O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

piątek, 18 maja 2012

Moja wizyta w Gdańsku, stosik i pożyczka


„Aleja samobójców” to kolejny polski kryminał, który przeczytałam w swojej literackiej podróży przez Polskę. Bo nie wiem, czy już pisałam, że w tym roku postanowiłam, z braku czasu i towarzystwa, na odwiedzenie kilku polskich miast nie tyle „w realu” co na kartach powieści. Byłam już w Warszawie i Wrocławiu, teraz, dzięki panom Krajewskiemu i Czubajowi – w Gdańsku. Na mojej kryminalno-literackiej mapie czekają już od dawna Sandomierz (przez Warszawę Centralną) w książkach pana Miłoszewskiego, następnie Kraków (”Sekret Kroke” i pożyczone od Oisaj „Morderstwo tuż za rogiem”), ostatnio Agnieszka zachęcała do podróży do Sanoka („Złoty wilk” Rychtera), a ja sama już jakiś czas temu wygrzebałam pierwszy tom cyklu o Lublinie  Marcina Wrońskiego („Morderstwo pod cenzurą”). Takie więc są moje czytelnicze plany  na ten rok. Na razie jednak wracam do meritum – Gdańsk.

Muszę przyznać, że trudno mi było sklasyfikować i ocenić „Aleję samobójców”, przede wszystkim dlatego, że trudno nazwać ją tradycyjnym kryminałem. Powieść zaczyna się wprawdzie klasycznie – od trupa, i to trupa zabitego w sposób, powiedzmy, nietypowy. Mamy też zaginionego, o którym nie wiadomo – też trup, czy może morderca? Obaj panowie z resztą pomieszkiwali w tym samym domu starców pod Gdańskiem, gdzie już wcześniej miały miejsce niewyjaśnione zgony i sytuacje, kładące cień na „dom zachodzącego słońca”. Tu jednak podobieństwa z każdym innym kryminałem się kończą, ponieważ główny bohater, nadkomisarz Pater, już na wstępie zostaje odsunięty od sprawy przez ABW, nazywane złośliwie przez innych glinarzy Abwehrą, i wysłany na urlop. Co sprawia, że do zwykłego zabójstwa przybywa „tajna policja” i dlaczego usiłują wszystko zatuszować? Pater postanawia znaleźć odpowiedzi na te pytania.

Prawda jest taka, że „Aleja samobójców” jest głównie o Patrze (nie Paterze, broń Boże, o taką odmianę się obraża!). Mamy tutaj zatem policjanta w średnim wieku, przez kolegów nazywanego Antypater od swoich zdolności społecznych, z wykształcenia polonista, z zamiłowania pokerzysta, dla przełożonych wrzód na d…. Podczas czytania miałam niekiedy wrażenie, że intryga kryminalna odchodzi gdzieś na bok, by zrobić miejsce na portretowanie skomplikowanej osobowości nadkomisarza, jego stosunków z otoczeniem (byłą żoną, kolegami i podwładnymi) oraz dosyć kontrowersyjnych i bardzo nieregulaminowych działań polskiej policji. Bywa tu bardzo brutalnie, policjanci, którzy winni stać po jednej stronie walczą ze sobą, ale z drugiej strony niektórzy zdolni są do niesamowitej solidarności, która może się narodzić tylko przy wspólnie nierozwiązanej sprawie sprzed lat. Mamy działania poza prawem, mamy tuszowanie zbrodni, ale i zemstę, i zapłatę za wyrządzone zło. A intryga, czy raczej intrygi kryminalne toczą się gdzieś, swoim nurtem, by nagle wypłynąć, połączyć wszystkie sznurki w jeden węzeł, a następnie dać się rozwiązać komisarzowi Patrowi (nie Paterowi!). A nad wszystkim unosi się smród śmieci, gdyż w Gdańsku, mimo okropnych upałów, trwa strajk śmieciarzy…

Mimo tych nietypowych zagrań, brutalności i smrodu śmieci bardzo mi się ta powieść spodobała. Chociaż stworzona przez dwóch autorów, napisana jest jednolitym językiem, tak że niemożliwym jest wskazanie, kto co pisał, a książkę czyta się płynnie, bez nieregulowanych przeskoków. Główny bohater jest typowy-nietypowy – z jednej strony: średni wiek, rozwodnik, raczej pesymista. Z drugiej wykształcenie i co za tym idzie, olbrzymia wrażliwość na czystość i poprawność językową oraz skłonność do hazardu. Tworzy to niezwykle barwną postać, której nie sposób zaszufladkować. Autorzy na kartach powieści ponad to demaskują to, co w naszej społeczności złe, brzydkie, śmierdzące. I ten wszędobylski fetor śmieci, podkreślający szary obraz niektórych miejsc w Polsce. Niekompetentnych lekarzy, brudnych gliniarzy, domów starców z piękną fasadą i wysypiskiem na tyłach…

Polecam szczególnie tym, którzy lubią seriale takie jak Pitbull czy Fala zbrodni, bo klimacik tu mamy podobny jak we wspomnianych obrazach. Oraz oczywiście wielbicielom prozy panów Krajewskiego i Czubaja. Ja na pewno sięgnę po drugi tom z tego cyklu, „Róże cmentarne”.


