Zapisać, się zapisałam, miałam wrzucić banner, i jak ostatni ciaptok zapomniałam. Teraz spróbuję się zrehabilitować na ostatnią chwilę, wrzucając baner. Termin zgłoszeń upływa jutro!
Pasje i fascynacje mola książkowego
Aneto, przepraszam, że dopiero teraz. Zabij albo wybacz :)
O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach
sobota, 2 czerwca 2012
wtorek, 29 maja 2012
Powrót do Barcelony
Barcelona jest od niedawna moim prywatnym rajem na ziemi. Do
tego raju przenoszę się z każdą wolną chwilą, niestety nie zawsze czas i
fundusze pozwalają na fizyczne obcowanie ze stolicą Katalonii. W takich
chwilach ludzkości z pomocą przychodzi literatura. Tak, dobra książka potrafi
zabrać nas w odległe miejsca równie szybko i skutecznie, co Boeing. I taką
książką niewątpliwie jest „Włada Barcelony” Chufo Llorensa.
Ta monumentalna powieść historyczna (ponad 700 stron!)
przenosi czytelnika do XI-wiecznej Barcelony, jednego z najważniejszych miast
portowych w basenie Morza Śródziemnego, ale i liczącego się ośrodka miejskiego,
którego wpływy sięgają praktycznie na cały Półwysep Iberyjski. Już na wstępie
poznajemy głównych bohaterów powieści, których losy będziemy mogli poznać już
do końca (ich lub książki). „Władca” dzieli się na krótkie rozdziały, dzięki
którym możemy śledzić opisywane wydarzenia z perspektywy kilku wiodących
postaci – raz władców, innym razem zwykłych śmiertelników. Poznajemy zatem
przede wszystkim Almodis z Marchii – kobietę piękną i silną, jednego z
najzdolniejszych polityków, jakich widziała Katalonia, oraz jej ukochanego –
Ramona Berenguera I, których połączy zakazana miłość, i którzy wbrew wszelkim
prawom ludzkim i boskim poprowadzą to piękne miasto – ku zgubie czy ku potędze?
Przekonajcie się sami. Jednocześnie poznajemy młodego chłopca, Martiego
Barbany, który do Barcelony przybywa praktycznie bez grosza przy duszy, i
dzięki otrzymanemu spadkowi, wiernym przyjaciołom i niewątpliwej smykałce do biznesu
w ciągu kilku lat urośnie na jednego z czołowych obywateli miasta. Losy tych
trzech postaci przeplatać się będą przez całą powieść, tworząc nie tylko
niesamowitą historię ludzi ambitnych i odważnych, ale i panoramę stosunków
panujących w Europie w XI wieku.
| Groby Almodis i Ramona Berenguera I - bohaterów powieści |
„Władca Barcelony” oferuje praktycznie wszystko, czego
potrzeba dobrej powieści historycznej – fascynujące losy bohaterów zespolone w
jedno z wydarzeniami politycznymi, dyplomacja przeplatana wojnami, miłość,
zdrada, ambicja, odwaga, przebiegłość, nikczemność, ale i wierność przyjaciołom
i ideałom – a wszystko to na barwnym tle Barcelony, gdzie bycie Obywatelem
znaczy więcej, niż bycie bogatym. Autor z detalami odtworzył społeczeństwo
ówczesnej Katalonii, jego problemy i jego chwałę, stworzył pełnokrwiste
postacie, o których czasem trudno powiedzieć, czy je lubimy, czy nienawidzimy,
ale jedno wiemy na pewno – nie można obok nich przejść obojętnie. Czytelnik z
zaciekawieniem śledzi postępy Almodis na jej drodze do potęgi, a jednocześnie
gorąco kibicuje Martiemu w jego staraniach, by z chłopca znikąd stać się
mężczyzną z Barcelony. Obok tych dwóch charyzmatycznych postaci przewijają się
dziesiątki innych, które mimo, iż nie pierwszoplanowe, są równie śmiało i
szczegółowo odmalowane. Jest i sprytny bankier Baruch Benvenist, i porywczy syn
hrabiego Pedro Ramon, i władcza, wiekowa hrabina Ermesenda z Carcassone, i młoda,
słodka Laia, i rozsądna Ruth, i nikczemny Bernat Moncusi (niech go piekło
pochłonie!), i dobroduszny ojciec Llobet, i sprytny karzeł Delfin.
