O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

poniedziałek, 24 października 2016

"Potem" Rosamund Lupton

Niesamowite jest to, jak wiele jest książek na moich półkach, o których nie wiem nic. Nie tylko jeszcze nie zakręciłam się wokół nich wystarczająco, by je przeczytać, ale nie wiem, skąd się u mnie wzięły, kiedy je kupiłam, gdzie, za ile, i tak właściwie po co? Nie chodzi mi o to, że na to nie zasługują (bywa różnie), ale jaki proces myślowy przebiegał przez moje szare komórki, kiedy płaciłam za książkę, o której nawet nie wiem, o czym jest. Ba, często nawet nie wiedziałam jaki to gatunek.

Chciałabym kiedyś napisać coś więcej o tym intensywnym procesie, który się u mnie ostatnio odbywa, czyli o czytaniu olbrzymiej (w porównaniu do lat ubiegłych) ilości zalegających od lat nieprzeczytanych książek, bo jest to zaiste przygoda godna co najmniej Bilbo Bagginsa. Ale o tym innym razem, dziś będzie o takiej właśnie książce: nie wiem, kiedy ją kupiłam, nie wiem gdzie, nie wiem czy była przeceniona, czy wzięłam ją prosto z półki „Nowości”. Wiem tylko, że Rosamund Lupton swego czasu była niezwykle popularna, a jej pierwsze dwie powieści Siostra i Potem przewijały się przez książkowe blogi niczym scenariusz „ósmego” Pottera dzisiaj.

Wiedziała, że ma ładną okładkę. Nie wiedziałam, że fabuła toczy się na przedmieściach Londynu. Nie wiedziałam, że to thriller. Nie wiedziałam, że będą tu lekkie elementy nadprzyrodzone, ani że jest to powieść napisana w pierwszej osobie. Wiem natomiast teraz, że czasem takie wskoczenie w książkę, o której nic się nie wie, potrafi być oczyszczającym i niezwykłym doznaniem.

Grace jest żoną i matką dwójki dzieci – kilkuletniego Adama i nastoletniej Jenny. Kiedy ta druga zostaje uwięziona w płonącej szkole, Grace nie waha się długo i wbiega do szalejącej pożogi by ratować swoje dziecko. Obie odnoszą poważne obrażenia i zostają przewiezione do szpitala. Coś dziwnego jednak ma tam miejsce. Podczas gdy okaleczone ciała spoczywają w szpitalnych łóżkach, podłączone do rurek i ekranów, Grace i Jenny, niewidoczne dla innych, przemierzają korytarze szpitala, próbując dociec kto i dlaczego podpalił szkołę i zniszczył ich rodzinę.

Nie będę kłamać – pierwsze 100 stron przeczytałam trochę na siłę, przeszkadzała mi nie tylko pierwsza osoba, w której książka jest napisana, ale również fakt, iż ta pierwsza osoba cały czas zwraca się do innej osoby – jak dla mnie za dużo się tu działo na poziomie narracji. Jednak kiedy już wgryzłam się w Potem, skomplikowana i tajemnicza fabuła zaczęła mnie wciągać jak bagno. Autorka wprowadza kolejne osoby dramatu, jednak ani przez chwilę nie ma się poczucia, że jest tu zbyt tłoczno, a zakończenie, przynajmniej dla mnie, było przerażające. Powiem tylko, że spokojny sen na tę noc miałam z głowy.

Jesień to dobra pora na takie bogate w intrygę thrillery, dlatego jeśli czujesz takie klimaty i nie wiesz, po co sięgnąć, polecam właśnie Rosamund Lupton.

Moja ocena: 4/6

Rosamund Lupton Potem
Tłum. Agnieszka Wyszochradzka-Gaik
Wyd. Świat Książki

Warszawa 2012

czwartek, 6 października 2016

"Testament Nobla" Liza Marklund

Nie od dziś wiadomo, że na czytelniczą depresję i niechciejstwo najlepiej działają kontynuacja ulubionych serii. A że ostatnio dopadło mnie takie właśnie niechciejstwo, po 4 innych rozpoczętych książkach stwierdziłam, że czas na starą znajomą Annikę Bengtzon. Z powieściami Lizy Marklund znamy się od kilku lat, i zawsze staram się mieć na półce kolejny tom czekający na czas, gdy tylko jej książki jestem w stanie przeczytać.

