O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

niedziela, 2 grudnia 2018

Mój dzień w książkach

Źródło: Książki Sardegny

Po 7 latach Sardegna z KsiążekSardegny postanowiła reaktywować łańcuszek, który królował na blogach książkowych właśnie 7 lat temu. Nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek miała okazję uczestniczyć akurat w tej zabawie, ale pamiętam inne tego typu inicjatywy i moc zabawy z nimi związaną – zarówno dla autora jak i dla czytelników bloga. Dlatego zdecydowanie wsiadam na tego konia i poniżej przedstawiam Wam historię „Mój dzień w książkach”, która może nie być najambitniejszym dziełem literackim ale której konstruowanie stanowiło dla mnie olbrzymią frajdę:

Zaczęłam dzień z 13 powodów. W drodze do pracy zobaczyłam Daleką drogę do małej gniewnej planety i przeszłam obok Kamiennego żagla żeby uniknąć Pustkowia, ale oczywiście zatrzymałam się przy Kwiatach w pudełku. W biurze szef powiedział Wszystko czego wam nie powiedziałam i zlecił mi zadanie Żeby nie było śladów. W czasie obiadu z Cudownym chłopakiem zauważyłam Fakap pod Zabójczą bielą. Potem wróciłam do swojego biurka Przez drogi i bezdroża. Następnie, w drodze do domu, kupiłam Rzeczy których nie wyrzuciłem, ponieważ mam Życie na miarę. Przygotowując się do snu wzięłam Profil mordercy i uczyłam się Kiedy nadejdą dobre wieści, zanim powiedziałam dobranoc Lokatorce.

Główną funkcją w ramach łańcuszków jest przekazywanie ich dalej, ale jednocześnie jest to ta najgorsza część, bowiem w wyniku przedobrzenia większość ludzi ma na to uczulenie (a poza tym czyta tego bloga jakieś 5 osób, z czego jedną na pewno jest moja mama, a ze dwie inne to ruskie boty). Dlatego zwyczajnie zachęcam do wzięcia udziału w zabawie i opublikowaniu swojej wersji u siebie na blogu, albo z braku takowego w komentarzach poniżej.

O całym przedsięwzięciu można przeczytać bardziej szczegółowo u Sardegny, jak również znaleźć tam gotowy do wypełnienia szimel. :)

Dziękuję Sardegno za przywrócenie tej zabawy do życia :)

środa, 7 listopada 2018

Wojciech Chmielarz "Farma lalek"


Jesień to czas na czytanie kryminałów, prawda? Halloween'owe dekoracje, Święto Zmarłych, coraz krótsze dni, ponura atmosfera za oknem, mgła i drzewa ogołocone z liści – późna jesień to okres mroczny, i wtedy wielu z nas chętnie zagrzebuje się pod kocykiem i spędza kolejne długie wieczory w towarzystwie powieści kryminalnych. Wydaje mi się, że nie tylko tematyka nas do nich przyciąga o tej porze roku, ale często też fakt, iż zaspani i pozbawieni energii nie mamy ochoty na zawiłe epopeje pisane z dziesięciu rożnych perspektyw. A nawet najlepsze kryminały oferują poniekąd powrót do tego, co dobrze znane.

Co nie znaczy, że czytam tylko znajomych autorów, chociaż nie przeczę, że w przeciągu ubiegłych tygodni udało mi się nadgonić zaległości z niektórymi znanymi cyklami kryminalnymi. Ale dziś będzie o moim nowym odkryciu (z naciskiem na moim) – powieści Wojciech Chmielarza, której bohaterem jest komisarz Jakub Mortka – Farma lalek. Leżała w osiedlowej bibliotece, a sięgnęłam po nią po tym gdy koleżanka wspomniała o autorze na ostatnim spotkaniu biblionetkowym w Krakowie. Postanowiłam spróbować, i chyba przepadłam.

