O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

poniedziałek, 22 marca 2021

"Lista nieobecności" Michał Paweł Urbaniak

 

Kiedy dowiedziałam się, że „Lista nieobecności” istnieje, to już kilka godzin później była w moim posiadaniu – znając Michała, nic choćby odrobinę odstającego od perfekcji nie mogło mieć miejsca, więc obaw nie było żadnych. Pojawiły się, kiedy przeczytałam, o czym powieść traktuje, i dlatego na kilka miesięcy wylądowała na stosiku do przeczytania, a nie na tym z przeczytanymi książkami. Nie dlatego jednak, żeby coś było nie tak z samą „Listą”, tylko raczej z czytelniczką.


Trudno w skrócie opisać, o czym jest fabuła, aby nie zdradzić za dużo, a jest to na pewno lektura, w którą warto wejść nie wiedząc zbyt wiele. Z początku wydaje się, że poznajemy zwyczajną rodzinę, jakich wiele, których dotknęła tragedia. Jednak z każdym kolejnym rozdziałem dowiadujemy się o jej członkach coraz więcej i więcej, chociaż na początku wydawała się to bardziej przypadkowa zbieranina scenek rodzajowych, która jednak w miarę czytania przeobraża się w bardzo precyzyjnie skomponowany gobelin, złożony z ludzkich losów, a zwyczajna początkowo rodzina okazuje się być bardzo skomplikowanym organizmem. Aż sam narzucał się słynny cytat „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”.


W nieszczęścia tej rodziny wprowadzają nas naprzemiennie Zuzanna i Krzysztof, a że robią to z różnych poziomów czasowych, przez sporą część powieści czułam się, jakbym byłą na obiedzie u obcych ludzi, którzy niekoniecznie przejmują się, ile rozumiem z ich rozmowy, ale z których opowiadań powoli wyłania się obraz pełen smutku, żałoby, depresji i niezdrowej odmiany miłości, która bardziej niszczy niż buduje. Bohaterowie nie należą do takich, których można łatwo polubić, ale są napisani w takich sposób, że nie możesz przestać o nich czytać, i do pewnego stopnia, im kibicować. A przeplatające się ze sobą wątki tworzą meandry, z których nie można się wyplątać inaczej, jak doczytując „Listę” do końca.


Więc dlaczego tak długo po nią nie sięgałam? Dlaczego momentami byłam rozdarta między przeczytaniem kolejnych 100 stron i odłożeniem tej książki na wieczne niedokończenie? Przeraził mnie temat, jako że od dwóch lat z różnym skutkiem sama walczę z żałobą, więc muszę mieć szczególnie „silny” moment w życiu, aby poszukiwać tego tematu w literaturze. Ale chyba dzięki temu jestem w stanie jeszcze bardziej docenić, jakim kunsztem posłużył się autor, by opowiedzieć tą historię. Bo emocje, towarzyszące Zuzannie po śmierci męża, były wielokrotnie odbiciem moich własnych, zaś opisy depresji, na którą cierpi inny z bohaterów, również trafiły mnie prosto w serce. Dlatego przeczytałam „Listę obecności” w kilka ponurych lutowych wieczorów, ale przeżywam ją do dziś.


Zatem jeśli lubicie pięknie napisane, emocjonalne ale nie łzawe opowieści o nieszczęśliwych rodzinach, to właśnie znaleźliście swoją kolejną lekturę.



Michał Paweł Urbaniak „Lista nieobecności”

Wyd. Mova

Białystok 2020



czwartek, 18 czerwca 2020

"Red, white & royal blue" Casey McQuiston


Od kilku lat przeżywam zapaść piśmienniczą (jeśli tak to można nazwać). Pamiętam czasy, kiedy dopiero co założyłam bloga, to to podekscytowanie towarzyszące mi za każdym razem, gdy kończyłam czytać kolejną książkę – znów mogłam usiąść i Wam o niej opowiedzieć. Ekscytacja wciąż mi towarzyszyła, gdy dopadło mnie Dorosłe Życie, a potem i ona gdzieś znikła. Zostały wyrzuty sumienia i coraz bardziej umęczone teksty, z których nie byłam zadowolona. Czy ten będzie lepszy niż ostatnie kilka wpisów? Tego nie wiem, ale wiem, że z właściwą książką wrócił dawny entuzjazm. Bo właśnie skończyłam czytać Red, white & royal blue Casey McQuiston, i muszę komuś o niej opowiedzieć. I większej ilości ludzi, tym lepiej.

Nie wiem, od czego zacząć – ilość pozytywnych słów, jakie mam na określenie tej powieści zdecydowanie przerasta format tego bloga, ale się postaram. Usłyszałam o tej książce po raz pierwszy kilka miesięcy temu, kiedy zawojowała anglosaski Booktube, a następnie wygrała plebiscyt Goodreads w kategorii Romans. Co samo w sobie było zaskakujące, ponieważ większość konkursów w tej kategorii wskazuje zwykle romanse pomiędzy kobietą i mężczyzną. Tutaj natomiast mamy opowieść o powoli się rodzącej miłości syna pani Prezydent Stanów Zjednoczonych i księcia Walii. Alexa i Henry'ego. Miłości rodzącej się w tajemnicy, pełnej pasji, pełnej pożądania, pełnej troski i pełnej strachu. Romantycznej i pod każdym względem wspaniałej.

Taka opowieść wydaje się naiwna i przekombinowana, i pewnie taka by byłą, gdyby niekwestionowany talent autorki, która stworzyła dwójkę nietuzinkowych, pełnych wad ale i cudownych bohaterów. Casey McQuiston potrafi pisać ludzi, ale i potrafi pisać o relacjach między nimi – tych romantycznych, tych przyjacielskich i tych rodzinnych. Ale przede wszystkim potrafi pisać romans. Bo to jest, moi kochani, najczystszy, najprawdziwszy romans, z urokiem pierwszych wspólnych chwil, z niepewnością i z obłędem, i sorry za spoiler, z happy endem. Ostatnio odnoszę wrażenie, że autorzy cierpią na alergię na dobre zakończenia, i na siłę dopisują w epilogu jakieś 'ale'. I wreszcie Red, white & royal blue przełamało tę passę.

Mogłabym tu pewnie długo jeszcze pisać jak dobrze eto jest napisane, i jak piękna jest ta historia, i jak bardzo chciało mi się płakać, że to już koniec, ale chcę zachować trochę miejsca na jeszcze bardziej osobiste wycieczki. Po pierwsze, pomiędzy wybuchami śmiechu (serio, wybuchami, nie uśmieszkami – to NAPRAWDĘ jest komedia romantyczna) książka uderzyła w bardzo czułe struny. Nieco ponad rok temu odeszła pierwsza i najważniejsza czytelniczka tego bloga – Moja Mama, a straciliśmy ją w mgnieniu oka przez nowotwór trzustki. Czytać, jak bohater (teraz już ulubionej) książki przechodził przez podobną traumę (mimo, iż to bohater fikcyjny) otworzyło takie miejsce we mnie, które wolę trzymać zamknięte, żeby móc jakoś funkcjonować, ale też dało mi jakieś dziwne poczucie może nie komfortu, ale porozumienia. Ludzi, którym ta choroba odebrała najbliższych, jest więcej.

Do drugie – to jest komedia, i romans, i z elementami polityki, ale to wciąż jest powieść LGBTQ+. To ważne, bo chociaż wychodzi coraz więcej takich powieści (wspomnę chociaż kilka moich ulubionych: Inne zasady lata, A jeśli to my, Simon oraz inni homo sapiens, trylogia Zniewolony książę) to wciąż jest ich za mało. Zwłaszcza tych, gdzie bycie lesbijką lub gejem jest po prostu częścią życia, która wiąże się ze swoimi trudami życia, ale też może być źródłem radości i spełnienia. A piszę te słowa kilka dni po tym, jak prezydent mojego kraju stwierdził, że społeczność LGBT „jest ideologią, nie ludźmi”. I chociaż nigdy wcześniej nie pisałam tutaj o polityce, to jak widzicie czasem nie ma możliwości by to kontynuować. Bo w jednym miejscu na ziemi ktoś osiąga sukces wydawniczy pisząc romans o dwóch młodych mężczyznach, który mają wsparcie rodziny, marzenia, plany, kariery i jednocześnie, tak, są w sobie bezgranicznie zakochani. A w drugim Alexowi, Henry'emu i takim jak on odmawia się statusu ludzi. I, przepraszam za słownictwo, ale bardzo mnie to wkurwia. I wiem, że wkurwiło by również moją Pierwszą Czytelniczkę.

