O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

czwartek, 16 sierpnia 2012

"Kobieta w podróży"


O Romie Ligockiej sporo słyszałam, jej życiorys i przeżycia w getcie są mi z pośrednich źródeł dość dobrze znane (wiecie jak to jest – z rożnych stron docierają do człowieka różne elementy opowieści), czytałam sporo cytatów z jej książek, ale przyznam szczerze, że nigdy nic jej autorstwa w całości nie przeczytałam. Aby nadrobić te braki, pożyczyłam sobie Kobieta w podróży, zbiór autobiograficznych esejów.

Tytuł książki jest nieco przewrotny – czytelnik, sięgając po tą pozycję, spodziewać się będzie opisów licznych podróży, uwag na temat podróżowania itp. Tymczasem są to impresyjki, epizody z życia emigrantki, człowieka, który wyrwał uszedł z życiem w czasie holokaustu, który stara się żyć normalnie, ale od czasu do czasu zaskakiwany jest przez własną psychikę, dostosowaną do wykrywania niebezpieczeństwa. Niekiedy zupełnie przez przypadek ujawniały się w autorki wspomnienia z czasów spędzonych w krakowskim getcie, pokazując, że tego piekła człowiek nigdy nie zapomina. Emigrant praktycznie nigdy nie jest u siebie, zawsze w podróży.

Zbiorek jest bardzo wyważony, mamy tutaj opowieści z Krakowa, Wiednia, Berlina, czy Monachium, obok historii śmiesznych i wesołych znajdziemy tu też historie przerażające i smutne, a czasem zwyczajne, przypadkowe, codzienne. Są tu opowieści z życia Romy Ligockiej oraz wspomnienia osób, z którymi się zetknęła. Są opowieści dawne i te bardziej współczesne. Autorka ma niesamowity dar opowiadania, nawet błahe sytuacje potrafi ubrać w przepiękne słowa. Nie jest to nachalny opis holokaustu – z resztą, nikt, kto faktycznie przeżył piekło II wojny światowej nie opowiada o swoich, nieraz naprawdę przerażających losach, z patosem. Mam wrażenie, że autorzy, którzy nie opisują własnych, a cudze przeżycia, często popadają w językową przesadę, jakby tym sposobem chcieli przekonać czytelnika, że naprawdę było strasznie. Ofiary wojny doskonale to wiedzą, i ich czytelnicy również, toteż w książce Romy Ligockiej wspomnienia wojenne pojawiają się mimochodem, nieraz jako tło opisywanych wydarzeń, co wywołuje niesamowity wręcz smutek. Ale jest w tych tekstach również nadzieja, pozytywne myślenie, próba radzenia sobie ze wspomnieniami, przekazania swojego żydowskiego dziedzictwa dalej.

Książeczkę czyta się bardzo szybko, mnie wystarczyło jedno pochmurne popołudnie, ale zostaje w sercu na długo. Bardzo polecam.

Moja ocena: 5/6

Roma Ligocka Kobieta w podróży
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2002

wtorek, 14 sierpnia 2012

Nowy, stary kryminał P. D. James


Kryminały P. D. James poleciła mi kiedyś Czas Odnaleziony – najpierw usiłowałam je pożyczyć, następnie postanowiłam kupić, ale że akurat przechodziłam terapię „Kupować mniej książek”, odkładałam to i odkładałam. Aż wreszcie wygrzebałam dwa tomy na półce mojej siostry i wreszcie mogłam sama przekonać się, czy mi się spodobają czy nie.

Samej autorki do niedawna nie znałam. Zanim przeczytałam o niej na ww blogu, nazwisko to wprawdzie krążyło gdzieś na obrzeżach mojej świadomości, ale nie bardzo się orientowałam o co chodzi. Moja ignorancja sięgała tak daleko, iż przekonana byłam, że P. D. James pisze amerykańską sensację i jest… facetem.

