O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

czwartek, 5 czerwca 2014

Conf calle, workflowy, BHP czyli korpo-świat na wesoło (i trochę starszno)

Może to nie zbyt poprawne politycznie wyznanie, ale zawsze z dużą dozą ostrożności podchodzę do pozycji literackich wydanych przez małe, niszowe albo nowopowstałe wydawnictwa. Niby wiem, że bycie wydanym przez jednego z wielkich graczy rynku wydawniczego nie oznacza automatycznie, że książka jest świetna (każde z nas wielokrotnie miało do czynienia z gniotami ze znanych oficyn), jednak wciąż pokutuje we mnie to błędne myślenie. Co za tym idzie, z obawą sięgnęłam po powieść  Good morning korporacjo Radka Bielińskiego wydane przez Wydawnictwo Inspiracje. Okazało się, że obawy były niepotrzebne, a książka jakością nie odstaje od wielu bestsellerów.

MaxiMind to korporacja która podobnie jak szereg realnie istniejących zajmuje się księgowaniem dla innych firm. I podobnie jak w wielu innych, i tutaj panuje ściśle określona hierarchia – poznajemy zatem od samego dołu – Pana Eugeniusza, Senior Maintanance Specialist czyli ciecia, Kazika – szeregowego księgowego zajmującego się grą w piłkarzy ki, a w wolnych chwilach matchującego faktury do systemu, jego Team Leadera Włodka, stojących ponad Włodkiem Dedricka, Van Rattera i dopiero co awansowanego na Head of Strategy Rudolfa, oraz tajemniczego CEO – Rona. Wszyscy oni zajmują się tworzeniem nowych procedur zgodnych z BHP, uruchamianiem worflowów, sporządzaniem raportów i prezentacji w Power Point… czyli nikt tak naprawdę nie wie czym.

Autor stworzył bardzo sprawnie napisaną satyrę na korporacyjny świat. Wieloletnie doświadczenie zdobyte w tego typu firmach pozwoliło mu na biegłe opanowanie korpo-nowomowy, która często dla osoby spoza środowiska może być niezrozumiała. Jak się okazuje jednak, również dla samych bohaterów nie wszystko jest tak do końca jasne, jednak wzorem poddanych cesarza nikt nie ośmieli się krzyknąć, że „cesarz jest nagi”. MaxiMind to przejaskrawiony przykład tego, co w korporacjach bezsensowne i nieludzkie, ale jednocześnie jest to obraz bardzo śmieszny. Jednak pod tą powłoczką można dopatrzeć się ciekawego komentarza społecznego – porozumiewanie się specjalnym językiem, nadawanie wyszukanych tytułów, pranie pracownikom mózgów – to wszystko mniej lub bardziej jest obecne w wielu firmach, zwłaszcza tych wielkich, zatrudniających setki czy tysiące ludzi. To, co początkowo wydaje się śmieszne, zaczyna być coraz straszniejsze, a mimo, że autor pod koniec trochę popłynął na fali wyobraźni, książka wciąż jest wiarygodna (przy świadomości wyolbrzymienia niektórych cech korporacji).

Good morning korporacjo jest świetnie napisaną, zabawną ale też czasem przerażająco prawdziwą współczesną polską powieścią, przy której można nieraz płakać ze śmiechu. Szczególnie polecam wszystkim tym, którzy pracują w firmach tego sortu i jeszcze potrafią się z siebie śmiać, oraz tym, których interesują korporacyjne tematy. Książkowy MaxiMind to zlepek wszystkiego, co złe w korpo-świecie, nie należy jednak zapominać, że każde z tych przedsiębiorstw jest inne – jedne przyjaźniejsze, inne mniej – ale chyba jednakowo zabawne dla planktonu z zewnątrz.