Wyszedł bardzo osobisty tekst, chyba najbardziej osobisty ze wszystkich moich postów. Chyba to jest miarą dobrej literatury – że potrafi poruszyć w nas wszystkie struny, tak że lekturę kończymy z uśmiechem na ustach, ze łzami w oczach i entuzjazmem do pisania recenzji. I to nie musi być literatura godna Nobla, nie musi być klasyk – może to być świetny przykład literatury rozrywkowej. Taki jak Red, white & royal blue.


Moja ocena 6/6 (prawdopodobnie książka roku)


Red, white & royal blue Casey McQuiston
Tłum. Emilia Skowrońska
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2020

środa, 1 kwietnia 2020

Podsumowanie marca


Marzec... co można o nim powiedzieć? Dobrego niewiele, jako że jest to pierwszy miesiąc pandemii, która wielu z nas przeraża (niestety nie wszystkich) i która zamknęła nas w domach (niestety nie wszystkich). Nie wiem jak Wy, ale ja nie spodziewałam się, że w moim życiu przydarzy się coś takiego.

Jedynym pozytywem ciągłego siedzenia w domu jest masa czasu na czytanie. Mimo, że w trakcie miesiąca zaliczyłam pewne spowolnienie czytelnicze, ze zdziwieniem skonstatowałam, że udało mi się przeczytać w marcu 13 książek. I, co dla mnie nawet ważniejsze, o dwóch z nich udało mi się coś tu napisać, a liczę po cichu, że kilka kolejnych doczeka się wkrótce osobnych postów, bo są tego warte. Nie wiem natomiast czy będę pisać o tych kiepskich książkach, bo wydaje mi się, że negatywów mamy aż nadto.

Jeśli chodzi o to, skąd moje książki się brały, to muszę z dumą ogłosić, że 3 z nich to przykurzątka zalegające na moich półkach co najmniej od roku (po cichutku towarzyszyłam amerykańskim booktuberom w Backlist Readathon), 2 to tegoroczne zakupy przeczytane natychmiast (gdzie mój medal?), 3 to pozycje z biblioteki, 1 pożyczona od szwagra i 4 ebooki (kupione ostatnio) z czego jeden recenzencki (pierwszy raz od dwóch lat).

Gatunkowo było dosyć różnorodnie – 2 młodzieżówki, 3 kryminały, 2 fantastyki i 1 SF, 2 romanse, 1 historyczna, 1 reportaż i 1 literatura współczesna.



  1. Trup w sanatorium Marta Matyszczak – to już szósty tom kryminałów, w których głównym śledczym jest Guc... Szymon. Nie, nie dajmy się zwieźć, niepokonanym tropicielem morderców jest uroczy kundelek, a prywatny detektyw tylko pląta się pod nogami ;). 4,5/6
  2. Simon oraz inni homo sapiens Becky Albertalli – to jedna z tych książek, o których chciałabym coś więcej napisać, dlatego tutaj tylko wspomnę, że była to jedna z najlepszych powieści jakie czytałam w tym roku (tak, wiem, że mamy dopiero 1 kwietnia). 5/6
  3. Noah po prostu jest Simon James Green – urocza i zabawna młodzieżówka o poznawaniu siebie i akceptacji swojej budzącej się seksualności, ale i o dorastaniu w nie zawsze sprzyjających warunkach. 4/6
  4. Kirke Madeline Miller – powieściowa wersja greckiego mitu, o której możecie poczytać tutaj. 5/6
  5. Oblicza Wielkiej Brytanii Dariusz Rosiak – jedyny reportaż przeczytany w marcu, i niekoniecznie najlepszy z tym, które przeczytałam, chociaż bardziej z uwagi na temat niż styl. Autor na pewno dużo wyjaśnia w kwestii tego, dlaczego Brytyjczyny zdecydowali się na Brexit, natomiast długie fragmenty tłumaczące zawiłości polityczne trochę mnie znudziły. 3/6
  6. Sól morza Ruta Sepetys – młodzieżówka historyczna, ale napisana w sposób, który dotrze do czytelnika w każdym wieku. Opowiada o ewakuacji mieszkańców Prus Wschodnich uciekających przez Armią Czerwoną, oczami czwórki młodych ludzi z różnych krajów i środowisk. 4,5/6
  7. Dom Jedwabny Anthony Horowitz – nowe śledztwo Sherlocka Holmesa, tym razem spisane przez innego autora. Niestety, nie podobało mi się – męczyłam tą książkę przez tydzień, chociaż to kryminał i miał tylko 300 stron. Powieści Doyle'a były krótkie i dosyć wartkie, tutaj dłużyzny nie pozwoliły mi docenić zagadki i błyskotliwego umysłu Sherloka. 2/6
  8. Czarna kawa Agatha Christie – znowelizowana wersja sztuki, dlatego czytało się to chwilami ciężko, narracja była drętwa i pozbawiona emocji. Sama zagadka zaś całkiem przyzwoita. Zdecydowanie nie byłą to najlepsza pozycja z dorobku tej autorki. 3/6
  9. Rytmatysta Brandon Sanderson – fantastyka młodzieżowa, i moja pierwsza pozycja tego autora. Wiem już, dlaczego ma taką rzeszę czytelników, natomiast wybór tej konkretnej pozycji nie był dobrym pomysłem. Jest to bowiem tom pierwszy, opublikowany w 2013, i od tamtej pozy nie ma tomu drugiego. Sama fabuła bardzo ciekawa, atmosferą mocno przypomina Harrego Pottera, ale typ magii stosowany przez rytmatystów był trochę za bardzo przekombinowany jak na mój gust. Co nie znaczy, że nie przeczytałabym tomu drugiego. 4/6
Poza papierowymi przeczytałam też 4 ebooki:

  1. Marny Andrew Sean Greer – najlepsza książka przeczytana w tym miesiącu, o której więcej można poczytać tutaj. 6/6
  2. Serce gangstera Anna Wolf – to była ta książka, która wyrwała mnie z czytelniczego marazmu, w który powoli popadałam. Bardzo typowy romans pomiędzy szefem rosyjskiej mafii i niewinną dziewicą, zawierający w sobie chyba wszystkie typowe dla gatunku elementy: wielki, groźny facet, drobna, delikatna kobieta, niebezpieczeństwo, miłość od pierwszego wejrzenia, ona piękna, on bogaty. To nie jest jakaś ambitna historia miłosna, ale świetny umilacz czasu. 5/6
  3. Niegrzeczny szef Whitney G. - jeśli poprzedni tytuł był mało ambitny, to to już jest gniot, ale znowu – potrzebowałam dokładnie tego – prostej historii skupionej tylko wokół relacji dwojga bohaterów. Trochę szkoda, że ta książka jest króciutka bo mogłaby wiele zyskać na odrobinie bardziej szczegółowo stworzonym świecie i fabule, ale w swoim gatunku to jest bardzo dobra pozycja. 4/6
  4. Star Wars. The Rise of Skywalker Rae Carson – film bardzo mocno mnie rozczarował, i miałam nadzieję, że powieściowa wersja rzuci trochę światła na pewne dziury w fabule. Cóż, książka rozczarowuje jeszcze bardziej. Tyle dobrze, że przeczytałam coś po angielsku, zawsze to jakiś trening. 2/6

poniedziałek, 30 marca 2020

Madeline Miller "Kirke"


Nie wiadomo jak długo jeszcze pandemia będzie nas trzymała w domu, ale wszystko wskazuje na to, że jeszcze chwilę to potrwa. I chociaż sytuacja zaczyna mi coraz bardziej doskwierać (jak chyba każdemu z nas) przynajmniej o jedno nie muszę się niepokoić. O książki. Mam ponad 90 nieprzeczytanych pozycji na półkach, plus tonę ebooków (z każdą chwilą coraz więcej, bo sklepy prześcigają się w promocjach), a tuż przed rozpoczęciem izolacji akurat odwiedziłam lokalne biblioteki i przyniosłam dodatkowe kilka książek (bo przecież potrzebuję). I właśnie jedną w z tych bibliotecznych zagłębiałam się cały weekend.