W tej powieści nic nie jest przypadkowe, nic nie jest na
wyrost, każda, nawet najdrobniejsza informacja ma kolosalne znaczenie dla całej
fabuły. Autor niejako mimochodem zamieszcza też szereg ciekawostek dotyczących
tamtych czasów. Chociaż nieraz naciąga fakty, robi to tylko w celu uczynienia akcji
powieści jeszcze bardziej fascynującą i spójną. Bohaterowie stają przed wieloma
przeciwnościami losu, nieraz wychodząc obronną ręką z najcięższych tarapatów,
ale i ulegających problemom które ich spotykają. Fabuła jest dynamiczna, do
samego końca czytelnik nie przeczuwa, jak ta historia się skończy. Dlatego
warto zabrać się za tą powieść, gdy ma się dużo czasu, gdyż w natłoku zdarzeń
trudno jest się oderwać od lektury, a po przerwie, z powodu wielowątkowości,
trudno wgryźć się powrotem. Jednak warto, naprawdę warto sięgnąć po „Władcę
Barcelony”, by choć na kilka godzin przenieść się w niezwykłe czasy średniowiecza
i poprzez karty książki pooddychać śródziemnomorskim powietrzem. A już czytanie
tej powieści z samej Barcelonie to jak jeść tort Sachera w Wiedniu. :)
Książka została przeczytana w ramach majowego wyzwania Sardegny
Trójka e-pik (chociaż to oszukaństwo z mojej strony, bo książkę zaczęłam czytać
w marcu).
Moja ocena: 5/6
Chulfo Llorens „Władca Barcelony”
Wyd. Albartos
Warszawa 2009
niedziela, 27 maja 2012
Znów mordują na Wybrzeżu
Nadkomisarz Antypater mnie zaintrygował. Do tego stopnia, że
zaraz po przeczytaniu „Alei samobójców” zabrałam się za drugi tom cyklu „Róże
cmentarne”. Nie miałam żadnych złych przeczuć, bo przecież tom pierwszy czytało
się przyjemnie, ale dosyć leniwie, można się było oderwać gdzie bądź, potem z
przyjemnością powrócić. Panowie Krajewski i Czubaj nieśpiesznie rozwijali wątki
kryminalne, jednocześnie zapoznając czytelnika z głównym bohaterem, z jego
życiem i zwyczajami. Toteż tom drugi w myśl tej konwencji miał być idealną
odskocznią od podręcznika… Ale nie ma tak łatwo. „Róże cmentarne” porywają już
od samego początku i nie pozwalają się tak łatwo odłożyć na półkę, jak ich
poprzednik. Już na pierwszych stronach powieści mamy zgon, a potem też trup ściele się gęsto i to
na wszelkie sposoby.