Komisarz Mortka trafia na zesłanie z Warszawy do kotliny jeleniogórskiej, a konkretnie, do małej miejscowości Krotowice, w wyniku zdarzeń opowiedzianych w pierwszej części tego cyklu. Której, z racji tematyki pożarowej, raczej nie zamierzam czytać (kłania się lęk przed ogniem; słowo daję, gdybym to ja była człowiekiem pierwotnym i ode mnie zależałoby ogarnięcie ognia dla ludzkości, to do dziś siedzielibyśmy zmarznięci na drzewach). W każdym razie pan komisarz planuje się nie wychylać, odpocząć, przetrwać okres zesłania i przy okazji zadecydować, co dalej zrobi ze swoim życiem. Nie jest tutejszy, zatem nie wtrąca się w pracę lokalnych policjantów. Do czasu, gdy zaginięcie małej dziewczynki na początek śledztwu w sprawie brutalnych zabójstw, które z kolei doprowadzi nas do nieoczekiwanego finału.

Podobał mi się sposób pisania pana Chmielarza. Dawno już nie płynęłam tak płynnie prze kolejne strony. Konstrukcja fabuły nie dawała chwili wytchnienia ani powieściowym gliniarzom, ani czytelnikowi, a jednak nie miałam wrażenia przesady i przeciążenia zdarzeniami, jak to się czasem zdarza, szczególnie w powieściach kryminalnych. Szczególnie bliska jest mi okolica, w której autor umiejscowił akcję – w okolicach Szklarskiej Poręby i Jeleniej Góry spędziłam jedne z najlepszych wakacji w życiu. A i miejscowość, na bazie której narodziły się powieściowe Krotowice, jest mi dosyć dobrze znana. I wreszcie sam komisarz Mortka – długo nie mogłam sobie uzmysłowić, co mnie ujęło w tym smutnym, rozwiedzionym pracoholiku w depresji, aż wreszcie to do mnie dotarło – jesteśmy starymi znajomymi. Miewał inne imiona, działał w różnych regionach Polski, bywał wdowcem, ale to jednak on – typowy główny bohater kryminałów. I nie myślcie, że to wada. Trzeba nie lada kunsztu, by tego bohatera ożywić w kolejnych powieściach, by nie stał się parodią samego siebie. Ale Wojciechowi Chmielarzowi się to udało.

To byłą jedna z tych lektury, dla których wracałam szybciej do domu, by tylko móc się znów zagłębić w lekturę. I jedna z tych, po których zakończeniu biegnie się do biblioteki po kolejny tom. Osiedle marzeń już na mnie czeka.

Moja ocena: 5/6

Wojciech Chmielarz Farma lalek
Wyd. Czarne
Wołowiec 2017

czwartek, 1 listopada 2018

Co będę czytała w listopadzie?


Od kilku lat nie buduję już stosików do przeczytania na następny miesiąc, bowiem zwykle okazywało się, że czytałam wszystko, tylko nie to, co się na tym stosiku znalazło. Jednak miewam takie momenty, gdy wprost zalewa mnie fala pozycji, które chcę przeczytać tu i teraz. Czasem jest to tylko efekt ogólnej potrzeby czytania wszystkiego (znacie to uczucie? Jakby się było na czytelniczym haju), czasem wydawcy rozpieszczają nas premierami, czasem natrafimy na rudę złota w osiedlowej bibliotece, albo spotkanie z książkowymi maniakami pozostawia nas z dłuuuuugą listą rekomendacji.

U mnie ma miejsce wyrafinowana mikstura wszystkiego, co powyżej. Nie tyle mam stosik książek które muszę przeczytać (bo termin, bo trzeba oddać, bo ktoś chce pożyczyć, bo, bo, bo...) ile książek, których przeczytania nie mogę się wprost doczekać. Na stosie na listopad, tradycyjnie, znalazło się trochę kryminałów, reportaże, których z każdym rokiem czytam więcej i które chyba powoli stają się moim ulubionym i najchętniej czytanym gatunkiem, ale jest też najnowsza pozycja jednej z uwielbianych przez mnie autorek (a nawet Ałtorek – tak, napisałam to, pozwijcie mnie), jest sporych rozmiarów powieść do której nie udało mi się dorwać w październiku, monumentalny bestseller sprzed kilku lat, audiobook i zapewne kilka pozycji,o których teraz nawet nie wiem, że chcę je czytać. I jakoś tak mnie naszło, żeby Wam o nich opowiedzieć, bo znając życie, wiele z nich nie doczeka się ode mnie oddzielnych recenzji (a może? Kto wie?)

