O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 stycznia 2017

Paula Daly "Mój największy błąd"


Szukając czegoś lekkiego i wciągającego, nęcona pozytywnymi recenzjami wokół zabrałam się za lekturę thrillera Pauli Daly Mój największy błąd. Czytałam ją w formie ebooka, na moim telefonie, w trakcie dojazdów do pracy i ewentualnie w innych sytuacjach z cyklu „długo, nudno i nie mam innej książki pod ręką”. I chyba tylko dlatego przeczytałam ją do końca.

Zarys fabuły wydaje się ciekawy – Roz jest (niemalże) samotną matką, utrzymującą się z pracy fizjoterapeutki w sieciówce, usiłującą jakoś utrzymać się na powierzchni gdy zewsząd pukają wierzyciele. Na byłego nie można liczyć, bowiem mentalnie nie ukończył gimnazjum, a prywatny biznes jaki zapoczątkowała kilka lat wcześniej, pociągnął ją jedynie głębiej w spiralę długów, zabierając ze sobą niektórych członków rodziny. Przyciśnięta do muru informacją o zaplanowanej eksmisji, Roz w końcu godzi się na pewną propozycję, która składa jej poznany niedawno żonaty mężczyzna. Za sumę, która pomoże jej stanąć na nogi, bohaterka ma spędzić noc ze swoim „zleceniodawcą”. I jak to w thrillerach bywa, sytuacja z dziwnej zrobi się straszna.

Nie jest to nic szalenie oryginalnego, i też nie tego się spodziewałam. Styl, jakim autorka włada, też co do zasady nie był zły, jeśli pominąć liczne powtórki jeszcze liczniejszych niepowodzeń  Roz i rozwlekłe opisy zabiegów fizjoterapeutycznych. Co więc poszło nie tak? Ogólnie rzecz ujmując – wszystko inne.

Przede wszystkim Roz jest przeraźliwie głupia i nieogarnięta, do poziomu, w którym zastanawiałam się, jak tej kobiecie jeszcze nie odebrano dziecka i pozwolono pracować z pacjentami za zamkniętymi drzwiami. Kobieta ma ponad trzydziestkę, a podejmuje decyzje jakby miała ich piętnaście, na zasadzie „wpakuję się w kłopoty, aby tylko siostra się nie dowiedziała”. Całe życie pod postacią małych sznureczków wypada jej z rąk, a ona zamiast usiłować je łapać, stoi bezradnie i czeka na księcia na białym koniu, który jej powie, co ma robić, bo sama bidulka nie wie. Ale co najgorsze, daje się wszystkim rozstawiać po kątach. Siostra każe jej przyjść na brunch. Roz jojcy, ale idzie. Sąsiadka nie przyjmuje do wiadomości, że Roz nie chce iść na przyjęcie. Roz idzie. Obca baba chce ja umówić ze swoim bratem – Roz idzie na randkę. Szef ją szantażuje – zamiast próbować się z tego wyplątać, od razu godzi się na wszystko i jeszcze bardziej komplikuje sobie życie. Serio?

Główna bohaterka tak mnie irytowała, że przykryła fakt iż powieść jest przewidywalna do bólu. W thrillerze powinien być jakiś suspens? No chyba nie w tym, tutaj zachowania głównego „złego” zwracają na siebie uwagę już na początku, toteż rozwój wypadków nie zaskakuje, co gorsza, rozwiązanie tego całego misz-maszu jest mdłe i jakieś takie… niedokończone?

Nie polecam tej powieści. Jeśli masz do wyboru czytać w toalecie „Mój największy błąd” albo skład chemii gospodarczej, do wybór jest tylko pomiędzy WC kaczką a odświeżaczem powietrza.