Jak to na wszelkie? Ano tak, że tym razem autorzy zagadkę
kryminalną skonstruowali na tzw. „bogato”. Już nie jedno z miast w chodzi w
grę, Gdańsk właściwie schodzi na boczny plan. Po całej Polsce bowiem hasa
seryjny morderca, ślady swe pozostawiając i w Katowicach, i w Krakowie, i w
Warszawie… Sam seryjniak też nie jest byle jaki, bowiem za punkt honoru uznał
naśladowanie słynnych zbrodni polskich seryjnych morderców… A że każdy z nich
pozostawiał unikalny „podpis”, to i morderstwa naśladowcy są raz takie, raz
inne. Na miejscu każdego z nich pozostawia
wskazówkę co do następnego – jedna z
nich wskazuje na Wybrzeże. Cała tamtejsza policja zostaje postawiona w stan
najwyższej gotowości, a wspominany na początku Pater, zamiast na grecką wyspę z
piękną kobietą będzie musiał z dwoma grubymi gliniarzami jechać do Władysławowa…
Fabuła w „Różach” jest przede wszystkim niesamowicie
dynamiczna. Nie ma tutaj miejsca na długie rozmyślania o życiu, i śmierci, i
jajecznicy… Nadkomisarz wraz ze
współpracownikami i kolegami z różnych polskich miast wpada co i rusz na
kolejne tropy, które wiją się jak Wisła przez cały kraj. Już już się wydaje, że
droga do mordercy prosta i krótka, a jednak zaraz autorzy fundują Patrowi i
nam, czytelnikom, jazdę bez trzymanki w dół. Policjanci zamiast zbliżać się do
rozwiązania, odkrywają nowe przestępstwa. Zaletą powieści jest też celna
charakterystyka Polaków na urlopie. We Władku byłam kilkakrotnie, więc z
łatwością wczułam się w atmosferę naszego kurortu, gdzie najpierw człowiek
smaży się w korku we własnym samochodzie, następnie bezskutecznie usiłuje znaleźć
kwaterę, nawet jeśli mu się to uda, jest to przeważnie późny Gomółka z gniazdem
szerszeni nad balkonem. Autorzy nie omieszkali opisać typowo polskiego poczucia
„jestem na wakacjach więc będę głośno”, jak i syndromu „tata na wakacjach
zdobywa przysiółek na plaży”. I chyba nawet są skarpety do sandałów. Słowem,
kto kiedykolwiek trafił na polskie wybrzeże w sezonie, ten odkryje w tej
powieści znajome widoki.
Jak na kryminał przystało, jest mrocznie, czasami brutalnie,
ale jednocześnie przez łzy śmiesznie gdy obserwujemy rodaków we Władku. I
właściwie nie wiadomo, kiedy książka się kończy. A ostatnie dwie strony po
prostu wbijają w fotel i pozostawiają czytelnika z tej pozycji na długie minuty.
Moja ocena: 5,5/6
Moja ocena: 5,5/6
Marek Krajewski, Mariusz Czubaj „Róże cmentarne”
Wyd. WAB
Warszawa 2009
czwartek, 24 maja 2012
A niech mnie książka pochłonie!
Są książki, które się
pochłania.
Są książki, które
pochłaniają czytelnika.
Ten chyba jeden z najsłynniejszych cytatów z książki Marii
Pruszkowskiej „Przyślę panu list i klucz” jest prawdopodobnie najlepszą
recenzją, jaką można tej książce napisać. Bo zaraz po tym, jak przybyła do mnie
z Poznania – w tym miejscu składam głębokie i pełne uszanowania i wdzięczności
podziękowanie dla Renaty, która umożliwiła mi tę fascynującą lekturę, i która
zgodziła się posłać swoją ulubioną książkę, której nie sposób dostać nigdzie,
na drugi koniec Polski do obcej osoby – są jeszcze tacy ludzie na świecie! –
otóż, kiedy już książka przybyła do mnie z Poznania, Paulinka, niepomna na egzamin z
Bardzo Ważnego Przedmiotu, przystąpiła do natychmiastowej konsumpcji, która
zakończyła się po jakiś 4 godzinach przekrwionymi oczyma i westchnieniem
człowieka, który po tygodniu na pustyni dorwał się w końcu do sadzawki z wodą,
wychłeptał ile się dało, a teraz z rozrzewnieniem wspomina tą chwilę ulgi,
kiedy zaczynał pić…
A teraz stoję przed wyzwaniem napisania recenzji tej książki
i to już jest spory problem. Bo jak tu dobrze wyrazić, że coś jest idealne, i
nie uszczknąć ani odrobiny z tego ideału. I jak nie powielić tego, co już tylu
przede mną napisało? Że to po prostu dobre jest.
Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że większość z Was już
ją czytała, a jeśli nawet nie, to czytała zapewne masę jej recenzji. Z tego co
się orientuję, wszystkie entuzjastyczne. Wszystkie zachęcające. Wszystkie
odsyłające do tej obowiązkowej lektury dla każdego „maniaka czytania”, jak to w
dedykacji określiła autorka. Wróć, jak Nas w dedykacji nazwała autorka. Bo to
jest książka o nas i dla nas – maniaków, książkoholików, bibliofilów,
perwersyjnych wielbicieli słowa pisanego, literackich oszołomów. W skrócie
pisząc (zgodnie z regułami sztuki pisania recenzji) – „Przyślę panu list i
klucz” to opowieść o czytającej rodzinie. Tata czyta, czytają córki, czyta
przekabacona w końcu mama, czytają wujowie, czytają kuzynki. I to czytają
pasjami, nagminnie, wszystko jak leci, codziennie. To właściwie pochwała
czytelnictwa i wszystkiego, co z nim związane. Czytanie przy jedzeniu. Czytanie
na wakacjach. Trudny wybór lektury do pociągu. Wczuwanie się w postacie, o
których się czyta. Turnieje z wiedzy o twórczości Sienkiewicza. Niezrozumienie
otoczenia, kiedy chce się swoją pasją zainteresować innych. Osamotnienie, kiedy
skończy się genialna książka genialnego autora, a następną ojciec przywiezie
dopiero za tydzień… Któż z nas tego nie zna, moi drodzy? Kto z nas nie płakał
chociaż raz nad niedolą bohatera literackiego? Kto nie okazał się gburem, gdy
zamiast nawiązywać interakcje z otoczeniem zagłębiał się w lekturę? Kto z nas…
a z resztą. Mogłabym opowiedzieć Wam całą książkę, ze szczegółami, a wy i tak
musicie to przeczytać, aby poczuć klimat. Musicie, to jest wasz książkowy
obowiązek. Wszystkie postacie literackie patrzą na Was, toteż ich nie
zawiedźcie.
Podsumowując, pragnę, jak rzesza blogerów przede mną,
wyrazić dziki wręcz entuzjazm i absolutną zachętę do sięgnięcia po „Przyślę
panu list i klucz”. Wierzę, że się wam spodoba. Wróć, wiem, że tak.
Moja ocena: 6/6
Maria Pruszkowska „Przyślę panu list i klucz”
Wyd. Morskie
Gdańsk 1972
| Książka przysłana mi przez Renatę i piękna poznańska pocztówka :) Dziękuję! |
piątek, 18 maja 2012
Moja wizyta w Gdańsku, stosik i pożyczka
„Aleja samobójców” to kolejny polski kryminał, który
przeczytałam w swojej literackiej podróży przez Polskę. Bo nie wiem, czy już
pisałam, że w tym roku postanowiłam, z braku czasu i towarzystwa, na odwiedzenie
kilku polskich miast nie tyle „w realu” co na kartach powieści. Byłam już w
Warszawie i Wrocławiu, teraz, dzięki panom Krajewskiemu i Czubajowi – w Gdańsku.
Na mojej kryminalno-literackiej mapie czekają już od dawna Sandomierz (przez
Warszawę Centralną) w książkach pana Miłoszewskiego, następnie Kraków (”Sekret
Kroke” i pożyczone od Oisaj „Morderstwo tuż za rogiem”), ostatnio Agnieszka
zachęcała do podróży do Sanoka („Złoty wilk” Rychtera), a ja sama już jakiś
czas temu wygrzebałam pierwszy tom cyklu o Lublinie Marcina Wrońskiego („Morderstwo pod cenzurą”).
Takie więc są moje czytelnicze plany na
ten rok. Na razie jednak wracam do meritum – Gdańsk.
Muszę przyznać, że trudno mi było sklasyfikować i ocenić „Aleję
samobójców”, przede wszystkim dlatego, że trudno nazwać ją tradycyjnym
kryminałem. Powieść zaczyna się wprawdzie klasycznie – od trupa, i to trupa
zabitego w sposób, powiedzmy, nietypowy. Mamy też zaginionego, o którym nie
wiadomo – też trup, czy może morderca? Obaj panowie z resztą pomieszkiwali w
tym samym domu starców pod Gdańskiem, gdzie już wcześniej miały miejsce
niewyjaśnione zgony i sytuacje, kładące cień na „dom zachodzącego słońca”. Tu
jednak podobieństwa z każdym innym kryminałem się kończą, ponieważ główny
bohater, nadkomisarz Pater, już na wstępie zostaje odsunięty od sprawy przez
ABW, nazywane złośliwie przez innych glinarzy Abwehrą, i wysłany na urlop. Co
sprawia, że do zwykłego zabójstwa przybywa „tajna policja” i dlaczego usiłują
wszystko zatuszować? Pater postanawia znaleźć odpowiedzi na te pytania.