„Kirke” autorstwa Madeline Miller to znowelizowana wersja dobrze znanego mitu o czarodziejce Kirke, która najbardziej się nam kojarzy z innym mitem – tym o Odyseuszu powracającym do Itaki z wojny trojańskiej. Jednak autorka nie ogranicza się tylko do tego fragmentu greckiej mitologii – przeciwnie, oczyma Kirke śledzimy losy wielu innych bogów, nimf i bohaterów. Miller sięga zatem po mit po Prometeuszu, o Minotaurze, o Dedalu i Ikarze, Ariadnie i Tezeuszu. Czytamy o wydarzeniach spod Troi i o początkach świata. Na kartach „Kirke” pojawiają się dobrze nam znani bogowie, tacy jak Hermes czy Atena, oraz ci pomniejsi. Wspomnieni zostają wielcy bohaterowie – Achilles czy Herkules, a także zwykli ludzie wplątani w wydarzenia dyrygowane przez bóstwa.

Opowieść wydaje się toczyć leniwie, bohaterowie pojawiają się i znikają, by zrobić miejsce dla kolejnych, ale z czasem czytelnik uzmysławia sobie, że pomimo powolności wydarzyło się w tej książce bardzo wiele, a wciąż przed nim mnóstwo stron, zaś postaci występujące wcześniej odnajdują, czasem niespodziewanie, swoje znaczenie w kolejnych etapach życia głównej bohaterki. Sama Kirke jest fascynującą postacią, nie tylko dzięki temu co o niej wiemy ze starożytnej mitologii, ale przede wszystkim dzięki temu, jak Madeline Miller ją wykreowała. Z niewinnej i naiwnej nimfy powstanie niezależna i potężna czarownica, której lękać się będą najwięksi, a obserwowanie jej powolnej przemiany jest prawdziwą literacką ucztą. Kirke uczy się na własnych błędach, bierze odpowiedzialność za swoje czyny i docenia wagę ciężkiej pracy i silnej woli. A jednocześnie jest postacią z krwi i kości, o którą się niepokoimy i która wystawiana jest co raz na próby, które łamią serce. Zdecydowanie była to jedna z najbardziej emocjonalnych czytelniczych przejażdżek w tym roku.

Co należy jeszcze podkreślić to sposób, w jaki autorka traktuje grecką mitologię, bowiem często gęsto jej elementy są wykorzystywane przez pisarzy w sposób bardzo dowolny, często niemający nic wspólnego z oryginałem. Tutaj mity zostały potraktowane poważnie, a fabuła odbiega od oryginały tylko wtedy, gdy jest to konieczne dla prowadzenia akcji. Greccy bogowie byli okrutni i bezwzględni, i tacy właśnie są w „Kirke”, zaś powiązania między nimi są tak samo pokręcone, jak opowiadali starożytni. Zatem wielbiciele mitów greckich mogą bez lęku sięgać po tą powieść bez obaw, że będą chcieli nią rzucić o ścianę.

Madeline Miller jest również autorką drugiej powieści o tematyce greckiej mitologii - „Achilles. W pułapce przeznaczenia”, po którą również zamierzam wkrótce sięgnąć, chociaż jak słyszałam, łamie serce. Zaryzykuję, bo dla tej autorki warto.


Moja ocena: 5/6


Madeline Miller Kirke
Tłum. Paweł Korombel
Wyd. Albatros
Warszawa 2018


wtorek, 24 marca 2020

Andrew Sean Greer "Marny"


Artur Marny jest pięćdziesięcioletnim (czterdziestodziewięcio) pisarzem drugiej kategorii odśnieżania, którego życie nie jest źle, ale... nigdy nie było przesadnie dobre. Zwykle jest traktowany jako dodatek do słynniejszych, młodszych, piękniejszych, jego powieści nie lądują ani na listach bestsellerów, ani na listach nominowanych do literackich nagród. Ogólnie szału nie ma. To takie sobie życie zostaje poniekąd wywrócone do góry nogami w chwili, gdy Artur otrzymuje zaproszenie na ślub swojego byłego kochanka. Nie może go przyjąć, z oczywistych względów, ale nie może też zwyczajnie odmówić stawiennictwa by nie wywołać komentarzy. Potrzebuje alibi.

Wraz z zaproszeniem ślubnym w jego ręku znajdują się (dosłownie i w przenośni) również inne, i Artur decyduje się zrobić coś, czego nigdy wcześniej nie robił: przyjąć je wszystkie, tak by w chwili ślubu być, niestety, nieobecnym na łonie ojczyzny. I tym sposobem wyrusza w podróż dookoła świata.

Artur przemierza zatem kolejne kraje i kontynenty, przeżywa przygody które nigdy by go nie spotkały gdyby dalej tkwił w San Francisco. Jednocześnie autor zabiera nas w podróż w czasie – liczne retrospekcje pozwalają nam poznać historię Artura – dzieciństwo i młodość, imprezy z bohemą, wieloletni związek ze słynnym poetą, dziewięcioletni romans z młodszym od siebie mężczyzną, który kończy się ostatecznie małżeństwem tego drugiego z kimś innym i wymuszoną podróżą Artura.

Pomimo wielu wad i jeszcze większej ilości pechowych zdarzeń Artur jest fascynującym i wielowymiarowym bohaterem, jakże różnym od większości, a jednocześnie bardzo ludzkim ze swoimi obawami, które dotyczą każdego z nas. Czasem czytelnik zaśmieje się z jego perypetii, ale częściej ma ochotę go przytulić i postawić mu drinka. Myślę, ze na stałe znalazł się w grupie moich ulubionych postaci literackich.

Zachwycił mnie język w tej powieści – niby prosty, ale jednocześnie poetycki traktowany nieco z przymrużeniem oka. Niektóre frazy najchętniej bym podkreśliła (niestety jednak wersja elektroniczna to nie to samo co papier), stwierdzenia takie jak: „Całuje (…) jak ktoś, kto ucząc się języka obcego, opanował tylko czas teraźniejszy, i tylko drugą osobę. Tylko teraz, tylko ty.” Zabawnym zbiegiem okoliczności jest fakt, iż autor opisuje drugoplanową postać słynnego poety, który otrzymuje nagrodę Pulitzera, po czym sam staje się laureatem tego wyróżnienia, właśnie za powieść Marny. A czytając tą piękną powieść, nie sposób nie przyznać, że zasłużenie.

To nie jest pozycja do bezrefleksyjnego przeczytania w kilka godzin, to jedna z tych książek, które warto smakować, dać im czas, zanurzyć się w opowieści i w sposobie, w jaki jest opowiedziana. Ale zdecydowanie jest to pozycja warta tego, by po nią sięgnąć.


Moja ocena: 6/6

Andrew Sean Greer Marny
Wyd. W.A.B


Za możliwość przeczytania tej wspaniałej książki dziękuję Wydawcy.

niedziela, 24 lutego 2019

"Kamień" Małgorzata i Michał Kuźmińscy


Luty to drugi miesiąc z rzędu, kiedy biorę udział w wyzwaniu czytelniczym Trójka E-pik, stworzonym przed laty przez Sardegnę, i miłościwie przywróconym w 2019 roku. Byłam jedną z osób, które stale ją o ten powrót męczyły, więc oczywistym jest, że muszę co miesiąc stawać do wyzwania, przy czym postanowiłam dodatkowo wykorzystać tą okazję, i szukać pozycji z kolejnych kategorii w moich zaległych, nieprzeczytanych książkach papierowych i ebookach. Jedną z kategorii lutowych był „regionalizm”, rozumiany na wiele różnych sposobów. Ja przeczytałam już wiele książek o Krakowie, dlatego na Trójkę wybrałam ebooka zalegającego u mnie od ponad roku, który traktuje o regionie bliskim mi nie tylko geograficznie. Udałam się na Sądecczyznę.

Kamień Małgorzaty i Michała Kuźmińskich zabiera nas, i swoich głównych bohaterów znanych z poprzednich powieści autorów, do Łącka, w pobliżu którego znajduje się romska osada. W osadzie tej znalezione zostają zwłoki małego dziecka, a pobieżna analiza wskazuje, że nie jest to dziecko pochodzące z tej społeczności. Nie trudno sobie wyobrazić, że już nie najlepsze stosunki pomiędzy lokalną społecznością polską i romską teraz ulegają znacznemu pogorszeniu. W śledztwie jako konsultant – antropolog kulturowy, ma pomóc Anna Serafin, jednocześnie celem śledzenia zaogniającego się konfliktu i opisania go jako pierwszy do Łącka udaje się Sebastian Strzygoń – oboje znani mi już z recenzowanej kilka lat temu Ślebody Dwójka bohaterów zaczyna prowadzić własne śledztwo, niekoniecznie pokrywające się z tym prowadzonym przez lokalną policję, i powoli odkrywają kolejne warstwy skomplikowanej intrygi.