Moja ocena: 2/6 (bo jednak cudem skończyłam to czytać)


Paula Daly Mój największy bład
Wyd. Prószyński i S-ka

Watszawa 2016

poniedziałek, 24 października 2016

"Potem" Rosamund Lupton

Niesamowite jest to, jak wiele jest książek na moich półkach, o których nie wiem nic. Nie tylko jeszcze nie zakręciłam się wokół nich wystarczająco, by je przeczytać, ale nie wiem, skąd się u mnie wzięły, kiedy je kupiłam, gdzie, za ile, i tak właściwie po co? Nie chodzi mi o to, że na to nie zasługują (bywa różnie), ale jaki proces myślowy przebiegał przez moje szare komórki, kiedy płaciłam za książkę, o której nawet nie wiem, o czym jest. Ba, często nawet nie wiedziałam jaki to gatunek.

Chciałabym kiedyś napisać coś więcej o tym intensywnym procesie, który się u mnie ostatnio odbywa, czyli o czytaniu olbrzymiej (w porównaniu do lat ubiegłych) ilości zalegających od lat nieprzeczytanych książek, bo jest to zaiste przygoda godna co najmniej Bilbo Bagginsa. Ale o tym innym razem, dziś będzie o takiej właśnie książce: nie wiem, kiedy ją kupiłam, nie wiem gdzie, nie wiem czy była przeceniona, czy wzięłam ją prosto z półki „Nowości”. Wiem tylko, że Rosamund Lupton swego czasu była niezwykle popularna, a jej pierwsze dwie powieści Siostra i Potem przewijały się przez książkowe blogi niczym scenariusz „ósmego” Pottera dzisiaj.

Wiedziała, że ma ładną okładkę. Nie wiedziałam, że fabuła toczy się na przedmieściach Londynu. Nie wiedziałam, że to thriller. Nie wiedziałam, że będą tu lekkie elementy nadprzyrodzone, ani że jest to powieść napisana w pierwszej osobie. Wiem natomiast teraz, że czasem takie wskoczenie w książkę, o której nic się nie wie, potrafi być oczyszczającym i niezwykłym doznaniem.

Grace jest żoną i matką dwójki dzieci – kilkuletniego Adama i nastoletniej Jenny. Kiedy ta druga zostaje uwięziona w płonącej szkole, Grace nie waha się długo i wbiega do szalejącej pożogi by ratować swoje dziecko. Obie odnoszą poważne obrażenia i zostają przewiezione do szpitala. Coś dziwnego jednak ma tam miejsce. Podczas gdy okaleczone ciała spoczywają w szpitalnych łóżkach, podłączone do rurek i ekranów, Grace i Jenny, niewidoczne dla innych, przemierzają korytarze szpitala, próbując dociec kto i dlaczego podpalił szkołę i zniszczył ich rodzinę.

Nie będę kłamać – pierwsze 100 stron przeczytałam trochę na siłę, przeszkadzała mi nie tylko pierwsza osoba, w której książka jest napisana, ale również fakt, iż ta pierwsza osoba cały czas zwraca się do innej osoby – jak dla mnie za dużo się tu działo na poziomie narracji. Jednak kiedy już wgryzłam się w Potem, skomplikowana i tajemnicza fabuła zaczęła mnie wciągać jak bagno. Autorka wprowadza kolejne osoby dramatu, jednak ani przez chwilę nie ma się poczucia, że jest tu zbyt tłoczno, a zakończenie, przynajmniej dla mnie, było przerażające. Powiem tylko, że spokojny sen na tę noc miałam z głowy.

Jesień to dobra pora na takie bogate w intrygę thrillery, dlatego jeśli czujesz takie klimaty i nie wiesz, po co sięgnąć, polecam właśnie Rosamund Lupton.

Moja ocena: 4/6

Rosamund Lupton Potem
Tłum. Agnieszka Wyszochradzka-Gaik
Wyd. Świat Książki

Warszawa 2012

niedziela, 22 maja 2016

"Nocny film" Marisha Pessl

Dawno już nie czytałam tak zakręconej książki.