Marek Krajewski, Mariusz Czubaj „Aleja samobójców”
Wyd. WAB, Seria Polityki - Lato z Kryminałem
Warszawa 2009


Książka przeczytana w ramach wyzwania Z Półki.


A tutaj pochwalę się jeszcze pożyczka od Oisaj: "Morderstwo tuż za rogiem" Zofii Małopolskiej. Dziękuję raz jeszcze!

A tutaj mój mały stosik kryminałów polskich, którzy planuje poszerzać o kolejne zdobycze:

















A wy znacie jakieś dobre, polskie kryminały? Dajcie znać, gdzie jeszcze można pojechać :)

poniedziałek, 14 maja 2012

Matka Boska płatnych morderców


Obiecałam opowieści dziwnej treści na temat książek rodem z Ameryki Łacińskiej – obiecałam. Dziś na tapetę wezmę wielkiego niepokornego literatury kolumbijskiej – Fernando Vallejo.

„Matka Boska płatnych morderców” to króciutka książeczka (jedyne 120 stron), która mimo niepozornego wyglądu stanowi spory kaliber literacki. Jest to opowieść o podstarzałym mężczyźnie, który w kolumbijskim mieście Medellin poznaje i nawiązuje romans z młodym, 15-letnim chłopakiem. Medellin nie jest jednak zwyczajnym, sielankowym miasteczkiem, tylko prawdziwym przedsionkiem piekieł. To drugie co do wielkości miasto Kolumbii jest areną niekończących się walk i porachunków karteli narkotykowych. Również ów piętnastolatek nie jest aniołkiem, choć jak aniołek wygląda. Alexis jest bowiem jednym z sicarios – płatnym mordercą, pracującym na zlecenie narkobiznesu. A Matka Boska w tytule? Święty obraz do którego on i podobni mu pielgrzymują przed każdą większą „robotą”. Brzmi chaotycznie? To jeszcze nic.

Cała powieść utrzymana jest w podobnym stylu co filmy akcji – połączenie Quentina Tarrantino z Rambo i Terminatorem. Trup ściele się gęsto, a opisy zadawania śmierci przeplatają się z opisami zadawania rozkoszy cielesnych. Kto jednak pomyśli, że książka Valleho to jedynie opowieść w stylu „zabili go, uciekł”, będzie w błędzie. Otóż autor na kartach tej książki portretuje kolumbijską rzeczywistość. To, co w amerykańskich filmach jest tylko wytworem wyobraźni scenarzysty, tutaj jest prawdziwym raportem z pola walki. I to nie byle jakiej walki, gdyż Kolumbia od lat pogrążona jest w stanie wojny domowej. Rząd walczy z kartelami, a kartele dodatkowo między sobą, o strefę wpływów. A zwykli ludzie, jeśli jeszcze tacy są, albo uciekają z kraju, albo przemykają gdzieś pod murem, niepewni, czy ten dzień nie będzie ich ostatnim – czy jakaś zbłąkana kula nie zakończy swojej makabrycznej podróży w ich ciele, czy osoba kupująca w tym samym sklepie nie wyciągnie nagle giwery i nie zastrzeli całego personelu. „Matka Boska płatnych morderców” jest przerażającym portretem państwa w stanie rozkładu, gdzie kilkuletnie dzieci werbowane są przez gangi na płatnych morderców – wspomnianych sicarios, gdyż dzieciakowi łatwiej podejść do celu niż dorosłemu mężczyźnie. Gdzie egzystencja wielu regionów opiera się wyłącznie na produkcji narkotyków, a podcięcie tej gałęzi gospodarki spowoduje, że z drzewa spadną przede wszystkim biedni Kolumbijczycy. Bo bogaci gangsterzy zawsze sobie poradzą.