Tymczasem są to klasyczne, angielskie kryminały. Trafiamy więc do niewielkiej miejscowości, gdzie każdy zna każdego, i na kolację do miejscowej podupadłej arystokracji. Rozmowa przy stole dotyczy nowo zatrudnionej przez panią domu dziewczyny z lokalnego schroniska dla samotnych matek. Czytelnik obserwuje postaci dramatu i zaczyna dostrzegać powiązania między nimi, emocje, jakie wzbudzają w sobie nawzajem i jakie później będą miały olbrzymie znaczenie dla śledztwa. Bo oczywiście, jak to w kryminale, musi (powinien) być trup. Wkrótce w szacownym, acz ubogim domostwie dochodzi do morderstwa. Na miejsce przybywa inspektor Scotland Yardu (nie wiem jak na was, ale na mnie panowie ze SY działają o wiele bardziej niż FBI – trochę tak, jakby porównać basseta z terierem) – Adam Dalgliesh. Śledztwo jest tak typowe dla tego rodzaju powieści, jak się tylko da – polega na rozmowach w cztery oczy z podejrzanymi, wyłapywaniu niuansów, gromadzeniu poszlak, które to działania prowadzą do finalnego odkrycia, kto jest mordercą – a jakże, po zebraniu wszystkich zainteresowanych w jednym pokoju.

Wydawca reklamuje Zakryjcie jej twarz jako „nową Agathę Christie’ – abstrahując od faktu, że powieść powstała w 1962 roku, kiedy królowa kryminału żyła jeszcze i działała, więc o nowości mówić tu raczej nie można. Tym tytułem można określić osobę piszącą  ciągu ostatnich kilku lat, a nie kogoś działającego pół wieku temu. Rozumiem „Druga Agatha Christie’, „Kolejna Agatha Christie” „jeszcze jedna kobieta pisząca jak Agatha Christie” albo „nie wiemy jak to wypromować, ale jak napiszemy Agatha Christie to na pewno kogoś to zainteresuje”. Ale nie „nowa”. Tak powieści P. D. James można było reklamować 50 lat temu.

Takie sformułowanie jest moim zdaniem trochę krzywdzące dla powieści, gdyż porównując Zakryjcie jej twarz z kryminałami Agathy po pierwszym wrażeniu podobieństwa ukazują się liczne różnice. Nie każdy, kto pisze angielski kryminał, musi być od razu Agathą. Kryminały P. D. James są moim zdaniem o wiele mroczniejsze. Nie mamy tutaj humorystycznych przerywników, jak choćby śmieszny detektyw, niepociupany policjant czy wścibska staruszka. Postacie dramatu u James nie są może skomplikowane, ale żadna z nich nie jest przedstawiana jako czyste dobro lub samo zło – każdy ma pewne zalety, ale również masę wad. To czyni całą intrygę ciekawą, ale i trochę przerażającą. Ciekawie również została pokazana opinia publiczna – mamy tutaj coś w rodzaju ostracyzmu społecznego, obgadywania za placem domowników, w których progach zdarzyło się coś tak nieeleganckiego jak morderstwo.  

Podsumowując, Zakryjcie jej twarz mi się podobała, na pewno sięgnę po pozostałe kryminały jej autorstwa, chociaż w pamięci będę mieć, by nie czytać ich w samotne, ponure wieczory, gdy halny za oknem brzmi jak cierpiąca dusza. Bo na to jestem zbytnim tchórzem.

Moja ocena: 4,5/6

P. D. James Zakryjcie jej twarz
Wyd. Buchmann
Warszawa 2012

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Niebezpieczny "Kaznodzieja"


Kaznodzieja to drugi tom bestsellerowego cyklu szwedzkich kryminałów autorstwa Camilli Läckberg. Tom pierwszy, Księżniczka z lodu, przeczytałam w zeszłe wakacje i mimo, że mi się podobał, najwyraźniej nie na tyle by sięgnąć po kontynuację wcześniej niż po roku. Opłaciło się jednak, bo odnoszę wrażenie, że Kaznodzieja jest o wiele lepszy niż poprzednik.

Czytelnik znów ląduje w małej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej – Fjällbace, kiedy to mały chłopiec nad ranem znajduje w wąwozie zwłoki młodej kobiety, leżące na dwóch szkieletach. Biorąc pod uwagę, jak bardzo uczęszczane jest to miejsce, zarówno zwłoki jak i kości musiały zostać podrzucone w to miejsce nocą. Szybko okazuje się, że szkielety należały do dwóch młodych kobiet porwanych w 1979 roku. Obie przed śmiercią zostały poddane strasznym torturom, podobne spotkały świeżo zamordowaną. I nie będą to ostatnie trupy w tej powieści Niezbyt doświadczeni  w sprawach o morderstwo policjanci z miejscowego komisariatu rozpoczynają śledztwo.  Ich działania ciągle prowadzą do jednej i tej samej rodziny, której założyciel znany był jako bardzo szanowany kaznodzieja.