Moja ocena: 5/6

Radek Bieliński Good morning korporacjo
Wyd. Inspiracje
Bielsko-Biała 2012


Za książkę serdecznie dziękuję Wydawcy.

wtorek, 3 czerwca 2014

I znowu Wiedeń

Nie wiem, jak Wam, ale mnie ten maj przepatatajał przed oczyma w takim tempie, że jedyne co zdołałam zrobić, to smętnie pomachać mu nieco zesmarkaną chusteczką (gdyż od dwóch tygodni walczę z przeziębieniem i niestety, przegrywam). No i kiedy ten maj tak sobie biegł, to ja nabrałam przekonania, że drugi, obiecany post o Wiedniu już się dawno ukazał. A teraz widzę, że się jednak nie ukazał. Jeżeli jest zatem ktoś, kto mnie jeszcze lubi i mnie nie opuścił, to zapraszam na relacji część drugą.

Nie ma Wiednia bez Schönbrunnu, każdy to wie. Obligatoryjnie, kiedy się przybywa do stolicy Austrii, trzeba udać się jeśli nie do pałacu, to chociaż do parku
wokół niego lub do ZOO. Ponieważ w naszej nielicznej grupie każdy pałac już zwiedzał, a pogoda była obłędna, udało mi się namówić towarzyszki na ogród zoologiczny właśnie. Bo to konkretne ZOO jest najwspanialsze na świecie (wśród tych trzech, co je widziałam, ale zawsze). Wiele wybiegów jest naprawdę dużych rozmiarów, porównując z ZOO krakowskim, są w nich odtworzone warunki naturalne (na tyle na ile to możliwe), a niektóre zwierzaki chodzą sobie zwyczajnie po alejkach – taka na przykład kaczka. Załoga jest różnorodna – są i pandy, i zebry, małpy wszelkiego autoramentu, nosorożce, żyrafy i słonie. Ale są i kury. I taki
śmieszny sęp. ZOO jest tak rozległe, że można spędzić w nim cały dzień i jeszcze wszystkiego nie zobaczyć, toteż zważywszy na plany popołudniowe po ponad czterech godzinach opuściłyśmy zwierzaki, nie odwiedzając wcześniej niedźwiedzi. Ale pomachałiśmy pingwinom, więc dzień nie był stracony.
































Kolejnego dnia w okrojonym składzie: moja siostra i ja, wybrałyśmy się na nieco mniej znaną i uczęszczaną
miejscówkę wiedeńską, mianowicie cmentarz St Marx, gdzie m. in. znajduje się symboliczny grób Mozarta. Kiedy nie udało się ustalić faktycznego miejsca pochówku kompozytora, ustawiono kamień nagrobny w najbardziej prawdopodobnym miejscu, po kilku latach przeniesiono do na bardziej reprezentacyjny Zentralfriedhof, pozostawiając tylko skromny pomnik na cmentarzu, gdzie Mozart zaiste został pochowany. Samo miejsce jest trochę straszne, ale jednocześnie bardzo urokliwe. Używano go do roku 1874, następnie zamknięto i przez lata pozwolono mu niszczeć. W XX wieku został ponownie otwarty dla publiczności, dokonano niezbędnych napraw, jednak szereg grobowców grozi zawaleniem i jest zabezpieczona metalowymi siatkami. Bezpośrednio nad cmentarzem przebiega fragment autostrady, dlatego zapewne większość alejek jest mocno zarośnięta – korony drzem i chaszcze chronią nagrobki przed zanieczyszczeniami. Jednocześnie stworzyło to wrażenie
zapomnienia, i nawet w piękne, słoneczne przedpołudnie odwiedzający może poczuć lęk i trwogę.