Prawda jest taka, że „Aleja samobójców” jest głównie o
Patrze (nie Paterze, broń Boże, o taką odmianę się obraża!). Mamy tutaj zatem
policjanta w średnim wieku, przez kolegów nazywanego Antypater od swoich
zdolności społecznych, z wykształcenia polonista, z zamiłowania pokerzysta, dla
przełożonych wrzód na d…. Podczas czytania miałam niekiedy wrażenie, że intryga
kryminalna odchodzi gdzieś na bok, by zrobić miejsce na portretowanie
skomplikowanej osobowości nadkomisarza, jego stosunków z otoczeniem (byłą żoną,
kolegami i podwładnymi) oraz dosyć kontrowersyjnych i bardzo nieregulaminowych
działań polskiej policji. Bywa tu bardzo brutalnie, policjanci, którzy winni
stać po jednej stronie walczą ze sobą, ale z drugiej strony niektórzy zdolni są
do niesamowitej solidarności, która może się narodzić tylko przy wspólnie
nierozwiązanej sprawie sprzed lat. Mamy działania poza prawem, mamy tuszowanie
zbrodni, ale i zemstę, i zapłatę za wyrządzone zło. A intryga, czy raczej
intrygi kryminalne toczą się gdzieś, swoim nurtem, by nagle wypłynąć, połączyć
wszystkie sznurki w jeden węzeł, a następnie dać się rozwiązać komisarzowi
Patrowi (nie Paterowi!). A nad wszystkim unosi się smród śmieci, gdyż w
Gdańsku, mimo okropnych upałów, trwa strajk śmieciarzy…
Mimo tych nietypowych zagrań, brutalności i smrodu śmieci
bardzo mi się ta powieść spodobała. Chociaż stworzona przez dwóch autorów,
napisana jest jednolitym językiem, tak że niemożliwym jest wskazanie, kto co
pisał, a książkę czyta się płynnie, bez nieregulowanych przeskoków. Główny
bohater jest typowy-nietypowy – z jednej strony: średni wiek, rozwodnik, raczej
pesymista. Z drugiej wykształcenie i co za tym idzie, olbrzymia wrażliwość na
czystość i poprawność językową oraz skłonność do hazardu. Tworzy to niezwykle
barwną postać, której nie sposób zaszufladkować. Autorzy na kartach powieści
ponad to demaskują to, co w naszej społeczności złe, brzydkie, śmierdzące. I
ten wszędobylski fetor śmieci, podkreślający szary obraz niektórych miejsc w Polsce.
Niekompetentnych lekarzy, brudnych gliniarzy, domów starców z piękną fasadą i
wysypiskiem na tyłach…
Polecam szczególnie tym, którzy lubią seriale takie jak Pitbull czy Fala zbrodni, bo klimacik tu mamy podobny jak we wspomnianych
obrazach. Oraz oczywiście wielbicielom prozy panów Krajewskiego i Czubaja. Ja
na pewno sięgnę po drugi tom z tego cyklu, „Róże cmentarne”.
Marek Krajewski, Mariusz Czubaj „Aleja samobójców”
Wyd. WAB, Seria Polityki - Lato z Kryminałem
Warszawa 2009
Książka przeczytana w ramach wyzwania Z Półki.
A tutaj pochwalę się jeszcze pożyczka od Oisaj: "Morderstwo tuż za rogiem" Zofii Małopolskiej. Dziękuję raz jeszcze!
A tutaj mój mały stosik kryminałów polskich, którzy planuje poszerzać o kolejne zdobycze:
A wy znacie jakieś dobre, polskie kryminały? Dajcie znać, gdzie jeszcze można pojechać :)
poniedziałek, 14 maja 2012
Matka Boska płatnych morderców
Obiecałam opowieści dziwnej treści na temat książek rodem z
Ameryki Łacińskiej – obiecałam. Dziś na tapetę wezmę wielkiego niepokornego literatury
kolumbijskiej – Fernando Vallejo.