Przyznam się Wam, że już dawno nie czytałam kryminału który tak bardzo by mnie wciągnął. Kamień to książka, o której myślałam w pracy, że już nie mogę się doczekać powrotu do domu i przeczytania co dalej. Jedna zbrodnia prowadzi do kolejnych, a ich rozwiązania za nic nie byłabym w stanie wymyślić. Autorzy wpletli w fabułę szereg społecznych problemów, ale jakimś cudem udało im się nie przeładować tej powieści, wszystko tu gra i łączy się ze sobą: niechęć do Romów, ich kultura tak inna od naszej, pedofilia w Kościele, odejście od medycyny konwencjonalnej na rzecz alternatywnej, uchodźcy, tematy graniczne, a nawet bezpieczeństwo państwa. Co również doceniłam, to obraz policji w tej książce. Zwykle kiedy głównym bohaterem kryminału jest dziennikarz czy detektyw, policja jest odmalowana jako banda debili. Tutaj nie było czarno-biało. Owszem, główny dochodzeniowiec nie był może szczytem wyrafinowania, ale funkcjonował w takich warunkach, jakie mu narzucono i ostatecznie nie bał się otworzyć na inne pomysły, a towarzyszący mu młodsi funkcjonariusze robili kawał dobrej roboty.

Okolice Starego Sącza przez wiele moich młodzieńczych lat były celem naszych rodzinnych wakacji. Chociaż zatem nie jestem z Sądecczyzny, to zarówno geografia, jak i niektóre problemy tych okolic, są mi znane i bliskie. Wrócić na te tereny poprzez karty powieści, chociaż na potrzeby fabuły niektóre detale zostały zmienione, było dla mnie nie lada przeżyciem. I ostatecznie przekonało mnie, że państwo Kuźmińscy mają fach w ręku, i warto sięgać po ich twórczość w przyszłości.

Moja ocena: 6/6

Małgorzata i Michał Kuźmińscy Kamień
3 tom cyklu Anna Serafin i Sebastian Strzygoń
Wydawnictwo Dolnośląskie
Wrocław 2017
Ebook - Publio

Książka przeczytana w ramach Wyzwania Trójka E-pik jako powieść regionalna.

wtorek, 29 stycznia 2019

"Labirynt duchów" Carlos Ruiz Zafon


Zabrzmi to może nieco oklepanie, ale moja przygoda z Cieniem wiatru Carlosa Ruiza Zafona zaczęła się wiele lat temu dosyć przypadkowo. Po prostu spodobała mi się okładka, i tak długo chodziłam wokół tej książki, aż wreszcie ktoś dał mi ją w prezencie (w owym czasie cena okładkowa takiego tomiszcza była dla mnie nie do przeskoczenia). I tak oto uwikłałam się w historię, która powracała do mnie co kilka lat, zaś kilka dni temu oficjalnie się zakończyła. Wcześniej te zaledwie 886 stron Labiryntu duchów porwało mnie w niemal dwutygodniową podróż.

To jedna z tych książek, które są tak dobre, tak piękne i tak przebogate, że cokolwiek by się o nich nie napisało, będzie to jedynie nędzna pisanina, grafomania niemalże. Ruiz Zafon w swoich powieściach nigdy się specjalnie nie ograniczał, ale przy okazji tworzenia czwartego i ostatniego tomu cyklu Cmentarza Zapomnianych książek sięgnął po wszystkie kredki, które miał w pudełku, i odmalował niesamowity finał przygód bohaterów znanych już wcześniej, jak i tych, którzy pojawili się dopiero teraz. Czytelnik powraca zatem po Barcelony lat 50., do księgarni Sempere i synowie, by sprawdzić jak radzi sobie Daniel, obecnie mąż i ojciec, poczęstować się sugusami od Fermina i zagubić się w labiryncie Cmentarza Zapomnianych książek. Szybko jednak zostaje wyrwany z tej sielanki, by w Madrycie spotkać chyba jedną z najbardziej fascynujących postaci kobiecych, jakie zdarzyło mi się znaleźć na kartach powieści. Alicja Gris znajduje się na usługach bezimiennej służby w Hiszpanii rządzonej przez generała Franco, i otrzymuje bardzo delikatne zadanie odnalezienia ministra, po którym słuch zaginął. Zaś na ręce będzie jej patrzył emerytowany policjant, kapitan Vargas. Jak nie trudno się domyślić, w powieściach Ruiz Zafona wszystkie drogi prowadzą do Barcelony, a tu już czeka na wszystkich – i bohaterów, i czytelników – jazda bez trzymanki.

Pisałam już, że autor się nie ogranicza? Zaczynamy zatem od plastycznych opisów bombardowanej Barcelony, potem stajemy się świadkami tajemniczych zajść, na scenę wkracza agentka i gliniarz Labirynt zamienia się w klasyczny kryminał noir, powoli przeradzający się w thriller, aż wreszcie w horror (łącznie z takimi chwytami jak dłoń w ciemnościach zamykająca za bohaterem drzwi...). Atmosfera z każdą kolejną stroną się zagęszcza, nic już nie jest takim, jakim się wydaje, nie wiadomo, kto tu jest zły, a kto dobry, i czy w ogóle ktokolwiek. Śledztwo w sprawie zaginięcia łączy się coraz bardziej z historią rodziny Sempere, i do samego końca nie wiadomo, jak to się wszystko ułoży w całość.

Jeśli uznamy, że koniec następuje około strony 750. Następujące po niej strony to już dopinanie wszystkich wątków, i to jest moja jedyna uwaga – prawie 150 stron zakończenia po zakończeniu to dla mnie dużo za dużo. Wprawdzie żegnamy się z bohaterami na zawsze, ale mogliśmy spędzić na tym pożegnaniu trochę mniej czasu. Wszak tyle ciekawych książek czeka na swojego czytelnika!

To byłą jednak ze wszech miar wspaniała przygoda, i najlepsza książka, jaką w tym roku przeczytałam (siłę tej deklaracji odbiera fakt, że mamy dopiero styczeń). Ze wstydem przyznaję, iż gdyby nie wyzwanie Sardegny, zapewne jeszcze długo nie sięgnęłabym po tego behemota – niespełna 900 stron! I po raz kolejny kazałabym wspaniałej opowieści czekać niepotrzebnie długo na swojego Strażnika.

Moja ocena – 5/6

Carlos Ruiz Zafon Labirynt duchów
Tłum. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas
Wyd. Muza
Warszawa 2017


Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka E-pik.

środa, 23 stycznia 2019

Dwie Rudnickie - ta dobra i ta...


Tak bardzo, jak lubię sięgać po nieznanych mi autorów i debiuty, tak lubię mieć na podorędziu kolejne tomy znanych mi serii albo nieprzeczytaną jeszcze powieść ulubionych autorów. Jednymi z takich książek są te autorstwa Olgi Rudnickiej. Jej cykl o Emilii Przecinek pomógł mi przetrwać najczarniejsze czasy w pracy, a przy lekturze cyklu o Nataliach płakałam ze śmiechu. Było też kilka innych tytułów, które bardzo mi się podobały – pomiędzy nimi Diabli nadali, ale również kilka moim zdaniem mniej udanych – jak niestety najnowsza książka Byle do przodu.

Diabli nadali wydano kilka lat temu, i z zaskoczeniem skonstatowałam, że zupełnie mi ona umknęła w mojej pogoni za kolejnymi książkami Rudnickiej. Fabuła ma, wydawałoby się, dosyć przewidywalne założenie – młodziutka dziewczyna z prowincji przybywa do Wielkiego Miasta i zostaje osobistą asystentką zabójczo przystojnego Szefa, którego wszyscy podejrzewają co najmniej o luźne związki z Lucyferem. Uwodziciel mający na koncie setki dusz i niedoświadczenie głównej bohaterki powinno zaowocować płomiennym romansem. Otóż, nie. Pomiędzy tą dwójką rodzi się coś, co można roboczo nazwać przyjaźnią podszytą szyderą z jednej strony, i niechęcią z drugiej. Wybuchowe kombo? Dodajcie do tego trupa, który nie jest trupem, policjanta, który chce kariery i miłości, ale nie umie się zabrać ani za jedno, ani za drugie, i wachlarz postaci drugoplanowych, cudownie przerysowanych jak to u Rudnickiej, i wychodzi komedia kryminalna, którą czyta się z przyjemnością.

