O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

środa, 11 listopada 2015

"13 pięter" Filip Springer

Jak często łapiecie deprechę po przeczytaniu książki? Albo inaczej: jak często zdarza się Wam płakać w trakcie lektury lub po jej zakończeniu? I jakiego typu książki wywołują w Was taką reakcję? Przyznam się, że ja nie należę do osób płaczących na okoliczność dóbr kultury – moje łzy w tym temacie ograniczają się właściwie do sceny, w której umarł Mufasa i do zakończenia trzeciego tomu Harrego Pottera. Aha, i do książek Filipa Springera. Tak, dobrze widzicie. Nie płaczę na najbardziej wzruszających scenach w historii literatury, ale płaczę na reportażach tego konkretnego autora.

Tak mi się zdarzyło po raz pierwszy w trakcie czytania Źle urodzonych. Kto by pomyślał, że opis wyburzania Dworca w Katowicach sprawi, że oczyska zaczną mi się pocić? A teraz w trakcie lektury 13 Pięter doszło do podobnego zjawiska. Kto normalny ryczy przy reportażach o architekturze? Zwłaszcza, że się tą architekturą nigdy dotąd nie interesował? (Dla zabieganych na tym można zakończyć ten wpis – po książki Filipa Springera warto sięgać.)

Springer tym razem wypuścił na rynek coś, co jeszcze przed premierą zyskało opinię kontrowersyjnego i co zdołało spolaryzować nie tylko grono czytelników tejże książki, ale, co ciekawe, a może nie tak bardzo – grono tych, którzy nie czytali, ale wiedzą, o czym to jest. Autor wychodzi od początku wieku w Warszawie, by krok po kroku prześledzić przyczyny, dla których nasza dzisiejsza sytuacja mieszkaniowa w kraju jest taka a nie inna, a konkretnie – raczej tragiczna. Dowiadujemy się zatem najpierw skąd w ogóle pomysł spółdzielni mieszkaniowych. Potem jest, wiadomo, wojna, potem PRL, kiedy wolny rynek mieszkaniowy nie za bardzo istniał, i wypływamy z powrotem w wolnej Polsce. O dziwo, z problemami tymi samymi co w XX międzywojennym. Springer porusza się coraz wyżej, piętro po piętrze, omawiając wszelkie prawem dozwolone lub nie, sposoby na zdobycie dachu nad głową. Pisze o koszmarnych metodach czyszczenia kamienic, o braku mieszkań socjalnych, o sposobach ominięcia przepisów, o kredytach hipotecznych: w złotówkach i we frankach, o katastrofalnej sytuacji na rynku mieszkań pod wynajem, po rządowych programach Rodzina na Swoim, MdM i wcześniejszych kredytach preferencyjnych dla Towarzystwa Budownictwa Społecznego. O mieszkaniach podarowanych przez rodzinę, i o mieszkaniach odebranych przez rodzinę. O tym, ile przeciętny Polak płaci za możliwość nie-mieszkania pod mostem (zdecydowanie za dużo). O ubogich-pracujących – tych z nas, którzy pracując na pełen etat, nie są w stanie zapewnić sobie minimum egzystencjalnego, do którego łapie się przecież zapewnienie sobie miejsca do życia.

Skończyłam czytać 13 Pięter i zaliczyłam takiego doła, jakby osobiście z tego 13. Piętra skoczyła na fragment trawniczka przed klatką. A potem w płacz. Bo faktycznie, jeśli ktoś nie ma takiego farta jak ja, że jakieś tam puste mieszkanie w rodzinie było, to wyjścia nie ma albo jest żadne. Albo koszmarki do wynajęcia, z meblościanką Hejnał w roli głównej, za dzikie pieniądze, albo 30-letni związek z bankiem i środki uspokajające za każdym razem, gdy szef wspomni o zwolnieniach, ale szukanie luki w przepisach by zamieszkać w gminnym mieszkaniu, które formalnie mieszkaniem nie jest. Co dodatkowo boli, to fakt, iż próby powolnego uzdrowienia sytuacji, nawet jeśli już się pojawiają, to następna ekipa „robi lepiej” i znów lądujemy wszyscy w XX-leciu międzywojennym.