„Matka Boska płatnych morderców” to jedna z powieści z nurtu obrazującego brutalne oblicze współczesnej Ameryki Południowej. Chociaż wiele państw z tego regionu zdołała już w mniejszym lub większym stopniu uporządkować swoją sytuację i powoli odgrywają znaczniejszą rolę w polityce międzynarodowej, a sama Kolumbia  w niektórych regionach staje się coraz bezpieczniejsza, wciąż znajdują się tam ośrodki zapalne, a partyzantka co jakiś czas daje o sobie znać. Ten kontynent jest też, i pewnie długo pozostanie, głównym producentem narkotyków, a produkcją ta zajmować się będą dalej ludzie żyjący za mniej niż dolara dziennie. Myślę, że warto, dla odmiany po Coelho i Allende, spojrzeć na Amerykę Łacińską pod tym kątem. A proza Vallejo Wam w tym pomoże.

Fernando Vallejo „Matka Boska płatnych morderców”
Wyd. Muza
Warszawa 2007




niedziela, 13 maja 2012

OTAGowana i ja!


Od jakiegoś czasu wszyscy się bawią, tylko nie ja... ale w końcu i mnie zaproszono (dziękuję,  Agnieszko!)
Tytułem przypomnienia, zabawa polega na tym, żeby odpowiedzieć na 11 pytań dot. książek, wymyślonych przez osobę, która nas oTAGowała. Ja miałam do czynienia ze świetnymi pytaniami! Oto one:


1.       Czy długość ma znaczenie? Znaczy, w sensie: czy wolno oceniać książki po długości i jakie preferujesz?
Ma znaczenie. Odpowiem od końca: raczej preferuję cieńsze książki, do 500 stron, jeśli ma być więcej, to wolałabym w dwóch tomach, z drugiej strony nastręcza to problemów, gdyż a) jest to droższe b) przy pożyczeniu w bibliotece ciężko jest utrafić na wszystkie tomy naraz, zwykle pierwszy jest niedostępny, albo są dostępne wszystkie ale w jakiejś dzikiej kolejności. Ale 800 stronicowego tomiszcza do autobusu nie wezmę… W drugiej strony, jeśli książka jest za krótka, to czasem nie zmieści się w niej wszystko, co autor chciał/powinien w niej zawrzeć, i wychodzi coś w rodzaju przydługiego streszczenia, jak to było np. w „Psach z Rygi” Mankella – fajna fabuła, ale zgnieciona na niecałych 300 stronach straciła na polocie. Ale zdarza się też, że książka mogłaby być skrócona do 300 stron, a nie wiedzieć czemu ma prawie 500, w czego połowa to durnowate opisy w stylu „wstałam, przeciągnęłam się, podrapałam po pleckach, przebrałam w dresik w kolorze różowym z biało-zielonymi motylkami i wielkim kotkiem z tyłu…”. To się niestety zdarza w kryminałach Kathy Reichs. Podsumowując – trzeba pisać tyle, ile trzeba, i ani strony więcej.


2.       Od jakich książek cię odpycha i wiesz, że raczej nie sięgniesz po żadną z nich?
Apokaliptyczne SF którego fabuła dzieje się w niedalekiej przyszłości i gdzie bohaterki z dużym biustem gonią w mundurze SS-manów i laserowym karabinem. Książki historyczne o II wojnie światowej. Podręcznik z prawa wekslowego ;). I pseudoporadniki – książki o życiu celebrytów, np. o tym jak Kasia Cichopek odkryła, że kobiety bywają w ciąży, a Ibiszowi potargała się marynarka bo wyrobił sobie bicepsy, czyli literatura a la Captain Obvious vel. Wywarzmy Otwarte Drzwi, Będzie Fajnie.


3.       Którą książkę podsunęłabyś (podsunąłbyś) swemu dziecku (jeśli nie masz dziecka, wyobraź sobie, że je masz)?
Harrego Pottera! Współczesna baśń o przyjaźni i miłości, mnóstwo odniesień do legend i mitów z całego świata, genialni bohaterowie: nie idealni, nie łzawi, bardzo ludzcy.


4.       Czy kobiety piszą lepsze książki?
Nie. I to chyba nawet nie zależy od gatunku. Dobrzy pisarze piszą dobre książki, źli pisarze piszą gnioty aż zęby bolą. Powoływanie się na płeć to tylko usilna acz nieudana próba znalezienia wyjaśnienia dla negatywnych recenzji. Moim zdaniem oczywiście.


5.       Czy obowiązkowe lektury w szkole mają sens?
Mają, ale starannie dobrane i odpowiednio podane. Mogłoby być ich mniej, a więcej czasu na dyskusje przed i po jej przeczytaniu, aby każda książka w szkole była wydarzeniem, a nie nudnym obowiązkiem. Powinno być po jednej książce z każdego nurtu, naprawdę nie ma potrzeby przeczytania KAŻDEJ powieści pozytywistycznej, jaka kiedykolwiek powstała. Za to więcej literatury współczesnej, traktującej o dzisiejszych problemach, a nie o tych nieszczęsnych zaborach…

6.       Czy trzeba czytać klasyków?
Trzeba.


7.       Jaka jest najgłupsza postać, jaką spotkałaś (spotkałeś) na stronicach powieści?
Trudno mi teraz sobie przypomnieć, ale wiem że było takich kilka…. 