Czego niestety nie można powiedzieć o innej, przeczytanej przez mnie ostatnio w ramach Wyzwania Trójka E-pik, powieści tej autorki – Byle do przodu. Zalążek fabuły znów wydaje się obiecujący – dwoje trzydziestolatków dostaje od bogatego taty znaczną pomoc z otwarciu własnych biznesów. Jednak takie prezenty w przeszłości zawsze były zapowiedzią złych wiadomości, Dlatego przedsiębiorcze rodzeństwo postanawia wszelkimi dostępnymi środkami dowiedzieć się, co też takiego ojciec postanowił okrasić podarkami. Tutaj niestety fabuła zaczyna się trochę sypać. Nie można powiedzieć, że czytelnik spodziewa się wielkiego zwrotu akcji, bowiem ten zwrot akcji jet mu zakomunikowany na wczesnym etapie. Potem zaczyna się komedia pomyłek, która pewnie byłaby śmieszna i wciągająca, gdyby ją skrócić o jakieś 100 stron. Zamiast skrzących się specyficznym humorem dialogów, które znamy z innych książek autorki, mamy często przeplatające się dwa monologi bez ładu i składu, do niczego nie prowadzące konwersacje wciąż o tym samym, żarty i figury retoryczne powtarzające się kilkakrotnie, za zasadzie, że jak raz śmieszyło, to drugi raz też rozśmieszy. Pod koniec pojawia się wątek kryminalny, przyznam, że z ciekawością oczekiwałam na jego finał i powiązanie z główną fabułą. Tymczasem okazało się, że był to dodany na siłę element, o którego pochodzeniu lepiej nie mówić, żeby nie używać wulgaryzmu, a gdy przyszło go wyjaśnić, moją reakcją było tylko „Yyyyy, ok...”

I teraz nie wiem – z jednej strony wiele powieści Olgi Rudnickiej zapewniło mi solidną dawkę rozrywki i odskocznię od codzienności. Z drugiej, to już drugi tytuł wydany w ostatnim czasie, który nie przypadł mi do gustu. Nie chcę wierzyć, że formuła się wyczerpała, a że to tylko czasowa niedyspozycja, i jeszcze dostaniemy coś na miarę Natalii.

Olga Rudnicka Diabli nadali
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2015
Moja ocena – 4,5/6

Olga Rudnicka Byle do przodu
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2018
Moja ocena – 3/6
Książka przeczytana w ramach Wyzwania Trójka E-pik

środa, 2 stycznia 2019

2018 rok w książkach


Postanowieniem noworoczny, z jakim weszłam w 2018 rok, było przeczytać 100 książek. Nie chodziło o żaden wyścig, nawet chyba nie umieściłam tego założenia nigdzie w przestrzeni publicznej, tym bardziej kolejny rok nie zgłosiłam się do wyzwania na stronie Goodreads (z jakiegoś powodu bardziej mnie ono demotywowało niż zachęcało do czytania. Arbitralnie wybrana, okrągła liczba 100 miała być po prostu wyznacznikiem mojej chęci, by czytać jak najwięcej, po tym jak uzmysłowiłam sobie że z moim tempem czytania przeczytam do końca życia jeszcze tylko około 3000 pozycji, a tych, które mnie interesują, jest chyba znacznie więcej.

Ale przede wszystkim zdecydowałam, iż będę czytać tylko dobre książki. Takie, które mnie interesują, które mnie wciągają, które mnie bawią, uczą, i które chcę polecić znajomym. Nie mam czasu na słabe pozycje, dlatego 2018 rok był też rokiem nagminnie porzucanych lektur. Kiedyś ktoś mi zarzucił w komentarzach, że recenzuję tylko czwórkowe, piątkowe i szóstkowe książki, że wszystko mi się podoba. Wtedy wzięłam to za krytykę, dziś zdecydowanie jestem z tego dumna. Nie mam już ochoty na czytanie gniotów tylko po to, by na blogu było bardziej różnorodnie (chyba, że gniot mnie bawi, jak Komisarz Pauliny Świst).


Przeczytałam ostatecznie 97 pozycji – wiele z nich może nie wyrywało z kapci, ale w większości były to co najmniej przyzwoite lektury. Pomiędzy nimi, jak co roku, znalazło się kilak prawdziwych perełek. Nawet nie liczyłam, ile ich jest, po prostu króciutko Wam o nich opowiem:

  1. Dzień dobry, północy – Lily Brooks-Dalton – pozycja o której przeczytałam na blogu Miasto Książek. Zaraz po recenzji Pauliny byłam już na stronie sklepu z ebookami. Jest to obłędnie piękna i spokojna opowieść o dwójce ludzi w obliczu nieznanej katastrofy. Nie wiemy co się stało z ludzkością, ani czy Ziemia nadaje się jeszcze do zamieszkania. Wiemy jedynie, że na stacji polarnej i na statku kosmicznym znajdują się ostatni potomkowie homo sapiens, którzy powoli i nieuchronnie uzmysławiają sobie, że są sami. Powieść Brooks-Dalton znajduje się daleko poza moją strefą komfortu, i może dlatego tak silnie na mnie zadziałała.
  2. Wszystko czego wam nie powiedziałam – Celeste Ng – powieść obyczajowo psychologiczna. Młoda dziewczyna pewnego dnia znika, a w trakcie coraz bardziej gorączkowych poszukiwań jej rodzina przepracowuje wspomnienia sprzed lat. Teraz na stosiku czeka druga książka tej autorki, która dla mnie jest objawieniem.
  3. Złodziejka książek – Markus Zusak – Razem z Zuzanną Sardegnią z bloga Książki Sardegny postanowiłyśmy zabawić się równoległe czytanie. Pamiętacie, kiedy w szkole wszyscy naraz czytali jedną lekturę? My wybrałyśmy hit wydawniczy, którego obie nie czytałyśmy, i obie zgadzamy się, że niektóre bestsellery są naprawdę warte tego, by czytały je miliony. I to jest taka książka.
  4. Ostatnia bitwa templariusza – Arturo Perez-Reverte – 2018 rok był też rokiem, kiedy po raz pierwszy w życiu trafiłam na stół operacyjny. Planowany zabieg się udał, a ja w trakcie rekonwalescencji wygrzebałam u rodziców zapomnianą przez mnie książkę. I przypomniałam sobie, dlateczo Perez-Reverte przez lata był moim ulubionym autorem. Nie wiem, co wciągało bardziej – przerażająca zagadka zabójczego kościoła, James Bond w koloratce czy piękna Sewilla w tle.
  5. Zbrodnie prawie doskonałe – Iza Michalewicz – Czytałam, z racji wykształcenia i zainteresowań, bardzo wiele pozycji z rodzaju „true crime”, oraz fragmentów akt prawdziwych zbrodni. Pierwszy raz po lekturze bałam się zasnąć. Bardzo silna pozycja dla czytelnika o mocnych nerwach.
  6. Bóg zapłać – Wojciech Tochman – reportaże o Polsce, które wstrząsają nawet, gdy już się je kiedyś czytało w innym zbiorze.
  7. Zabójcza biel – Robert Galbraith – wyczekiwana przez mnie od lat kolejna odsłona przygód Cormorana Strike'a nie zawiodła mnie. I znów przede mną lata oczekiwania.
  8. We should all be feminists – Chimamanda Ngozi Adichie – pogłębiony zapis słynnego przemówienia nigeryskiej autorki na jednej z konferencji TedEx. Pozycja obligatoryjna dla każdego, kto chciałby naprawdę zrozumieć, czym jest feminizm, i dlaczego każdy z nas powinien być feministą.
  9. Cudowny chłopak – R.J. Palacio – najpierw książka, potem film. Oba urocze, ciepłe i przywracające wiarę w ludzkość.

Ale dobrych książek było w tym roku znacznie więcej. Przede wszystkim odkryłam nowych ulubionych autorów kryminałów. Kryminały pod psem Marty Matyszczak bawią mnie do łez chociażby dlatego, że mamy w rodzinie swojego Gucia, który dzielnie reprezentuje rasę kundel odmiana schroniskowy. A i Rufusa można odnaleźć na kartach tych powieści. Wojciech Chmielarz, ku mojej radości, zdążył opublikować sporą ilość pozycji, więc nuda mi nie grozi. Na targu staroci odkryłam ramotki Georgesa Simenona – malutkie kryminały o komisarzu Maigrecie, które zajmują teraz to samo miejsce na półce, co Conan Doyle i Agatha Christie. Wreszcie też sięgnęłam po zalegające na półce kryminały kubańskie Leonardo Padury.