 Springer otwiera oczy na sytuacje mieszkaniową w naszym kraju. Można się burzyć, można się z czymś nie zgadzać, można mieć jeszcze inne doświadczenia niż te opisane w książce. Ale przeczytać trzeba.

Moja ocena: 5/6

Filip Springer 13 Pięter
Wyd. Czarne

Wołowiec 2013

poniedziałek, 9 listopada 2015

"Zapytaj księżyc" Nathan Filer

Jeśli lubicie powieści o trudnym tematach, ale podane w lekkostrawnej (co nie znaczy prostackiej ani  naiwnej) oprawie, to zdecydowanie sięgnijcie po Zapytaj księżyc.

Narratorem powieści jest młody chłopak, Matthew, który opowiada historię swojej rodziny, która doprowadziła go do miejsca, z którego dla nas pisze. Do szpitala psychiatrycznego. Zanim jednak przystąpi do sporządzania tych zapisków, będzie miał kilka lat mnie i wraz z rodzicami i starszym bratem z zespołem Downa uda się na wakacje na wybrzeże. Tego lata jego brat starci życie, a konsekwencje tego zdarzenia rozciągną się na długie lata, dotykając każdego członka rodziny. Ale szczególnie Matta, który obok starty będzie też borykał się z wyrzutami sumienia.

Trudno opisać tą powieść, która mimo iż łatwa w odbiorze i w sumie niewielka, łączy w sobie wątki i skojarzenia, tworząc luźną sieć, z które co chwila coś się nam, czytelnikom, wysmykuje, by wypłynąć znów kilkadziesiąt stron dalej. Autor, dyplomowany pielęgniarz psychiatryczny, pisze o tym, co zna, ale z delikatnością poety i zdolnością do budowania napięcia godną najlepszych powieściopisarzy. W jego książce schizofrenia nie jest określona przez szereg płytko brzmiących objawów. Patrząc oczyma Matta, można zorientować się, jak przerażającą i nieuchwytną jest ta choroba, i jak wpływ ona nie tylko na samego zainteresowanego, ale i na jego bliskich. Chłopak opisuje wszystko to, co działo się jeszcze przed śmiercią Simona, jak różne było traktowanie obu braci przez rodziców, jak blisko chłopcy ze sobą byli, chociaż ich postrzeganie świata było diametralnie różne. Pisze też o tym, co działo się tuż po wypadku, i przez kolejne lata. O każdym kolejnym wydarzeniu, które, chociaż nieraz drobne i wydawałoby się nic nieznaczące, prowadziło coraz głębiej w pokłady szaleństwa.

Matt spisując te wydarzenia niejako podsumowuje swoje życie, i widać w sposobie opowiadania, jaką postawiono mu diagnozę. Wyobrażenia, wizje czy halucynacje mieszkają się z realnym światem, przeszłości z przyszłością, brak tu ciągłości, myśli są często chaotyczne, a jednak widać w tym obrazie pokrętną logikę.

Dawno nie czytałam tak świetnej powieści. Czekałam na jej pojawienie się na polskim rynku, oczywiście nie zauważyłam, kiedy to dokładnie nastąpiło, wpadłam na nią przypadkiem w księgarni i od razu porwałam z półki i zaczęłam czytać (znaczy, najpierw zapłaciłam). Czytając ją odniosłam wrażenie, jakbym czytała wspomnienia jakiejś faktycznie żyjącej osoby, teraz jednak myślę, że tak właśnie było. Bo ustami Matthew przemawiają wszyscy ci, którzy cierpią na tą potworną chorobę, i dzięki niemu odrobinę łatwiej jest nam ich zrozumieć. Gdybym miała polecić Wam tylko jedną książkę z tych, które przeczytałam w tym roku, byłoby to właśnie Zapytaj księżyc Nathana Filera.