8. Czy jest książka, niewydana w Polsce, którą koniecznie powinni wydać? Jaka?
Hehehehe, Agnieszko, każdy kolejny Arne Dahl :D


9. Którego polskiego pisarza koniecznie powinni poznać czytelnicy za granicą?
Naszych autorów kryminałów. Miłoszewskiego, Pollaka, Konatkowskiego, Czubaja. Prezentują wysoki poziom, a jednocześnie jest w tych powieściach wspólny mianownik – współczesna Polska, państwo które dziś niewiele ustępuje krajom zachodnim (kto nie wierzy, niech się przejedzie chociażby do Czech), z naszymi problemami państwa między Wschodem a Zachodem, naszą historią i jej wpływem na teraźniejszość i staraniami tam, gdzie innym już się przestało chcieć. Wydaje mi się, że w tych kryminałach jak nigdzie indziej pokazano Polskę bez pietyzmu, fałszywej skromności, taką jaka jest. A moim zdaniem jest się czym pochwalić.


10. Czy czytając książkę, będącą przekładem z innego języka, zwracasz uwagę na jakość tłumaczenia, czy jest Ci ona obojętna?
Zazwyczaj nie zwracam uwagi na tłumaczenie, czasem nawet nie zauważam na początku, że książka jest tłumaczona. I chyba to jest największy komplement dla tłumacza, że najpierw się widzi powieść i jej autora, a tłumacza dopiero w dalszej kolejności, jeśli się mylę, to przepraszam J. Jedyny przypadek, kiedy zwracam uwagę na tłumaczenie, to kiedy jest ono ZŁE, zdarza się, że książka wygląda jakby została napisana przez gimnazjalistę równoważnikami zdań, a przecież znam autora, i wiem, ze aż tak źle nie pisze. Więc wina leży po stronie tłumacza.


11. Dziewica czy nie? Gwoli wyjaśnienia: czy lubisz być pierwszym czytelnikiem książki?
Dziewica :D Lubię być pierwszą osobą, która czyta dany egzemplarz, i lubię czytać książkę, która dopiero się ukazała, być pierwszą, która ją oceni, zrecenzuję… Taki rodzaj nieszkodliwego zboczenia, który wiąże się z niuchaniem między kartkami, po pierwszym czytaniu ten charakterystyczny zapaszek znika…


Teraz ja kogoś uszczęśliwię zaproszeniem, a będą to:
i
i może jeszcze:


A oto i moje pytania do Was:
 
1.       Czy jest powieść, która jeszcze nie powstała, a którą chciałabyś/chciałbyś przeczytać?
2.       Jaki bohater literacki zmobilizował cie do pracy nad sobą?
3.       Jaką książkę masz na wierzchu stosika, którą już już masz przeczytać, która leży w tej pozycji od kilku lat?
4.       Przy jakiej książce śmiałaś/łeś się do łez, mimo, że książka w zamierzeniu śmieszna nie była?
5.       Jaka książka, kiedyś zachwycająca, rozczarowała cię kiedy wróciłaś/łeś do niej po latach?
6.       Czy rozpadła ci się kiedyś książka od ciągłego czytania? Jeśli tak, to jaka?
7.       Czy zdarzyło ci się kiedyś przerwać czytanie świetnej książki w połowie i nigdy nie powrócić? Jeśli tak, to jakiej?
8.       Czy wypisujesz cytaty z książek? A może zaznaczasz je w książkach?
9.       Jaką książkę szukasz bezskutecznie od lat i nie możesz namierzyć?
10.   Czy czytałaś/łeś kiedyś książkę, która strasznie Cię zdenerwowała?
11.   Czy zdarzyło Ci się kiedyś, że już miałaś kupić książkę, w ostatniej chwili ją odłożyłaś, a teraz żałujesz, gdyż jest już niedostępna?




sobota, 12 maja 2012

Znowu w Ystad


Czasami lubię sięgnąć po książkę, która zabierze mnie w dobrze mi znane miejsce i do dobrze znanych mi ludzi. Z drugiej strony nie przepadam za czytaniem tej samej książki po raz drugi. Owszem, czasem to robię, ale generalnie preferuję sięgać po nieznane mi pozycje, wychodząc z założenia, że życie jest zbyt krótkie, aby czytać w kółko to samo (moja siostra ma z kolei odwrotnie: książka nieprzeczytana co najmniej trzy razy nie jest książką przeczytaną). Dlatego, gdy mam ochotę na coś znanego-nieznanego, dobre są książki z serii. Zawsze mam na podorędziu jakąś część cyklu, który już znam. Takim cyklem są kryminały Henninga Mankella o komisarzu Wallanderze. Bałam się zawsze momentu, kiedy przeczytam już wszystkie, ale na szczęście autor zaczął pisać tak jakby ciąg dalszy, więcej jestem kryta.