Z ulubionych autorów n ie tylko J. K. Rowling mnie rozpuściła; na początku roku pojawiły się na rynku dwie nowe powieści Arne Dahla, z kapitalnym klimatem skandynawskiego thrillera.

Reportażowo wzniosłam się na wyżyny – byłam w Chinach (Przez drogi i bezdroża), na Coney Island (Wszyscy jesteśmy dziwni), w Norwegii (Dzieci Norwegii), przemierzałam Stany z bronią w ręku (Wolność i spluwa) i wspinałam się na Broad Peak z Jackiem Hugo-Baderem. Byłam w Białymstoku i Czarnobylu. Oraz w Japonii (Kwiaty w pudełku i Rekin z parku Yoyogi).

W tej ostatniej nie tylko książkowo, ale i fizycznie. W maju spędziłam miesiąc podróżując po Tokio, Osace, Kioto i okolicach tych pięknych miast. Zdecydowanie była to przygoda życia, nie zawsze łatwa, ale bardzo w moim życiu ważna. Człowiek wiele się o sobie dowiaduje w takich chwilach. 2018 rok to mój początek trudniej miłości do Japonii.

Lokalnie również sporo się działo. Czytając Fakap – moja przygoda z korpoświatem, rzuciłam pracę i przeniosłam się do zupełnie innej branży. Przed wizytą w szpitalu niezbyt rozsądnie wybrałam do czytania książkę MaliBogowie. O znieczulicy polskich lekarzy. Na szczęście mój lekarz jest nie tylko świetny fachowcem, ale i wspaniałym człowiekiem. Pod koniec roku zaś zapoznałam się ponownie z wadami polskiego wymiaru sprawiedliwości poprzez książkę Justyny Kopińskiej Z nienawiści do kobiet i wstrząsającą opowieść o 18 latach więzienia za niewinność, historii Tomasza Komendy.

Było tego więcej. I liczę na to, że będzie jeszcze więcej w 2019 roku, a każda pozycja nie tylko wyrwie mi kawałek duszy, ale i zostawi coś w zamian.




poniedziałek, 3 grudnia 2018

"Zabójcza biel" Robert Galbraith


Nie wiem ile czasu minęło, odkąd bezpośrednio po zakończeniu lektury książki zasiadłam żeby o niej napisać. Dawniej tak powstawały wszystkie moje książkowe wpisy, jednak z czasem czy to rutyna, czy ogólne przemęczenie pracą i nauką, czy może zwykły brak czasu sprawił, że odkładałam pisanie na później. Na początku nawet myślałam, że tak będzie lepiej, że nabiorę dystansu i wtedy powstaną lepsze teksty. Tak się jednak nie stało – okazuje się, że potrafię pisać tylko pod wpływem emocji, jakiekolwiek by one nie były. Czy cierpi na tym obiektywizm, trudno powiedzieć, bo tez chyba recenzje nigdy nie były gatunkiem ceniącym sobie obiektywizm.

Fakt, że zasiadłam przed edytorem tekstu teraz, zaledwie dwie godziny po zakończeniu lektury powieści, na którą czekałam kilka lat, nie wynika z nagłej dzikiej potrzeby napisania o niej (co nie znaczy, że nie chcę i nie mam żadnych przemyśleń), tylko z odrobionych lekcji. Ostatnio, patrząc na żałosne liczby opublikowanych tutaj tekstów, zaczęłam się zastanawiać, co się zmieniło, i poza odpowiedzią że wszystko, umarł mój nawyk by przelewać wrażenia z przeczytanych książek zaraz po tym, jak przewracam ostatnią stronę.

Powieścią, na którą autor (autorka) kazał czekać czytelnikom przez dobre kilka lat, uprzednio zakończywszy trzeci tom cliffheanger'em że zęby bolą, jest oczywiście Zabójcza biel Roberta Galbraitha (aka J.K. Rowling), czyli czwarty tom przygód prywatnego detektywa Cormorana Strike'a i Robin Ellacott. Tom, który ukazał się bardzo niedawno w oryginale i chyba już został znienawidzony przez większość populacji (albo źle trafiałam w poszukiwaniu recenzji). I tutaj spoiler, ale mnie się podobało.

Powieści o Cormoranie Strike'u nigdy do cienkich nie należały, ale Zabójcza biel to niezły behemot – 650 stron mocno zakręconej intrygi kryminalnej, splecionej ściśle z dramatem rodzinnym i poprzecinany bardzo intensywnie życiem prywatnym głównych bohaterów. Podchwytujemy fabułę dokładnie tam, gdzie się ona zakończyła w tomie trzecim (i która spędziła sen z powiek wszystkim znanym mi wielbicielom cyklu), a dramat z tym wydarzeniem związany będzie nam towarzyszył przez całą lekturę, i to w o wiele większym stopniu, niż to miało miejsce w poprzednich częściach, i co prawdopodobnie odpowiada za rozmiary tego tomiszcza.

Jednocześnie bierzemy udział w dochodzeniu, które rozpoczęły nietypowe odwiedziny w agencji prowadzonej obecnie wspólnie przez Cormorana i Robin. Następnie o wiele poważniejszy klient zleca detektywom bardzo delikatne zadanie związane z szantażem i polityką. Jak to bywa w kryminałach, obie sprawy okazują się ze sobą połączone, a jedne niespodziewane wydarzenia prowadzą do kolejnych. Z ruchliwego Londynu opanowanego gorączką olimpijską przenosić się będziemy do wiejskich posiadłości, z budynku rządowego do slumsów, a obok nowych postaci pojawią się znani i niekoniecznie lubiani bohaterowie poprzednich części.

Kiedy zaangażuję się już emocjonalnie w bohaterów danego cyklu, zwykle bardziej niż sama intryga interesują mnie te drobne wtręty z ich życia prywatnego. Możliwe, że to dlatego, że jest ich zwykle mniej niż samej intrygi. Tutaj jednak odnoszę wrażenie, że ta równowaga została zachwiana, i to była jedyna rzecz, która mi się w Zabójczej bieli nie podobała. Nie będę spoilerować treści, więc powiem tylko, iż o ile uczuciowe przeżycia Strike'a jakoś mnie nie dziwiły, to Robin uważałam jednak za mądrzejszą. Tymczasem 600 stron zajmuje jej dojście do tego, co my, czytelnicy, wiemy już od Wołania kukułki. I na tym skończę, chociaż chciałabym powiedzieć więcej.

Czekałam na tą powieść, i uważam, że było warto. Co więcej, teraz będę czekać na kolejny tom, chociaż na szczęście autorka darowała sobie tym razem zabieg z Jedwabnika, więc nie czekają Was bezsenne noce po zakończeniu lektury. Kto jeszcze nie zna Cormorana i Robin, zachęcam by zacząć przygodę z nimi od początku, a tych, którzy tak jak ja po lekturze Jedwabnika zapytali głośno w przestrzeń „Co?!” - jak najszybciej sięgajcie po Zabójczą biel.

Moja ocena: 4,5/6

Robert Galbraith Zabójcza biel
Przeł. Anna Gralak
Wyd. Dolnośląskie
Poznań 2018

niedziela, 2 grudnia 2018

Mój dzień w książkach

Źródło: Książki Sardegny

Po 7 latach Sardegna z KsiążekSardegny postanowiła reaktywować łańcuszek, który królował na blogach książkowych właśnie 7 lat temu. Nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek miała okazję uczestniczyć akurat w tej zabawie, ale pamiętam inne tego typu inicjatywy i moc zabawy z nimi związaną – zarówno dla autora jak i dla czytelników bloga. Dlatego zdecydowanie wsiadam na tego konia i poniżej przedstawiam Wam historię „Mój dzień w książkach”, która może nie być najambitniejszym dziełem literackim ale której konstruowanie stanowiło dla mnie olbrzymią frajdę:

Zaczęłam dzień z 13 powodów. W drodze do pracy zobaczyłam Daleką drogę do małej gniewnej planety i przeszłam obok Kamiennego żagla żeby uniknąć Pustkowia, ale oczywiście zatrzymałam się przy Kwiatach w pudełku. W biurze szef powiedział Wszystko czego wam nie powiedziałam i zlecił mi zadanie Żeby nie było śladów. W czasie obiadu z Cudownym chłopakiem zauważyłam Fakap pod Zabójczą bielą. Potem wróciłam do swojego biurka Przez drogi i bezdroża. Następnie, w drodze do domu, kupiłam Rzeczy których nie wyrzuciłem, ponieważ mam Życie na miarę. Przygotowując się do snu wzięłam Profil mordercy i uczyłam się Kiedy nadejdą dobre wieści, zanim powiedziałam dobranoc Lokatorce.