Jak już wspomniałam, ten tom podobał mi się bardziej niż poprzedni. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że Księżniczka z lodu nie miała atmosfery szwedzkiego kryminału. Chodzi o ten dobrze znany miłośnikom gatunku „nalocik”, coś nie do końca sprecyzowanego, a jednak obecnego w każdym kryminale skandynawskim. To coś sprawia, że choć bardzo różne, to jednak powieści Mankella, Larssona, Marklund, Fossum, Dahla, Jungsted i innych mają ze sobą coś wspólnego. I Kaznodzieja też to ma. Podobało mi się również społeczne tło wydarzeń – w tym przypadku obraz rodziny, pozostającej od olbrzymim wpływem jednego człowieka, kaznodziei, który nawet po śmierci wpływał na losy swoich dzieci i wnuków, sprawiając, że każdy obrał taką a nie inną drogę. Odkrywanie tych stosunków między członkami rodziny Hultów wraz z policjantami sprawiło, że nie raz po plecach przechodziły mi ciarki.

Książkę czyta się bardzo szybko, ja właściwie pochłonęłam ją w dwa dni, mimo obowiązków. Podobnie jak pisała kiedyś Tikichomiktaki o pierwszym tomie – można zawalić nie jedną ważną sprawę czytając książki Läckberg. Jedyną wadą, jaką tu dostrzegam jest fakt, że odkryłam kto zabijał sporo przed końcem książki. Mimo to jednak sięgnę po kolejne tomy, chociaż moją ulubioną szwedzką autorką kryminałów pozostanie Lisa Marklund.

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach sierpniowego wyzwania Trójka e-pik.



Camilla Läckberg Kaznodzieja
Wyd. Czarna Owca
Warszawa 2010

piątek, 3 sierpnia 2012

Przekonałam się do opowiadań


„Opowiadania letnie, a nawet gorące” to ostatnia przeczytana przeze mnie książka w ramach lipcowego wyzwania Trójka e-pik. Dopiero teraz zamieszam recenzję, bo przełom miesięcy był u mnie bardzo obfity w wydarzenia, poza tym przeprowadziłam się tymczasowo do siostry, skąd, jak się okazało, dojazd jest fatalny (wszędzie!), więc jak już wylezę z domu rano, to nie opłaca mi się wracać, póki wszystkiego nie załatwię.  Toteż pisać nie było kiedy. Ale do meritum.

Jest to chyba pierwszy przeczytany przez mnie tomik opowiadań (możliwe, że kiedyś coś czytałam, ale nie pamiętam, a raczej na pewno nie w całości). I przyznam od razu, że za opowiadaniami nie przepadam. Ten element wyzwania Sardegny był prawdziwym ‘wyzwaniem’, zwłaszcza, że jak na złość wszystkie tego typu pozycje się przede mną pochowały. Wygrzebałam w końcu w wojewódzkiej bibliotece „Opowiadania letnie” i podczytywałam sobie od czasu do czasu.

Opowiadania zgromadzone w tej książce za motyw przewodni mają – niespodzianka – lato. Toteż przeważnie spotykamy naszych bohaterów na wsi, nad jeziorem, w drodze, w letniej pracy, na plaży. Ale to, co przede wszystkim łączy te teksty, to miłość. Gdyż prawie każdy z nich opowiada o miłości. I to przeróżnej – tej zakazanej, tej minionej, tej niespełnionej, tej prawdziwej, choć już lekko zapomnianej w natłoku codziennych spraw. O miłości nastolatków i o miłości dojrzałej. O tej, która towarzyszy od lat, i o tej, która niezauważona przeleżała ćwierć wieku.  A lato i miłość, jak wiadomo, to idealny duet na letnie dni (i wieczory).