Z twórczością Marishy Pessl spotkałam się wiele lat temu przy okazji jej debiutanckiej powieści o bardzo intrygującym tytule Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof. Nie pamiętam już zbyt wiele z fabuły, jedynie swoje wrażenie po skończonej lekturze. Wrażenie, że gdyby ta ponad 600-set stronicowa książka skończyła się po czterystu stronach, byłaby to jedna z najlepszych powieści psychologiczno-obyczajowych, jakie przeczytałam. Ale autorka dodała kolejne dwieście, a w nich najbardziej szalone, zupełnie nie związane z pierwszą częścią książki, wątki, jakby usilną próbę stworzenia thrillera, jakby autorka w połowie pisania postanowiła zmienić gatunek. I zakończyła to, o ile dobrze pamiętam, niemalże brakiem zakończenia. A ja miałam naprawdę sporo trudności w ocenieniu przeczytanej książki, bo czułam się jakbym oceniała dwie różne powieści.

W Nocnym filmie wiele z tych trudności się nie pojawia. Przede wszystkim, od początku autorka zdecydowała się, że jednak thriller to jej ulubiony gatunek, i konsekwentnie szła w tym kierunku. Powieść została dobrze skonstruowana, każda postać pojawia się w niej w odpowiedniej chwili, i pozostaje  w niej tak długo, jak tego trzeba, by później bez żalu się z nami pożegnać. Ponad siedemset stron dało pole do popisu dla wyobraźni Pessl, która co raz bawi się z czytelnikiem konwencją, raz skręca w kierunku kryminału, innym razem horroru, dodaje szczyptę magii, rozbijającej się o zdrowy rozsądek. I sprawia, że Nowy Jork z centrum świata zmienia się w bardzo ponure miejsce.

Główny bohater powieści, Scott McGrath, jest dziennikarzem i reportażystą, niegdyś bardzo cenionym, który obecnie popadł w niełaskę. Kilka lat temu zajął się śledztwem nad niezwykle kontrowersyjną i tajemniczą postacią reżysera filmów grozy, Cordovą, a kiedy nagle wszyscy świadkowie wycofali się, pozostał sam na placu boju, z wyrokiem za oszczerstwo i wyczyszczonym do zera kredytem zaufania społecznego. Popada w coraz większą depresję, w czym nie pomaga rozwód i rzadkie widzenia z córeczką. Aż do chwili, gdy dowiaduje się o śmierci córki Corodovy, i znów czuje potrzebę zajęcia się tym tematem. W między czasie zyskuje dwóch pomocników, z którymi przemierza ulice Nowego Jorku i doświadcza coraz trudniejszych do wytłumaczenia przygód.

Biorąc pod uwagę, jak wiele jest do czytania (ponad 700 stron!) i jak ciekawa i wciągająca jest to lektura, zakończenie okazało się poniekąd płaskie i jałowe. Chociaż może to było tylko moje odczucie, jakby po szalonej kolejce górskiej przyszedł czas na wyhamowanie wagonika, a ja chciałabym, żeby zamiast tego wykonał kolejny piruet. Nie mniej nie mogę żałować czasu spędzonego na czytaniu Nocnego filmu, bo od czasu Cienia wiatru nie czytałam niczego, co tak płynnie poruszałoby się pomiędzy rzeczywistością a sennymi marami. A dołączone do powieści „przedruki” stron z gazet czy skany stron internetowych stworzyło wyjątkowe wrażenie czytelnicze. Dlatego, mimo pewnych „ale”, mogę szczerze polecić tę powieść jako świetną rozrywkę na lato.