Główną funkcją w ramach łańcuszków jest przekazywanie ich dalej, ale jednocześnie jest to ta najgorsza część, bowiem w wyniku przedobrzenia większość ludzi ma na to uczulenie (a poza tym czyta tego bloga jakieś 5 osób, z czego jedną na pewno jest moja mama, a ze dwie inne to ruskie boty). Dlatego zwyczajnie zachęcam do wzięcia udziału w zabawie i opublikowaniu swojej wersji u siebie na blogu, albo z braku takowego w komentarzach poniżej.

O całym przedsięwzięciu można przeczytać bardziej szczegółowo u Sardegny, jak również znaleźć tam gotowy do wypełnienia szimel. :)

Dziękuję Sardegno za przywrócenie tej zabawy do życia :)

środa, 7 listopada 2018

Wojciech Chmielarz "Farma lalek"


Jesień to czas na czytanie kryminałów, prawda? Halloween'owe dekoracje, Święto Zmarłych, coraz krótsze dni, ponura atmosfera za oknem, mgła i drzewa ogołocone z liści – późna jesień to okres mroczny, i wtedy wielu z nas chętnie zagrzebuje się pod kocykiem i spędza kolejne długie wieczory w towarzystwie powieści kryminalnych. Wydaje mi się, że nie tylko tematyka nas do nich przyciąga o tej porze roku, ale często też fakt, iż zaspani i pozbawieni energii nie mamy ochoty na zawiłe epopeje pisane z dziesięciu rożnych perspektyw. A nawet najlepsze kryminały oferują poniekąd powrót do tego, co dobrze znane.

Co nie znaczy, że czytam tylko znajomych autorów, chociaż nie przeczę, że w przeciągu ubiegłych tygodni udało mi się nadgonić zaległości z niektórymi znanymi cyklami kryminalnymi. Ale dziś będzie o moim nowym odkryciu (z naciskiem na moim) – powieści Wojciech Chmielarza, której bohaterem jest komisarz Jakub Mortka – Farma lalek. Leżała w osiedlowej bibliotece, a sięgnęłam po nią po tym gdy koleżanka wspomniała o autorze na ostatnim spotkaniu biblionetkowym w Krakowie. Postanowiłam spróbować, i chyba przepadłam.

Komisarz Mortka trafia na zesłanie z Warszawy do kotliny jeleniogórskiej, a konkretnie, do małej miejscowości Krotowice, w wyniku zdarzeń opowiedzianych w pierwszej części tego cyklu. Której, z racji tematyki pożarowej, raczej nie zamierzam czytać (kłania się lęk przed ogniem; słowo daję, gdybym to ja była człowiekiem pierwotnym i ode mnie zależałoby ogarnięcie ognia dla ludzkości, to do dziś siedzielibyśmy zmarznięci na drzewach). W każdym razie pan komisarz planuje się nie wychylać, odpocząć, przetrwać okres zesłania i przy okazji zadecydować, co dalej zrobi ze swoim życiem. Nie jest tutejszy, zatem nie wtrąca się w pracę lokalnych policjantów. Do czasu, gdy zaginięcie małej dziewczynki na początek śledztwu w sprawie brutalnych zabójstw, które z kolei doprowadzi nas do nieoczekiwanego finału.

Podobał mi się sposób pisania pana Chmielarza. Dawno już nie płynęłam tak płynnie prze kolejne strony. Konstrukcja fabuły nie dawała chwili wytchnienia ani powieściowym gliniarzom, ani czytelnikowi, a jednak nie miałam wrażenia przesady i przeciążenia zdarzeniami, jak to się czasem zdarza, szczególnie w powieściach kryminalnych. Szczególnie bliska jest mi okolica, w której autor umiejscowił akcję – w okolicach Szklarskiej Poręby i Jeleniej Góry spędziłam jedne z najlepszych wakacji w życiu. A i miejscowość, na bazie której narodziły się powieściowe Krotowice, jest mi dosyć dobrze znana. I wreszcie sam komisarz Mortka – długo nie mogłam sobie uzmysłowić, co mnie ujęło w tym smutnym, rozwiedzionym pracoholiku w depresji, aż wreszcie to do mnie dotarło – jesteśmy starymi znajomymi. Miewał inne imiona, działał w różnych regionach Polski, bywał wdowcem, ale to jednak on – typowy główny bohater kryminałów. I nie myślcie, że to wada. Trzeba nie lada kunsztu, by tego bohatera ożywić w kolejnych powieściach, by nie stał się parodią samego siebie. Ale Wojciechowi Chmielarzowi się to udało.

To byłą jedna z tych lektury, dla których wracałam szybciej do domu, by tylko móc się znów zagłębić w lekturę. I jedna z tych, po których zakończeniu biegnie się do biblioteki po kolejny tom. Osiedle marzeń już na mnie czeka.

Moja ocena: 5/6

Wojciech Chmielarz Farma lalek
Wyd. Czarne
Wołowiec 2017

czwartek, 1 listopada 2018

Co będę czytała w listopadzie?


Od kilku lat nie buduję już stosików do przeczytania na następny miesiąc, bowiem zwykle okazywało się, że czytałam wszystko, tylko nie to, co się na tym stosiku znalazło. Jednak miewam takie momenty, gdy wprost zalewa mnie fala pozycji, które chcę przeczytać tu i teraz. Czasem jest to tylko efekt ogólnej potrzeby czytania wszystkiego (znacie to uczucie? Jakby się było na czytelniczym haju), czasem wydawcy rozpieszczają nas premierami, czasem natrafimy na rudę złota w osiedlowej bibliotece, albo spotkanie z książkowymi maniakami pozostawia nas z dłuuuuugą listą rekomendacji.

U mnie ma miejsce wyrafinowana mikstura wszystkiego, co powyżej. Nie tyle mam stosik książek które muszę przeczytać (bo termin, bo trzeba oddać, bo ktoś chce pożyczyć, bo, bo, bo...) ile książek, których przeczytania nie mogę się wprost doczekać. Na stosie na listopad, tradycyjnie, znalazło się trochę kryminałów, reportaże, których z każdym rokiem czytam więcej i które chyba powoli stają się moim ulubionym i najchętniej czytanym gatunkiem, ale jest też najnowsza pozycja jednej z uwielbianych przez mnie autorek (a nawet Ałtorek – tak, napisałam to, pozwijcie mnie), jest sporych rozmiarów powieść do której nie udało mi się dorwać w październiku, monumentalny bestseller sprzed kilku lat, audiobook i zapewne kilka pozycji,o których teraz nawet nie wiem, że chcę je czytać. I jakoś tak mnie naszło, żeby Wam o nich opowiedzieć, bo znając życie, wiele z nich nie doczeka się ode mnie oddzielnych recenzji (a może? Kto wie?)

  1. Wojciech Chmielarz Farma lalek autor kryminałów, z którego twórczością nie miałam jeszcze do czynienia, chociaż niemalże zewsząd słyszę pozytywne opinie. Przeczytałam na razie kilka stron i już się wciągnęłam. Mała miejscowość w Karkonoszach i seria zaginięć jedenastoletnich dziewczynek.
  2. Francesco M. Cataluccio Czarnobyl zdobycz z uroczego antykwariatu w Elblągu, na temat który szczególnie mnie interesuje (miano pokolenia Czarnobyla zobowiązuje). Opowieść o mieście znanym jako epicentrum katastrofy.
  3. Marta Kisiel Pierwsze słowo razem z drastycznym ograniczeniem pisania na blogu zrezygnowałam z jakichkolwiek współprac. Wyjątkiem są książki Marty Kisiel, choćbym tylko dla nich miała trzymać bloga przy życiu. Opowiadania jedynek w swoim rodzaju autorki.
  4. Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii znalezisko osiedlowej biblioteki, która może nie jest najbardziej szałową biblioteką na świecie, ale jeśli chodzi o reportaże stanowi centrum dowodzenia wszechświatem. O państwie, w którym jest dobrze. Za dobrze?
  5. Leonardo Padura Trans w Hawanie Trylogia Padury przeleżała na moich półkach około 10 lat... kilka razy znajdowały się już na stosie do wyniesienia do biblioteki, jednak jakimś cudem zawsze im się udawało. Jestem już po lekturze pierwszych dwóch tomów, i nie mogę uwierzyć, że coś tak dobrego mogło tak długo czekać na swoją szansę. Kryminały kubańskie, morderstwa w dusznej atmosferze Hawany.
  6. Mads Peter Nordbo Dziewczyna bez skóry przypadkowy zakup, ostatnio coraz trudniej mi się dorwać do dobrych skandynawskich kryminałów, liczę, że ten taki będzie. Intryguje mnie, ponieważ fabułę osadzono na Grenlandii.
  7. Jennifer Egan Manhattan Beach – kiedy tylko pojawiła się w zapowiedziach, zwróciła moją uwagę. Potem natrafiłam na entuzjastyczne recenzje, i już byłam pewna że to coś dla mnie. Opowieść o młodej dziewczynie i Nowym Jorku lat 30. i 40.
  8. Diana Gabaldon Obca potrzebowałam czytadła i przypomniałam sobie, że swego czasu wszyscy się tym zaczytywali. Młoda kobieta zostaje przeniesiona w czasie do XVIII wiecznej Szkocji.