„Matka Boska płatnych morderców” to króciutka książeczka
(jedyne 120 stron), która mimo niepozornego wyglądu stanowi spory kaliber
literacki. Jest to opowieść o podstarzałym mężczyźnie, który w kolumbijskim
mieście Medellin poznaje i nawiązuje romans z młodym, 15-letnim chłopakiem.
Medellin nie jest jednak zwyczajnym, sielankowym miasteczkiem, tylko prawdziwym
przedsionkiem piekieł. To drugie co do wielkości miasto Kolumbii jest areną
niekończących się walk i porachunków karteli narkotykowych. Również ów
piętnastolatek nie jest aniołkiem, choć jak aniołek wygląda. Alexis jest bowiem
jednym z sicarios – płatnym mordercą,
pracującym na zlecenie narkobiznesu. A Matka Boska w tytule? Święty obraz do
którego on i podobni mu pielgrzymują przed każdą większą „robotą”. Brzmi
chaotycznie? To jeszcze nic.
Cała powieść utrzymana jest w podobnym stylu co filmy akcji –
połączenie Quentina Tarrantino z Rambo i Terminatorem. Trup ściele się gęsto, a
opisy zadawania śmierci przeplatają się z opisami zadawania rozkoszy
cielesnych. Kto jednak pomyśli, że książka Valleho to jedynie opowieść w stylu „zabili
go, uciekł”, będzie w błędzie. Otóż autor na kartach tej książki portretuje kolumbijską
rzeczywistość. To, co w amerykańskich filmach jest tylko wytworem wyobraźni
scenarzysty, tutaj jest prawdziwym raportem z pola walki. I to nie byle jakiej
walki, gdyż Kolumbia od lat pogrążona jest w stanie wojny domowej. Rząd walczy
z kartelami, a kartele dodatkowo między sobą, o strefę wpływów. A zwykli
ludzie, jeśli jeszcze tacy są, albo uciekają z kraju, albo przemykają gdzieś
pod murem, niepewni, czy ten dzień nie będzie ich ostatnim – czy jakaś zbłąkana
kula nie zakończy swojej makabrycznej podróży w ich ciele, czy osoba kupująca w
tym samym sklepie nie wyciągnie nagle giwery i nie zastrzeli całego personelu. „Matka
Boska płatnych morderców” jest przerażającym portretem państwa w stanie
rozkładu, gdzie kilkuletnie dzieci werbowane są przez gangi na płatnych
morderców – wspomnianych sicarios,
gdyż dzieciakowi łatwiej podejść do celu niż dorosłemu mężczyźnie. Gdzie egzystencja
wielu regionów opiera się wyłącznie na produkcji narkotyków, a podcięcie tej
gałęzi gospodarki spowoduje, że z drzewa spadną przede wszystkim biedni Kolumbijczycy.
Bo bogaci gangsterzy zawsze sobie poradzą.
„Matka Boska płatnych morderców” to jedna z powieści z nurtu
obrazującego brutalne oblicze współczesnej Ameryki Południowej. Chociaż wiele
państw z tego regionu zdołała już w mniejszym lub większym stopniu uporządkować
swoją sytuację i powoli odgrywają znaczniejszą rolę w polityce międzynarodowej,
a sama Kolumbia w niektórych regionach
staje się coraz bezpieczniejsza, wciąż znajdują się tam ośrodki zapalne, a
partyzantka co jakiś czas daje o sobie znać. Ten kontynent jest też, i pewnie
długo pozostanie, głównym producentem narkotyków, a produkcją ta zajmować się
będą dalej ludzie żyjący za mniej niż dolara dziennie. Myślę, że warto, dla
odmiany po Coelho i Allende, spojrzeć na Amerykę Łacińską pod tym kątem. A
proza Vallejo Wam w tym pomoże.
Fernando Vallejo „Matka Boska płatnych morderców”
Wyd. Muza
Warszawa 2007
niedziela, 13 maja 2012
OTAGowana i ja!