Moja ocena: 4,5/6

Marisha Pessl  Nocny film
Tłum. Rafał Lisowski
Wyd. Albatros

Warszawa 2016

sobota, 7 listopada 2015

"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins

Dziewczyna z pociągu Pauli Hawkins jest bardzo często porównywana do innego bestsellerowego thrillera – Zaginionej dziewczyny Gillian Flynn. Tak się złożyło, iż przeczytałam te książki niemalże pod rząd, i kusiło mnie nawet, by zrobić podrównanie obu powieści tu na blogu, jednak nie obeszłoby się bez spoilerów, a tych lepiej unikać (nic tak nie kusi jak wielkie litera SPOILER poniżej, przynajmniej mnie). Mogę jedynie powiedzieć, iż podobieństw jest faktycznie dosyć sporo, ale na tej zasadzie, że jeśli podobała ci się jedna, spodoba i druga, niż żeby miało się wrażenie czytania jednej i tej samej książki. Ale może zacznę od początku a nie od końca.

Życie Rachel posypało się już jakiś czas temu, wraz z jej małżeństwem, wyprowadzką z ukochanego domu do pokoju wynajmowanego od koleżanki i utratą pracy. Obecnie jej egzystencja składa się z ciągu powtarzalnych czynności, do których należy jazda pociągiem, którym wcześniej dojeżdżała do pracy do Londynu, powrót tym pociągiem po południu oraz picie takiej ilości alkoholu, jaką się da. Zaś najbardziej emocjonującym doznaniem każdego dnia jest przyglądanie się znajomym domom i ich mieszkańcom z okna pociągu. Znajomym, ponieważ po setkach takich jazd Rachel wydaje się, że zna osobiście małżeństwo, naprzeciwko którego domu pociąg zawsze staje. Wiele jednak zmieni się w życiu bohaterki, wiele spraw z jej przeszłości odkryje światło dzienne, kiedy Rachel przypadkowo zobaczy przez okno pociągu coś, co nie pasuje do obrazka.

Dziewczyna z pociągu opowiada tę samą historię z punktu widzenia trzech kobiet: Rachel, dziewczyny z pociągu, Megan, dziewczyny widzianej z okna pociągu, i Anny, dziewczyny która zniszczyła życie dziewczynie z pociągu. Jest to jednocześnie opowieść o toksycznych związkach, mężczyznach, którzy pod wyprasowaną koszulą skrywają psychopatyczne skłonności, i kobietach, które w pogoni za tym, czego pragną, nie cofną się przed niczym. I chociaż każde z bohaterów ma inną historię do opowiedzenia i inną sytuację życiową, łączy ich jedno – coś jest z nimi mocno nie tak.

Thrillery nie należą do moich absolutnie ulubionych gatunków i rzadko je czytam, dlatego każdy kolejny działa na mnie dużo mocniej niż na profesjonalistów w temacie. Nie inaczej było z Dziewczyną z pociągu, która mocno namieszała mi w głowie, i chociaż w pewnej chwili zaczęłam podejrzewać, kto stoi za wydarzeniami opisanymi w powieści, to jednak ogrom zła, jakim autorka obrzuca czytelnika, był mocno zaskakujący i wstrząsający. Lektura tej książki potwierdza, że czasami najgorsza patologia kryje się za dobrze utrzymanymi drzwiami domku klasy średniej w dobrej dzielnicy, a nie w menelowni.

Powieść Pauli Hawkins podobała mi się nieco bardziej niż Zaginiona dziewczyna, może dlatego, że jednak brytyjskie realia bliższe są mi niż te amerykańskie, chociaż obie autorki bawią się czytelnikiem i żonglują jego emocjami i sympatiami z podobną wprawą. Jednak to właśnie Dziewczyna z pociągu wstrząsnęła mną mocniej i to ją chce w pierwszej kolejności polecić zarówno tym, którzy przepadają za takim gatunkiem, jak i totalnym nowicjuszom w temacie thrillerów.