Moja ocena: 6/6

Nathan Filer Zapytaj księżyc
Tłum. Anna Jęczymyk
Wyd. Albatros A. Kuryłowicz
Opole 2015



sobota, 7 listopada 2015

"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins

Dziewczyna z pociągu Pauli Hawkins jest bardzo często porównywana do innego bestsellerowego thrillera – Zaginionej dziewczyny Gillian Flynn. Tak się złożyło, iż przeczytałam te książki niemalże pod rząd, i kusiło mnie nawet, by zrobić podrównanie obu powieści tu na blogu, jednak nie obeszłoby się bez spoilerów, a tych lepiej unikać (nic tak nie kusi jak wielkie litera SPOILER poniżej, przynajmniej mnie). Mogę jedynie powiedzieć, iż podobieństw jest faktycznie dosyć sporo, ale na tej zasadzie, że jeśli podobała ci się jedna, spodoba i druga, niż żeby miało się wrażenie czytania jednej i tej samej książki. Ale może zacznę od początku a nie od końca.

Życie Rachel posypało się już jakiś czas temu, wraz z jej małżeństwem, wyprowadzką z ukochanego domu do pokoju wynajmowanego od koleżanki i utratą pracy. Obecnie jej egzystencja składa się z ciągu powtarzalnych czynności, do których należy jazda pociągiem, którym wcześniej dojeżdżała do pracy do Londynu, powrót tym pociągiem po południu oraz picie takiej ilości alkoholu, jaką się da. Zaś najbardziej emocjonującym doznaniem każdego dnia jest przyglądanie się znajomym domom i ich mieszkańcom z okna pociągu. Znajomym, ponieważ po setkach takich jazd Rachel wydaje się, że zna osobiście małżeństwo, naprzeciwko którego domu pociąg zawsze staje. Wiele jednak zmieni się w życiu bohaterki, wiele spraw z jej przeszłości odkryje światło dzienne, kiedy Rachel przypadkowo zobaczy przez okno pociągu coś, co nie pasuje do obrazka.

Dziewczyna z pociągu opowiada tę samą historię z punktu widzenia trzech kobiet: Rachel, dziewczyny z pociągu, Megan, dziewczyny widzianej z okna pociągu, i Anny, dziewczyny która zniszczyła życie dziewczynie z pociągu. Jest to jednocześnie opowieść o toksycznych związkach, mężczyznach, którzy pod wyprasowaną koszulą skrywają psychopatyczne skłonności, i kobietach, które w pogoni za tym, czego pragną, nie cofną się przed niczym. I chociaż każde z bohaterów ma inną historię do opowiedzenia i inną sytuację życiową, łączy ich jedno – coś jest z nimi mocno nie tak.

Thrillery nie należą do moich absolutnie ulubionych gatunków i rzadko je czytam, dlatego każdy kolejny działa na mnie dużo mocniej niż na profesjonalistów w temacie. Nie inaczej było z Dziewczyną z pociągu, która mocno namieszała mi w głowie, i chociaż w pewnej chwili zaczęłam podejrzewać, kto stoi za wydarzeniami opisanymi w powieści, to jednak ogrom zła, jakim autorka obrzuca czytelnika, był mocno zaskakujący i wstrząsający. Lektura tej książki potwierdza, że czasami najgorsza patologia kryje się za dobrze utrzymanymi drzwiami domku klasy średniej w dobrej dzielnicy, a nie w menelowni.

Powieść Pauli Hawkins podobała mi się nieco bardziej niż Zaginiona dziewczyna, może dlatego, że jednak brytyjskie realia bliższe są mi niż te amerykańskie, chociaż obie autorki bawią się czytelnikiem i żonglują jego emocjami i sympatiami z podobną wprawą. Jednak to właśnie Dziewczyna z pociągu wstrząsnęła mną mocniej i to ją chce w pierwszej kolejności polecić zarówno tym, którzy przepadają za takim gatunkiem, jak i totalnym nowicjuszom w temacie thrillerów.