Od jakiegoś czasu wszyscy się bawią, tylko nie ja... ale w końcu i mnie zaproszono (dziękuję, Agnieszko!)
Tytułem przypomnienia, zabawa polega na tym, żeby odpowiedzieć na 11 pytań dot. książek, wymyślonych przez osobę, która nas oTAGowała. Ja miałam do czynienia ze świetnymi pytaniami! Oto one:
1.
Czy długość ma znaczenie? Znaczy, w sensie:
czy wolno oceniać książki po długości i jakie preferujesz?
Ma znaczenie. Odpowiem od końca: raczej preferuję cieńsze książki,
do 500 stron, jeśli ma być więcej, to wolałabym w dwóch tomach, z drugiej
strony nastręcza to problemów, gdyż a) jest to droższe b) przy pożyczeniu w
bibliotece ciężko jest utrafić na wszystkie tomy naraz, zwykle pierwszy jest niedostępny,
albo są dostępne wszystkie ale w jakiejś dzikiej kolejności. Ale 800
stronicowego tomiszcza do autobusu nie wezmę… W drugiej strony, jeśli książka
jest za krótka, to czasem nie zmieści się w niej wszystko, co autor
chciał/powinien w niej zawrzeć, i wychodzi coś w rodzaju przydługiego
streszczenia, jak to było np. w „Psach z Rygi” Mankella – fajna fabuła, ale
zgnieciona na niecałych 300 stronach straciła na polocie. Ale zdarza się też,
że książka mogłaby być skrócona do 300 stron, a nie wiedzieć czemu ma prawie
500, w czego połowa to durnowate opisy w stylu „wstałam, przeciągnęłam się,
podrapałam po pleckach, przebrałam w dresik w kolorze różowym z biało-zielonymi
motylkami i wielkim kotkiem z tyłu…”. To się niestety zdarza w kryminałach
Kathy Reichs. Podsumowując – trzeba pisać tyle, ile trzeba, i ani strony
więcej.
2.
Od jakich książek cię odpycha i wiesz, że
raczej nie sięgniesz po żadną z nich?
Apokaliptyczne SF którego fabuła dzieje się w niedalekiej
przyszłości i gdzie bohaterki z dużym biustem gonią w mundurze SS-manów i
laserowym karabinem. Książki historyczne o II wojnie światowej. Podręcznik z
prawa wekslowego ;). I pseudoporadniki – książki o życiu celebrytów, np. o tym
jak Kasia Cichopek odkryła, że kobiety bywają w ciąży, a Ibiszowi potargała się
marynarka bo wyrobił sobie bicepsy, czyli literatura a la Captain Obvious vel.
Wywarzmy Otwarte Drzwi, Będzie Fajnie.
3.
Którą książkę podsunęłabyś (podsunąłbyś) swemu
dziecku (jeśli nie masz dziecka, wyobraź sobie, że je masz)?
Harrego Pottera! Współczesna baśń o przyjaźni i miłości, mnóstwo
odniesień do legend i mitów z całego świata, genialni bohaterowie: nie idealni,
nie łzawi, bardzo ludzcy.
4.
Czy kobiety piszą lepsze książki?
Nie. I to chyba nawet nie zależy od gatunku. Dobrzy pisarze piszą
dobre książki, źli pisarze piszą gnioty aż zęby bolą. Powoływanie się na płeć
to tylko usilna acz nieudana próba znalezienia wyjaśnienia dla negatywnych
recenzji. Moim zdaniem oczywiście.
5.
Czy obowiązkowe lektury w szkole mają sens?
Mają, ale starannie dobrane i odpowiednio podane. Mogłoby być ich
mniej, a więcej czasu na dyskusje przed i po jej przeczytaniu, aby każda
książka w szkole była wydarzeniem, a nie nudnym obowiązkiem. Powinno być po
jednej książce z każdego nurtu, naprawdę nie ma potrzeby przeczytania KAŻDEJ
powieści pozytywistycznej, jaka kiedykolwiek powstała. Za to więcej literatury współczesnej,
traktującej o dzisiejszych problemach, a nie o tych nieszczęsnych zaborach…
6.
Czy trzeba czytać klasyków?
Trzeba.
7.