Testament Nobla to szósta powieść z serii o dziennikarce, pracującej dla tabloidu i poszukującej sensacji by opisać je na łamach swego czasopisma. Tym razem autorka wzięła na tapetę obchody z okazji wręczenia kolejny raz nagród Nobla, najbardziej prestiżowych nagród na świecie. Aż dziw bierze, że po tylu latach świetnej passy szwedzkich kryminałów, z których lwia część ma osadzoną akcję w Sztokholmie, dopiero Marklund, i to w kolejnej części cyklu, podejmuje ten temat, i waży się zbudować wokół tej chwały Szwedów bogatą, wielowątkową aferę polityczno-kryminalną, z wielką nauką i wielkimi pieniędzmi w tle. I tym razem, obok śledztwa, autorka wdraża czytelnika w życie prywatne bohaterki, które jak zwykle budzi we mnie olbrzymie emocje.

Prawdziwy skandynawski kryminał to taki, który mówi o ważnych tematach i pozostawia nas wykończonych emocjonalnie. I chociaż szereg nowszych kryminałów z tej części świata przestaje przypominać swoich poprzedników, to dobrze wiedzieć, że na rynku wciąż dostępna jest klasyka gatunku, a do niej na pewno zalicza się Liza Maklund. Skorumpowane welfare state plus układy rodzinne rodem z czasów Wikingów i tym razem nie pozwoliły mi się oderwać od przygód bohaterki, której na początku nie lubiłam. Teraz, po tych wszystkich latach, jesteśmy wiernymi przyjaciółkami.

Moja ocena: 5,5/6

Liza Marklund Testament Nobla
Tłum. Elżbieta Frątczak-Nowotny
Wyd. Czarna Owca

Warszawa 2011

sobota, 1 października 2016

"Korponinja" Lars Berge

Wokół tej powieści chodziłam ponad miesiąc, zanim zdecydowałam się po nią sięgnąć. Nie z jakiś górnolotnych powodów – zwyczajnie ograniczyłam kupowanie książek do absolutnego minimum. Czyli kupuję tylko to co zaczynam konsumować minutę po zakupie. A nie byłam pewna czy ta skandynawska korpo-powieść jest właśnie tym, czego chcę akurat teraz. A gdy nadszedł ten moment, dostałam coś… no cóż, coś dziwnego.

Główny bohater Korponinja przejawia podręcznikowe objawy wypalenia zawodowego. Nie widzi sensu w swojej pracy, ani jej nie lubi, a nie nienawidzi. Po prostu jest w niej, dzień w dzień przepływa przez open space’a udając zapracowanie, gdy tymczasem telefon przy uchu nie łączy go z żadnym rozmówcą, a segregatory zawierają puste kartki. Jednym wysiłkiem jest przygotowanie się do corocznej oceny – nie może wypaść ani za dobrze, bo wtedy awansowałby z managera średniego szczebla, ani zbyt kiepsko, bo ludzie zaczną zastanawiać się nad sensem trzymania go. Kiedy pewnego dnia bańka pęka, Jens wdrapuje się przez panel w suficie i postanawia ukryć się przed światem. W swoim miejscu pracy.

Krótki opis powyżej wystarczy, by zorientować się, iż ta książka bazuje raczej na absurdzie niż na psychologii. Sam pomysł zamieszkania we własnej pracy, ukrywania się w niej, w chwili gdy człowiek wie, że dłużej już nie może, jest szalony i na pewno niestandardowy. Pamiętacie Stulatka który wyskoczył przez okno i zniknął? Tutaj konwencja jest bardzo podobna, z każdą stroną robi się coraz bardziej dziwnie, ale niekoniecznie śmiesznie. I co gorsza, pomysły absolutnie szalone pomieszane są tu ze standardowymi procedurami stosowanymi w niektórych korporacjach. I naprawdę trudno czasem odróżnić inwencję twórczą autora od korpo-kultury.

Oczywiście sięgając po powieść o facecie, który zamienia się w korponinja i zamieszkuje biurowiec wiedziałam, że należy nastawić się na sporą dawkę nieprawdopodobieństwa. Liczyłam jednak, że autor trochę więcej miejsca poświęci samemu procesowi, który doprowadził Jensa do tak zaskakującej decyzji, gdy tymczasem poznajemy bohatera w chwili, gdy wprowadza on już swój plan w życie. Jednocześnie Korponinja okazało się być niestandardową, ale wciągającą lekturą, choć nie przełomową ani zachwycającą. Wydaje się, że autor chciał podjąć ważny temat, ale po drodze zagubił się gdzieś w kabaretowej konwencji, i wyszło z tego trudno powiedzieć co.