Tym razem zabrałam się za „Piątą kobietę”. Samego komisarza Wallandera i jego ekipy chyba nie muszę przedstawiać, skupię się zatem na fabule. Tym razem w Ystad i okolicach zaczynają ginąć mężczyźni w średnim wieku, pozornie zupełnie ze sobą nie powiązani. Zostają zabici na inne sposoby, a jedyne co te morderstwa łączy, to wyszukane sposoby na odebranie im życia. Policyjne śledztwo nie wykazuje początkowo żadnych odstępstw od normy w życiu zabitych, może nie byli to obywatele roku, ale też nie zwyrodnialcy zasługujący na śmierć. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, bowiem wnikliwe dochodzenie już wkrótce ujawni przerażające informacje o ofiarach, które to informacje dadzą tak bardzo potrzebne policjantom wskazówki do znalezienia motywu, a co za tym idzie sprawcy. A w Skanii dalej giną ludzie…

Jest to jedna z grubszych powieści Mankella, co okazało się jej olbrzymią zaletą. Autor miał bowiem miejsce i czas, aby nie tylko ciekawie rozpisać zagadkę kryminalną, która jest moim zdaniem najlepsza ze wszystkich dotychczasowych powieści tego autora, ale również opisać metody działania szwedzkiej policji i prowadzone śledztwo od strony formalnej. Mamy również charakterystyczne dla szwedzkich kryminałów tło społeczne, problemy, z jakimi współczesna Szwecja próbuje sobie poradzić, sprawy, wcześniej pozamiatane pod dywan, które teraz stamtąd wychodzą i domagają się swojej krwawej ofiary. Jak zwykle w tego typu literaturze, nie ma zbrodni oderwanej od codziennego życia, zawieszonej w próżni. Są zachowania ludzi względem ludzi, które pozbawione reakcji państwa czynią z ofiary kata i prowadzą do eskalacji przemocy. Autor zwraca też uwagę na fakt, że choć nie zawsze szybka, reakcja powinna jednak pochodzić od funkcjonariuszy państwa, ponieważ sprawiedliwość wymierzana oddolnie prowadzi do chaosu i niewinnych ofiar.

Podsumowując: jest świetna zagadka kryminalna, jest sugestywny opis Szwecji w ogóle i Skanii w szczególe, jest warstwa społeczna, jest rozwiązanie które nie daje mam stuprocentowej radości, nie ma bowiem w tej historii białych i czarnych charakterów, są tylko szare jak panorama jesiennego Ystad. Jest Wallander prywatnie (i trzeba powiedzieć, że „Piąta kobieta” będzie pewnie najważniejszą dla tego bohatera częścią z cyklu), i jest Wallander gliniarz. I jest wątek polski. To wszystko sprawia, że jest to mój ulubiony Wallander.

Mam tylko jedną uwagę do polskiego wydawcy. Czytałam akurat wydanie z serii „Lato z kryminałem” Polityki, nie wiem jak to wygląda na właściwym wydaniu z WABu, ale byłoby miło, gdyby autor notatki z tyłu nie umieszczał w niej informacji ze strony… 313. Dziękuję i pozdrawiam.

Moja ocena:  5,5/6

Henning Mankell „Piąta kobieta”
Wyd. WAB, seria „Lato z kryminałem” Polityka
Warszawa 2011

środa, 9 maja 2012

Filmy mojego życia


Miałam swego czasu fazę na czytanie literatury latynoamerykańskiej, która wiązała się głównie z przygotowaniami do egzaminu z tejże. Przyznaję bez bicia, że był to chyba najprzyjemniejszy egzamin w moim życiu (trzeba było opowiedzieć i dodać własny komentarz do jednej z przeczytanych książek), a i samo przygotowywanie do niego wspominam bardzo przyjemnie (polegało to na czytaniu samodzielnie wybranych książek z listy). Dlatego postanowiłam otworzyć nowy cykl wpisów na blogu, dotyczących właśnie literatury pochodzenia iberoamerykańskiego. Będą to wpisy o książkach, które mnie zainteresowały, zachwyciły lub odstręczyły. Ponieważ większość z nich czytałam już chwilę temu, to będą raczej krótkie impresyjki niż właściwe recenzje. Postaram się również, aby dotyczyły powieści mniej znanych szerszemu gronu, które jednak warto rozpropagować. Mam nadzieję, że Wam się to spodoba.