Jak to zwykle ponoć bywa z tym gatunkiem, nie jest to tomik (tomiszcze!) równy – zdarzają się teksty-perełki, które przywróciły moją wiarę w opowiadania, były teksty przyzwoite, i było dziadostwo. Do tych opowiadań, które mnie zauroczyły należą: : „Sekret” Małgorzaty Wardy – niesamowita atmosfera, świetne postaci i piękna, choć smutna historia do opowiedzenia, „Sansara” Macieja Przepiery – trochę przewrotna, ale jednocześnie fascynująca, „Lubczyk” Katarzyny Leżeńskiej – główna bohaterka tak bardzo przypomina moją siostrę, że aż chwilami myślałam, że to o niej ;) oraz „Rycerz w lśniącej zbroi”  Manuli Kalickiej – przezabawna sprawa! Poza tymi podobały mi się również opowiadania Bartka Świderskiego, Dominiki Stec, Filipa Onichimowskiego, Marka Harnego i Ireny Matuszkiewicz. I do tych autorów na pewno wrócę. Z drugiej strony mamy opowiadanie Janusza Leona Wiśniewskiego, którego prozy, podobnie jak flaczków (ogólnie, nie flaczków z Wiśniewskiego), nie trawię. Jest to jedyne opowiadanie, którego nie skończyłam, w połowie przerwałam lekturę – tekst zupełnie nie pasuje do reszty, nie ten styl, nie ta liga. Miałam wrażenie, że dodany został do tomiku, aby zwiększyć nakład.

Ogólnie „Opowiadania letnie” są dla mnie największym zaskoczeniem tego miesiąca – podchodziłam do nich jak pies do jeża, a okazały się naprawdę świetną lekturą. Niektóre opowiadania wręcz pochłaniałam, choć były i takie, które musiałam sobie dzielić na porcje, bo były ciężej strawne. Myślę, że z przyjemnością sięgnę po analogiczny tom „Opowieści wigilijne”, bo czuję, że warto. A wam na lato polecam tom letni.

Moja ocena: 4,5/6

Moje oceny poszczególnych opowiadań (zrezygnowałam tutaj z połówek, a ze względu na uboższą formę, również moje oceny są bardziej na czuja niż te, które daję powieściom):

1.       Niewierność – Janusz Leon Wiśniewski 2/6
2.       Sekret – Małgorzata Warda 6/6
3.       Pierwsze wrażenie – Bartek Świderski 5/6
4.       Pierścionek bez oczka – Monika Szwaja 4/6
5.       Boso po rosie – Dominika Stec 5/6
6.       Sansara – Maciej Przepiera 6/6
7.       Ach, jakie piękne róże – Ewa Ostrowska 4/6
8.       Szczury – Filip Onichimowski 5/6
9.       Słońce – Monika Mostowik 3/6
10.   Morderca Motyli – Zosia Mossakowska 4/6
11.   Nad Biebrzą – Iwona Menzel 4/6
12.   Narzeczona diabła – Irena Matuszkiewicz 4/6
13.   Kocurek – Bartosz Łapiński 4/6
14.   Lubczyk – Katarzyna Leżeńska 6/6
15.   Kogel-mogel, czyli pechowe przypadki Florentyny – Magdalena Kordel 6/6
16.   Proste Zlecenie – Jarosław Klejnocki  4/6
17.   Rycerz w lśniącej zbroi – Manula Kalicka 6/6
18.   Lipcowy deszcz – Marek Harny 5/6
19.   Ewenement szczęścia – Małgorzata Domagalik 3/6
20.   Tunel – Grażyna Bąkiewicz 3/6

wtorek, 31 lipca 2012

Co za dużo to kiepskie, czyli o słabszym tomie dobrej serii


Przyznam szczerze, że z tą książka miałam straszny problem. I to zarówno z przeczytaniem jej, jak i z późniejszym recenzowaniem. Jaki problem? Posłuchajcie.

Serię o Anicie Blake zaczęłam czytać 3 lata temu, kiedy na polskim rynku dostępne były tylko pierwsze 4 tomy cyklu liczącego tych tomów, na chwilę obecną, 21. Ponieważ Zmierzchomania była wtedy w swym krytycznym stadium, na rynku pojawiło się nie tylko wznowienie, ale i raz do roku Zysk i s-ka wydaje kolejne tomy. Stosunkowo niedawno do polskiego czytelnika trafił tom ósmy, „Druga pełnia”.

Zanim wypowiem się co do tegoż tomu, parę słów, o czym jest cykl. Główna bohaterka, Anita Blake, jest nekromantką, zarabia nażycie ożywiając trupy, głównie w celu ich czynnego udziału w postępowaniu spadkowym (swoją drogą – bardzo praktyczne!). Oprócz tego jest też licencjonowaną egzekutorką wampirów. Bo w tym alternatywnym świecie wampiry nie tylko żyją, ale mogą legalnie wysysać krew, byle nie do ostatniej kropli. Za takie śmiertelne ukąszenie wampiry są skazywane, a egzekucja należy do takich jak Anita wykwalifikowanych pracowników zatrudnionych na umowę o dzieło.