Przyzwoite czytadło, ale niekoniecznie do polecenia każdemu.

Moja ocena: 3/6

Lars Berge Korponinja
Tłum. Natalia Kołaczek
Wyd. WAB

Warszawa 2016

sobota, 13 sierpnia 2016

"Heban" Ryszard Kapuściński

Są książki, są autorzy, w przypadku których porywanie się na jakąkolwiek pisemną opinię, tekst, recenzję, zdaje się być zadaniem z góry spisanym na porażkę. Takim autorem jest Ryszard Kapuściński, a taką książką niewątpliwie jego Heban. Od wielu lat mówiono mi, że to najwspanialsze dzieło Ojca polskiego reportażu, i że zazdroszczą mi, że lektura ta dopiero przede mną. Teraz w pełni rozumiem, o czym mówili.

Heban to zbiór reportaży, pocztówek, wspomnień z licznych podróży autora do Afryki. To nawet mało powiedziane, bo Kapuściński niemalże mieszkał na czarnym Kontynencie przez kilka lat swego życia, w krótkimi przerwami. Począwszy od 1958 roku, przez niemalże czterdzieści lat, zabiera nas w szaloną podróż po najbardziej niegościnnym, zranionym i niezbadanym wciąż kontynencie naszego globu, po miejscach, gdzie według wszelkich prawideł sztuki człowiek nie powinien móc żyć. Do krajów, w których resztki kolonializmu ustępują miejsca fali niepodległościowej. Gdzie jeden tyran zastępuje drugiego. Gdzie rasizm jest t samo silny jak nienawiść Czarnego do Czarnego. Do miejsc pięknych. Do miejsc strasznych. Do dżungli. Na pustynię. W góry. W dzielnicę biedoty i do miast.

Afryka jest olbrzymim i złożonym organizmem, który jednakowoż zwykle upraszczamy na potrzeby codziennej konwersacji. W Afryce jest kolejno: Egipt, Sahara, RPA. Pomiędzy tym zaś państwa, o których jedni nie słyszeli, inni umieściliby je w Azji, ale większości są zwyczajnie obojętne. I wszystkie takie same: gorąco, Czarni, bieda, głód. Kapuściński każdy z tych krajów ukazuje jako odrębny, wyjątkowy twór, tak jak na to zasługują, z odrębną historią, z inną mentalnością, innymi problemami. O życiu w Afryce nie pisze sloganami, pisze państwami. Teraz wiem, że apartheid, który kojarzy się nam z RPA, powstał w Liberii. I że Liberia sama w sobie powstała w celu umieszczenia w niej wyzwolonych amerykańskich niewolników. Że głód w Sudanie nie bierze się z braku jedzenia, tylko z absurdalnej polityki społecznej. Jakie były przyczyny, a nie tylko skutki rzezi w Ruandzie. I setek innych rzeczy, które do tej pory pozostawały dla mnie białą plamą na mapie historii Afryki.

Gdyby ta książka była tylko pełna informacji, warto byłoby są przeczytać z tego tylko powodu. Ale Kapuściński nie tylko raportuje. Nie tracąc nic z dziennikarskiej rzeczowości, operuję pięknym językiem, przenosi żar, duchotę, strach i adrenalinę na karty książki, więc nie tylko czytamy o Afryce; jesteśmy w Afryce. Można było przeczytać Heban w dwa dni. Ale po co? Kiedy można delektować się tą podróżą, współodczuwać ją, i po zamknięciu na długo pozostać pod jej wpływem.

Moja ocena: 6/6

Ryszard Kapuściński Heban
Biblioteka Gazety Wyborczej

Warszawa 2008

wtorek, 9 sierpnia 2016

"Dziewczyna z rewolwerem" Amy Stewart

Lubię powieści retro. Lubię powieści o silnych postaciach kobiecych. Lubię czytać bloga Pauliny Surniak. I wprost uwielbiam Nowy Jork. Zatem, czy książka o Constance Kopp, jednej z pierwszych kobiet – szeryfów, osadzona w Nowym Jorku w czasach I wojny światowej, tłumaczona przez Paulinę, mogła zostać przeze mnie pominięta? Nie, nie mogła.