  1. Wojciech Chmielarz Farma lalek autor kryminałów, z którego twórczością nie miałam jeszcze do czynienia, chociaż niemalże zewsząd słyszę pozytywne opinie. Przeczytałam na razie kilka stron i już się wciągnęłam. Mała miejscowość w Karkonoszach i seria zaginięć jedenastoletnich dziewczynek.
  2. Francesco M. Cataluccio Czarnobyl zdobycz z uroczego antykwariatu w Elblągu, na temat który szczególnie mnie interesuje (miano pokolenia Czarnobyla zobowiązuje). Opowieść o mieście znanym jako epicentrum katastrofy.
  3. Marta Kisiel Pierwsze słowo razem z drastycznym ograniczeniem pisania na blogu zrezygnowałam z jakichkolwiek współprac. Wyjątkiem są książki Marty Kisiel, choćbym tylko dla nich miała trzymać bloga przy życiu. Opowiadania jedynek w swoim rodzaju autorki.
  4. Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii znalezisko osiedlowej biblioteki, która może nie jest najbardziej szałową biblioteką na świecie, ale jeśli chodzi o reportaże stanowi centrum dowodzenia wszechświatem. O państwie, w którym jest dobrze. Za dobrze?
  5. Leonardo Padura Trans w Hawanie Trylogia Padury przeleżała na moich półkach około 10 lat... kilka razy znajdowały się już na stosie do wyniesienia do biblioteki, jednak jakimś cudem zawsze im się udawało. Jestem już po lekturze pierwszych dwóch tomów, i nie mogę uwierzyć, że coś tak dobrego mogło tak długo czekać na swoją szansę. Kryminały kubańskie, morderstwa w dusznej atmosferze Hawany.
  6. Mads Peter Nordbo Dziewczyna bez skóry przypadkowy zakup, ostatnio coraz trudniej mi się dorwać do dobrych skandynawskich kryminałów, liczę, że ten taki będzie. Intryguje mnie, ponieważ fabułę osadzono na Grenlandii.
  7. Jennifer Egan Manhattan Beach – kiedy tylko pojawiła się w zapowiedziach, zwróciła moją uwagę. Potem natrafiłam na entuzjastyczne recenzje, i już byłam pewna że to coś dla mnie. Opowieść o młodej dziewczynie i Nowym Jorku lat 30. i 40.
  8. Diana Gabaldon Obca potrzebowałam czytadła i przypomniałam sobie, że swego czasu wszyscy się tym zaczytywali. Młoda kobieta zostaje przeniesiona w czasie do XVIII wiecznej Szkocji.

Dawno już nie miałam przed sobą tylu fascynujących pozycji naraz. Teraz długie listopadowe wieczory nie będą mi straszne.

niedziela, 16 września 2018

"Małe Licho" Marta Kisiel


Chociaż rokrocznie na rynku pojawia się kilkaset nowych pozycji, chociaż lubię żonglować gatunkami po które sięgam, jednak zawsze z radością powracam do starych znajomych. Zmęczonych życiem detektywów, rezolutnego sześciolatka se Scotland Street czy łowczyni nagród. A już w szczególności, gdy ci starzy znajomi mają macki lub skrzydełka, albo zdarza im się znikać. Marta Kisiel dała nam, czytelnikom, kolejną odsłonę przygód Licha, Konrada, Krakersa, różowych królików i całej reszty ferajny, tym razem w konwencji książki dla młodszych czytelników.

Opowieść tym razem kręci się wokół Niebożątka. A raczej – Bożka. Bożydara, syna Szczęsnego, pierwszego tego imienia. Do tej pory jego życie upływa na zabawie z własnym aniołem stróżem i odgrywaniu przedstawień z widmami SS-manów, jednak zostaje podjęta brzemienna w skutki decyzja – Bożęty idzie do szkoły. Nikt, kto miał przyjemność korzystać z systemu edukacji narodowej, nie zaprzeczy, że to nie przelewki. Zwłaszcza, gdy nie jest się zwykłym chłopcem, a pół-widmem.

Nie tylko poznajemy dalsze losy ukochanych bohaterów, nie tylko mamy okazję zaśmiać się (czy nawet pochichrać) ze specyficznego humoru znanego z poprzednich części, ale i bierzemy udział w kolejnej, szalonej przygodzie. Jednocześnie autorka wplata w fabułę klasyczne teksty literackie, tworząc wyrafinowaną mieszankę. I chociaż jest to fabuła oryginalna i nowatorska, czytelnik odkryje w niej niejedno odwołanie do znanych baśni, legend i mitów, które stawiają Małe Licho na tej samej półce dziecięcej literatury, na której (w moim skromnym mniemaniu), stoi już Hobbit, Opowieści z Narnii i Harry Potter.