Po takich wrażeniach i świetnej kawie na Kartnerstraße trzeba było trochę odreagować. A gdzie można bawić się lepiej niż na Praterze, zwłaszcza, gdy jest akurat Święto Pracy? U nas wciąż jeszcze 1 maja zalatuje lekko poprzednim ustrojem, w Wiedniu zaś cały dzień panowała atmosfera festynu, a apogeum osiągnęło ona wieczorem na Praterze. Chyba całe miasto spotkało się tam, by wspólnie świętować. Światła, balony, muzyka, śmiech, jedzenie i wesołe miasteczko – czyli przepis na udaną zabawę. Ja na Prater udałam się z podwójną misją – odnaleźć i przejechać się na tej samej karuzeli, która tak mi się podobała przed laty, oraz zakreślić kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią – czyli przejechać się na
kolejce górskiej. O ile karuzela nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak siedem lat temu, o tyle kolejka… Dość powiedzieć, że adrenalina skoczyła mi tak, jak jeszcze nigdy, nawet grupa metali z mojego wagonika darła się ze strachu, a nie była to ta największa kolejka na Praterze. Więc cel na następny raz – duży rollercoaster!


A punkt o 10 na niebie rozbłysły piękne fajerwerki. Festiwalowa atmosfera, piękna pogoda i kolorowe światła na ziemi i na niebie – nie można sobie wyobrazić lepszego pożegnania z miastem. Owszem, byłyśmy w Wiedniu jeszcze jeden dzień, ale poświęciłyśmy go głównie na zakupy i pakowanie, zatem sztuczne ognie na Praterze stanowiły ostatni punkt turystycznego planu. I jednocześnie najlepszy, bo nie był w ogóle planowany.


niedziela, 1 czerwca 2014

Czytamy o miastach w czerwcu czyli kolejna odsłona Wyzwania


Czy Wam też maj minął tak niespodziewanie? Dopiero co odpoczywaliśmy w czasie długiego weekendu, a tu już Dzień Dziecka. A tym samym nadchodzi czas na zmianę kategorii w Wyzwaniu Miejskim. W maju czytaliśmy o Sztokholmie i Lublinie, a konkretnie czytałam anetapzn i ja:

1. anetapzn - Michael Katz Krefeld Wykolejony   Sztokholm
Hakan Nesser Karambol  Sztokholm

2. Viv - Asa Larsson Burza Słoneczna   Sztokholm


Zaś na czerwiec zachęcam Was do sięgnięcia po dwa typy książek:
Książki o Paryżu (zgodnie z prośbą Anety)
lub
kryminały, których akcja osadzona jest w jednym z polskich miast

Co do Paryża, polecić mogę m. in.:
Jennifer L. Scott Lekcje Madame Chic
Georges Flipo Pani komisarz nie znosi poezji
Aleksander Dumas Dama kameliowa
Stephen Clarke Paryż na widelcu: sekretne życie miasta
Patrick Suskind Pachnidło
Chris Ewan Dobrego złodzieja przewodnik po Paryżu
i inne, których jeszcze nie czytałam:
Victor Hugo Nędznicy, Dzwonnik  z Notre Dame
Erich Maria Remarque Łuk Triumfalny
Emile Zola Nana, Wszystko dla pań
Gaston Leroux Upiór Opery
William Wharton Spóźnieni kochankowie
Pierre La Mure Moulin Rouge
Tracy Chevalier Dama z jednorożcem
Stephen Clarke Merde! Rok w Paryżu
Joanne Harris - Rubinowe czółenka
Isabelle Lafleche - Kocham Paryż
Khaled Hosseini  I góry odpowiedziały echem

Jeśli zaś chcecie poczytać dobry, polski, miejski kryminał, odsyłam do tych autorów:
Marek Krajewski
Mariusz Czubaj
Tomasz Konatkowski
Zygmunt Miłoszewski
Joanna Chmielewska

Paweł Pollak Gdzie mól i rdza
Błażej Przygodzki Z chirurgiczną precyzją
Bartłomiej Rychter Kurs do Genewy
Zofia Małopolska Morderstwo tuż za rogiem
Anna Fryczkowska Starsza pani wnika

Miłego czytania i pogodnego czerwca życzę!

sobota, 31 maja 2014

Zorza polarna, Bóg, śmierć i tajemnice czyli kolejny szwedzki kryminał

No i zapoznałam się z kolejną skandynawską autorką kryminałów. Po sztokholmskiej Marklund i fjallbackiej Lackberg, gotlandzkiej Jungstedt i norweskiej Fossum przyszedł czas na podbiegunową Larsson. I muszę powiedzieć, że panie z północy też potrafią pisać, może nawet lepiej niż panowie – do tej pory bowiem na żadnej autorce ze Skandynawii się nie zawiodłam.