Moja ocena: 5/6

Paula Hawkins Dziewczyna z pociągu
Tłum. Jan Kraśko
Wyd. Świat Książki

Warszawa 2015

wtorek, 7 kwietnia 2015

Tajemnicza wyspa

Z każdą kolejną książką jak ta coraz bardziej zaskakuje mnie różnorodność panująca wśród powieści młodzieżowych. Do niedawna młodzieżówki kojarzyły mi się jedynie z antyutopiami i Pretty Little Liars. Od początku tego roku zaczęłam częściej sięgać po ten gatunek, i chociaż czasem ewidentnie powieść nie była przeznaczona dla mojej grupy wiekowej, część z tych książek naprawdę mi się podobała, poruszyła mnie i zaskoczyła sięganiem przez ich autorów po elementy innych gatunków literackich. Tak było i w przypadku Byliśmy łgarzami.

Szlachetna rodzina Sinclairów. Posiadłość w Bostonie, prywatna wyspa, na której rodzicie wznieśli posiadłości dla każdej ze swoich trzech córek, i na której cała rodzina spędza każde wakacje. Służba, przyjęcia, golden retrivery – wszystko to brzmi jak z powieści Fitzgeralda, zatem dopiero po napomknięciu w powieści o meilach i smsach zdałam sobie sprawę, iż fabuła powieści osadzona jest jak najbardziej w czasach współczesnych, gdyż zachowanie bohaterów wcale na to nie wskazuje. Dziadek Sinclair to głowa rodziny, twardą ręką trzymający całą resztę. Babcia Sinclair urządzająca piękne przyjęcia charytatywne. Służba chyłkiem przemykająca między bohaterami. I trzy rozpieszczone córki z gromadą dzieci, czyniące wszystko, by zapewnić sobie udział w spadku.

A pomiędzy nimi najstarsze wnuki, Łgarze: Mirren, Johnny, Candence i Gat. Gat, Johnny, Mirren i Candence. Równolatkowie, wbrew tradycyjnemu wychowaniu w luksusie mający w sobie, poza właściwe piętnastolatkom nieposłuszeństwo, również serce na właściwym miejscu i zdolność do odczuwania prawdziwych emocji. Niechętni walce ciotek o spadek. Nagle zdarza się coś, co na zawsze zmieni oblicze rodziny. Candence zostaje znaleziona pół naga na plaży, nie pamiętając, co się wydarzyło. Lekarze orzekają: amnezja wsteczna. Candence nie może sobie przypomnieć szeregu zdarzeń sprzed wypadku oraz samego zdarzenia. Czuje, że przydarzyło się coś złego, ale nie wie co. Po dwóch latach przybywa ponownie na wyspę, która wygląda teraz inaczej. Nikt nie chce jej powiedzieć, co się wydarzyło, pozostali Łgarze coraz bardziej się od niej oddalają. A Candence czuje, że musi wyjaśnić tajemnicę swojego wypadku.

Mimo, że krótka, Byliśmy łgarzami zawiera w sobie mnóstwo emocji, wydarzenia są opisane przez autorkę wystarczająco szczegółowo, by nie sprawiać wrażenia prowizorki, ale nie na tyle, by pozwolić się czytelnikowi domyśleć, jakie czeka go rozwiązanie. Książka przepełniona jest realizmem magicznym, retrospekcje przeplatają się z wydarzeniami współczesnymi, a to, co wydaje się zwyczajne, okazuje się być najbardziej zaskakujące. No i  zakończenie, którego zupełnie się nie spodziewałam. Na które nic nie wskazywało.

To był chyba pierwszy thriller młodzieżowy, który przeczytałam, bo tak bym właśnie określiła tę książkę. Ale jest tu też ciekawy opis rodziny, która, chociaż bogata, wykształcona i z dobrą reputacją, okazuje się być do pewnego stopnia patologiczna. Chciałabym więcej takich książek.