Moja ocena: 5/6

Paula Hawkins Dziewczyna z pociągu
Tłum. Jan Kraśko
Wyd. Świat Książki

Warszawa 2015

niedziela, 1 listopada 2015

Podsumowanie października

Wybaczcie przerwę, nie była ona niestety zależna ode mnie. W ogóle październik był trudnym miesiącem, i cieszę się, że jest już za nami. W listopad zaś wchodzę z entuzjazmem, nastawiona pozytywnie pod każdym możliwym względem. Ale zanim czytelniczo go zacznę, należałoby chyba podsumować ubiegły miesiąc, co nie?
W październiku przeczytałam siedem książek, w sumie zaś 2499 stron (a pewnie nawet więcej, bo nie wliczyłam w to kilku opowiadań o Sherlocku Holmesie). Jakościowo był to bardzo dobry czytelniczo miesiąc, właściwie każda kolejna pozycja mi się podobała, nie mam też możliwości wskazania jednej wyjątkowo słabej, poziom był dosyć wyrównany. Spośród przeczytanych tylko jedna książka jest z kategorii non-fiction, pozostałe to fabuły: dwie obyczajówki, jedna pozycja klasyczna, jeden kryminał i aż dwa thrillery, co stanowi spore zaskoczenie, bo nie jest to gatunek, po który często sięgam, ale która bardzo fajnie wpisuje się w ponure jesienne wieczory. Trzech autorów pochodzi z Wielkiej Brytanii, dwie powieści są rodem z USA, jedna z Norwegii i jeden polski reportaż. Cztery przeczytane książki to nabytki tegoroczne, dwie zalegały na półkach od kilku lat, jedną przytargałam od rodziców. Z radością konstatuję, iż udało mi się przeczytać kolejną pozycję ze stosika 12 książek na 2015 rok.

A oto, co przeczytałam w październiku:

1.       Czerwone gardło – Jo Nesbo  - generalnie wstyd, ponieważ jotek zobowiązała mnie do przeczytania czegoś autorstwa Nesbo do 11 września. Innymi słowy ja się nie nadaję do wyzwań! Ale kryminał bardzo fajny, będę czytać dalej.  Moja ocena: 5/6
2.       Vintage – Susan Gloss  - zupełnie niespodziewanie ta pozycja przybyła do mnie od koleżanki. Niezwykle sympatyczna obyczajówka, może nie najwyższym lotów, ale taka, która uratuje w te dni, gdy nic się nie chce.  Moja ocena: 4/6
3.       Zaginiona dziewczyna – Gillian Flynn – bardzo szeroko komentowany i recenzowany jeszcze nie tak dawno thriller, potem już chyb przeczytali go wszyscy i ucichło. I wtedy się za niego zabrałam. Rozumiem fenomen, jaki ta powieść stanowi, faktycznie trzyma  napięciu do końca, co więcej autorka żongluje emocjami czytelnika tak, że w pewnym momencie już nie wiadomo, co myśleć. Niestety czytanie tej pozycji przypadło mi między innymi na leżenie w szpitalu, więc co chwilę przysypiałam (nie z powodu fabuły!) i generalnie źle mi się teraz ta pozycja kojarzy.   Moja ocena: 4,5/6
4.       Był sobie chłopiec – Nick Hornby – o ile dobrze liczę, ta pozycja leżała u mnie na półce nieprzeczytana przez siedem lat. Wylosowałam ją z mojego Kubka Do Przeczytania, zupełnie na chybił-trafił I podobała mi się tak jak x lat temu spodobał mi się film. Urocza, ciepła, bardzo brytyjska opowieść.   Moja ocena: 4/6
5.       Gottland – Mariusz Szczygieł  - ze stosika 12 książek na 2015 rok, również leżała na półce baaaaardzo długo, zanim wreszcie doczekała się przeczytania. Ponownie – chyba jestem ostatnią osobą w kraju i okolicach, która jeszcze nie czytała Gottlandu. A teraz już wiem, o co całe zamieszanie. I znów odkryłam swoją pasję dla południowego sąsiada.  Moja ocena: 5/6
6.       Dziewczyna z pociągu – Paula Hawkins – czekałam na tą pozycję od kilku miesięcy, odkąd usłyszałam o niej na zagranicznych kanałach YouTube. Podobała mi się jeszcze bardziej niż Zaginiona dziewczyna, chociaż w głównym zrębie obie powieści są dosyć podobne. Ale tu były pociągi i Anglia za oknem.  Moja ocena: 5/6
7.       Panie z Cranford – Elizabeth Gaskell – nie pamiętam u kogo przeczytałam bardzo entuzjastyczną recenzję tej książki, od razu poleciałam ją kupić (to było we wrześniu) i dosyć szybko od zakupu się za nią zabrałam. Przeczytanie jej zajęło mi niecałe dwa dni. I dałam się zauroczyć. Atmosfera trochę jak u Jane Austen, urocze postaci, zabawne sytuacje, ciepło bijące z tej książki jak od kominka – książki pan i Gaskell zdecydowanie znajdą się na moim stosiku do przeczytania.    Moja ocena: 6/6