Burza słoneczna to pierwszy tom cyklu kryminałów, których główną bohaterką jest prawniczka specjalizująca się w podatkach, Rebeka Martinsson, która stara sobie ułożyć życie w stolicy Szwecji, jednak niezałatwione sprawy z przeszłości ciągną ją z powrotem do rodzinnej Kiruny. Gdy tu przybywa wplątana zostaje w kryminalną sprawę, a jej rozwiązanie wymagać będzie nie tylko współpracy z lokalną policją i odwagi, ale przede wszystkim rozprawienia się z demonami z przeszłości, które wygoniły ją z miasta, oraz specjalistycznej wiedzy prawniczej.

Kiruna to miasto na północy Szwecji, gdzie w czasie nocy polarnej jasno robi się raptem na chwilę, jednak wszechogarniające ciemności nie wpływają jednakowo na charakter i nastrój wszystkich – są tu i ludzie dobrzy, i źli, słabi i silni, opanowani i szaleni. Gdy miasto staje się ośrodkiem religijnego przebudzenia, dochodzi do połączenia kilku samodzielnych kościołów chrześcijańskich, a jednym wspólnym zborem zawiadują naraz trzej pastorzy. Jednak najważniejszą postacią, przyciągającą wiernych, jest młody Wiktor Strandgard, który przeżywszy śmierć kliniczną odnalazł Boga i stał się charyzmatycznym duchowym przywódcą. Od pobożności do obsesji i szaleństwa droga nie jest jednak tak daleka, a rozbieżność celów do których dąży zbór oraz zazdrość i strach, prywatne porachunki i tajemnice mogą doprowadzić do eskalacji działań. Kiedy Wiktor zatem zostaje brutalnie zamordowany, policja, prokuratura i Rebeka będą mieli niełatwe zadanie, by odkryć przyczyny i sprawcę jego śmierci.

Czytało mi się Asę Larsson bardzo szybko, przyjemnie i płynnie. Chociaż miałam kilku podejrzanych, do samego końca nie mogłam jednoznacznie określić, kto i dlaczego zabił. To niewątpliwa zaleta – jeśli po tylu przeczytanych kryminałach autorowi udaje się mnie zaskoczyć, to znaczy, że to była dobra książka. I na pewno nie ostatnia z tego cyklu, po którą sięgnę.

Burzę słoneczną wybrałam do mojego Wyzwania Miejskiego jako lekturę sztokholmską, jednak okazało się, że stolica Skandynawii pojawia się zaledwie na paru kartkach. Jednak z braku czasu zaliczam ją do edycji majowej (dowód na to, że czasem jednak warto czytać blurby z tylnej okładki do końca).

Moja ocena: 5,5/6

Asa Larsson Burza Słoneczna (Burza z krańców ziemi)
Tłum. Beata Walczak-Larsson
Wyd. Literackie

Kraków 2013

niedziela, 25 maja 2014

PS Kocham Cecelię Ahern

Holly jest za młoda na to, by być wdową. Gdy jej mąż Gerry po kilku miesiącach choroby umiera na guza mózgu, cały świat wokół jakby się zatrzymuje  – Holly nie może znaleźć sił na to, by wstać z łóżka, a co dopiero wyjść z domu, spotkać się z przyjaciółmi, posprzątać dom,  znaleźć pracę…  Na szczęście, przed swoim odejściem Gerry sporządził listę rzeczy do zrobienia, kiedy jego już zabraknie. Pisze po jednym liście na każdy z dziesięciu miesięcy jakie pozostały w roku jego śmierci, w każdym zaś zawarte jest dla Holly jedno zadanie. Wykonanie ich pozwoli młodej wdowie na powolny powrót do normalności.