Moja ocena: 5/6

E. Lockhart Byliśmy łgarzami
Wyd. WAB
Warszawa 2015


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

piątek, 20 lutego 2015

Gdy zgaśnie światło

Wyobraź sobie, że nagle zabrakło prądu. Przede wszystkim nie mógłbyś czytać tej recenzji, ponieważ twój komputer straciłby zasilanie. Jeśli masz laptopa, jego bateria wystarczy ci na kilka godzin, ale potem i ona padnie. Przez jakiś czas będziesz miał ograniczone możliwości korzystania z telefonu stacjonarnego. Jeśli jednak przerzuciłeś się na komórkę jako jedyny telefon z domu, jesteś w czarnej d….. Za chwilę zajdzie słońce i jedynym źródłem światła będzie świeczka i latarka, pod warunkiem, że wcześniej zadbałeś o to, by były w twoim domu. Możliwe, że w twoim domu nie ma gazu, zatem nie masz możliwości zrobienia sobie ciepłego posiłku. Musisz bardzo ostrożnie schodzić po nieoświetlonych schodach, jeśli ewakuujesz się z bloku. A za niedługo będziesz musiał, bo pompy dostarczające wodę na piętra bez prądu również nie działają. Zastanów się – najpierw udasz się do banku by wypłacić jak najwięcej gotówki, czy do sklepu, zanim jego półki zostaną opróżnione? Jeśli nie masz pełnego baku z samochodzie, już go nie zatankujesz, bowiem pompy wydobywające paliwo z podziemnych zbiorników również są na prąd. Zastanawiasz się, dlaczego masz to wszystko robić z powodu awarii prądu? Bo nie dotyczy ona tylko twojego osiedla, i nie skończy się prędko. O ile w ogóle.

To tylko ogólny zarys tego, co dzieje się w Europie opisanej przez Marka Elsberga w powieści Blackout. Europie, której nagle zabrakło prądu. W przeciągu kilku godzin niemalże cały kontynent zostaje pozbawiony światła, ciepła i setek wygód, do których zostaliśmy przyzwyczajeni, i których zależności od energii elektrycznych nie jesteśmy nawet świadomi. Jedyną osobą, która wydaje się, rozumie, do czego doszło, jest Pietro Manzano, włoski programista, który teraz będzie musiał przekonać do swojej teorii policjantów wielu krajów oraz Europol. Tymczasem solidarność i zaufanie zostaną wystawione na próbę, a ci, których obowiązkiem jest zadbać o porządek i postawić na nowo sieć, borykać się będą walczyć o przetrwanie jak miliony Europejczyków.

Po przeczytaniu pierwszych dwustu stron książki Elsberga miałam pewne zarzuty. Przede wszystkim główny bohater, Manzano, jest zbyt idealny – wszystko wie, na wszystkim się zna, lecą na niego wszystkie kobiety, a on mimo niedogodności niestrudzenie stara się wywalczyć powrót energii i jednocześnie pomaga po drodze komu się da.  Jednak następnego dnia jadąc autobusem patrzyłam na współpasażerów i myślałam, że oni jeszcze nie wiedzą o tym, co dzieje się we Francji, Niemczech, Włoszech i Szwecji. Po chwili zdałam sobie sprawę, iż opowieść autora to przecież fikcja literacka. Od bardzo dawna nie zdarzyło mi się czytać czegoś, co wywarłoby na mnie takie głębokie wrażenie, i najzwyczajniej w świecie oderwało od rzeczywistości.

Elsberg pisze w niezwykle sugestywny sposób, w swojej książce splata wiele wątków, na kolejnych stronach pojawiają się bohaterowie z różnych krajów, o różnym statusie, i różnych priorytetach. Wszyscy w ten lub inny sposób połączeni przez awarię prądu. Mimo to nie gubiłam się, a pędząca fabuła nie pozwalała tak po prostu odłożyć książki na bok. Autor włożył wiele pracy, aby odmalowana przez niego rzeczywistość, choć przerażająca, była jednocześnie wiarygodna, i mu się to udało. Mnie w każdym bądź razie przekonała do zakupu zapasu świeczek oraz baterii do radia i latarki. Bo nigdy nic nie wiadomo.