Cykl o Anicie Blake to żaden „Zmierzch” dla dorosłych”. Nie filozofia zen dla kumatych inaczej. Nie pełna miłości i piękna opowieść o odwiecznej walce dobra ze złem. To opowieść o walce zła z jeszcze gorszym złem, o wampirach, wilkołakach, wróżkach, trollach i innych takich przyjemniaczkach którzy występują w tych rolach, jakie dla nich napisano dawno, dawno temu – czyli potworów. Leje się krew, pot i łzy, bebechy i zęby latają w powietrzu częściej niż cięte riposty. Główna bohaterka to nie zwiewna nimfa pragnąca pokoju na świecie. Choć nie jest psychopatką, Anita Blake nie patyczkuje się ze swoimi wrogami, gdy ktoś grozi jej i jej przyjaciołom, wyciąga giwerę lub nóż wielkości miecza i wali gdzie popadnie. A później zadaje pytania. Potrafi ożywić zmarłych, więc to nie problem.

Jak widać, nie jest to literatura wysokich, ani nawet średnich lotów. Ale jest, a przynajmniej była, świetna rozrywka. Do tomu siódmego. Bowiem ósmy rozczarowuje.  „Druga pełnia” wydaje mi się najsłabszą jak do tej pory częścią cyklu. Wprawdzie czyta się tak samo dobrze i szybko, postaci dalej mi się podobają (niektóre nawet bardzo), ale po raz pierwszy nie wiem o co chodzi. W każdym tomie była jakaś fabuła, dzięki czemu wszystko co się działo prowadziło do wielkiego finału – i było wiadomo, co bohaterowie muszą osiągnąć, aby przeżyć. Nie wiedzieliśmy tylko – jak? A tutaj mi tego brakuje. Są sceny walki, są sceny pojednania, są wampiry, wilkołaki, wiedźmy – tylko nie ma żadnego powodu, dla którego te wszystkie wydarzenia mają miejsce. Przynajmniej ja go nie widzę – ginie pod tymi wszystkimi scenami walki i seksu. Odnoszę wrażenie, że autorka powoli traci dobre pomysły na fabułę, dlatego zaczyna kombinować, wkłada w usta bohaterów słowa, których te nigdy by nie wypowiedziały, bo nie takimi je stworzyła. Anita zaczyna tracić swój kręgosłup moralny, te wszystkie cechy, za które ją szanowałam, które odróżniały są od tych wszystkich omdlewających panienek, które zwykle są bohaterkami wampirzych książek.  Cała seria zaczyna zamieniać się w żałosną parodię siebie samej. Bardzo to smutne, bo tom siódmy czytałam z szałem w oczach, nie mogłam się oderwać. Tutaj nie mogłam się zmusić do powrotu i doczytania ostatnich dwustu stron.

Mam nadzieję, że tom dziewiąty trochę dźwignie serię na nogi. Dlatego nie mówię jej jeszcze żegnaj. Ale parafrazując opinię mojej siostry na temat innego cyklu – „czytałam już lepsze części. Wszystkie inne”.

Czy polecam? Trudno powiedzieć – fani Anity Blake przeczytają tak czy siak, natomiast tych, którzy jeszcze nie znają tej serii, odsyłam to tomu pierwszego („Grzeszne rozkosze” – swoją drogą, pożyczyłam ten tom, jak idiotka, w Bibliotece Jagiellońskiej, gdzie książki osobiście przynosi pracownik. Wzrok tego pana kiedy przeczytał tytuł – bezcenne), naprawdę warto to przeczytać.  I tutaj z pełna odpowiedzialnością mówię – polecam. Pierwsze 7 tomów jest genialne, dla tych, którzy lubią sensacje pomieszaną z fantastyką i alternatywnym budowaniem rzeczywistości, to lektura absolutnie obowiązkowa.

Moja ocena cyklu – 5/6
Moja ocena tego tomu – 2,5/6 – po znajomości.