Na pierwszy ogień biorę dziś „Filmy mojego życia” Alberto Fugueta. Młody mężczyzna, z pochodzenia Chilijczyk, w samolocie poznaje kobietę. Ta opowiada mu o ciekawym przedsięwzięciu, które polega na spisaniu tych filmów, które okazały się w jakiś sposób kluczowe dla życia bohatera – takie, które wpłynęły na jego życiowe wybory, które oglądał w ważnych momentach życia, takie, z którymi ma szczególne wspomnienia.

Poprzez filmy przywoływane przez bohatera poznajemy historię jego rodziny, chilijskich imigrantów mieszkających w Kalifornii, gdzie główny bohater spędza pierwsze lata swojego życia. Lata bezstresowe, przyjemne, kolorowe i słoneczne. Jednak jego najbliżsi, których portretuje jako grupę dosyć ekscentrycznych ludzi o zdecydowanych poglądach politycznych, postanawiają powrócić do ojczyzny na wieść o puchu wojskowym w Chile w 1973, w wyniku której do władzy na kolejne 16 lat dochodzi Augusto Pinochet. Życie w Chile pod rządami wojskowych szybko okazuje się diametralnie różne od tego, jakim do tej pory żył Beltran. Wychowany w zupełnie innej atmosferze i realiach na każdym kroku dostrzega ślady panującego systemu. Jednak ludzie w Chile starają się żyć względnie normalnie, toteż powieść opowiada o jego nowych przyjaźniach bohatera,  pierwszych miłościach, dorastaniu, rodzinie. A wszystko to przez pryzmat kina, które od zawsze, od pierwszego seansu, odgrywa w jego życiu najważniejszą rolę.

Była to chyba jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam wtedy do egzaminu. Autentyzmu powieści dodaje fakt, iż jest ona częściowo autobiograficzna.  Autor z niesamowitą finezją, niekiedy nawet z humorem, opowiada o jednym z najkrwawszych terrorów w Ameryce Południowej. Jednak nie znajdziemy tutaj opowieści o atakach, aresztowaniach, egzekucjach. Na pierwszym miejscu jest młody chłopak i jego rodzina, kontrast między tym czego doświadczali w USA a tym, co spotyka ich w Chile, o dorastaniu, o stosunkach międzyludzkich, o ludziach dobrych i złych. A wszystko to podane w ciekawej konwencji spisu 50 filmów jego życia. Może Wy też pokusicie się o taką listę, która opowie Wasza historię?

W każdym razie ja gorąco polecam każdemu, kto chciałby zapoznać się głębiej z literaturą iberoamerykańską.

 Alberto Fuguet to jednym z najbardziej znanych na amerykańskim kontynencie pisarzy, tworzących w nurcie skontrastowanym z dotychczasową literaturą latynoamerykańską, silnie czerpiącą z realizmu magicznego.  Wraz z Sergio Gomezem stworzył antologię zatytułowaną McOndo (hybryda McDonalda i Macondo z powieście Marqueza „Sto lat samotności”), która reprezentuje właśnie współczesne obejście od realizmu magicznego w literaturze tego kontynentu, który ze względu na swoje doświadczenia powinien teraz tworzyć dzieła silnie oparte na rzeczywistości.


Moja ocena: 4,5/6

Alberto Fuguet „Filmy mojego życia”
Wyd. Muchaniesiada.com
Rok wydania: 2008

czwartek, 3 maja 2012

O książce i filmie, czyli ta sama historia w dwóch różnych wersjach


W ramach totalnego relaksu zapodałam dziś sobie film, który czekał na oglądnięcie od kilku miesięcy. Mowa o „Jak ona to robi?” z Sarah Jessicą Parker i Piercem Brosnanem w rolach głównych, a że w grudniu czytałam książkę, na podstawie której film powstał – „Nie wiem, jak ona to robi” Allison Pearson, napiszę tu o obu.

Główna bohaterką książki i filmu jest Kate – zawodowo finansista w wielkiej korporacji, prywatnie – żona i matka dwójki dzieci. Poznajemy ją w chwili, kiedy o czwartej nad ranem wałkuje kupione w sklepie ciasto, aby wyglądało na zrobione w domu. Powód? Przyjęcie szkolne jej córki, Emily, na które rodzicie (czytaj: matki) musza przynieść własnoręcznie zrobione  łakocie. Kate, będąc w stałych rozjazdach, ciągle zagoniona, ciągle zajęta, nie może jednak pozwolić, by jej córeczka poczuła się gorsza, gdyż jej mama nie miała czasu na upieczenie ciasta – to by tylko dało dodatkowy oręż do ręki zaciekłym wrogom pracujących matek. Dlatego oszukuje. Żongluje – to słowo ciągle się pojawia, zarówno w powieści, jak i w komedii na jej podstawie. Ponieważ doba na tylko 24 godziny, Kate nie jest w stanie zrobić wszystkiego – dlatego ciągle markuje, robi prowizorki, spóźnia się i wymyśla wymówki, wszystko po to by utrzymać iluzję, że wszystko jest OK. Jednak każda, nawet tak starannie stworzona, piramida musi się kiedyś rozlecieć jak domek z kart. Kate będzie musiała wybrać, co ze zbitki „pracująca mama” jest dla niej ważniejsze – „pracująca” czy „mama”.

