które mimo ich wad lubimy i zaczynamy im kibicować, niezależnie od naszego stosunku do ich życiowych wyborów. Emma i Johan są natomiast pustymi, egoistycznymi i płytkimi bohaterami, których nie polubiłam i dla których nie byłam w stanie wykrzesać odrobiny współczucia czy zrozumienia. Za ten wątek obniżyłam ocenę o jeden stopień, a sposób zakończenia go, wskazujący na to, że duet E&J powróci w kolejnych częściach, trochę osłabił mój entuzjazm co do całej serii. Jednak z klei sympatia do Knutasa (:D) i jego współpracowników chyba przezwycięży i będę kontynuowała lekturę kolejnych tomów.

Podsumowując, Jungstedt potrafi stworzyć ciekawą fabułę kryminalną i nietuzinkowych policjantów, którzy odznaczają się na dosyć już licznej mapie szwedzkich gliniarzy znanych nam ze skandynawskich kryminałów. W piękny i sugestywny sposób opisuje też Gotlandię,  atmosfera powieści jest ponura, ale nie tak mroczna i przerażająca jak w poprzednim tomie . Niestety, kiedy zabrała się za pisanie romansidła, na siłę wtłoczonego w kryminalną serię (coś w stylu – kup kryminał, romans gratis), nie poszło jej już tak dobrze. Mimo to polecam tą serię wielbicielom skandynawskich historii kryminalnych, bo czyta się te powieści szybko, lekko i bez potrzeby głębszej refleksji.

Moja ocena: 4/6

Mari Jungstedt Niewypowiedziany
Tłum. Magdalena Landowska
Wyd. Bellona
Warszawa 2010

Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik (kryminał pisany kobieca ręką) oraz wyzwania Z półki.