Nie tak znowu często zdarza mi się zachwycać książką, trochę rzadziej się to zdarza, gdy dany tytuł jest chwalony od lat ze wszystkich stron (zbyt duże oczekiwania niszczą wrażenia), a kiedy książka jest kwalifikowana do tzw. literatury kobiecej, to jednak trudno wtedy doszukać się czegoś oryginalnego, co faktycznie mogłoby wywołać zachwyt. Jednak PS Kocham cię tak właśnie na mnie zadziałało. Już sam pomysł na fabułę jest wyjątkowy, jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się czytać czegoś podobnego. Zadania, które przygotował dla Holly Gerry, oraz wyzwania przed jakimi staje bohaterka, są ułożone dokładnie w takiej kolejności, w jakiej potrzebne są, by poradzić sobie powoli z żałobą i nauczyć się żyć z pięknymi wspomnieniami, bez zapominania, że życie toczy się dalej. Holly znajdzie się nieraz w sytuacji, których zakończenie wydaje się przewidywalne, jednak nigdy takie nie jest. Autorka potrafi jednocześnie rozbawić i wzruszyć do łez nawet takiego twardziela jak ja (serio, płakałam do tej pory tylko wtedy, gdy umierał Mufasa). Zakończenie zaś zupełnie mnie zaskoczyło, początkowo nawet miałam to Ahern za złe, ale potem uzmysłowiłam sobie, że nie mogło być inne – ani dobre, ani złe, takie jak samo życie. Pewne jest, że dawno żadna lektura nie wywołała we mnie tyle emocji i nie pobudziła do tylu przemyśleń nad moim życiem, zachowaniem, nad tym, do czego daję sobie prawo, a do czego nie.

Główna bohaterka, Holly, też jest daleka od ideału – muszę przyznać, że miałam trochę trudności w stuprocentowym polubieniu jej, a chwilami chociaż szanowaniu. Holly przez większość dorosłego życia była żoną swojego męża. Nie miała innych zainteresowań, nie miała przyjaciół, którzy byliby tylko jej, nie miała pracy, którą by lubiła. Wszystkie jej dobre i złe wspomnienia mają związek z Gerrym. Trudno się zatem dziwić, że po jego odejściu tak trudno było się jej pozbierać. W czasie czytania jednak ani razu nie miałam poczucia, aby Holly była nieprawdziwa. Mogę nie popierać jej stylu życia i się mu dziwić, ale nie mogę powiedzieć, aby to życie było nieprzekonujące, było po prostu zupełnie inne niż moje. Holly przeżyła miłość, jaka nieczęsto się zdarza, i dzięki Cecelii Ahern czytelnicy mogą choć przez chwilę poczuć to, co bohaterka powieści. I za to autorce dziękuję.

Czy inne powieści Cecelii są równie zachwycające?

Moja ocena: 5,5/6

Cecelia Ahern PS Kocham cię
Tłum. Monika Wiśniewska
Wyd. Akurat
Warszawa 2013



sobota, 24 maja 2014

Po pierwsze - jak Wy to robicie? Po drugie - Śliwka

Zanim przejdę do meritum sprawy, pragnę złożyć hołd i wyrazy uwielbienia dla tych wszystkich blogerek i blogerów książkowych (bo innych osobiście nie znam, to nie wiem, jak to u nich wygląda). Hołd bo dają radę. Ja mam tylko pracę, poza tym – nada. Nie ma dzieci płaczących w przedszkolu Innych też nie ma), nie ma obiadu do ugotowania, nie ma domu do sprzątania. Jestem tylko ja i trzy tramwaje, którymi dojeżdżam do pracy i z powrotem. Ale nie ja jedna tutaj pracuję na cały etat i dojeżdżam, a Wy dajecie radę, a ja po powrocie idę spać i tyle mnie jest. Jakieś rady, kiedy znaleźć czas na życie?