Małe Licho jest skierowane do młodszych czytelników, jednak ani nie wpływa to na przyjemność lektury przez dorosłych, ale udowadnia, jak wszechstronną autorką jest Ałtorka. Mieliśmy już okazję w tym roku przeczytać poważniejszą powieść, tym razem dostajemy coś, co powinno przeczytać każde dziecko, i każdy dorosły. Bez zadęcia, pełna charakterystycznego dla autorki sarkastycznego humoru piękna opowieść, że to nie więzy krwi tworzą rodzinę, oraz o tym jak ważne w życiu każdego z nas są miłość, przyjaźń i niezłomność.

Moja ocena: 6/6


Doprawdy, alleluja.

Małe Licho Marta Kisiel
Wydawnictwo Wilga
Warszawa 2018

poniedziałek, 16 lipca 2018

Marta Matyszczak "Tajemnicza śmierć Marianny Biel"


Jak zapewne widać, bardzo rzadko zdarza mi się publikować na tym blogu, jednak od czasu do czasu trafiam na pozycję, o której mimo braku czasu i ogólnych trudności z komponowaniem wewnętrznie spójnego tekstu, muszę napisać. Są to albo książki tak złe, że aż mnie boli moja czytelnicza dusza, albo tak zaskakująco dobre, iż koniecznie muszę obwieścić światu, jakie to było fajne. Nawet jeśli reszta świata już dobrze o tym wie, a ja wpadam spóźniona na imprezę na cześć. Dziś przeganiam mój wtórny analfabetyzm by opowiedzieć o wrażeniach z lektury Tajemniczej śmierci Marianny Biel autorstwa Marty Matyszczak.

Pozycja ta była na mojej liście „do przeczytania” już od chwili premiery, i przyszedł taki moment, że najbardziej na świecie potrzebowałam lekkiego kryminału, który nie miałby tysiąca stron. Tak na marginesie, zauważyliście, iż ostatnio publikuje się coraz więcej bardzo grubych książek każdego gatunku, a coraz trudniej znaleźć coś wartościowego poniżej 400 stron? Na szczęście wpadła mi w oko Tajemnicza śmierć i teraz wiem, że mam przed sobą jeszcze co najmniej trzy łatwe wybory kolejnej „krótkiej” lektury.

Trudno powiedzieć, kto jest w tej książce głównym bohaterem: czy były policjant Szymon Soliński, czy przygarnięty przez niego ze schroniska niezwykle elokwentny parówkowy skrytożerca Gucio, czy też może typowy budynek mieszkalny na Śląsku zwany familokiem, zamieszkany przez zgraję indywiduów. Soliński liże rany po tym, jak jego życie legło w gruzach, Gucio liże wszystko co potencjalnie da się zjeść, a familok prezentuje trupa pod postacią Marianny Biel. Wiele wskazuje na to, iż trup nie był opuścił tego łez padołu w sposób powszechnie uznawany za naturalny. Szymon wraz ze znajomą dziennikarką Różą oraz obrotnym kundelkiem rozpoczynają własne śledztwo, które oprócz mordercy odkryje też wszystkie brudy, które kryją się za fasadą śląskiego domostwa.

Nie sposób wymienić wszystkich elementów, które świadczą o wyjątkowości tej pozycji. Bohaterowie są realistyczni, ludzcy, niepozbawieni wad i jednocześnie dający się lubić. Nie ma tu kolejnego podstarzałego detektywa po rozwodzie. Gucio jest osobnikiem tak uroczym i zabawnym, a jednocześnie sarkastycznym i pomysłowym, że wprost nie można go nie pokochać już od pierwszej chwili. Autorka poświęca zresztą pieskiemu życiu w schronisku sporo uwagi, bez pietyzmu i wywoływania poczucia winy, ale z mądrością i humorem. W całej powieści tu i tak pojawiają się zresztą komentarze do sytuacji społeczno-politycznych, które są jak czterolistne koniczynki – nie czynią różnicy w krajobrazie ale człowiek się cieszy kiedy na nie natrafi. I po tych komentarzach mogę poznać, że chyba bym się mogła z autorką zaprzyjaźnić – nadajemy na tych samych falach. Jest też tutaj sporo humorystycznych akcentów, takich do lekkiego uśmiechu i takich do głośnych wybuchów rechotu (winda mówiąca po ślunsku to był absolutny hit!).