Jeśli ktoś pomyśli że jest to feministyczna historia w kategorii „da się wszystko” i „można połączyć fascynujące życie zawodowe z rodziną”, bardzo się pomyli. Mimo humoru, z jakim jest opowiedziana, jest to tak naprawdę dosyć smutna konstatacja nad niedolą współczesnych kobiet. Bo okazuje się, że tak naprawdę równouprawnienie to mit. Kate jest świetna w swojej pracy, uwielbia ją, poświęca się dla niej – ale czy zostaje to docenione? Nie, bo wystarczy jedno wyjście wcześniej do domu, bo dziecko dostało gorączki – i już miesiące, ba! lata ciężkiej pracy idą w zapomnienie, a ona sama okazuje się pozbawioną poczucia odpowiedzialności pracownicą – balastem dla firmy. W domu Kate odwozi dzieci do szkoły, wcześniej robi im kanapki, wspiera męża, którego firma przynosi więcej strat niż zysków, organizuje przyjęcie dla córki, obiad dla teściów – ale przez odebranie kolejnego telefonu od firmy staje się pozbawioną uczuć wyrodną matką, która pracę stawia ponad wszystko. Bohaterka prowadzi tak naprawdę podwójne życie, ale żadnym z tych żyć nie może się nacieszyć – kiedy jest w domu, myśli o pracy, kiedy jest w pracy – tęskni za domem. I widzimy, jakie to cholernie niesprawiedliwe. Myślę, że ten film i książka powinny być obowiązkowe dla początkujących feministek – oto jak wygląda prawdziwe życie. Bycie feministką to nie wypowiedzenie wojny kremowi do depilacji i rozwinięcie paru transparentów. To olbrzymia chęć wyciśnięcia z życia wszystkiego, co tylko się da, i jednocześnie potworna niemoc, że na wszystko nie starczy czasu. Bo Kate kocha swoją rodzinę, i autentycznie cierpi kiedy omija ją coś dla nich ważnego, ale jednocześnie uwielbia swoją pracę i chce, aby jej wysiłki były doceniane na równi z wysiłkami jej kolegów. Widzimy też, że rodzina to koniecznie praca zespołowa – szczególnie kiedy oboje rodzice pracują. Bo problemy Kate biorą się z tego, że wszyscy w koło mają w stosunku do niej pewne oczekiwania (mąż, dzieci, teściowie, szef, koledzy w pracy, inni rodzice), ale nikt z nich nie wpadnie na to, żeby kobiecie pomóc.

Co do samej książki, to choć czytałam ją już chwilę temu, do dziś pamiętam, jak świetnie jest napisana. Pearson ma ewidentną łatwość pióra, co wynika pewnie z faktu, iż przez lata pracowała jako dziennikarka, i za swoją pracę otrzymała nawet kilka nagród. Książka jest dowcipna, ale i mocno naładowana emocjami. Poza przygodami bohaterki czytamy też o jej cierpieniu, o byciu niedocenianą, o konieczności pchania się łokciami tam, gdzie faceci wchodzą bez żadnego problemu, o narastającym potępieniu ze strony otoczenia, które uważa, że powinna siedzieć w domu i piec babeczki. To sprawia, że „Nie wiem, jak ona to robi” nie jest zwykłym chicklitem, ale bardzo mądrą, a chwilami, smutną opowieścią o współczesnej kobiecie. Autentyczności książce dodaje fakt, że autorka piszę częściowo o swoim życiu – perypetie Kate są  częściowo oparte na jej własnych przeżyciach w pracy, kiedy założyła rodzinę. Stworzyła bohaterkę, z którą nie zawsze się może zgadzamy, która czasami trochę (bardzo) przesadza, ale którą da się lubić, i której czytelnik z całego serca kibicuje.