Na czasy szalone i męczące najlepsza jest prosta, sympatyczna, rozweselająca i sprawdzona książka. Kolejna część znanego nam cyklu najlepiej. Ja tych cykli mam już pozaczynanych mnóstwo, ale jeden przychodzi mi do głowy na niechcicę niczego – Śliwka. Dla niewtajemniczonych – powieści Janet Evanovich o przygodach Stephanie Plum.  Chocidział wokół drugiego tomu kilka miesięcy, aż pewnego dnia po prostu wstałam i po nią poszłam. Przeczytałam w dwa dni. Pośmiałam się. Było fajnie.

W tomie drugim Stephanie dalej zmaga się z uciążliwościami zawodu łowcy nagród. Od naszego pierwszego spotkania upłynęło już trochę czasu, ale bohaterka dalej jest tak samo uroczo nieogarnięta – cudowna odmiana to wszędobylskich Mary Sue. Może trochę lepiej strzela, ale wciąż, gdy przychodzi co do czego, wybiera najgorsze możliwe rozwiązanie, mnoży niebezpieczeństwo razy dwa i wchodzi prosto w paszczę lwa z uśmiechem i pieśnią na ustach. Powraca również babcia Mazurowa, która tym razem odegra o wiele ważniejszą rolę w całej fabule, i jak zwykle dostarczy czytelnikowi wiele radochy. Bo to zaiste babunia z piekła rodem.

Ten tom wydał mi się o niebo lepszy od pierwszego, który też mi się przecież bardzo podobał. Tutaj jednak fabuła była bardziej pogmatwana i mniej naiwna niż w poprzednim – widać, autorka się rozwija. Ogólnie – druga Śliwka dostarczyła mi wiele rozrywki, zdecydowanym ruchem portfela zaopatrzyłam się więc w kolejne dwa tomy, które teraz czekają na następną książkową niechcicę. A tym z Was, którzy się jeszcze nie zapoznali, szczerze polecam!

Moje ocena: 5/6

Janet Evanovich Po drugie dla kasy
Tłum. Dominika Repeczko
Wyd. Fabryka Słów

Lublin 2012

sobota, 17 maja 2014

Kto chce pozwiedzać ze mną Wiedeń? - RELACJA

Widok na Wiedeń
Wiedeń zawsze mi się podobał, ale z każdą kolejną wizytą działa na mnie jeszcze bardziej – to miasto, które potrafi zachwycić na pierwszy rzut oka, a gdy dać mu więcej czasu, rozwinie całą gamę swoich zalet – porządek, piękno, historia, publiczny transport, świetna kawa… Można by tak wyliczać w nieskończoność. Nie dziwi zatem, że wielu naszych rodaków (i nie tylko naszych) wybrało Wiedeń na swoje miejsce zamieszkania. Naprawdę, obgadywanie czyjegoś dresu na głos nie jest dobrym pomysłem, bo zewsząd
można usłyszeń nasz rodzimy język.

Plany na mój pobyt miałam bogate, głównie toczyły się one wokół muzeów i galerii, których nie odwiedziłam przy poprzednich okazjach. Jednak zachwycająca pogoda skutecznie powstrzymywała mnie od wchodzenia do wnętrz – błękitne niebo, pełne słońce i momentami 30 stopni Celsjusza.
Podziemia kościoła Kapucynów

W związku z tym nasze zwiedzanie zaczęłyśmy od… zejścia do podziemi kościoła Kapucynów, by odwiedzić zmarłych Habsburgów i zobaczyć, czy miejsce dla ostatniego wciąż stoi puste. Stoi. Sarkofagi Marii Teresy, Franciszka Józefa, Sissi i Rudolfa oczywiście były głównym punktem programu, ale i pozostałe nagrobki robiły spore wrażenie. Zaiste, kawał katakumb, że mucha nie siada.