Lata temu ogłosiłam wyzwanie Miejsce Czytanie, które miało zachęcać do odwiedzania polskich miast poprzez książki, i chociaż wyzwanie umarło i zostało pogrzebane, to sam koncept jest mi wciąż bliski. Teraz z radością dołączam do moich miejskich podróży ten chorzowski kryminał, i planuję ponowne spotkanie z Guciem i jego właścicielem.


Moja ocena: 5/6 (punkt odjęty za kilka drobiazgów nad którymi zboczenie zawodowe nie pozwala mi przejść obojętnie; ogólnie za styl, bohaterów i fabułę dałabym 6 z plusem).

Marta Matyszczak Tajemnicza śmierć Marianny Biel
Wyd. Dolnośląskie
Poznań 2017

piątek, 18 maja 2018

Marta Kisiel "Toń"


Na każdą kolejną powieść Marty Kisiel czekam z wytęsknieniem, odkąd wiele lat temu kultowe Dożywocie trafiło w moje ręce. Na szczęście autorka planuje w niedalekiej przyszłości wydać ich jeszcze kilka, na razie jednak w moje ręce trafiła tajemnicza Toń. I wciągnęła jak bagno.

Najnowsza książka Marty Kisiel osadzona jest w tej same czasoprzestrzeni co Nomen omen, jednak jest tylko częściowo powiązana z tą ostatnią. Autorka przedstawia nam zupełnie nowych bohaterów, a właściwie bohaterki – przedstawicielki rodu Sternów – Klarę, Eleonorę i Justynę. A, przepraszam, Dżusi. Klara Stern to przy bliższym i dalszym poznaniu trudna ciotka dwóch dziewcząt, a wkraczamy w ich gospodarstwo w chwili, gdy po latach milczenia Dżusi chwilowo wraca na stare śmieci, by przypilnować ich w czasie nieobecności ciotki. Brak zainteresowania przemówieniem ciotki przez telefon prowadzi do brzemiennej w skutki pomyłki kota z antykwariuszem, a ta z kolei powoduje lawinę wydarzeń, wokół których osadzona jest fabuła Toni.

Eleonora i Justyna dowiedzą się prawdy o swojej rodzinie, a także o sobie samych i o ich nieprzesadnie sympatycznej ciotce, a czytelnik wraz z nimi dowie się o Czasie i jego właściwościach. Nie zabraknie wycieczek do opętanego wojną Breslau, ani opowieści o zaginionych skarbach. Miałam okazję czytać Toń w egzotycznych okolicznościach przyrody – w samym sercu Tokio, a jednak autorce udało się wyrwać mnie stąd i przenieść z powrotem dziesięć tysięcy kilometrów – do ukochanego przeze mnie Wrocławia.

Pojawienie się znanych z poprzedniej książki bohaterów drugoplanowych oraz znany mi dobrze styl autorki nie zmieniają jednak faktu, iż Toń jest zupełnie inną powieścią niż pozostałe w jej dorobku. O wiele mniej jest tu do śmiechu, bardzo wiele do zadumy – nad rodziną, historią, czasem... Poza kilkoma żartobliwymi drobiazgami atmosfera jest poważna, chwilami wręcz mroczna, a kolejne warstwy fabuły odsłaniają się przed niczego niepodejrzewającym czytelnikiem niczym pudełko zapakowane w pudełko zapakowane w pudełko. Ilekroć myślałam, że wyszliśmy z bohaterami na prostą, ma miejsce zwrot i znów spadamy z górki na pazurki w odmęty wspomnień. Do końca zaś nie sposób domyślić się, jaki będzie finał tej opowieści.

Do tej pory lektura książek Marty Kisiel była z góry zaprogramowaną rozrywką i niewyczerpanym źródłem cytatów do wypisania i zaśmiewania się w wolnych chwilach, i nie ukrywam, że tego oczekiwałam też i tym razem. Jednak cieszę się, że autorka postanowiła nas wszystkich zaskoczyć czymś głębokim i nietypowym, a jednocześnie odrobinę niepokojącym. Wierzę, że warto poznać Martę Kisiel od tej strony.