niedziela, 11 października 2015

"Vintage" Susan Gloss

Mam niepokojące wrażenie, że powoli wpadam w kolejny dół czytelniczy. Wystarczy powiedzieć, że mam rozpoczętych pięć książek, różnych autorów, różnych gatunków, i mimo iż każda z nich zapowiada się świetnie, jakoś z żadną z nich mi nie po drodze. A to, co mi ostatnio pomaga w takich chwilach, to niewymagająca obyczajówka.

Vintage trafiło do mnie niedawno dosyć niespodziewanie. Najwyraźniej kiedyś gadałam o tej powieści z koleżanką, i ostatnio na kawie Jadzia wyciągnęła ją z torby z dopiskiem „masz, zrób z nią co chcesz”. No to przeczytałam, a teraz pewnie poślę ją dalej w świat za pośrednictwem kobiet z mojej rodziny. Książka opowiada o trzech kobietach w różnym wieku, pochodzących z różnych klas społecznych i mających zupełnie inną historię, które w pewnym momencie życia spotykają się i grupują wokół tego wyjątkowego sklepu rzeczy zapomnianych. Violet uciekła z rodzinnej mieściny przed mężem pijakiem, i teraz od nowa buduje swój świat prowadząc wymarzony sklep ze starymi ubraniami. April spotkała niedawno wielka strata. Nastolatka ma więcej pytań niż odpowiedzi – jak faktycznie zginęła jej matka, co zrobić z długami, domem, związkiem, który właśnie się rozpada. Amithi przybyła do USA kilkadziesiąt lat temu ze swoim świeżo poślubionym w Indiach mężem, a teraz musi od nowa zdefiniować siebie i to, czego pragnie w życiu. I, jak nie trudno się domyśleć, każda z nich znajdzie w Vintage pomoc i odpowiedź na wiele pytań. I przyjaźń, prawdziwą, kobieca przyjaźń.

Jak widać, nie jest to może szalenie ambitna literatura. Właściwie można uznać ją za dosyć przewidywalną. Problemy bohaterek, chociaż nie trywialne, udaje się w reszcie rozwiązać, a zakończenie jest wesołe, sympatyczne i bardzo szczęśliwe. I o to chodzi. Czasem trzeba sięgnąć po właśnie taką pozytywną, niewymagającą lekturę, która natchnie nas na powrót przyjemnymi myślami i zachęci do czytania. Vintage okazała się idealna na moją czytelniczą chandrę i ogólne zabieganie i pozwoliła miło spędzić czas. Jeśli zatem szukacie takiej lektury, szukajcie powieści Susan Gloss.

Moja ocena: 4/6

Susan Gloss Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych
Tłum. Bogumiła Nawrot
Wyd. Marginesy
Warszawa 2015


sobota, 10 października 2015

"Szukając Alaski" John Green

Po przeczytaniu dwóch powieści Johan Greena, Gwiazd naszych wina i 19 razy Katherine, nie miałam już wątpliwości, że to jeden z najlepszych współczesnych autorów, jakich czytam. Teraz, po przeczytaniu Szukając Alaski, zaczynam się na poważnie zastanawiać, czy Green nie podpisał paktu z diabłem w zamian za taki talent.