„Zamordowano austriackiego następcę tronu, w Meksyku trwała rewolucja, a w naszym domu nie działo się kompletnie nic”. Panny Constance, Norma i Fleurette Kopp wiodą spokojne życie w swoim domu na farmie. Pewnego dnia udają się powozem do miasta, kiedy z impetem wjeżdża w nie samochód lokalnego przedsiębiorcy i niszczy doszczętnie ich jedyny środek transportu. Coś, co zaczęło się jako uprzejma, lecz stanowcza wola uzyskania odszkodowania zmieni się wkrótce w pełne akcji i napięcia życie w oblężonej twierdzy, zaś najstarsza z sióstr będzie musiała wziąć sprawy w swoje ręce i uratować rodzinę przed pewnymi siebie łotrzykami. W między czasie okaże się niezwykłą, jak na owe czasy, pomocą w zaprowadzaniu porządku, nie tylko domowego.

Sama nie wiem, co bardziej mi się podobało w tej powieści: silne postaci, nie tylko kobiece, z których każda, nawet najdrobniejsza, skonstruowana została z olbrzymią szczegółowością; Nowy Jork początku wieku, kiedy emancypacja kobiet zatacza coraz szersze kręgi, a jednocześnie na porządku dziennym są hotele tylko dla dam; czy misterna plecionka zdarzeń historycznych i fikcyjnych, składających się na tę barwną i fascynującą opowieść.

To drugi raz, kiedy sięgam po powieść tłumaczoną przez osobę, którą znałam do tej pory poprzez jej wpisy na blogu. I powiem to samo co wtedy: dla mnie dobre tłumaczenie jest wtedy, kiedy nie widać tłumaczenia. I tak właśnie było w tym przypadku, z resztą nie dziwota, wiedząc, iż literatura angielska to nie tylko praca ale i pasja tłumaczki. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zarówno nie jest to ostatnia praca autorki, jak i tłumaczki. I polecić tą książkę każdemu, kto lubi retro klimaty, Nowy Jork i silne kobiety.

Moja ocena: 4,5/6

Amy Stewart Dziewczyna z rewolwerem
Tłum. Paulina Surniak
Wyd. Czwarta Strona

Poznań, 2016

niedziela, 7 sierpnia 2016

Stosik wakacyjny

Zanim przejdę do szczegółowego opisu mojego wakacyjnego stosika, pragnę zaznaczyć, iż czytanie własnych półek idzie mi bardzo dobrze. Prawdę powiedziawszy, ponad połowa książek które przeczytałam w tym roku to pozycje, które na moich regałach zalegały już co najmniej od 2015 roku, a zwykle nawet dłużej.  W czerwcu przeczytałam tylko takie książki, co napawa mnie dumą i radością. Jednocześnie kupuję coraz mniej – z każdym rokiem lista kupionych książek jest krótsza i krótsza, i znajdują się na niej tylko pozycje naprawdę wyjątkowe, a nie tylko chwilowe „chciejstwa”.

Po tym oświadczeniu dodam tylko, że Skład Tanich Książek na ul. Świdnickiej we Wrocławiu nigdy mnie jeszcze nie zawiódł, i ilekroć znajdę się w pobliżu, zawsze tam zaglądam. W tym wypadku wracając z urlopu w Karkonoszach trochę zeszłyśmy z trasy i udały się z siostrą na zakupy w tymże przybytku rozpusty, zaglądając przy okazji do innych podobnych rozsianych wokolicach rynku wrocławskiego. Efekt widoczny poniżej:



1.       oraz 2. – Ulica Milczenia, Szklany pokój – Ann Cleeves – kolejne dwa tomy kryminałów z cyklu o inspektor Verze Stanhope. Pierwsze cztery już miałam na półce, ostatnio przeleciałam przez dwa pod rząd i nie mogłam zdzierżyć, że zaraz mi się skończą możliwości w tym zakresie. Z każdą kolejną częścią coraz bardziej lubię panią inspektor, której daleko do ideału.
2.       Dom nad klifem – Maeve Binchy – wydaje mi się, że dosyć niedawno widziałam tą książkę w charakterze nowości wydawniczej. Wygląda mi na lekką obyczajówkę z kategorii takich, jakie lubię najbardziej – nietypowa zbieranina zupełnie niepodobnych do siebie ludzi, zgromadzona na niewielkiej przestrzeni, tym  razem z nowo otwartym pensjonacie. Będzie idealna na jesienne wieczory.
3.       Kocham bohaterów – Susan Elizabeth Phillips – był taki okres w moim życiu, kiedy czytałam jedną po drugiej książki tej autorki, i żadna z nich mnie nie zawiodła. Chociaż pani Phillips pisze typowe romansidła, to jednak sa to romansidła z przymrużeniem oka i olbrzymią dawką humoru. Jej bohaterowie są zwykle dalecy od ideału, trudno ich polubić, ale zwykle gdzieś w trakcie lektury odkrywamy w nich nasze własne wady, i wtedy skradają nasze serca. Dawno już nie czytałam nic jej autorstwa, mam nadzieję, że ta książka będzie równie dobra jak poprzednie.
4.       Właściwie bez winy – Viveca Sten- to trzeci tom skandynawskich kryminałów, których akcja toczy się na archipelagu nieopodal Sztokholmu. Nie jest to może jedna z pięciu najwybitniejszych szwedzkich autorek, ale zdecydowanie można w jej książkach dostrzec cień typowego szwedzkiego klimatu – nawet w pełnym słońcu jest trochę ponuro.
5.       Rytuał ciemności – E. Giacometti, J. Ravenne – francuski kryminał z masonerią w tle. Jakiś czas temu czytałam kontynuację tej książki, i teraz wreszcie mogę sięgnąć po część pierwszą.