Laurell K. Hamilton „Druga pełnia”
Wyd. Zysk i s-ka
Poznań 2012

Lista tomów cyklu o Anicie Blake:
1.       Grzeszne Rozkosze
2.       Uśmiechnięty Nieboszczyk
3.       Cyrk Potępieńców
4.       Kafejka u Lunatyków
5.       Trupia Główka
6.       Taniec Śmierci
7.       Całopalne ofiary
8.       Druga pełnia


Książka przeczytana w ramach wyzwania  Trójka e-pik.

piątek, 27 lipca 2012

"Każdy szczyt ma swój Czubaszek"


Kupiłam tą książkę mojemu tacie w charakterze prezentu gwiazdkowego. Przeczytał, podobała mu się (tak twierdzi), odłożył na półkę. Tak by się skończył mój z nią kontakt, gdyby na blogach nie zaczęły masowo pojawiać się recenzje wywiadu pana Andrusa z panią Czubaszek. I to recenzje nie tylko pozytywne, ale wręcz entuzjastyczne. A ja tak czytałam te recenzje bez specjalnego przekonania, bo i pani nie była mi znana zbyt dobrze, ani wywiadów-rzek nie czytam. Generalnie, wydawało się, może ta książka sobie leżeć tam gdzie leży i ja jej wadzić nie będę a ona mnie również nie. Ale woda drąży skałę – po kolejnych tekstach zachwalających zaczęłam powoli przekonywać się do tej lektury, aż w końcu, po 7 miesiącach, zabrałam ją z sobą na leżenie i smażenie na działce.

No i teraz nie pozostaje mi nic innego, jak dołączyć do chóru piewców tego dzieła. Bo wszystko w tej książce jest dobre. Życie i twórczość pani Marii Czubaszek – czyli i imprezy, i psy, i działalność satyryczna, mogłyby być dobrym materiałem na niejedną komedię. Choć sama zainteresowana nie uważa się za bohaterkę szczególnie fascynującą, to osoba postronna, zwykły zjadacz chleba, czytając o jej przygodach, nie raz zaśmieje się w głos, albo chociaż uśmiechnie pod nosem. Ale też te wszystkie epizody śmieszne i mniej śmieszne nie wyszłyby pewnie na światło dzienne, gdyby wywiad ten przeprowadził ktokolwiek. Ale przeprowadził go Artur Andrus, którego to pana szczerze podziwiam – każde jego pojawienie się na scenie kabaretowej jest zapowiedzią doskonalej rozrywki (można powiedzieć, że lubiłam pana Artura zanim to stało się cool ;)). Nie tylko długie lata pracy w „tym” biznesie, nie tylko talent satyryczny, ale i długoletnia znajomość z panią Marią powoduje, że czytelnik nie czyta sobie, ot, wywiadu, tylko raczej podsłuchuje prywatną rozmowę dwojga przyjaciół. A jak to w takich rozmowach bywa – tematy się zmieniają jak w kalejdoskopie, czasem niektóre wątki prowadzą na manowce, jest miejsce na gry słowne, na drobne złośliwości. Dlatego zapewne przeczytałam tą książkę w dwa dni.

Dużą zaletą jest przeplatanie rozmowy tekstami autorstwa pani Czubaszek, tekstów innych osób o niej, zdjęciami, rysunkami, faksymile… Słuchamy o czymś, i jednocześnie mamy to przed oczami. Niesamowite wrażenie. Tak samo, jak niesamowita jest osoba pani Marii. Choć nie ze wszystkim, co mów, bym się zgodziła, to przecież nie o to chodzi – chodzi o to, że ma ona jakiś swój  pomysł na życie, jakieś zdanie na pewne tematy, i, jak to mówi, „będzie się trzymać tej wersji”. A jednocześnie ma do siebie i do świata dystans, którego wielu mogłoby się od niej nauczyć. Cieszę się, że przeczytałam tą książkę, bo dzięki niej poznałam fascynujący życiorys, kawał polskiej historii działalności rozrywkowej, wiele nazwisk, których nie znałam, lub znałam słabo. A przy tym miałam świetną zabawę. Więc polecam szczerze każdemu, nawet jak nie lubicie wywiadów, bo to jest zupełnie nowa jakość na polskim rynku wydawniczym – nie tylko ciekawe, ale i ładnie wydane. Po prostu Dobre.