Główny bohater powieści, Miles, postanawia zmienić swoje dosyć nudne życie, i w poszukiwaniu „Wielkiego Być Może” decyduje się na przeniesienie do szkoły z internatem gdzieś w Alabamie. Już w pierwszych dniach udaje mu się zawrzeć ciekawe znajomości z kilkoma „starymi” uczniami szkoły. Z nudziarza staje się częścią paczki, która specjalizuje się w kawałach, robionych innym uczniom i dyrektorowi szkoły. W międzyczasie Miles pozna smak przyjaźni, miłości, zabawy, życia… Powyższy opis do złudzenia przypomina fabułę niedawno przez mnie recenzowanej innej młodzieżówki, Anna i pocałunek w Paryżu. I wiecie co? Po tym można poznać talent autora, że z fabuły, której jedna pisarka nie podołała, ktoś inny potrafi uczynić dzieło sztuki. Ani paczka przyjaciół Milesa nie jest taka znowu super, każdy z jej członków ma swoje sekrety, swoje wady i zalety, relacje zaś między bohaterami pozbawione są sztucznej słodyczy, a czasem brak widocznych na pierwszy rzut oka emocji mówi więcej, niż ochy i achy i komplementy i deklaracje wielkiej przyjaźni. Z drugie strony John Green nie poszedł też w drugą stronę, nie uczynił z powieściowej szkoły piekła na ziemi, a z rodziców i nauczycieli wrogów publicznych numer jeden. Kiedy w życiu bohaterów dochodzi do pewnego traumatycznego wydarzenia, nie ma tu miejsca na „wzruszające” scenki i wyznania. Ale Green stworzył swoim bohaterom warunki, w których mogą bez przeszkód i bez nachalnej pomocy próbować sobie poradzić z życiem, każde na swój sposób. Bo każde z nich ma swój rozum i swoją wrażliwość.

Szukając Alaski to debiutancka powieść Johan Greena, dlatego miała wszelkie prawa nie dorównywać poziomem innym jego książkom. Tym razem jednak okazuje się, że już pierwsza książka potrafi w pełni zaprezentować zdolność autora do kreowania nietuzinkowych, jednak realistycznych bohaterów i tworzenia panoramy silnych emocji, pozbawionej patetycznych słów, lekko żartobliwej z formie, ale poważnej w treści. To wszystko razem wzięte sprawia, iż ilekroć widzę powieści tego autora stojące na tej samej półce co niektóre głupkowane młodzieżówki, czuję jakby ktoś wrzucił perły do chlewa. Chyba za niedługo zacznę je przenosić w inne części księgarni.

Moja ocena: 5/6

John Green Szukając Alaski
Tłum. Anna Sak
Wyd. Bukowy Las

Wrocław, 2013

piątek, 2 października 2015

To był bardzo długi i owocny w wydarzenia miesiąc. Wiele działo się w pracy, wiele było spotkań z krewnymi znajomymi Królika, w tym z cudownymi krakowskimi Biblionetkowiczami, były próby (na razie nieudane ale nie dajemy za wygraną) odświeżenia znajomości ze studiów. I przede wszystkim dołączył do mojego życia Pewien Ktoś. Dlatego z zaskoczeniem skonstatowałam, iż obok tych wszystkich innych przyjemności i zobowiązań udało mi się przeczytać 6 książek, niektórych grubych, niektórych mniej. Moje wrześniowe czytanie było bardzo zróżnicowane, co zawsze mnie cieszy, udało mi się sięgnąć po kilka tytułów, na które czekałam, jak również dać się zaskoczyć (pozytywnie) nieplanowanymi wcześniej powieściami. Szczególnie zadowolona jestem, iż przeczytałam wreszcie Wielkiego Gatsbiego w tłumaczeniu Jacka Dehnela, ponieważ lata temu próbowałam przebrnąć przez tą klasyczną już powieść amerykańską, i nie udało mi się wtedy zajść dalej jak za 10 stronę. We wrześniu przeczytałam również jedną książkę po angielsku – Howards en dis on the landing. Chociaż nie mam szczególnych problemów z czytaniem w tym języku, jednak sięgam po lektury w nim napisane zdecydowanie rzadziej, niż bym sobie życzyła. Jeśli chodzi o narodowość autorów, nie było aż tak różnorodnie, gdyż aż trzech z sześciu to pisarze amerykańscy, jeden szwedzki, jeden angielski i jeden polski. Ale gatunkowo – czym chata bogata. Jest klasyka, jest młodzieżówka, jest powieść obyczajowa, pozycja non-fiction oraz dwa kryminały. Przede wszystkim jednak – podobała mi się każda przeczytana w tym miesiącu książka. Każda.