Następnie udałyśmy się do Volksgarten, parku położonego nieopodal Hofburga i Ringu, i nie ukrywam – miałyśmy misję. Chciałyśmy wreszcie odnaleźć pomnik cesarzowej Elżbiety, znanej jako Sissi. Znalazłyśmy go w kącie parku, w pięknym otoczeniu kwitnących kwiatów, obok małego stawu. Wokół ławeczki, świat zewnętrzny oddzielony wysokim żywopłotem, nic
tylko siedzieć i wzdychać… Westchnęłyśmy zatem i pomaszerowałyśmy pod katedrę św. Szczepana, by
A tu wreszcie odnaleziona Sissi
spotkać się ze znajomymi mieszkankami Wiednia i wypić pyszną Melange Kaffee.

Ponieważ pogoda zachęcała do dalszego spaceru, odwiedziłyśmy również Stadtpark, znany z tego, iż wędrując alejkami zapoznać się można ze sporym kawałkiem historii muzyki. Pomniki Straussa II, Schuberta, Brucknera i inne co i rusz kukają zza krzaków. Pogoda skutecznie wywabiła korzystających z wolnego dnia wiedeńczyków, wylegujących się na trawie tuz obok nic sobie z tego nie robiących ptaków.

Wiedeń już w kwietniu pełen był kolorowych tulipanów
Nie wiem jakim cudem, ale udało nam się następnie dowlec do pałacu Belvedere, którego nazwa oznacza ”piękny widok”. Zaiste, piękny kawałek miasta można zobaczyć, stając plecami do Górnego pałacu, patrząc w stronę Dolnego. Przy okazji warto też pospacerować po pięknym parku (chociaż o tej porze roku jeszcze nie do końca zachwycał), a jeśli ma się więcej czasu, warto zajrzeć do sąsiadującego z Belvedere ogrodu botanicznego. My jednak nie miałyśmy nawet tyle siły, by pokonać dwa przystanki do domu. Tego dnia odkryłam kilka rzeczy – że najlepsze lody są w przecznicy od Graben (reprezentatywnej ulicy prowadzącej od katedry), że skórzana kurtka to nie jest dobry pomysł na słoneczny dzień, że Wiedeń jest wietrznym miastem (wieje tu przez praktycznie cały rok i nikt nie narzeka) i jak ważna w życiu człowieka jest popołudniowa
Za taką architekturę kocha się to miasto
drzemka.

Tu krzaczek, tu kolumienka, ale zusammen do kupy - piękne!
Przez następne dni byłyśmy już bardziej uważające w kwestii robienia sobie odcisków na stopach i ogólnego przeciążania organizmu przemierzaniem kilometrowych tras, chociaż pogoda wciąż zachęcała.  W poniedziałek zmieniłyśmy styl, i z Wiednia cesarskiego przeniosłyśmy się w bliższe nam czasy. KunstHausWien i HundertwasserHaus to dwie obłędnie piękne budowle powstałe w latach 80. XX wieku, zaprojektowane przez obdarzonego wielką wyobraźnią artystę Friedensreich Hundertwassera. Na pierwszy rzut oka domy wydają się być dziełem szaleńca, jednak po chwili wpatrywania się, można odkryć może nie porządek, ale metodę w tych projektach. A chodziło głównie o stworzenie ludzkich domów, które maksymalnie zbliżone będą do natury. Stąd drzewa i krzaki, które rosną sobie jakby nigdy nic na dachu i fasadzie budynków. W muzeum można  obejrzeć inne projekty Hundertwassera. Mnie trochę kojarzą się z Gaudim, i moją ukochaną Barceloną, toteż zawsze gdy jestem w Wiedniu staram się zahaczyć o to miejsce. Oprócz wspomnianych domów w Wiedniu zobaczyć można również bajkową, ekologiczną spalarnię śmieci – wysublimowane połączenie praktyczności z pięknem.
Viv w kolorach maskujących


Tutaj zakończę I część relacji, następna już wkrótce!



Spalarnia śmieci

















Tak się korzysta ze słoneczka!