Jaka jest najgłupsza postać, jaką spotkałaś
(spotkałeś) na stronicach powieści?
Trudno mi teraz sobie przypomnieć, ale wiem że było takich kilka….
8. Czy jest książka, niewydana w Polsce, którą koniecznie powinni wydać? Jaka?
Hehehehe, Agnieszko, każdy kolejny Arne Dahl :D
9. Którego polskiego pisarza koniecznie powinni poznać czytelnicy za granicą?
Naszych autorów kryminałów. Miłoszewskiego, Pollaka, Konatkowskiego,
Czubaja. Prezentują wysoki poziom, a jednocześnie jest w tych powieściach wspólny
mianownik – współczesna Polska, państwo które dziś niewiele ustępuje krajom zachodnim
(kto nie wierzy, niech się przejedzie chociażby do Czech), z naszymi problemami
państwa między Wschodem a Zachodem, naszą historią i jej wpływem na
teraźniejszość i staraniami tam, gdzie innym już się przestało chcieć. Wydaje
mi się, że w tych kryminałach jak nigdzie indziej pokazano Polskę bez pietyzmu,
fałszywej skromności, taką jaka jest. A moim zdaniem jest się czym pochwalić.
10. Czy czytając książkę, będącą przekładem z innego języka, zwracasz uwagę na jakość tłumaczenia, czy jest Ci ona obojętna?
Zazwyczaj nie zwracam uwagi na tłumaczenie, czasem nawet nie
zauważam na początku, że książka jest tłumaczona. I chyba to jest największy
komplement dla tłumacza, że najpierw się widzi powieść i jej autora, a tłumacza
dopiero w dalszej kolejności, jeśli się mylę, to przepraszam J. Jedyny przypadek, kiedy zwracam
uwagę na tłumaczenie, to kiedy jest ono ZŁE, zdarza się, że książka wygląda
jakby została napisana przez gimnazjalistę równoważnikami zdań, a przecież znam
autora, i wiem, ze aż tak źle nie pisze. Więc wina leży po stronie tłumacza.
11. Dziewica czy nie? Gwoli wyjaśnienia: czy lubisz być pierwszym czytelnikiem książki?
Dziewica :D Lubię być pierwszą osobą, która czyta dany egzemplarz,
i lubię czytać książkę, która dopiero się ukazała, być pierwszą, która ją
oceni, zrecenzuję… Taki rodzaj nieszkodliwego zboczenia, który wiąże się z
niuchaniem między kartkami, po pierwszym czytaniu ten charakterystyczny
zapaszek znika…
Teraz ja kogoś uszczęśliwię zaproszeniem, a będą to:
i
i może jeszcze:
A oto i moje pytania do Was:
1.
Czy jest powieść, która jeszcze nie powstała, a
którą chciałabyś/chciałbyś przeczytać?
2.
Jaki bohater literacki zmobilizował cie do pracy
nad sobą?
3.
Jaką książkę masz na wierzchu stosika, którą już
już masz przeczytać, która leży w tej pozycji od kilku lat?
4.
Przy jakiej książce śmiałaś/łeś się do łez,
mimo, że książka w zamierzeniu śmieszna nie była?
5.
Jaka książka, kiedyś zachwycająca, rozczarowała
cię kiedy wróciłaś/łeś do niej po latach?
6.
Czy rozpadła ci się kiedyś książka od ciągłego
czytania? Jeśli tak, to jaka?
7.
Czy zdarzyło ci się kiedyś przerwać czytanie
świetnej książki w połowie i nigdy nie powrócić? Jeśli tak, to jakiej?
8.
Czy wypisujesz cytaty z książek? A może
zaznaczasz je w książkach?
9.
Jaką książkę szukasz bezskutecznie od lat i nie
możesz namierzyć?
10.
Czy czytałaś/łeś kiedyś książkę, która strasznie
Cię zdenerwowała?
11.
Czy zdarzyło Ci się kiedyś, że już miałaś kupić
książkę, w ostatniej chwili ją odłożyłaś, a teraz żałujesz, gdyż jest już
niedostępna?
Subskrybuj:
Posty (Atom)