Dawno już nie miałam przed sobą tylu fascynujących pozycji naraz. Teraz długie listopadowe wieczory nie będą mi straszne.

niedziela, 16 września 2018

"Małe Licho" Marta Kisiel


Chociaż rokrocznie na rynku pojawia się kilkaset nowych pozycji, chociaż lubię żonglować gatunkami po które sięgam, jednak zawsze z radością powracam do starych znajomych. Zmęczonych życiem detektywów, rezolutnego sześciolatka se Scotland Street czy łowczyni nagród. A już w szczególności, gdy ci starzy znajomi mają macki lub skrzydełka, albo zdarza im się znikać. Marta Kisiel dała nam, czytelnikom, kolejną odsłonę przygód Licha, Konrada, Krakersa, różowych królików i całej reszty ferajny, tym razem w konwencji książki dla młodszych czytelników.

Opowieść tym razem kręci się wokół Niebożątka. A raczej – Bożka. Bożydara, syna Szczęsnego, pierwszego tego imienia. Do tej pory jego życie upływa na zabawie z własnym aniołem stróżem i odgrywaniu przedstawień z widmami SS-manów, jednak zostaje podjęta brzemienna w skutki decyzja – Bożęty idzie do szkoły. Nikt, kto miał przyjemność korzystać z systemu edukacji narodowej, nie zaprzeczy, że to nie przelewki. Zwłaszcza, gdy nie jest się zwykłym chłopcem, a pół-widmem.

Nie tylko poznajemy dalsze losy ukochanych bohaterów, nie tylko mamy okazję zaśmiać się (czy nawet pochichrać) ze specyficznego humoru znanego z poprzednich części, ale i bierzemy udział w kolejnej, szalonej przygodzie. Jednocześnie autorka wplata w fabułę klasyczne teksty literackie, tworząc wyrafinowaną mieszankę. I chociaż jest to fabuła oryginalna i nowatorska, czytelnik odkryje w niej niejedno odwołanie do znanych baśni, legend i mitów, które stawiają Małe Licho na tej samej półce dziecięcej literatury, na której (w moim skromnym mniemaniu), stoi już Hobbit, Opowieści z Narnii i Harry Potter.


Małe Licho jest skierowane do młodszych czytelników, jednak ani nie wpływa to na przyjemność lektury przez dorosłych, ale udowadnia, jak wszechstronną autorką jest Ałtorka. Mieliśmy już okazję w tym roku przeczytać poważniejszą powieść, tym razem dostajemy coś, co powinno przeczytać każde dziecko, i każdy dorosły. Bez zadęcia, pełna charakterystycznego dla autorki sarkastycznego humoru piękna opowieść, że to nie więzy krwi tworzą rodzinę, oraz o tym jak ważne w życiu każdego z nas są miłość, przyjaźń i niezłomność.

Moja ocena: 6/6


Doprawdy, alleluja.

Małe Licho Marta Kisiel
Wydawnictwo Wilga
Warszawa 2018

poniedziałek, 16 lipca 2018

Marta Matyszczak "Tajemnicza śmierć Marianny Biel"


Jak zapewne widać, bardzo rzadko zdarza mi się publikować na tym blogu, jednak od czasu do czasu trafiam na pozycję, o której mimo braku czasu i ogólnych trudności z komponowaniem wewnętrznie spójnego tekstu, muszę napisać. Są to albo książki tak złe, że aż mnie boli moja czytelnicza dusza, albo tak zaskakująco dobre, iż koniecznie muszę obwieścić światu, jakie to było fajne. Nawet jeśli reszta świata już dobrze o tym wie, a ja wpadam spóźniona na imprezę na cześć. Dziś przeganiam mój wtórny analfabetyzm by opowiedzieć o wrażeniach z lektury Tajemniczej śmierci Marianny Biel autorstwa Marty Matyszczak.

Pozycja ta była na mojej liście „do przeczytania” już od chwili premiery, i przyszedł taki moment, że najbardziej na świecie potrzebowałam lekkiego kryminału, który nie miałby tysiąca stron. Tak na marginesie, zauważyliście, iż ostatnio publikuje się coraz więcej bardzo grubych książek każdego gatunku, a coraz trudniej znaleźć coś wartościowego poniżej 400 stron? Na szczęście wpadła mi w oko Tajemnicza śmierć i teraz wiem, że mam przed sobą jeszcze co najmniej trzy łatwe wybory kolejnej „krótkiej” lektury.

Trudno powiedzieć, kto jest w tej książce głównym bohaterem: czy były policjant Szymon Soliński, czy przygarnięty przez niego ze schroniska niezwykle elokwentny parówkowy skrytożerca Gucio, czy też może typowy budynek mieszkalny na Śląsku zwany familokiem, zamieszkany przez zgraję indywiduów. Soliński liże rany po tym, jak jego życie legło w gruzach, Gucio liże wszystko co potencjalnie da się zjeść, a familok prezentuje trupa pod postacią Marianny Biel. Wiele wskazuje na to, iż trup nie był opuścił tego łez padołu w sposób powszechnie uznawany za naturalny. Szymon wraz ze znajomą dziennikarką Różą oraz obrotnym kundelkiem rozpoczynają własne śledztwo, które oprócz mordercy odkryje też wszystkie brudy, które kryją się za fasadą śląskiego domostwa.

Nie sposób wymienić wszystkich elementów, które świadczą o wyjątkowości tej pozycji. Bohaterowie są realistyczni, ludzcy, niepozbawieni wad i jednocześnie dający się lubić. Nie ma tu kolejnego podstarzałego detektywa po rozwodzie. Gucio jest osobnikiem tak uroczym i zabawnym, a jednocześnie sarkastycznym i pomysłowym, że wprost nie można go nie pokochać już od pierwszej chwili. Autorka poświęca zresztą pieskiemu życiu w schronisku sporo uwagi, bez pietyzmu i wywoływania poczucia winy, ale z mądrością i humorem. W całej powieści tu i tak pojawiają się zresztą komentarze do sytuacji społeczno-politycznych, które są jak czterolistne koniczynki – nie czynią różnicy w krajobrazie ale człowiek się cieszy kiedy na nie natrafi. I po tych komentarzach mogę poznać, że chyba bym się mogła z autorką zaprzyjaźnić – nadajemy na tych samych falach. Jest też tutaj sporo humorystycznych akcentów, takich do lekkiego uśmiechu i takich do głośnych wybuchów rechotu (winda mówiąca po ślunsku to był absolutny hit!).

Lata temu ogłosiłam wyzwanie Miejsce Czytanie, które miało zachęcać do odwiedzania polskich miast poprzez książki, i chociaż wyzwanie umarło i zostało pogrzebane, to sam koncept jest mi wciąż bliski. Teraz z radością dołączam do moich miejskich podróży ten chorzowski kryminał, i planuję ponowne spotkanie z Guciem i jego właścicielem.


Moja ocena: 5/6 (punkt odjęty za kilka drobiazgów nad którymi zboczenie zawodowe nie pozwala mi przejść obojętnie; ogólnie za styl, bohaterów i fabułę dałabym 6 z plusem).

Marta Matyszczak Tajemnicza śmierć Marianny Biel
Wyd. Dolnośląskie
Poznań 2017