Przechodząc do meritum, we wrześniu przeczytałam:

1.       Co nas niezabije – David Lagercrantz – zakupiona i przeczytana ściśle pod wpływem akcji marketingowej, i chociaż w moim odczuciu nie jest to udana kontynuacja powieści Stiega Larssona, to wciąż jest to pod wieloma względami dobra książka. Tylko nie dla tych, którzy czują się przywiązani emocjonalnie do oryginału.   Moja ocena: 4/6
2.       Howards end is on the landing – Susan Hill – to był moment, ten ebook wprawdzie siedział w moim schowku na Amazonie już kilka miesięcy, ale akurat we wrześniu poczułam, że muszę to przeczytać. Kilka minut później byłam czterdzieści parę złotych lżejsza, ale książka jest absolutnie warta każdego wydanego na nią grosza. Moja ocena:  4/5
3.       Mennica –Mateusz L. Lemberg  - jedyna recenzencka pozycja w tym miesiącu. Mateusz Lemberg był mi do tej pory zupełnie nieznany, a wydawało mi się, że kojarzę wszystkich polskich autorów kryminałów. Okazało się, że nie obawia się wyjścia poza schemat, potrafi namieszać czytelnikowi w głowie i serwuje coś nowego na naszym rodzimym kryminalnym stole. Moja ocena: 4,5/6 
4.       Jakznaleźć faceta w wielkim mieście – Melissa Pimentel  - bardzo pozytywne zaskoczenie, gdyż tą pozycję wybrałam sobie w wakacje bazując praktycznie wyłącznie na okładce. Autorka miała fajny pomysł na zabawną, nietuzinkową powieść dla kobiet, i mam nadzieję, że nie przestanie pisać.  Moja ocena: 5/6
5.       Wielki Gastby – F. Scott Fitzgerald – wreszcie, wreszcie, wreszcie! Z jednej strony omijałam ją szerokim łukiem pomna tego, jak ciężko mi się przez nią brnęło lata temu, z drugiej – wstyd było nie znać tak ważnej powieści amerykańskiej. Tymczasem przeczytałam ją na jednym posiedzeniu, i chociaż nie stała się moją ulubioną pozycją w życiu, to teraz wreszcie rozumiem, dlaczego dla wielu jest to ukochana książka. Moja ocena: 4,5/6
6.       Szukając Alaski – John Green  - im więcej Johna Greena tym mniej Johna Greena. Im więcej jego książek czytam, tym mniej zostaje mi do przeczytania, a od grudnia zeszłego roku jestem autentycznie uzależniona od jego prozy. Nie potrafię powiedzieć, która z jego powieści dotychczas przeczytanych przez mnie podobała mi się najbardziej, po prostu nie umiem wybrać… Moja ocena: 5/6
Jak przedstawiało się wasze czytanie we wrześniu? Czy coraz zimniejsze wieczory sprawiły, że macie teraz więcej czasu na czytanie, czy też lepiej było na wakacjach, a teraz szał dzikich ciał po urlopach i powrocie do szkoły sprawił, że czytanie odeszło na drugi plan?


PS Krakowskie Czytanie bierze udział w plebiscycie Literacki Blog Roku. To jego pierwszy raz w takiego typu przedsięwzięciu, więc nie napala się na podium, ale będzie mi bardzo miło, jeśli oddacie nań swój cenny głos na stronie:  http://www.literackiblogroku.pl/zaglosuj,108
Za każdy Wasz głos na mojego bloga będę bardzo wdzięczna.