Film z kolei bardzo dobrze się ogląda. Przeważnie zdarza się, że z łatwością można ocenić, co lepsze – książka czy film? Tu już nie jest tak łatwo. Kilka rzeczy zostało zmienionych, np. w powieści Kate jest Brytyjką, w filmie Amerykanką. Kilka postaci pobocznych zostało połączonych w jedno, parę epizodów zupełnie usuniętych – tego niestety wymaga medium, jakim jest kino. Jednak scenarzyści poczynili te zmiany tak finezyjnie, że ani przez chwilę widz nie ma poczucia, że czegoś tu brakuje. Moim zdaniem, film jest tez świetnie zagrany – ktoś może nie lubić Sary Jessicki, ale do tego filmu pasowała idealnie, chociaż może jej sposób grania niewiele odbiegał od zaprezentowanego w „Seksie w wielkim mieście”. Ale ja się tam nie znam, mnie się podobało.

Nieco inne są też zakończenia – w powieści jest nieco smutniejsze, ale jednocześnie bardziej realistyczne, w filmie – bardzo amerykańskie w stylu „wszystko jest możliwe”, pozytywne, ale i mniej wiarygodne. Już od was zależy, które bardziej przypadnie Wam do gustu. Bo ja serdecznie polecam obie wersje tej historii.

Moja ocena: 5,5/6



Allison Pearson "Nie wiem jak ona to robi"
Wyd. Albatros
Warszawa 2003


"Jak ona to robi?"  reż. Douglas McGrath
Sarah Jessica Parker, Pierce Brosnan
prod. USA, 2011

wtorek, 1 maja 2012

Podsumowanie kwietnia


Kolejny miesiąc zakończony, toteż czas na małe podsumowanie.

W kwietniu przeczytałam 7 książek: dwie w ramach wyzwania Trójka e-pik (Cafe Szafe i Rubio) oraz jedną w ramach wyzwania Z półki (Raj). Sześć tytułów, z którymi się zapoznałam, przeszła moje najśmielsze oczekiwania i trudno byłoby mi wybrać Książkę Miesiąca, gdybym musiała to zrobić. Zarówno Tatami kontra krzesła, jak i Zapiski z wielkiego kraju okazały się genialną podróżą w dwóch diametralnie różnych kierunkach, Raj był najlepszą do tej pory przeczytaną przez mnie książką Lizy Marklund, i jednym z najlepszych szwedzkich kryminałów, jakie znam. Zapasy z życiem były długo przez mnie oczekiwaną „ambitniejszą literaturą’ – czyś, co nie tylko opowiada jakąś historię, ale również każe się zastanowić nad pewnymi sprawami. Jedna z przeczytanych w tym miesiącu książek (Smak chwili) zrobiła na mnie przeciętne wrażenie, ale bardziej ze względu na zmęczenie materiału, niż na samą książkę. I wreszcie ostatnia – Rubio – zasłużyła zdecydowanie na miano najbardziej dennej powieści 2012 roku, i chociaż za wcześnie jeszcze na takie deklaracje, to mam nadzieję, że tak już pozostanie, do drugiej takiej beznadziejnej powieści po prostu nie zniosę.

Kwiecień był pierwszym miesiącem, kiedy nie udało mi się ukończyć całkowicie wyzwania Trójka e-pik, nie przeczytałam bowiem horroru. Jednak natłok zajęć i nauki spowodował, że wolałam wybierać książki, których czytanie sprawi mi przyjemność i pozwoli mi odpocząć, zamiast męczyć się z czymś czego nie lubię. Kwiecień i najbliższe miesiące ogłaszam czasem czytania rekreacyjnego!

Równie żałośnie poszło mi w drugim wyzwaniu – Z półki, w ramach którego przeczytałam tylko jedną książkę. Jeśli się nie poprawię, to nie uda mi się osiągnąć zakładanego 4 poziomu, czyli 16 własnych książek.

Dumna natomiast jestem z tego, że udało mi się osiągnąć pewien postęp w kwestii niekupowania książek. Po poprzednich miesiącach, kiedy przynosiłam do domu po 10 tomów i więcej, kwiecień zakończyłam z niewielkim wynikiem 3 – z czego tylko jedna książka dla mnie, a dwie na prezent więc się nie liczą ;). Mam nadzieję utrzymać ten trend i odkopać się w kwestii czytania własnych książek, które następnie planuję częściowo chociaż wysłać w świat (i zrobić miejsce na nowe ;D).

Planów czytelniczych nie lubię, gdyż w tym miesiącu czekają na mnie dwa potężne egzaminy z procedur cywilnej i administracyjnej, dlatego zamiast w zagraniczna literaturę, dam nura w rodzimą twórczość legislacyjną. Trzymajcie zatem kciuki!

A zdjęcia zrobiłam niedaleko mojego domu, w środku milionowego miasta, jedną noga w Nowej Hucie - mówię Wam, jak to oszałamiająco pachniało!