PS Dodatkowy powód do radości znajduję już w pierwszym zdaniu książki, który odnosi się do zwłok niejakiego Mądrzywołka. Mądrzywołek ten zaś (żywy) był osobą, która pożyczyła mi Dożywocie. Kilka lat później na tylnym siedzeniu samochodu tegoż Mądrzywołka, wciśnięta w Martę Kisiel prawym ramieniem, udawałam się na spotkanie potargowe w Krakowie (o ile pamiętam, na okoliczność nomen omen promocji Nomen omen). A teraz ów Mądrzywołek pływa po jeziorku...

Data premiery – 23 maja

Za możliwość przeczytania przedpremierowego egzemplarza dziękuję Wydawcy.


Marta Kisiel Toń
Wyd. Uroboros
Warszawa 2018

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Zbrodnie prawie doskonałe" Iza Michalewicz


Ostatnie spotkanie biblionetkowe z przyczyn obiektywnych zostało przeniesione do innego lokalu – księgarnio kawiarni Revolutionibus na Brackiej w Krakowie. Serdecznie polecam to miejsce, ma niesamowitą atmosferę i wyjątkowy wybór pozycji (i nikt mi nie płaci za reklamę!), idealne do rozmów o książkach. Dlatego musiałam coś sobie tam kupić, a wybór padł na nowość wydawniczą, która od razu zwróciła moją uwagę – Zbrodnie prawie doskonałe Izy Michalewicz.

Jest to kolejna na naszym rynku pozycja opisująca prawdziwe zbrodnie, tym razem te, którymi zajęło się nasze rodzime Archiwum X, czyli jednostki policji z różnych miast powołane do wyjaśniania starych spraw. Jednocześnie jest to książka wyjątkowa pod wieloma względami. Autorka włożyła masę pracy w zbieranie materiałów do książki, odszukała ludzi związanych z poszczególnymi sprawami, przeprowadziła rozmowy z policjantami Archiwum X. W efekcie powstał przerażający i fascynujący zarazem zbiór reportaży dotyczących śledztw w sprawach o zabójstwo – niektórych bardzo medialnych, innych prawie nieznanych; jedne z nich udało się „archiwistom” rozwiązać, inne wciąż pozostają tajemnicą. Autorka bierze na tapetę między innymi sprawę zabójstwa Jaroszewiczów, krakowską sprawę Skóry (lub Kuśnierza) czy gang hodowcy truskawek.

Trudno mi jednoznacznie określić, co w tej książce spowodowało moje przerażenie, towarzyszące mi nieustannie w trakcie lektury – czy były to drastyczne nieraz szczegóły zbrodni, czy fakt, iż wiele z nich wydarzyło się w miejscach znanych mi i często odwiedzanych: Zakopane, Kraków, Piwniczna, Tczew, czy niezwykle sugestywny i plastyczny język, którym posługuje się autorka. Chociaż same opisy pozostają beznamiętne, rzeczowe, to pani Iza generuje w czytelniku ogromne emocje. Mimo iż przeczytałam w życiu liczne pozycje z tego gatunku reportażu, a jeszcze więcej kryminałów i thrillerów, po raz pierwszy tak silnie zareagowałam na książkę; do tego stopnia, że bałam się zgasić światło, i większą część lektury pozostawiłam na czas, kiedy będę z G.

Jedyne, co nie do końca zgadzało się z moim wyobrażeniem tej książki (a to przecież nie jej wina) jest fakt, iż tytuł sugerował mi, że będzie mowa po sprawach rozwiązanych przez Archiwum X. Tymczasem większość z nich wciąż czeka finału, i mimo prowadzonych pewnych działań lub istnienia wielu teorii, wciąż na pewno nie wiadomo nic. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie wiadomo. Zostawia to pewien niedosyt czy raczej głód wiedzy, a jednocześnie jest to kolejny powód, by się bać – sprawcy tych mordów wciąż gdzieś tam są.

Polecam gorąco, jednak tylko czytelnikom o mocniejszych nerwach, ja oczekuję na kontynuację świetnej pracy Izy Michalewicz w tym temacie, a na razie idę poczytać coś sympatycznego.

Moja ocena: 5,5/6

Iza Michalewicz Zbrodnie prawie doskonałe
Wyd. Znak
Kraków 2018