Pierwszy raz miałam do czynienia z literaturą katastroficzną, czytając Blackout miałam bowiem wrażenie, jakbym dostała Pojutrze w formie książki. Chociaż tematyka książki i wspomnianego filmu różni się, to wrażenia były dosyć podobne. Jednocześnie jest to powieść przygodowa, thriller, a nawet chwilami powieść psychologiczna, chociaż ta warstwa była jak na moje gusta nieco uboga. Niemalże 800 stron przeczytałam w przeciągu pięciu dni i teraz będę ją polecać każdemu, komu wydaje się, że zapanowaliśmy nad naturą.  

Moja ocena: 5,5/6

Mark Elsberg Blackout
Tłum. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Wyd. WAB
Warszawa 2015-02-20


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawcy.

sobota, 14 lipca 2012

"Zanim zasnę" - thriller o zapominaniu


„Zanim zasnę” to zeszłoroczny bodajże bestseller z Wysp Brytyjskich, wielokrotnie nagradzany i wkrótce zekranizowany thriller psychologiczny, który u nas pojawił się zaledwie kilka miesięcy temu.

Główną bohaterkę, Christine, poznajemy kiedy rankiem budzi się w obcym łóżku obok obcego mężczyzny. Nie pamięta, jak się tam znalazła ani co robiła wcześniej. Jest przekonana, że ma zaledwie dwadzieścia kilka lat i zabalowała z żonatym facetem, a teraz będzie musiała się z tego jakoś wykręcić. Kiedy jednak mężczyzna się budzi, okazuje się, że jest jej mężem, poślubieni sobie są od dwudziestu lat, a Christine ma już prawie pięćdziesiąt. Ma amnezję – rzadką i uciążliwą jej postać, która nie tylko zabiera jej wspomnienia przeżytych dawno chwil, ale i nie pozwala tworzyć nowych. Co rano budzi się, myśląc, że jest na początku swego życia, by dowiedzieć się, że właściwie połowę ma już za sobą. Z czego ostatnie dwadzieścia lat dzieli się na jednodniowe interwały, każdy dzień jest oddzielony od pozostałych murem, każdego dnia dowiaduje się tego samego na swój temat, każdego dnia ona i jej mąż Ben muszą odbywać te same trudne rozmowy.

Jednak po wyjściu Bena do pracy dzwoni telefon. Dzwoni doktor Nash, który jest osobistym lekarzem Chris, z którym spotyka się na terapię w tajemnicy przed Benem. Nash mówi kobiecie, gdzie znajdzie pisany codziennie pamiętnik. Na pierwszej jego stronie widnieje napis: NIE UFAJ MĘŻOWI. I tu zaczyna się właściwa akcja. Chris krok po kroku stara się odbudować swoją pamięć, konfrontując nieliczne wspomnienia, które ją nawiedzają, z tym co mówi jej mąż. Mamy tu fascynujący i przerażający obraz życia bez wspomnień, koszmar przeżywania najgorszych chwil życia każdego dnia, zagubienie w ciągłych domysłach na temat tego kim jest, co się stało i jak sobie pomóc? Ale z drugiej strony poznajemy dramat bliskich osoby z amnezją, trudne wybory, przed jakimi staje mąż Chris, jej najlepsza przyjaciółka, lekarz. A wszystko to okraszone suspensem i tajemnicą, gdyż okazuje się, że żaden z bohaterów nie jest bez winy, że każdy ma przysłowiowego „trupa w szafie”, a czytelnik wraz z Chris gubi się w domysłach i usiłuje odpowiedzieć na pytanie – kto chce jej pomóc, a kto czerpie korzyści z amnezji głównej bohaterki. Spirala tych domysłów nakręca się i prowadzi do zaskakującego finału.

Wstrząsająca, przerażająca, zaskakująca i prawdziwa. Bo taka historia może przytrafić się każdemu. Polecam gorąco.

Moja ocena: 5/6

S. J. Watson „Zanim zasnę”
Wyd. Sonia Draga
Katowice 2012