Czy któraś z powyższych pozycji zainteresowała Was szczególnie? A co ostatnio kupiliście? I w ogóle jak to u Was wygląda – kupujecie coraz mniej czy daliście sobie spokój  z ograniczeniami?

piątek, 8 lipca 2016

"My, właściciele Teksasu" Małgorzata Szejnert

PRL to czasy na tyle bliskie, by moi rodzice i wielu z moich znajomych miało wystarczająco świeże wspomnienia z twego okresu polskiej historii, a jednocześnie dla osób z  mojego pokolenia i młodszych PRL jest… no cóż, historią, a te kilkadziesiąt lat zlewa się w jedną, szarą masę.  Odnoszę wrażenie, że od kilku lat społeczeństwo „odobraża się” na owe czasy. Budynki powstałe w ostatnich dziesięcioleciach są coraz bardziej doceniane (szczególnie polecam w tym zakresie pracę Filipa Springera: Źle urodzone), uroki życia, gdy nie wszystko było dostępne coraz częściej są przeciwstawiane galopującej konsumpcji toczącej nasz naród. W domach zaczynamy ponownie korzystać z kupionych w Peweksie mikserów, bo te nowe z supermarketów wysiadają po kilku latach.

Jednocześnie jest to okres coraz bardziej krytykowany, jakby wszystko co ludzie wtedy zrobili, osiągnęli, przeżyli zostało naraz zakwestionowane i dekretem zapomniane. Cały PRL wkładamy do jednego szarego worka i szczelnie go sznurujemy. Dlatego z taką pasją i zainteresowaniem czytam teksty, które w owych czasach powstały, a zbiorem idealnym jest książka Małgorzaty Szejnert My, właściciele Teksasu”, zbiór reportaży powstałych pomiędzy 1969 a 1979 rokiem. Jak to ze zbiorami bywa, jedne teksty przypadły mi do gustu bardziej, inne mniej. Ale zaskoczyło mnie bogactwo tematów, jakimi dziennikarka zajmowała się (mogła się zajmować!) w tak wydawałoby się ograniczonych cenzurą czasach (może  z resztą problemy z cenzurą tych tekstów występowały, tu niestety wiedzy nie mam). I tak zawędrowałam do fabryk, i poznałam historie ich pracowników, ich ambicje, ich powody do dumy, i codzienne trudy. Wraz z klientami czułam ekscytację otwarciem pierwszego Supersamu.

I przeżyłam prawdziwy szok czytając artykuł pt. Kraków nieznany. O setkach, tysiącach zabytków rozsianych po niewielkim w sumie starym Krakowie. O trującym powietrzu, które niszczy zabytki szybciej, niż my jesteśmy w stanie je ratować. O urzędach i urzędnikach ds. zabytków, których jest dużo, i z których każdy ma niewielki skrawek pracy do wykonania, ale nie może go wykonać bez pieczątki kogoś innego, a ta pieczątka akurat się gdzie zawieruszyła, celowo lub nie. Szok, bo tekst ten powstał w 1978 roku, a czyta się to jakby spisano go wczoraj. Te same problemy, te same trudności, te same nie śmieszne komedie obserwujemy w Krakowie i dziś.

Może jednak ten PRL nie jest wcale tak odległy, jak nam się czasem wydaje?

Moja ocena: 5/6

Małgorzata Szejnert My, właściciele Teksasu
Wstęp – Mariusz Szczygieł
Wyd. ZNAK

Kraków 2013