Moja ocena: 5,5/6

„Każdy szczyt ma swój Czubaszek” Maria Czubaszek w rozmowie z Arturem Andrusem.
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2011

środa, 25 lipca 2012

Kości zostały wrzucone... do dołu


Temperance Brennan jest antropologiem sądowym współpracującym z policją w Charlotte w USA i Montrealu w Kanadzie. Wkracza do akcji zawsze wtedy, kiedy tradycyjna medycyna sądowa jest bezradna – kiedy szczątki ludzkie są tak zniszczone lub stare, że jedynie analiza kości może pomóc w ustaleniu przyczyny zgonu i schwytaniu winnego.

W tomie „Nagie kości” dr Brennan musi zrezygnować z wakacji w towarzystwie obłędnie przystojnego kanadyjskiego policjanta, Andrew Ryana, by zająć się szczątkami znalezionymi we wspólnym grobie z martwymi niedźwiedziami. Wkrótce przyjdzie jej również zbadać znalezione w wychodku dłonie i czaszkę. W tym samym czasie zostaje wezwana na miejsce katastrofy małego samolotu, w której zginęło dwóch mężczyzn. Powoli okazuje się, że śledztwa w tych trzech sprawach mogą być ze sobą powiązane, a wszystko to ma związek z handlem narkotykami i gatunkami roślin i zwierząt, którym grozi wymarcie.

Kryminały o Temperance Brennan czytam systematycznie od dwóch lat. Po przeczytaniu pierwszego z nich (który był tak naprawdę jedenastym) zaczęłam oglądać serial, i od tamtej pory jestem jego fanką, tak jak i powieści. I choć między nimi zachodzi sporo różnic (miejsce akcji, osobowość i wiek głównej bohaterki, pozostałe postacie, atmosfera) to oba są świetne, choć nie bez wad. Do zalet książek należy na pewno fakt, iż pisane są w całości przez profesjonalistkę. Kathy Reichs jest antropologiem sądowym, a książkowa Brennan zawiera w sobie wiele cech samej autorki, główne w sferze zawodowej. Zawód autorki nie pozwala jej na robienie skrótów myślowych, dlatego jej opisy dotyczące antropologii są zawsze pełne i dokładne, a jednak ciekawe. Reichs często też umieszcza w swoich powieściach ciekawostki na temat historii, prawa czy różnych dziedzin nauki. W każdym tomie jest inne tło społeczne, na które autorka stara się zwrócić uwagę czytelnika – raz jest to ludobójstwo w Gwatemali, a innym razem (jak tu) zagadnienie zagrożonych gatunków – prawa pełnego luk, oportunizmu ścigania i olbrzymiej ilości zwierząt i roślin, których ten problem dotyczy. Zawsze więc, czytając Kości, obok rozrywki mamy też ciekawe wiadomości, dzięki którym po zakończeniu lektury jesteśmy mądrzejsi niż przed nią, a to się rzadko zdarza przy amerykańskich kryminałach.

Oczywiście nie obyło się też bez wad. Największą jest to, że w każdym tomie dziwnym trafem wszystkie pięć czy sześć wątków łączy się w jedną sprawę, prowadząc do grand finale – które to finale jest zawsze podobne do tych z innych tomów. Autorka jedzie schematem, raz jej to wychodzi lepiej, raz gorzej. „Nagie kości” zdecydowanie należą do pierwszej kategorii – mimo schematu i połączonych wątków mamy ciekawą zagadkę, mnóstwo ciekawostek, świetny styl, który powoduje, że czyta się to łatwo i przyjemnie. Dlatego polecam wszystkim fanom serialu Kości, jak i miłośnikom dobrej sensacji.


PS Jak pisałam, ja czytanie serii zaczęłam od końca. Nie jest to może najszczęśliwszy pomysł, ale możliwy, gdyż autorka w każdym tomie przybliża, co stało się w życiu prywatnym bohaterki do tej pory, więc czytelnik nie ma poczucia, że coś stracił. Czytanie chronologiczne może być ponadto utrudnione, gdyż tom pierwszy „Deja dead” jest niedostępny prawie nigdzie, a nieistniejące wydawnictwo Red Horse, które wydało pierwsze tomy Kości, z jakiegoś powodu postanowiło pominąć tom 8. Obecnie wydawanie powieści Reichs przejęło wydawnictwo Sonia Draga, ale nic  nie zapowiada, aby na naszym rynku miał pojawić się zaginiony tom. Swoją drogą, ciekawe, co w nim jest takiego, że polski czytelnik nie powinien tego czytać?

Moja ocena: 5/6

Kathry Reichs „Nagie kości
Wyd. Red Horse
Lublin 2008